– Jaki był pana lwowski dom rodzinny?
– To był dom na przedmieściu Lwowa, na Lewandówce, wybudowany przez mojego ojca. Choć sam był wojskowym, w naszym domu stała fisharmonia. Lubił na niej grać... Tę fisharmonię przywieźliśmy tutaj, na Śląsk, do Zabrza. Później ojciec przekazał ją do jednego z kościołów.
– Czyli, że zamiłowanie do muzyki i gry na instrumentach odziedziczył pan po ojcu.
– Tak się szczęśliwie złożyło, że mój ojciec, kiedy mieszkaliśmy we Lwowie, jak tylko poszedłem do szkoły, od razu zapisał mnie do konserwatorium na naukę gry na skrzypcach. Kilka lat później, po przyjeździe do Zabrza, tak się złożyło, że w szkole, do której uczęszczałem, lekcje muzyki prowadził nauczyciel, który kończył konserwatorium w Katowicach, a w Zabrzu założył szkolny zespół orkiestry symfonicznej. No i nagrałem w niej. Potrafiłem również grać na tzw. instrumentach szarpanych, czyli gitarze, mandolinie, na banjo – przydawała się ta umiejętność na szkolnych zabawach. Nie tylko muzykowałem w orkiestrze, ale też śpiewałem w założonym w Zabrzu szkolnym chórze. Na akademiach śpiewaliśmy piosenki polityczne, a w kościołach kolędy.
– Muzyka nie była jedynym, jak się niebawem okazało, obszarem pana zainteresowań artystycznych.
– Oprócz muzyki bawiłem się rysowaniem i malowaniem. W pewnym momencie pomyślałem, że właściwie powinienem poważniej się tym zająć. Tak więc wiosną 1948 roku pojechałem do Wrocławia, bo wiedziałem że tam jest Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych. Podczas rozmowy wstępnej zapytano mnie gdzie mieszkam, tak dowiedziałem się, że w Katowicach jest oddział wrocławskiej uczelni i nie ma powodu, żebym studiował we Wrocławiu.
– Skąd wziął się pomysł studiów we Wrocławiu?
– Dlatego, że moi koledzy tam pojechali, a poza tym miałem tam również rodzinę – część po opuszczeniu Lwowa pojechała do Bytomia, do Zabrza a część do Wrocławia.
– Rodzice nie chcieli panu wyperswadować, że artysta to nie zawód, może prawnik?
– Oczywiście. Pytali, z czego będę żyć w przyszłości, że jako artysta nie zarobię na własne utrzymanie. Doradzali Politechnikę w Gliwicach. Ale mnie bardziej fascynowało rysowanie.
– U kogo zdawał pan egzamin w Katowicach?
– U profesora Raka!
– Wybrał pan Wydział Grafiki Propagandowej! Czy to miało jakieś znaczenie?
– Żadnego. Chciałem po prostu rysować i projektować.
