Tadeusz Kijonka – Dzisiejszy wieczór, który odbywa się w
ramach XI Katowickich Spotkań Literackich, jest poświęcony literaturze
zaolziańskiej. Będziemy zastanawiać się, czy i w jakim stopniu zagrożona
jest jej przyszłość. Gościmy czołowe postacie, nie tylko życia literackiego
na Zaolziu, ale osobowości ważące na wielu dziedzinach tamtejszego życia
kulturalnego. Renata Putzlacher, znakomita poetka, eseistka, tłumaczka,
publicystka, pisze także prozę, po doktoracie związała się z uniwersytetem w
Brnie, ale stale bywa w Czeskim Cieszynie. W dyskusji tej będzie mogła
zabrać głos nie tylko z punktu widzenia generacji, którą reprezentuje.
Podobnie Kazimierz Kaszper – poeta, publicysta, redaktor naczelny świetnie
prosperującego obecnie „Zwrotu” – pisma tworzonego z rozmachem. Mimo różnicy
wieku jest coś, co ich łączy – oboje ukończyli polonistykę na Uniwersytecie
Jagiellońskim, toteż po studiach wnosili do środowiska zaolziańskiego
zupełnie nowy ożywczy powiew.
Nasuwa się jednak dziś dramatyczna refleksja – czy i w jakim stopniu
zagrożona jest przyszłość zaolziańskiego piśmiennictwa? Stało się przecież
coś nie do skomentowania w prosty sposób, bo jak odpowiedzieć na pytanie
dlaczego akurat los tak zdziesiątkował, w niektórych przypadkach
przedwcześnie, to środowisko? Kiedy Kazimierz Kaszper – rocznik 1946 – jako
poeta wchodzi do literatury, pojawia się na Zaolziu formacja literacka „63,
która zaprezentowała się w publikacji zbiorowej „Pierwszy lot”, będącej
manifestacją pokoleniową. Równocześnie wysypuje się wiele nazwisk. Później
objawia się
najmłodsza – Renata Putzlacher – rocznik 1966 – od razu znakomitymi
tekstami, którymi zwróciła uwagę. Wokół niej funkcjonowało także kilka osób
z pobliża jej rocznika. Lat temu dwadzieścia wydaliśmy w Katowicach
antologię „Z biegiem Olzy”. Spośród żyjących poetów było tam blisko
dwudziestu autorów. Należy wspomnieć wielkich poprzedników, takich jak
Henryk Jasiczek, Gustaw Przeczek, Paweł Kubisz, ale znaleźli się tam również
a nie wymienię z pamięci wszystkich – Adam Wiesław Berger, Władysław Młynek,
Anna Filipek, Piotr Horzyk, Stanisław Jedzok, Władysław Sikora, Janusz
Klimsza, Franciszek Nastulczyk, Gabriel Palowski, Wilhelm Przeczek, Lucyna
Przeczek-Waszkowa, Jan Pyszko, Gustaw Sajdok, Jacek Sikora, Tadeusz Wantuła,
Jan Daniel Zolich, oczywiście Renata Putzlacher i Kazimierz Kaszper – a więc
czynnych było w tym czasie około dwudziestu poetów na Zaolziu. Musimy to
widzieć przez pryzmat skali środowiska. Przyjmijmy, że na Zaolziu żyło
wówczas 60 tysięcy Polaków… Czy było gdzieś miasto w Polsce tej skali, które
mogło się wykazać tak liczną grupą czynnych pisarzy, ludzi pióra, którzy
mają w dorobku książki? Był to swoisty fenomen, zjawisko wynikające ze
specyfiki zaolziańskiej. Mamy tu przy tym do czynienia z mozaiką osób,
zjawisk i środowisk. I oto nagle coś się zaczyna dziać niepokojącego, seria
przedwczesnych zgonów. Oto chłop jak dąb, Władysław Młynek, ledwo po
sześćdziesiątce, nagle umiera. A pamiętajmy, że jako czołowy działacz PZKO
należał do liderów zaolziańskich Polaków. Wkrótce odchodzą Gustaw Sajdok,
Adam Wiesław Berger, Wilhelm Przeczek, niedawno Jan Pyszko, wcześniej Anna
Filipek… Jednocześnie zanikł dopływ nowych talentów – a przecież zawsze było
tak, że środowisko to stale poszerzało się o nowe nazwiska. A dzieje się to
akurat w czasie, kiedy otwarły się granice, kiedy możliwości wypowiedzi są
większe, bo nie ma już cenzury.
