Pewna symboliczna zmiana jakby mimochodem dokonała się
minionego lata: Ruch „Wirek” połączonej KWK „Wirek-Halemba” przestał
fedrować z początkiem sierpnia. Kopalnia, która towarzyszyła losom Kochłowic
i Bykowiny bez mała dwa stulecia, przestaje być czynnym zakładem, a staje
się stacją szkoleniową.
Zamknięcie jej to emblematyczne zamknięcie rozdziału lokalnych –
kochłowickich – i śląskich dziejów w ogóle. W miejscu, gdzie od 1786 r. bez
przerwy szukano „czarnego złota” i gdzie – jak mówią stare mapy – pełno jest
śladów po dawnych szybach czy polach górniczych, górnictwo przechodzi do
przeszłości.
Właściwie przechodzi po raz drugi w dziejach: już raz w 1933 r. przy wielkim
kryzysie ekonomicznym tamtych czasów zamknięto ówczesną „Wirek” Kopalnie S.A.
– wyłączono pompy a ludzi zwolniono. Jak grzyby po deszczu na łąkach między
Kochłowicami, Hajdukami i Świętochłowicami wyrosły wtedy biedaszyby.
Kochłowice lat 30. trapione były przez dwie choroby: szkody górnicze (już
wtedy!) z powodu wydobywania węgla i bezrobocie z powodu niewydobywania
węgla. Dopiero, jak na ironię, okupacyjne władze niemieckie wznowiły
fedrunek pod Hugobergiem. O ile jednak ta pierwsza śmierć kopalni w
międzywojniu okazała się „kliniczna”, o tyle teraz, po 185 latach, to już
naprawdę koniec.
To miejsce zdążyło w swoich dziejach mieć wiele nazw. Jeszcze w XVIII wieku
hrabia Łazarz Henckel tworzył wokół Kochłowic i Radoszowej pierwsze szyby
górnicze. W 1824 i 1828 r. powstały te dwa, które stały się rdzeniem całej
późniejszej kopalni: połączone w 1849 r. szyby „Hugo” (na cześć
siemianowickiego grofa Hugo Henckel von Donnersmarcka) i „Zwang”, które
razem z rozlicznymi polami górniczymi („Arthur”, „Heilige Drei Könige”,
„Conrad”) stały się „Hugo-Zwang Grube”. Ta po 1928 stała się „Wirkiem”, na
czas wojny nazwanym „Godullagrube”, a po 1945 r., gdy wydrążono nowe szyby:
„Nowym Wirkiem”. Wreszcie przyszły lata „Polski-Wirku” – po połączeniu ze
świętochłowicką KWK „Polska” (vel „Deutschland”, vel – po naszymu – „Gyfela”),
która wcześniej połknęła chorzowskiego „Prezydenta” („Königa”). Na koniec
zaś była jeszcze „Halemba-Wirek”. Jednak dla Mietlorzy (czyli kochlowian)
zawsze były to po prostu Gliniki. Jedna z XIX-wiecznych rymowanek
oceniających geltagi na różnych grubach i werkach głosiła, że:
Na Glinikach – po fenikach,
Na Królewskim – tam po ceskim,
Na Bismarcku – po talarku.
Stara kopalnia przestała właśnie funkcjonować. Gliniki przechodzą do
historii, a nocny widok bijącej blaskiem świateł wieży „sepery” |
|

|
MARCIN JARZĄBEK
(Genius Loci)
|
Requiem
dla kopalni



będzie z czasem jedynie wspomnieniem utrwalonym na zdjęciach.
Powinno mi być żal, że kawałek mojego świata przechodzi do historii. A
jednak nie odczuwam zasmucenia. Gdy pomyślę o dziesiątkach domów, które
zniknęły z powierzchni ziemi (i nadal znikają) przez barbarzyńskie
wydobywanie węgla spod ich fundamentów; gdy zwrócę oko na rzeki i potoki,
które zniszczono wysypując ich koryta kopalnianym kamieniem lub wpuszczając
do nich przemysłowe ścieki, czy wreszcie na dawne łąki, na których wyrastały
nie kwiaty, lecz hałdy, wtedy naprawdę mogę nawet cieszyć się z zatrzymanego
wydobycia.
