Kawaler, czy żonaty? To pytanie pada w filmie Borysa Lankosza
parokrotnie, a skutki jego są katastrofalne. Warszawa, rok 1952. Panna
Sabina ma dwadzieścia dziewięć lat, z wykształcenia polonistka, pracuje w
Wydawnictwie Nowina, w Dziale Poezji. Redaguje tom poezji wybitnego poety,
cudem ocalonego spod gruzów powstańczej stolicy, który nie akceptuje
panującego systemu, a wystarczyłoby, gdyby dokonał paru „zabiegów
kosmetycznych”, jak konieczne cięcia nazywa szef panny Sabiny dyrektor
Barski. Sugeruje, by spróbowała porozmawiać z „wielkim poetą” na prywatnej
stopie. Stąd w przestronnym mieszkaniu trwają przygotowania do przyjęcia nie
tyle znakomitego gościa, co mężczyzny, bowiem mama panny Sabiny i jej babcia
ponad wszystko pragną wydać córkę i wnuczkę za mąż.
Panna Sabina jest zakompleksiona, nie bez powodów, jest wszak uosobieniem
doskonałej przeciętności, niezdolnej poruszyć wyobraźnię mężczyzn. Wprawdzie
dyrektor Barski nie skąpi jej iście męskich komplementów, jednakże seks
biurowy uprawia z całkiem inną pracownicą obdarzoną powabnym biustem,
atrybutem, którego niemal całkowicie jest pozbawiona panna Sabina. A więc:
„kawaler, czy żonaty?”
To jedna sprężyna filmu „Rewers”. Drugą siłą napędzającą filmową opowieść
jest złota jednodolarówka, którą należałoby oddać ludowemu państwu, do czego
wzywa specjalny dekret. Panna Sabina wpadnie na dość niepospolity sposób
ukrycia domowego złota: będzie łykać pieniążek, wydalać go, czyścić, znowu
łykać, znowu wydalać…
Skąd w roku 1952 tak piękne i przestronne mieszkanie w Warszawie? Rodzinie
panny Sabiny zabrano kamienicę (mieści się w niej teraz ministerstwo!) razem
z ich apteką, lecz brat panny Sabiny, z zawodu malarz (pracownię ma w
mansardzie), otrzymał to mieszkanie w uznaniu dla jego „sztuki w służbie
ludu”: jest niezmordowanym malarzem socjalistycznych świętych powszednich, z
dzielną traktorzystką na czele. Do postaci traktorzystki twarzy udziela mu
siostra-polonistka-redaktorka-panna Sabina! Malarz, wie, że się sprzedał,
dlatego pije, ale mieszkanie rodzina panny Sabiny ma. I nawet sama panna
Sabina skłonna jest zachęcać niezłomnego poetę Wodzickiego do „pewnych
zmian” w tekstach, bo przecież jest jak jest, i trzeba się dostosować, wszak
inaczej nie będzie. Z niejakim zdziwieniem przyjmuje słowa poety, że nie
wolno |
|
Rewers
wyrzec się nadziei.
Trzeba żyć, trzeba redagować antologię poezji chłopskiej (Nudna jak flaki z
olejem, ale potrzebna! – słowa dyrektora Barskiego!!!). Życie jest
silniejsze od opresyjnego systemu, trzeba się kochać, trzeba rodzić dzieci.
Panna Sabina zachowuje się jak większość tak zwanych zwykłych ludzi. Do
czasu jednak. Bowiem dostosowanie jest na ludziach wymuszone, i w większości
tli się jakiś czysty płomień. Przyzwoitość, niezłomność, przymioty na pozór
zawieszone w stalinowskiej codzienności.
Panna Sabina zderza się z systemem od strony najmniej spodziewanej,
zdawałoby się bezpiecznej, w której nie ma miejsca na bodaj cień
podejrzenia. Oto mężczyzna, który pojawił się w jej szarym życiu jak rycerz
z bajki, przy tym diabelsko przystojny, któremu oddała się bez wahania,
okazał się ubekiem, który jej proponuje współpracę, nie wykluczając realnego
małżeństwa: ma tylko co tydzień napisać raport o zachowaniu, słowach,
postępkach dyrektora Barskiego.
Wstrząs, jakiemu ulega panna Sabina, jest wiarygodny. Jeszcze dobrze nie
pozbierała się po, jak się zdaje, pierwszym w jej życiu akcie płciowym, a
już to, co najświętsze zostało sprofanowane. Zabija kochanka. Od tego
momentu dość pogodna opowieść o strasznych czasach stalinowskich, gdy co
roku tysiące ludzi w przymusowym pochodzie pierwszomajowym pozdrawiało
przywódców partii i rządu (lecz radosne uśmiechy nie były już przymusowe!),
zamienia się w klasyczną czarną komedię z rozkładającymi się w wannie
zwłokami przystojnego ubeka, a następnie z oryginalnym grzebaniem kości w
gigantycznym wykopie pod fundamenty przyszłego Pałacu Kultury i Nauki im.
Józefa Stalina.
Ani to zabójstwo, ani pochówek nas nie przerażają. Czarna komedia – i w tym
tkwi jej magiczna moc – zawiesza na czas spektaklu etyczne dylematy związane
z zabójstwem, unieważnia powagę śmierci, oddala dociekliwe pytania o
wiarygodność i prawdopodobieństwo. Czarna komedia czyni to na własnych
warunkach; kto ich nie przyjmuje, może wyjść z kina, nic tu po nim. |
|
Jednakże czarna komedia wykonana ze smakiem, z poczuciem
miary, co winno cechować każdą dobrą zabawę, nie dopuszcza żartu tam, gdzie
być go nie powinno: sekwencja aresztowania generała na oczach panny Sabiny i
jej mamy ciągnących po schodach zwłoki ubeka w malarskim kitlu Arkadiusza,
zachowuje – nie wypadając z ram czarnej komedii – suwerenną godność.
Podobnie rzecz ma się z aresztowaniem dyrektora Barskiego. Jego ostatnie
słowa skierowane do zszokowanych współpracownic: „Dopilnujcie, aby plan
wydawniczy został wykonany” – nie bardzo śmieszą, choć są śmieszne, i nie
bardzo smucą, choć dyrektor pod gabardynowym płaszczem zarzuconym na ręce,
kryje kajdanki.
Może też nie wypada pytać o prawdopodobieństwo takiego akurat przechowywania
złotego dolara, choćby nawet z nostalgicznym napisem „Liberty”! Moim zdaniem
jest równe
zeru! Polacy bardzo byli uodpornieni – pięcioletnią okupacją niemiecką – na
wszelkie zakazy i zakazy, aby natychmiast oddać komunistom rodowe klejnoty!
Zabójstwo ubeka, rozpuszczenie jego ciała w wannie i pochowanie kości w
wykopie pod przyszły Pałac Kultury i Nauki – to nawet nie teatr absurdu, to
bajka po prostu, a już brak następstw w postaci zaaresztowania całej rodziny
panny Sabiny, tu bowiem urwał się wszelki ślad po funkcjonariuszu Toporku,
którego misja była jego szefom doskonale znana – to czysta fantazja.
Ostatecznie można by o to i owo pytać scenarzystę (Andrzej Bart), ale nie
reżysera, debiutującego w fabule Borysa Lankosza, który tę w istocie błahą
(jak wydać za mąż niezbyt powabną, niemal trzydziestoletnią córkę),
miejscami bardziej, miejscami mniej zabawną historię, opowiedział w sposób
perfekcyjny, z absolutnym wyczuciem gatunku, bez zbytecznego kadru i
zbędnego słowa. Przy tym, w tej precyzji więcej jest poezji niż matematyki!
Wejście planu współczesnego, w kolorze, w film czarno-biały jest nagłe i
bardzo mocne! Aktorzy – z zupełnie rewelacyjną Agata Buzek! – nie grają w
czarnej komedii; żyją swoim powszednim życiem, i tylko czas, tzw. epoka
czyni z ich życia „opowieść idioty”.
Inteligentny, pełen wdzięku debiut! Bardzo jestem ciekaw następnego filmu
Borysa Lankosza. Ten człowiek ma wrodzone poczucie stylu, a to rzadki dar! |