Pojawia się więc pytanie – jakie są przyczyny natury kulturowej,
politycznej, że nagle to środowisko zaczyna obumierać? Czy status
zaolziańskiego poety, dawniej wysoki, którego miarę przez długie lata
wyznaczali Henryk Jasiczek i Paweł Kubisz, już nie frapuje? A przecież jest
to ziemia talentów – choćby fenomen Ewy Farny, jeszcze uczennicy Polskiego
Gimnazjum w Czeskim Cieszynie, dziewczyny z Wędryni, która zdobywa Opole i
Sopot. Stawiam więc ponownie to pytanie – czy zagrożona jest przyszłość
zaolziańskiej literatury, a jeśli tak, to dlaczego. Co także wynika z faktu,
że oba miasta się zrastają, że polski i czeski
Cieszyn mogą już o sobie mówić, przynajmniej w sferze kultury – o
postępującej jedności? Na co liczyło to środowisko oddzielone tak długo Olzą
od Polski – a czego nie udało się osiągnąć? Czy aksamitna rewolucja
spowodowała nie tylko rozładowanie napięć, ale i rozbrojenie jeśli chodzi o
wagę argumentów i emocji polskich środowisk?
Kazimierz Kaszper – Jedną z przyczyn takiego powolnego zamierania literatury
zaolziańskiej była likwidacja związków twórczych. Trzeba pamiętać o tym, że
Paweł Kubisz w 1937 roku powołał do życia bardzo ważny Śląski Związek
Literacko-Artystyczny, który wziął na siebie całą misję polskiego życia w
sferze sztuki i kultury. Skupiał on oprócz literatów także i plastyków,
głównie malarzy o bogatych, ciekawych korzeniach. Najważniejsi z nich
ukończyli akademię krakowską. Ci ludzie wnosili rzeczywiście na Zaolzie
pewien aspekt narodowy w myśleniu o literaturze, o sztuce, o jej obecności w
tym środowisku. Do tej formuły życia i kształtowania literatury i sztuki
nawiązała utworzona w 1947 roku, również przez Pawła Kubisza, Sekcja
Literacko-Artystyczna, która po powołaniu do życia Polskiego Związku
Kulturalno-Oświatowego weszła w poczet jego agend i w różnym okresie, różnie
funkcjonowała. Nietrudno sobie wyobrazić, że inaczej to wyglądało na
przełomie lat 40. i 50., zupełnie inaczej w latach 60. I paradoksalnie –
moglibyśmy przypuszczać, że fatalnie w latach 70., ale akurat wtedy
przeżywała swój rozkwit. Sekcja ta rzeczywiście przechodziła wszystkie swoje
okresy w zależności od aktualnego kierunku politycznego w Republice
Czechosłowackiej, po części także i w Polsce, ponieważ przez pewien czas
pisarze polscy na Zaolzie prawie nie przyjeżdżali, a jeśli to z bardzo
kurtuazyjnymi wizytami lub zaproszeni do jury, regularnie ogłaszanych przez
Sekcję konkursów. W latach 70. wyglądało to już zupełnie inaczej – ten
dopływ myślenia o współczesnej literaturze polskiej, jej obecności w życiu
narodu, był na Zaolziu stale obecny, także dzięki częstym wizytom
zaprzyjaźnionych pisarzy z Polski. Niestety SLA w połowie lat 80. została
rozwiązana a właściwie sama się rozwiązała i to z powodu naszej głupiej
decyzji. Na fali poszukiwania nowej obecności w świecie, środowisko doszło
do wniosku, że każda branża twórcza powoła sobie własną organizację, będzie