– Jaka to była wtedy uczelnia?
– Był tu profesor Rak, byli Pomorski i Dutkiewicz, z Krakowa przyjeżdżał Górecki z Krakowa, Dołżycki z Wrocławia. A przede wszystkich był Mroszczak.
To była nieduża uczelnia, ale atmosfera w niej była przecudowna. W tym czasie mieliśmy budynek przy ulicy Stawowej …
– Ten, w którym mieści się szkoła podstawowa…
– Tak, uczelnia wynajmowała dwa ostatnie piętra. Wcześniej przy obecnym placu Szewczyka też były pracownie malarskie. Potem otrzymaliśmy budynek przy ulicy Kościuszki – zresztą do dzisiaj, kiedy przejeżdżam tędy do Wyższej Szkoły Technicznej, gdzie teraz pracuję, to zawsze wspominam czas i okno, przy którym stała moja sztaluga, a ja malowałem pod okiem profesora Pomorskiego.
– Jakimi byli ludźmi?
– Przede wszystkim była fenomenalna atmosfera. Mam kontakt z dzisiejszymi uczelniami, to zupełnie inne szkoły. W tym pierwszym okresie przede wszystkim nie było żadnych list obecności – nikt z pedagogów nie sprawdzał czy ktoś przychodzi na zajęcia, po prostu się pracowało. Wszyscy chcieli tam być, pracować, stać przy sztaludze. Chętnie się przyjeżdżało. Ja przecież codziennie jeździłem z Zabrza. Do tego wszystkiego był zespół kolegów sprzyjających tej atmosferze.
– Jak narodziło się u pana profesora zainteresowanie projektowaniem plakatów?
– A dzięki temu, że projektowanie graficzne prowadził Mroszczak – początkowo to były zagadnienia związane z drobną grafiką użytkową, ilustracje, okładki, a potem przeszedł do plakatu.
– Czy to właśnie Mroszczak miał największy wpływ na pana?
– Tak. Mroszczak projektował różnego rodzaju zamówienia na ilustracje. Często mnie i Waldemara Świerzego zapraszał do domu, żebyśmy mu wykończyli prace, które on naszkicował. Mieliśmy więc bezpośredni kontakt nie tylko z profesorem, ale z konkretną pracą, konkretnym zamówieniem. To było cudowne.
– Pracowaliście przy ulicy Dyrekcyjnej, gdzie mieściła się pracownia fotograficzna.
– Między innymi przy ulicy Dyrekcyjnej, gdzie mieściły się pracownie, także pracownia fotograficzna, którą prowadziła żona Mroszczaka. Żadnych specjalnych stołów… Później dostaliśmy prasę, która zresztą stoi na akademii do dzisiejszego dnia.
– Nigdy nie wróciła myśl o studiowaniu na akademii muzycznej?
– Pewnie, że zastanawiałem się czy dobrze zrobiłem, że nie poszedłem do szkoły muzycznej, ale przecież cały czas grałem, do dzisiejszego dnia.