Górnictwo – szczególnie w tym kształcie, w jakim funkcjonuje od mniej więcej
półwiecza – wywarło piętno na całej śląskiej kulturze, życiu, słowem:
śląskiej duszy. |
|
Schamienie górnośląskiej mowy i myśli, ograniczenie
horyzontów umysłowych, nieuczciwe i nierzetelne podejście do biznesu to
także „szkody górnicze” (znajomy pracujący na jednej z kopalń mówi, że tam
cały system zarządzania oparty jest o „brecha i k... mać”). To cena, jaką
Górny Śląsk płaci za swój amerykański rozwój wieku XIX i jego smutną parodię
czasów PRL. Niegdysiejsza autentyczna górnicza duma i wyszkrobiona
plebejskość dziś jest już raczej roszczeniowym prostactwem.
To wszystko oczywiście trochę czcze narzekania. Wszak z drugiej strony
górnictwo przyniosło na Śląsk i dobrobyt, i cywilizację techniczną,
społeczną, układ przestrzenny naszych miast, stabilizację i społeczny ład.
Trudno. Słodko-gorzkie to zespolenie śląskości i górnictwa, którego część
odchodzi już w świat wspomnień. Możemy się z tego cieszyć, możemy szczerze
żałować, ale prądu rzeki kijem nie zmienimy, nawet jeśli to prąd Kochłówki
czy Kłodnicy.
Na kompleks KWK „Wirek” składa się ogółem kilkanaście budynków położonych na
rozległym wzgórzu, dobrze widocznym z autostrady A4, będących punktem
orientacyjnym w tym miejscu na ziemi. Większość z tych budynków jest we
wcale dobrym – jak na kopalnię – stanie; część ma przeszło 100 lat. Szyb
„Maciej” („Mentzel”), hale maszyn wyciągowych, Wasserturm, imponujący pylon
sortowni itp. Co z nimi się stanie, gdy zakończy się obecna „edukacyjna”
misja Gliników? Zostaną zburzone, sprzedane, oddane, opuszczone? Martwi to,
że nikt nie podjął jeszcze na ten temat poważnej debaty. Nikt nie pomyślał,
że społeczność, która żyła dwa stulecia w niełatwej symbiozie z kopalnią,
mogłaby wreszcie mieć swój głos. Tymczasem aż prosi się, by choćby niektóre
z obiektów po Gilinikach wykorzystać na rzecz funkcji kulturalnych,
rekreacyjnych, przestrzeni publicznej, przestrzeni dla organizacji
pozarządowych, szkół, wreszcie – dla przedsiębiorców. Tuż obok kopalni od
jakiegoś czasu uczą się studenci Akademii Górniczo-Hutniczej, a to przecież
też potencjał wart wykorzystania. Pomysły i śmiałe marzenia można by mnożyć.
Jak na razie, zrobiliśmy zdjęcia i ufamy, że te potrafią przemówić.
To wszystko to tylko mała lokalna sprawa jednej z wielu kopalń, jakich
jeszcze parę będzie tu opisanych. Lecz w jakimś sensie ten kochłowicki
problem z Glinikami ma wymiar uniwersalny. Potrzeba oto odwagi i chęci do
mądrego zmierzenia się z problemem niełatwego dziedzictwa, do umiejętnej
selekcji i wyraźnego przewartościowania. Wierzę, że może istnieć Górny Śląsk
bez dominującego górnictwa, ale wierzę też, że warto dobrze wykorzystać to z
przemysłowego dziedzictwa, co my – jako „dziedzice” – dostajemy dziś od
przeszłości, a co może mieć dla przyszłości nieprzeciętną wartość. |