otrzymywała dotacje państwowe, czy inne na swoją działalność, więc ten
potencjał twórczy nie będzie się rozkładał na poszczególne piony (tak się to
wówczas nazywało) branżowe. Oczywiście to był niewypał, ponieważ w momencie,
kiedy Sekcja Literacko-Artystyczna rozwiązała się, życie
literacko-artystyczne przestało właściwie u nas funkcjonować. W tej chwili
działa Stowarzyszenie Artystów Plastyków jako samodzielna sekcja oraz
Zaolziańskie Towarzystwo Fotograficzne. Literaci mają co prawda Koło
Cieszyńsko-Zaolziańskie GTL-u, które jednak po okresie „burzy i naporu”
związanym z organizowaniem konkursów „O skrzydło Ikara” praktycznie
przestało działać. Mieliśmy jeszcze przed czterema laty w ramach „Wiosny
poezji nad Olzą” i nawiązania do młodoliterackich spotkań, imprezę „Kamień
czy słowo”, była to jednak nasza ostatnia impreza. Kolejną przyczyną takiej
sytuacji było znakowane już przez Tadeusza Kijonkę, wykruszanie się
naturalne, fizyczne środowiska, które nie ma w tej chwili na Zaolziu
artystycznego autorytetu. Jeśli jest taki autorytet, to powiedzmy dla bardzo
niewielu osób jest nim Renata Putzlacher, oczywiście mam tu na myśli
środowisko literackie. Pisarz był kiedyś tym człowiekiem, który
odpowiadał za ducha narodowego. Od śmierci Henryka Jasiczka kogoś takiego
już nie ma, ponieważ pokolenie „Pierwszego lotu” nie chciało być mentorem
narodowym dla środowiska, każdy chciał mówić wyłącznie za siebie. Pozycja
narodowa pisarza przestała być ważna.
Tadeusz Kijonka – W przypadku Henryka Jasiczka wiele znaczyła jego
biografia, jego los, który po 68 roku był losem poety wyklętego,
nieobecnego, skazanego na wykluczenie, który przez swoją niemą obecność,
przez sam fakt, że przechodził, już tylko jako korektor, co dnia przez Rynek
Cieszyński poświadczał o politycznym wyroku. Ta obecność poety bez prawa
głosu też decydowała o jego autorytecie, choć był to autorytet milczący.
Pytam |
|
o sytuacji literatury zaolziańskiej
Czy
zagrożona przyszłość…?
więc – czy Zaolziacy, którzy się rodzą, pozbawieni zostali
genów poezji, bo one, statystycznie biorąc, występowały tam w ogromnym
nasileniu.
Kazimierz Kaszper – Młodzi, którzy ewentualnie mieliby coś do powiedzenia,
czy też już tylko do opublikowania, nie za bardzo chcą współpracować z
takimi ludźmi jak ja, którzy jednak funkcjonowali w okresie prasy
komunistycznej. Fakt, że pracowałem po polskiej stronie nie ma dla nich
znaczenia. I kolejny bardzo poważny problem – młodzi, wstępujący w życie
literackie są co najmniej dwujęzyczni a co ważniejsze na pierwszym miejscu
stają się czeskojęzyczni a dopiero potem polskojęzyczni. Przed laty
wyciągnąłem z tego wniosek: jesteśmy świadkami zaniku literatury
zaolziańskiej, która pisana po czesku nie ma sensu. I to jest prawdziwy
problem: nawet jeżeli ona, czy on napiszą wiersz po polsku, lecz dają
własny, lustrzany, własnoręcznie dokonany przekład, to ja widzę, że ta
czeska wersja jest o wiele lepsza.
Tadeusz Kijonka – Jest chyba właściwy moment, żeby postawić zarzut polskiej
stronie, instytucjom polskiego państwa, które powinny tworzyć warunki
sprzyjające tworzeniu w języku polskim przez ludzi, wychowanych w polskich
domach, w których mówi się, tak zwanym językiem miejscowym. Renato, ty
jesteś stamtąd, jesteś jednocześnie już reprezentantką środowiska
uniwersyteckiego Brna. Jako poetka, człowiek teatru, działasz w Czeskim
Cieszynie. Masz więc w sobie to wahadło, widzisz to z obu stron…
Renata Putzlacher – Mojej roli w środowisku uniwersyteckim Brna nie trzeba
zbytnio przeceniać, jestem eksternistką, prowadzę zajęcia z polskiej
literatury współczesnej, jak się okazuje jedyne zajęcia w języku polskim, co
mnie zszokowało, ponieważ jest to wydział polonistyki. Jak się niedawno
okazało – moi studenci nie spotkali się także z żywymi tekstami polskimi…
Wydaje mi się, że rola Uniwersytetu Jagiellońskiego w naszych życiorysach
była niebagatelna, ponieważ na moich młodszych kolegach, którzy studiowali w
Ostrawie a nawet w filii Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie uczelnie te nie
wpłynęły tak, jak na nas, ludzi ze Śląska, szczególnie Zaolziaków, nasza
krakowska Alma Mater. Ja weszłam w życie literackie w latach 80. Długo po
sporze o tak zwany rząd dusz między Pawłem Kubiszem, pokoleniem „Pierwszego
lotu” a Henrykiem Jasiczkiem. My weszliśmy, kiedy istniały dwa obozy –
pierwszy „Lo-
towców” Wilhelma Przeczka i Władysława Sikory. Debiutowaliśmy w almanachu
„Spotkanie” w 1985 roku. Publikowały tam wówczas dzieci Wilhelma Przeczka:
Lucyna Przeczek-Waszkowa i Lech Przeczek oraz Jacek Sikora, syn Władysława
Sikory. Ten fakt nie był bez znaczenia, ponieważ ci młodzi poeci pozostawali
pod wpływem swoich ojców, ja natomiast byłam spoza tych obozów i wiedziałam,
że muszę iść własną drogą, podobnie jak dochodzący coraz to młodsi.
Dla mojej generacji bardzo ważne było „Spotkanie” w almanachu, publikowanie
naszych debiutanckich utworów w „Zwrocie”, „Ogniwie”, „Głosie ludu”, było to
dla nas impulsem, aby pisać i dawać do druku coraz to nowe utwory. Podobnie
konkursy, na które przyjeżdżali jurorzy, znakomici pisarze z Polski były dla
nas wyzwaniem, aby nie tylko zaistnieć, ale dać z siebie wszystko, co
najlepsze – ta konkurencja była bardzo silna, spotykali się przedstawiciele
różnych generacji, można więc było zmierzyć się z uznanymi już twórcami. A
to wyzwalało ogromne ambicje z naszej strony. W pewnym momencie to jakby
ustało, ponieważ środowisko podzieliło się, oddziaływanie Sekcji
Literacko-Artystycznej przy PZKO było coraz słabsze. Kiedy musieliśmy wziąć
sprawy we własne ręce okazało się, że zabrakło nie tylko impulsów, ale także
zaproszeń, wyjazdów do Katowic, Opola, Wrocławia, które były tak dla nas
ważne.
Moje pierwsze spotkanie w Katowicach było niezapomniane, Wilhelm Szewczyk
udzielił nam, prawie wówczas nastolatkom, artystycznego błogosławieństwa.
Byliśmy nieśmiali, zażenowani, ale dumni. W pewnym stopniu pomogła nam
polityka wydawnictwa ostrawskiego „Profil”, które nie chciało wydawać
książek kolegów, mających zakaz publikowania, więc zwrócono uwagę na
młodych, uznając być może, nas za mniej groźnych. Bez względu jednak na to,
czym się kierowano, wydano almanach poetycki naszej generacji i zbiorki
kolejnych poetów tego pokolenia: Lucyny Przeczek-Waszkowej i Stanisława
Jedzoka. W 1990 roku sekcja polska wydawnictwa „Profil” w Ostrawie została
zlikwidowana, mój debiutancki tomik („Próba identyfikacji”, Ostrawa 1990,
przyp. red.), był ostatnim, który się ukazał. Ciążyło na mnie przez długi
okres miano najmłodszej poetki zaolziańskiej, co było dosyć uciążliwe,
ponieważ nie tylko dojrzewałam, ale i starzałam się. Weszła nowa generacja i
postanowiłam im pomóc. Ponieważ – muszę to podkreślić – nam pomagano
bardzo. Żyliśmy w cieplarnianych warunkach, mieliśmy duże szanse wydawnicze,
odbywały się spotkania, konkursy, otrzymywaliśmy ogromną pomoc od was.