 
Z profesorem
TADEUSZEM GRABOWSKIM
rozmawia
WIESŁAWA KONOPELSKA
 

 Przepisywałem
partytury Fitelbergowi…

– Czy kontakt z muzyką, miał jakiś wpływ na pana sposób myślenia o plakacie? W dodatku ma pan profesor w swoim dorobku wiele afiszy ze słynnym kluczem wiolinowym!
– Oczywiście, że miało nie tylko wymiar abstrakcyjny, ale też bardzo konkretny. Będąc studentem, dzięki kontaktom ze środowiskiem muzycznym, z radiem katowickim, poznałem Grzegorza Fitelberga, który wiedząc, ze studiuję grafikę, wykorzystał moje zdolności i poprosił mnie o przepisywanie swoich partytur!
– Kiedy Mroszczak przeniósł się do Warszawy, pracownię przejął Górecki.
– Dalej przychodziliśmy na Dyrekcyjną… Pamiętam ostatni dyplom był przy ulicy Kościuszki, a później dostaliśmy budynek po szkole partyjnej na Raciborskiej. Zaraz po dyplomie zostałem asystentem Góreckiego. Ale znacznie wcześniej Dołżycki namówił mnie, żebym poszedł do Liceum Plastycznego uczyć projektowania i liternictwa. Tak też się stało. Będąc jeszcze studentem już zacząłem „belfrować”. To niesłychanie mnie wciągnęło. Miałem do czynienia z ludźmi niewiele młodszymi ode mnie. To był piękny okres. Ci uczniowie, którzy robili dyplom u mnie w pracowni w liceum, zostawali studentami Akademii. Dalej byli moimi studentami. W ubiegłym roku zostałem zaproszony na 50-lecie matury!
W czasach, kiedy byłem asystentem Góreckiego, powstało Wydawnictwo Artystyczno Graficzne – znajdowało się w miejscu, w którym w tej chwili rozmawiamy (przy Dworcowej 13, w pomieszczeniu redakcji „Śląska” – przyp. Autorki). W 1962 r. zrezygnował z prowadzenia Wydawnictwa i prosił żebym się tym zajął. Tak więc zostałem kierownikiem artystycznym na całe 18 lat. Godziłem pracę artystyczną z administracyjną, z zamówieniami. Ale to było świetne doświadczenie. Powstawały tu plakaty nie tylko polityczne. Przychodziło mnóstwo zamówień z górnictwa, Teatru Śląskiego i innych instytucji kultury, z organizacji sportowych. Nawiasem mówiąc, tych politycznych było najmniej.
– Jaki był pierwszy, znaczący dla pana plakat?
– To ten, który pokazałem na wystawie w Rondzie Sztuki – ze słynnym „Okręgiem Stalinogrodzkim” na wystawę katowickiego Związku Plastyków. Napisał o nim Ligocki – wtedy był pedagogiem na naszej uczelni.
– Pojawił się też pomysł organizowania konkursu na plakat.
– Kiedy zmarł Górecki przejąłem po nim pracownię. Organizowałem konkursy na plakat. Miałem bezpośrednie kontakty z twórcami, w związku z tym wszystko sprawnie funkcjonowało. I tak przed ponad 40. laty powstało pierwsze Biennale Plakatu.
– Pamięta je pan?
– W związku z tym, że w Katowicach wydawano bardzo dużo plakatów – to był drugi ośrodek w Polsce, po Warszawie, zaczęliśmy się zastanawiać co z nimi robić, gdzie je pokazywać. Tu, w tej kamienicy, mieściła się niewielka salka Biura Wystaw Artystycznych. Z Zarządem Okręgu doszliśmy do wniosku, że zrobimy Biennale Plakatu: polskiego w nieparzystym roku, a w parzystym – międzynarodowe. Pojechaliśmy do Warszawy, do Mroszczaka i do Zarządu Głównego Związku Polskich Artystów Plastyków z propozycją koncepcji dwóch wystaw. Mroszczak powiedział: zgoda, róbcie wystawę ogólnopolską, ale międzynarodową zrobimy w Warszawie, bo mamy tu więcej miejsca i znajomości. Właśnie z powodu braku dużej sali pierwsza i druga wystawa odbyły się w holu Urzędu Wojewódzkiego. Pomysłem Biennale byli wszyscy zachwyceni. To był 1965 rok. Potem dopiero była Warszawa, Brno, Paryż, Sofia, Tajwan… Od nas wszystko się zaczęło.
– Biennale Plakatu było więc odpowiedzią na ogromną ilość projektowanych i wydawanych plakatów. Dzisiaj jesteśmy w zupełnie innym punkcie, chociaż Biennale ma za sobą dwadzieścia jeden edycji.
– W tej chwili przygotowuję XXI Biennale – czyli mijają 42 lata od pierwszego Biennale. We wcześniejszych edycjach autorzy mogli przysyłać po 5 plakatów. To był nieprawdopodobny problem. W tym roku po raz pierwszy ograniczyliśmy ilość przyjmowanych plakatów do trzech. Mimo to mamy prawie 500 plakatów. Po dokonaniu selekcji do oceny jurorów pozostały 204 plakaty.
– Biennale są również odzwierciedleniem sytuacji ostatnich lat. Plakat znajduje się w zupełnie innej sytuacji, niż kilkanaście lat temu.
– Jestem zdumiony ale i ucieszony – po raz pierwszy zobaczyłem na katowickim „Zenicie” plakat do sztuki „Badenheim”, której premiera będzie miała miejsce w Teatrze Śląskim. To