Tak więc, po roku 90., kiedy otworzyły się możliwości, założyłam
Stowarzyszenie Obywatelskie Avion, w ramach którego postanowiłam wydawać
zbiorki poezji młodych. Ukazały się już cztery tomiki, sama je redagowałam,
sama zbierałam na ich wydanie środki, które powstały z oddanych przez nas
honorariów. I to właśnie pokolenie Bogdana Trojaka, który dzisiaj należy do
grona wybitnych poetów młodej a już powoli średniej generacji czeskich
poetów, zapoczątkowało rozłam w naszym środowisku. Bogdan zaczął publikować
w języku czeskim. Przyznał, że lepiej się w nim czuje, lepiej wyraża co mu
tam w duszy gra. Tłumaczy to studiami w Brnie a ja myślę, że podstawowym
powodem jest rodzina mieszana, w której się wychował, w której dwujęzyczność
jest ewidentna. W ślady Bogdana poszło wielu młodych. On sam jest trochę
biedny, posądza się go bowiem o zapoczątkowanie tego procesu a tymczasem
jest to o wiele bardziej złożone zjawisko. Coś się w ogóle zmieniło! A
zaczęło się o wiele wcześniej, kiedy w 1989 roku wróciłam na Zaolzie z
Krakowa po ukończeniu Uniwersytetu Jagiellońskiego byłam przerażona –
zaczęto otoż stosować zamiennie język polski i gwarę. Tak jakby oba były
językami naszego serca. Tłumaczono wówczas, że gwara jest językiem Rejowskim,
staropolskim, czyli prawdziwie polskim. A ten, kto się nią posługuje jest
dobrym Polakiem. Już wówczas wydawało mi się to niebezpieczne, ponieważ
gwara, którą się posługiwano
była zaśmiecona i z Rejowską staropolszczyzną niewiele miała wspólnego.
Pewni ludzie z wygodnictwa uznali, że na forum publicznym nie muszą
posługiwać się literackim językiem polskim. Zaczęto hołubić poetów piszących
wiersze gwarą. Ten problem znalazł przełożenie w szkolnictwie. O ile za
moich czasów niedopuszczalnym było posługiwanie się przez nauczycieli gwarą,
o tyle obecnie stosuje się ją nagminnie, niby w celu lepszego porozumienia z
uczniami. To jest swoisty paradoks. Dlaczego nasi poeci nie piszą po polsku?
Starają się jak mogą, ale to nie jest już ich język ojczysty.
Kazimierz Kaszper – Kwestia języka polskiego i gwary oraz ich wymiennego
stosowania, ze wskazaniem w zasadzie na gwarę – to jest problem źródła
tożsamościowego. Jeżeli ta społeczność coraz bardziej się identyfikuje z
tradycją wiejską, tym większy nacisk będzie stawiała na język chłopa,
wiejskiego ludu. A język polski, literacka polszczyzna wprowadza dysharmonię
w ich samopoczuciu. To jest rodzaj wysokiej kultury, która w tej stodole nie
ma prawa bytu. Ja się obawiam, że to jest niestety proces nieodwracalny, że
to już zaistniało i |
|
jest. Chyba że wyrwiemy parę osób, zamkniemy ich na pięć lat
w akademiku w Polsce i niech się sycą językiem i kulturą, która ten język
niesie. To jest jedyna droga, od lat to powtarzamy na przykład w związku z
marną kondycją środowiska dziennikarskiego. Od lat postulujemy stwarzanie
możliwości stypendialnych
pobytów dla dziennikarzy. Stypendialnymi pobytami można by objąć także
środowisko młodoliterackie. Ale bez ich wejścia w kulturę polską nie ma i
nie będzie literatury zaolziańskiej.
Renata Putzlacher – W moich czasach, czyli latach 80. możliwość studiowania
w Polsce była wielkim wyróżnieniem, zwłaszcza że po ogłoszeniu stanu
wojennego zagranica była niemal zamknięta. Ponieważ posiadałam obywatelstwo
polskie, więc miałam stypendium konsularne. Poza mną zaledwie kilka osób w
latach 80. studiowało w Polsce. Czułam się wybraną, mogłam udać się do
Krakowa, do źródeł… Dzisiaj, jak się dowiedziałam, dwie osoby, które
skorzystały ze stypendiów Fundacji „Semper Polonia”, już po pierwszym
semestrze zrezygnowały. Czuły się w Krakowie źle, wyobcowane, wyśmiewane,
nazywane Czeszkami, posługującymi się jakąś wieśniarską gwarą, toteż
przeniosły się do Ostrawy i czują się tam szczęśliwe. To nie jest kwestia
winy czy oskarżeń pod adresem polskiego środowiska, ale braku uświadomienia
– skąd my pochodzimy, kim jesteśmy? Mimo że starałam się jak mogłam, aby
mówić poprawnie po polsku, mimo że chyba nie miałam akcentu, to jednak
wszyscy podkreślali moją odmienność, nazywając Czeszką. Broniłam się przed
tym, ale częstowano nas Szwejkami czy Pepikami. Rówieśnicy polscy przez całe
studia dawali mi do zrozumienia, że jestem inna, mimo że było to żartobliwe,
przyznam… bolało. Z kolei po czeskiej stronie wyzywano mnie od Polek, które
mają się wynieść, kiedy postanowiłam to zrobić, po tej stronie też byłam
obca. Dzisiaj nasi młodzi odczuwają to jeszcze bardziej dotkliwie, ponieważ
nie znają potocznej, współczesnej polszczyzny, posługując się językiem
Sienkiewicza i językiem polskiego gimnazjum w Czeskim Cieszynie… są smokami
wawelskimi a raczej cieszyńskimi.
Tadeusz Kijonka – Przywołam przykład niebywale ekspansywnego człowieka,
jakim był Wilek Przeczek, który wykonywał ogromną pracę, żeby wejść w trwałą
obecność literacką po polskiej stronie Olzy. Brał udział w konferencjach,
zjazdach, drukował. To były ambicje godne uwagi, jemu przecież nie było
łatwo utrzymywać te kontakty, które nawiązał skoro mieszkał w Bystrzycy nad
Olzą… Wyobrażam sobie, że jego korespondencja to zapewne ileś tam tomów.
Teraz jest bardzo złożona sytuacja czasopiśmiennicza w Polsce. Nie ma już
wielkich tytułów tygodników literackich o wręcz masowych nakładach, ale
jednak coś zostało... Co więc zrobić, aby po pierwsze przysyłać teksty –
chociażby do „Śląska”, po drugie jak zmotywować zaolziańskich autorów do ich
przesyłania? Co zrobić, żeby stymulować ich zainteresowanie obecnością w
polskim życiu literackim?
Po Schengen wiele się zmieniło, nastąpiło rozładowanie napięcia, ale to nie
przełożyło się w nową energię kulturalną. Nie ma barier, otworzyły się nowe
możliwości, ale nikt jednak nie wyręczy Zaolziaków z pisania o sobie. Bo tam
jest jeszcze wszystko do wyrażenia i do opowiedzenia; to zadanie dla pisarzy
z rodowodem zaolziańskim. Przecież z tego niewielkiego obszaru oddało życie
ponad pięć tysięcy ludzi podczas okupacji, w warunkach polskiej konspiracji…
To niebywale wykrwawiona ziemia… Nic nie zastąpi wielkiej książki o Zaolziu
– literackiej, historycznej, czy filmu. To się samo nie stanie. Doszedł
jeszcze w tych latach nowy element sytuacji: zmienił się kontekst społeczny
– regres górnictwa, hutnictwa doprowadził do upadku nie tylko kultury
przemysłowej, wpłynął także na zmianę tradycji rodzinnych, zmieniło się jej
znaczenie. Pytam was, co trzeba uczynić, jakie należałoby wprowadzić nowe
instrumenty do gry, nowe inspiracje, aby zmienić stosunek Zaolziaków do
samych siebie?
Kazimierz Kaszper – Nie wiem... na to nie ma prostej odpowiedzi...
należałoby przede wszystkim uruchomić normalne życie literackie, czyli na
przykład jakiś rodzaj cyklicznych spotkań, na łamach prasy taka możliwość
istnieje. Przy okazji mówić o literatach, literaturze i sztuce, prezentować
uczestników tych spotkań. Czyli wrócić do stworzenia warunków dobrej mody na
znajomość literatury i środowiska literackiego, konkretnych twórców,
zaangażować uniwersyteckie polonistyki...
Renata Putzlacher – Nie wierzę, że to coś zmieni…
Kazimierz Kaszper – Zacząć od spraw organizacyjnych. O ile myśmy dysponowali
w miarę przyzwoitym zapleczem lokalowym, to w tej chwili pod tym względem
jest bardzo marnie. Nasze Kosarzyska nie są już PZKO-wskie, tam trzeba
wchodzić na zasadach rynkowych, gmach zarządu jest w remoncie. Może od
połowy tego roku udałoby się tam
coś zorganizować. Warto powrócić do „Kamienia czy słowa”, to były znakomite
imprezy.
Tadeusz Kijonka – Spróbujmy podsumować. Strona polska powinna z większą
uwagą obserwować to, co dzieje się po drugiej stronie Olzy, a także podjąć
działania, które są konieczne – spotkania, sesje, wieczory poetyckie. Może w
tym roku zorganizowalibyśmy kilkudniową sesję, aby dokonać pełnej analizy i
spróbować uruchomić pewne działania promocyjne. Na pewno przydałby się
konkurs dla młodzieży szkolnej, konkurs otwarty, wychodzący poza granice
Olzy, akcentujący pewne wątki tematyczne. Takim może być, na przykład, Olza
jako pewne przesłanie symboliczne. Trzeba także kultywować pamięć swoich
zmarłych kolegów. Na początek potrzebna jest przede wszystkim nowa,
uzupełniona antologia, od Kubisza po ostatnie nazwiska. Musi także ożyć na
Zaolziu atrakcyjność pisania w języku polskim, jakby na to nie patrzeć –
chodzi o naród blisko czterdziestomilionowy. Najważniejsze będzie to, co uda
się zrobić tam na miejscu, bo nikt dojeżdżając tego nie dokona, może jedynie
wspierać i współdziałać.
Kazimierz Kaszper – O ile literaturę zaolziańską naszego pokolenia
przenikały pewne wątki oddające klimat rozpadu i dostrzegania skazy w
strukturze tożsamości, to problem ten zupełnie wyparował z twórczości
młodych. Może jedynie Jacek Sikora jeszcze to czuje, ale to już raczej
średnie pokolenie literackie.
Renata Putzlacher – Stało się coś jeszcze, to czego obawiało się pokolenie
wojenne – młodzi nie czują się Polakami, ani Czechami, mówią o sobie –
jesteśmy Ślązakami. Próbują się odnaleźć w swojej „małej ojczyźnie”.
Kazimierz Kaszper – Czesi stamtąd też tak mówią o sobie.
Renata Putzlacher – W przyszłym roku, w czerwcu zostanie otwarta tuż przy
moście granicznym, po czeskiej stronie, kawiarnia AVION, której nie było
przez kilkadziesiąt lat. Przez trzynaście lat przygotowywałam programy na
temat kawiarni AVION, której nie ma i udało mi się nimi zachwycić ludzi.
Miasto zdobyło z unijnych środków pieniądze na odbudowanie kawiarni, która
zniknęła z mapy miasta w 1939 roku. Tam będą odbywały się spotkania
literackie, filmowe, plastyczne itp. Jestem w radzie programowej i mogę już
zapowiedzieć, że jesienią zaprosimy was na spotkania, spłacając niejako
ogromny dług wdzięczności jaki mamy wobec was. Miejsce jest niezwykłe i
urokliwe. Wreszcie coś się buduje a nie burzy jak to bywa w naszym zwyczaju…
Kazimierz Kaszper – Tam rzeczywiście literatura się zmaterializowała…
Feliks Netz – To jest moment, który trzeba wykorzystać. Skoro studentki
stamtąd przyjeżdżają do polskich uczelni, należy także spowodować, aby
Polacy chcieli uczyć się w szkołach za Olzą. Młodzi nie unikną zczeszenia
języka polskiego. To jest zupełnie nowy etap w życiu Zaolziaków i trzeba go
przyjąć takim, jaki jest, bo inaczej nie będzie. W rodzinach mieszanych w
kolejnych generacjach to jest nie do uniknięcia, a jeśli matka jest Czeszką,
to już przepadło. Pozostaje pytanie – jakimi będą Polakami, jeśli będą się
wypowiadać po czesku, to jaką przyjmą tematykę wyrażania uczuć człowieka
stamtąd. U nas też jest kiepsko z życiem literackim, a cóż dopiero mówić o
Zaolziu. Ono jest, ale jest zupełnie inne. Teraz wszystkim rządzi rynek. To,
co było kiedyś życiem literackim – przepadło, tego już nie ma. Nie tylko u
was, u nas też. |