ewenement po latach! Dawniej robiło się plakat do każdej sztuki – to było ambicją instytucji kultury, a dzisiaj plakat – jeśli jest – wisi tylko i wyłącznie wewnątrz teatru – i to wszystko. Od dłuższego czasu plakat jest wypierany przez inne formy komunikacji wizualnej, przede wszystkim przez ogromnych rozmiarów bilbordy. Nieprawdopodobnych rozmiarów – to jest dla mnie stan zagrożenia estetycznego., bo wjeżdżając do miasta widzi się olbrzymie budynki zasłonięte reklamami. Na przykład Hotel Katowice czy budynek dawnego Polmagu w samym centrum Katowic. Całe budynki są oklejane. Dziwię się architektom, że nie reagują na tę sytuację. Tak być nie powinno. Na szczęście zauważyłem, że przestały wisieć na teatrze reklamy banków, również z Muzeum Śląskiego zniknęły reklamy piwa.
– Czy pojawienie się bilbordu w miejsce plakatu świadczy o zmianie sposobu myślenia, o komercyjnym podejściu do kultury, nawet tej wysokiej?
– To zaczyna być przykre. Z jednej strony zachwycam się tym, że na Biennale przysyłają plakaty młodzi ludzie, bo plakaty powstają we wszystkich środowiskach, na wszystkich uczelniach, natomiast niewiele lub prawie wcale się go nie wydaje, stał się sztuką dla sztuki, dla kolekcjonerów. Zamienił ulice i słup ogłoszeniowy na salony wystawowe, muzealne, a jednak ciągle jest żywy i nowoczesny. To przykre, że bilbordy wypierają plakat z ulicy, która była dla niego salonem wystawowym.
– Nie świadczy to jednak o braku zainteresowania artystów plakatem. To nie jest niepotrzebna forma komunikacji wizualnej.
– Bilbordy technicznie są znakomite. Ale nie robią ich artyści, tylko agencje reklamowe – wystarczy duża łatwość operowania programem graficznym i nic ponad to.
– Twórcy sami drukują swoje plakaty, powiększają je i … wysyłają na konkursy.
– W regulaminie Biennale zastrzegliśmy wielkość prac. Od początku na Biennale Plakatu Polskiego przyjmowaliśmy też projekty. Byliśmy pod tym względem wyjątkiem. Po przysyłanych pracach widać, że ludzie żyją w innym okresie, inaczej myślą, ale też syntetycznie, lapidarnie. Plakaty nadesłane na tegoroczną edycję nie są rozmalowane, rozbudowane, nie dla popisania się techniką ale niepowtarzalnym, skrótowym sposobem myślenia. To będzie bardzo dobra wystawa!



(ramka)

Dwa lata temu, w 2007 r. z okazji 40. edycji Biennale Plakatu Polskiego, prof. Tadeusz Bogusławski, rektor Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, tak oto pisał do prof. Tadeusza Grabowskiego: „(…) Minęło już 40 lat od czasu, kiedy to ekipa znakomitych plakatologów pod kierunkiem Pana Profesora odkryła na Górnym Śląsku bogate złoża najcenniejszego polskiego surowca kulturalnego – plakatu. Odtąd Katowice stały się centrum polskiego przemysłu wydobywczego i poszukiwań nowych pól oraz form eksploatacji. Dzięki Panu Profesorowi od kilkudziesięciu już lat, w cyklu dwuletnim, wydobywa się tam na powierzchnię najcenniejsze egzemplarze tego surowca, niektóre podobno porównywalne z najszlachetniejszymi odmianami węgla.
Życzę zatem Panu Profesorowi i sobie, oby te złoża okazały się niewyczerpalną kopalnią pomysłów, zaś urobek cieszył oko, serce i umysł. Niech żyje nam graficzny stan!”


(ramka)

Prof. nadzw. TADEUSZ GRABOWSKI – rocznik 1929. Urodzony we Lwowie, absolwent Wydziału Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Dyplom uzyskał w 1954 roku. Członek ZPAP (od 1954 r.), nauczyciel w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych w Katowicach. Praca dydaktyczna w ASP Katowicach 1956-1999. W latach 1962-1978 – kierownik artystyczny Wydawnictwa Artystyczno-Graficznego w Katowicach. Od 1965 r. organizator Biennale Plakatu Polskiego i członek Komitetu Organizacyjnego Międzynarodowego Biennale Plakatu w Warszawie. 1968-1981 kierownik Pracowni Projektowania Graficznego i na Wydziale Grafiki ASP w Katowicach. W latach 1976 – 1982 oraz 1990-1993 prorektor ASP Krakowie ds. Filii w Katowicach. Członek Towarzystwa Projektantów Graficznych w Warszawie. Od 1995 r. przewodniczący jury Międzynarodowego Konkursu Graficznego na Exlibris w Gliwicach i przewodniczący jury Międzynarodowego Biennale Plakatu Społeczno-Politycznego w Oświęcimiu (od 2008 r.). 1996-2002 – członek Rady Wyższego Szkolnictwa Artystycznego przy Ministrze Kultury i Sztuki. Pracą dydaktyczną związany z Instytutem Sztuki Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie i w Wyższej Szkole Technicznej w Katowicach.

Laureat kilkudziesięciu nagród i wyróżnień w konkursach graficznych oraz przyznanych przez Ministra Kultury i Sztuki, Ministra Edukacji Narodowej, Akademię Sztuk Pięknych w Katowicach, W 2006 r. otrzymał Srebrny Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA