Witold Turant: Ostatnio często na radiowej antenie pojawiają się nagrania tzw. dinozaurów rocka, a wśród nich także nagrania węgierskiego zespołu „LOCOMOTIV GT”. Te nagrania kojarzą mi sie z pisarzem, Tiborem Dérym. Tobie chyba także.
Feliks Netz: Byłem nawet na musicalu zrobionym według jego niedużej powieści, zatytułowanej Wyimaginowany reportaż z amerykańskiego festiwalu muzyki pop. Autorem muzyki był Gábor Presser, gwiazda i leader zespołu „LOCOMOTIV GT”, ten zespół w pełnym składzie grał na każdym spektaklu. Piosenki miały fantastyczne teksty. Pamiętam wiele z nich, na przykład tę: Ha nem birod már elviselni azt amiben vagy/ lép ki mint egy róssz cipõbõl, / ringosd el magad! itd). I w teatrze i na koncertach młoda publiczność szalała: tłum powtarzał wielokrotnie: „Ringosd el magad!”. O co tu chodzi? Co te słowa znaczą? Znaczą tyle: Jeżeli nie możesz wytrzymać w tym, w czym jesteś (w czym tkwisz), wyskocz z tego, jak ze złych butów! Kołysz się sam! Na pozór brzmi to dość niewinnie, ale było dla wszystkich oczywiste, że owe złe, ciasne buty, to dyktarura, prawda, że kadarowska, gulaszowa, z pełnym żołądkiem, ale bez wolności. „Kołysz się sam” – a więc: nie potakuj, bądź sobą, strzeż swojej indywidualności! To było ostrzeżenie na czasie, bo Węgrzy, co było widać, wybrali wtedy niekończącą się poobiednią drzemkę po sutym posiłku.
W.T.: To jest świat wczesnych lat siedemdziesiątych.
F.N.: Mam na myśli konkretny rok 1977, spędziłem wówczas na Węgrzech kilka miesięcy.
W.T.: Nie przypadkiem zacząłem naszą rozmowę od pytania o węgierskie zespoły i Tibora Déry’ego, bo był on dla ciebie postacią ważną. Przetłumaczyłeś jego książkę pt. „Anatema”, która w latach osiemdziesiątych ukazała się nakładem krakowskiego WL-u.
F.N.: To mój pierwszy przekład z języka węgierskiego, mówię o druku zwartym, o książce, bo już wcześniej pojawiały się moje tłumaczenia w wyborach wierszy i antologiach poezji węgierskiej. „Anatema” – to jest powieść historyczna – alegoria świata, w którym jest porządek, ale nie ma wolności.
W.T.: To dość obrazoburcze stwierdzenie, jak na tamte czasy.
F.N.: Tibor Déry napisał tę książkę w więzieniu, w Vácu. Otrzymał dziewięcioletni wyrok, jako stary człowiek, bo przecież miał wtedy sześćdziesiąt lat, i odsiedział cztery lata. Objęła go amnestia: Kádár zaczął powoli rozluźniać żelazny uścisk. Déry miał propozycję z wielu krajów, mógł opuścić Węgry, znał kilka języków. Gdyby wyjechał, pewnie dostałby Nobla, a pozostając, w jakiś sposób legitymizował reżym Kádára.
W.T.: Przeczytałem gdzieś, nie pamiętam u kogo, że Déry czynił
pewne starania wokół możliwości
azylu politycznego w gomułkowskiej
Polsce!
F.N.: To prawda! Ale mówimy o końcu roku 1957, Déry jest pewien, że lada dzień będzie aresztowany. Starał się o azyl w Polsce, a o pomoc w załatwieniu tej sprawy zwrócił się do Marii Dąbrowskiej. Czy wykonała jakiś ruch w stronę Gomułki – nie wiem. Może i tak, ale wyobrażam sobie fanatyczne: „Nie!” tego odrażającego kobolda.
W.T.: Mówisz to z taką pasją! To ważny dla ciebie pisarz…
F.N.: On za młodu ostro komunizował, to go jakoś zdeformowało. Cóż to jednak znaczy przy takiej niewielkiej książeczce, jaką jest bezsporne arcydzieło, mówię o „Niki”. „Niki, historia pewnego psa”. Tę książkę poznałem po angielsku, kupiłem ją w księgarni w Nowym Jorku przy
5-th Avenue. Tak daleko sięgał ów Węgier, dożywający wówczas swoich dni w Balotoffüred. W ubiegłym roku, przebywając na Węgrzech, napisałem cykl wierszy (Dziesięć sonetów spisanych na Półwyspie Tihany”. Jest wśród nich jeden w jakimś sensie o Dérym, a właściwie o psie Niki. Déry był dla mnie długo, by tak rzec, flagowym pisarzem węgierskim. Dopiero Sándor Márai zepchnął go na dalszy plan.
W.T.: Nietrudno odnieść wrażenie, iż ci węgierscy pisarze, a szczególnie Márai, są dla ciebie swego rodzaju miarą i wagą.
F.N.: Jest w tym jakaś zagadka, której sam nie potrafię wytłumaczyć do końca, że akurat ta literatura mnie pociągnęła, choć równie dobrze mogła to być literatura czeska, która zafascynowała wielu innych. Mnie chyba pociągnęła ta potworna bariera językowa. W Pradze widząc książkę na wystawie, mniej więcej wiesz o co chodzi. A w Budapeszcie? Nie wiesz absolutnie nic. Kompletna blokada. Świetne czasopisma. Niedostępne. Teatr? No, może musical, operetka ale dramat? Możesz pójść, ale nic z tego raczej nie wyniknie. I to było szalenie kuszące. Żeby to przełamać, żeby się przebić. Ale po co? To ważne pytanie. Mogło się okazać, że za tą szybą nic nie ma, żadnej tajemnicy. Ale okazało się, że coś tam jednak jest.
W.T.: Jest jednak w twoim życiu pewna trochę nawet metafizyczna odpowiedź na to pytanie: wszystko po to, byś miał z czego żyć w najtrudniejszym momencie swojego życia.
F.N.: To jest możliwe. Przez pewien czas, w stanie wojennym, gdy nie zostałem zweryfikowany jako dziennikarz, uczyłem języka węgierskiego w liceum w Katowicach, do którego zresztą przez pewien czas uczęszczałem, bodaj był to czwarty okres w dziewiątej klasie. Maturę zrobiłem w TPD nr 2 im. Wilhelma Piecka w Katowicach. Ale najważniejsze chyba jest to, że ta fascynacja Węgrami i ich literaturą doprowadziła mnie do spotkania z Máraiem. Gdyby tak się nie stało, a mam co do tego głębokie przekonanie, ominęłoby mnie w życiu coś niesłychanie ważnego i niepowtarzalnego, rozwijającego i inspirującego. Tak to po latach oceniam. Gdyby Márai pojawił się wcześniej, prawdopodobnie głęboko by mnie przeorał i uformował wewnętrznie. Ale widać tak miało być, jak było. Istnieje jakiś plan, w którym uczestniczymy w życiu, każdy na swój sposób.
W.T.: Mówiąc o tym, co cię uformowało, wróćmy może na chwilę do twoich korzeni. Nie urodziłeś się na Śląsku, mimo że Śląsk i Katowice są w twojej twórczości zawsze obecne.
F.N.: Oczywiście nie jestem Ślązakiem, i miejsce zamieszkania niczego tu nie zmienia, ale jestem katowiczaninem, człowiekiem tego miasta, od lat chłopięcych czyli ponad pół wieku. Jednakże to, gdzie byłem przedtem, ma także ogromną wagę. Urodziłem się nad Drwęcą, w okolicach Brodnicy, ochrzczono mnie w parafii Gorczenica. Potem, od połowy 1946, był Lubań na Dolnym Śląsku. I w 1955 roku pojawia się Stalinogród.
W.T.: Co to znaczy: pojawia się?
F.N.: Mam szesnaście lat, tam mieszkam, gdzie zameldują mnie moi rodzice. Najpierw do Stalinogrodu wyjechała – i to nie z Lubania, lecz z Jeleniej Góry, a to też miasto bliskie mi bardzo – moja siostra z mężem (teraz ma osiemdziesiąt dwa lata i dożywa spokojnie swoich dni w stanie New Jersey). Ojciec dostał robotę w kopalni „Katowice”, na powierzchni, w sortowni. Zamieszkaliśmy w familoku przy ul. Kopalnianej nr 1, w najstarszej części Katowic, Bogucicach.
W.T.: Jakie właściwie były te Katowice 1955 roku? Jaka była Polska?
F.N.: Przede wszystkim to nie były Katowice. To był Stalinogród. Po drugie – to nie była Polska. To była Polska Rzeczpospolita Ludowa zwana Peerelem. Mąż mojej siostry, rocznik 1919, żołnierz Września, więzień stalagów, wbijał mi do głowy: pamiętaj, to nie jest Polska, to jest Peerel! Pięć lat stalagu mocno go rozstroiło, uważałem, że to jakaś jego fiksacja z tym peerelem. Niestety, nie zdążyłem przyznać mu racji… Stalinogród wtedy nie różnił się specjalnie od Wrocławia, czy Warszawy – ta sama nijakość, nuda, czekanie w restauracji (czterdzieści minut to nie było wiele!) aż przyniosą ci mielonego z ziemniakami i ogórkiem kiszonym. Bary mleczne z niezmiennie przypalonym mlekiem. Pytanie klienta, głośne: „Ruskie są?!” – chodziło o pierogi ruskie – odpowiedź z okienka na całe gardło: „Ruskie już wyszły!” To były te chwile radości. Ale szkoła była silnie indoktrynowana, o czym za chwilę. Pamiętam – idę do kina. W Światowidzie film według powieści Ażajewa Daleko od Moskwy. Słuchaj! Drugi dzień świąt wielkanocnych, grają sowiecki film, a do kina nie można się dostać! Jakaś potwornie nudna opowieść o budowie gazociągu, czy ropociągu. Pełne kino! Oczywiście, nie dlatego, że to sowiecki film, po prostu nic innego nie było. Ludzie chcieli wyjść z domu i dokądś pójść. Nieliczne kawiarnie z Kryształową na czele, w centrum, pełne gości jakby przyśrubowanych do kanapek. Jak już ktoś zdobył miejsce, to siedział! Poszedłem do Biblioteki Śląskiej na odczyt słynnego już wtedy, a później jeszcze bardziej, polonisty z Uniwersytetu Jagiellońskiego. O czym prawił: Ni mniej ni więcej: „O romantyzmie socjalistycznym”! A znalazł go w powieści Borysa Polewoja Opowieść o prawdziwym człowieku. Czarny humor tamtych lat: facet podsuwa tzw. musztardówkę w stronę kumpla, który „odbił” (uderzając płasko dłonią w denko butelki wybijało się korek) pół litra, i mówi: „Borys, polewaj!” W Teatrze Śląskim też komplety, kupowałem bilet na drugi balkon, z boku, najtańszy, nie pytałem, co grają, chciałem być w teatrze. A tam: Poemat pedagogiczny A. Makarenki, Zagłada eskadry A. Korniejczuka, Magazyn mód O. Kryłowa, owszem: Gorki i Czechow, ale i jakiś żałosny A. Sofronow! Repertuar dobierano starannie. Człowiek był zamknięty w pewnym kręgu kultury sowieckiej i to było uderzające. Nawet jeśli był to film włoski, czuło się w nim oddech włoskiej partii komunistycznej. Filmy francuskie, ale to raczej adaptacje Maupassanta, Stendhala. No tak, Fanfan Tulipan – to była rozrywka. Ale to też był człowiek z ludu, ktoś taki jak nasz Janosik. Bardzo jakieś czerwone były te filmy. Myśmy tę rzeczywistość rozpoznawali, bo w jakimś stopniu zbliżona była do naszej. To był świat przedstawiany człowiekowi w PRL-u, który nie miał możliwości zagospodarowania swojej wyobraźni i fantazji. To było budowanie tzw. nowego człowieka! Na przykład dla mnie było szokiem, że 17 września 1939 roku Związek Radziecki napadł na Polskę. Tak byłem prowadzony, urabiany, od szczeniaka. Ja nie byłem w stanie zaakceptować tego rodzaju prawdy. Mówił mi to szwagier, mówi starszy o dziesięć lat brat, a ja nie jestem w stanie zrozumieć o czym oni mówią! Szkoła też była indoktrynowana, nawet podstawowa. I w szkole stalinogrodzkiej (ale to już w liceum) podpadłem od razu przewodniczącemu szkolnego koła ZMP. To spowodowało pewien konflikt, który narastał. Doniósł na mnie dyrektorce i musiałem się  


Długa nocna rozmowa
z FELIKSEM NETZEM
w przeddzień jego siedemdziesiątych urodzin


WITOLD TURANT
 

 Mieć trzystu czytelników

przenieść do innej szkoły. Był w tym otaczającym nas świecie system policyjny, były donosy. Klasę wyżej chodził syn szefa bezpieki. Nie wspomniałbym go, gdyby nie poszedł w ślady ojca, po latach kilkudziesięciu portrety ich obu wystawiono na publiczny widok w centrum Katowic. Takie były te Katowice, które jeszcze wtedy były Stalinogrodem. A to ciekawe, dziwny brak konsekwencji: kopalnia, w której pracował mój ojciec, nazywała się „Katowice” (przed wojną „Ferdynand”), a jednak nie przemianowano jej na „Stalinogród”, ale TORKAT (rozgrywały się tam mecze hokeja na lodzie oraz turnieje jazdy figurowej) przemianowano na TORSTAL! To już nie czarny humor tamtych lat, to rzeczywistość: miastem, które po śmierci Józefa Stalina miało być przemianowane na Stalinogród była Częstochowa. Chytry, wredny koncept. Ten pomysł żył tylko kilka godzin, tak zwany aparat stanął przed koniecznością rozwiązania kwadratury koła, czyli
przerobienia Matki Boskiej Częstochowskiej na Matkę Boską Stalinogrodzką!
W.T.: A jednak nie uciekłeś z tego miasta!
F. N.: Co więcej: zostałem tu na całe życie!
W.T.: Zastanawiałeś się czasem, że mogło być inaczej?
F.N.: Oczywiście, mogło być inaczej. W grę wchodziła Anglia. Brat pomógłby mi stanąć na nogi, opłaciłby mi studia, rozważaliśmy taką możliwość, gdy kończyłem polonistykę i pojawiło się pytanie: co dalej? Ale mnie tutaj właśnie zaczęło się wszystko jakoś organizować. Z czasem człowiek wrasta w ulice, w krajobraz miasta, w powietrze, w końcu ma już tu groby, przede wszystkim rodziców, rodzeństwa. Ale też przyjaźnie poetyckie. Ale też piękne dziewczyny! Potem wyjeżdżałem w świat i już wiedziałem, że tu będę wracał, nigdzie indziej. Olbrzymie dla mnie znaczenie, które przenosi się na płaszczyznę identyfikowania się z Katowicami, ma okres stanu wojennego, a zwłaszcza pacyfikacja kopalni Wujek. Było to dla mnie straszliwie głębokie i osobiste przeżycie. I takie pozostało. Wróciłem do niego jako pisarz. I myślę, że tak musiało się stać: pewnego marcowego dnia 1955 wysiadłem z pociągu i zostałem tu, by napisać wiersz o kopalni Wujek, o pacyfikacji, z którego metaforę „...śmierć jak kromka chleba”, a dokładniej: „… i podniosłeś z ziemi ich śmierć, jak kromkę chleba”, Kazimierz Kutz (dedykowałem mu ten wiersz), przeniósł do swojego filmu, przeświadczony – co mi wyznał – że lepszego tytułu dla swojej opowieści o pacyfikacji „Wujka” nie znajdzie. W ćwierć wieku później powstało słuchowisko „Pokój z widokiem na wojnę polsko-jaruzelską”. Pamiętam ten dzień, dzień pacyfikacji, bo poczułem wtedy, że to jest w jakiś tajemniczy sposób moja sprawa, czułem, że to jest mój ból, że to miasto we mnie wchodzi, że staję się katowiczaninem. Tak to było.
W.T.: Jeszcze na moment chciałbym wrócić do twoich pierwszych miesięcy w tym mieście. Powiedziałeś, że poszedłeś do Biblioteki Śląskiej – masz szesnaście lat, nikt ci nie kazał tam pójść – żeby posłuchać odczytu o literaturze. Pisałeś już wtedy?
F.N.: Już pisałem wtedy. Bardzo dużo, chyba każdego dnia. Nawet podczas podróży, mówię o przeprowadzce z Lubania do Stalinogrodu, pisałem w pociągu podczas nocnej jazdy. Światło było słabe, pisałem wiecznym piórem w zeszycie, który miał twarde okładki.
W.T.: Co to było, wiersz?
F. N.: To była powieść, miałem dla niej tytuł: „CAPITOL”. Zeszyt stukartkowy. Oczywiście, nie ukończyłem tej próby.
W.T.: Skąd ten tytuł?
F. N.: Tak nazywało się kino w Lubaniu w czasie, gdy Lubań nazywał się Lauban.
W.T.: To twoje pierwsze kino? Zaraz wrócimy do tej powieści w zeszycie!
F.N.: Moje pierwsze kino – to „WAWEL” w Lubaniu, tak jest! Jak to się mówiło: za Niemca zwało się Capiol. Mój pierwszy film – to Dusze Czarnych. Po latach ustaliłem, że pod takim tytułem wyświetlano po wojnie film Kinga Vidora z r. 1929 pt. Hallelujah! Rok był 1946, Lubań w siedemdziesięciu procentach w gruzach, lecz nietknięte było kino. Spod polskiej nazwy przebijała poprzednia: „CAPITOL”, wybita młotkiem litera po literze. Miałem siedem lat, wszedłem do kina bocznymi drzwiami, bo były uchylone, ktoś je otworzył przed końcem seansu. Ujrzałem na ekranie Murzyna, który usiłował włożyć but na bosą stopę. I nagle ta czarna stopa zaczęła rosnąć, Aż wypełniła cały ekran. Pamiętam tamto moje zdumienie, trochę mój przestrach, ale i zachwyt.
W.T.: Film okazał się większy od życia! Znam twoją książkę Poza kadrem, nazwałeś ją „rzeczą o filmach”. W twojej prozie, ale i w wierszach wyczuwa się coś w rodzaju montażu filmowego, myślisz filmowo, zbliżasz, oddalasz, zatrzymujesz obraz, raz sekwencje są dłuższe raz krótsze, jakbyś świadomie zmieniał rytm, żeby nie zanudzić, ale kogo, czytelnika czy widza?
F.N.: Kocham kino! Gdziekolwiek w świecie się znalazłem, szedłem do kina, na film zrealizowany w tym kraju, przez ludzi, którzy tam się wychowali, pewien, że film pomoże mi zrozumieć ten kraj i jego mieszkańców. Naturalnie, nie każdy film, ale jeśli się dobrze poszuka, znajdzie się taki, o którym da się powiedzieć: tak, to jest klucz do świata dotychczas mi nieznanego!
W.T.: Wciąż widzisz tę wielką, czarną stopę!
F.N.: Dobrze to ująłeś: film okazał się większy od życia!
W.T.: Wróćmy do owej powieści pt. „Capitol”! Czy to była pierwsza twoja proza?
F.N.: Pierwsza była czymś, co mnie zaskoczyło. Skończyłem siódmą klasę, zostałem przyjęty do liceum, bez egzaminu wstępnego, miałem same piątki, i w te wakacje przeczytałem powieść Jacka Londona Martin Eden.
W.T.: Której bohaterem jest pisarz…
F.N.: I ten pisarz popełnia samobójstwo. Nie mogłem przystać na tę śmierć! Czułem, że muszę to zmienić. Wydawało mi się, że jeśli napiszę inne zakończenie, to ta książka – książka, nie mój zeszyt – zmieni się całkowicie. Zapisałem tylko jedną stronę w zeszycie! Mój Martin Eden wydobywa się z morskiej toni, do której wrzucił go London, ale gdy wydostaje się nad powierzchnię wody, jest ogromny, jest wielki jak wieloryb, tak wielki, że gdy potrąca statek, statek zaczyna się kolebać. Na tym skończyłem. I nie to było najważniejsze, co napisałem, lecz stan, w jaki się tym pisaniem wprawiłem.
W.T.: Poczułeś się demiurgiem!
F.N.: Poczułem się tak, jakbym, powiedzmy, wynalazł lampę naftową! Ale, jak rzekłem, cały mój pisarski wysiłek zmieścił się na jednej stroniczce. A może to było tylko kilka zdań? Natomiast ta powieść pt. „Capitol” miała opowiedzieć o tym, że zewsząd w tym mieście Lubań/Lauban, przebija się na wierzch to, co było już – zdawałoby się – pokonane. Że te zbite młotkiem litery
c a p i t o l wyzierają spod słowa WAWEL. A podczas podróży z Lubania do Stalinogrodu – w przedziale było nas tylko dwoje: moja cioteczna babcia i ja – opisywałem sytuację, do której powróciłem po trzydziestu kilku latach w powieści Urodzony w święto zmarłych: dworzec kolejowy zapełniony ludzkim mrowiem, wysiedlani Niemcy i przesiedlani „zza Buga” Polacy. Wczesny, ciemny świt, matka zostawia mnie, bo nie ma innego wyjścia, w tej ludzkiej ciżbie na tobołkach i idzie na ulicę Łąkową, jakieś dwa kilometry, po mojego starszego brata, Wracają po godzinie z wózkiem. Ta godzina, kiedy czekałem na powrót matki, siedmiolatek, który nigdy nie widział takiej masy ludzkiej, była dla mnie tak traumatycznym przeżyciem, że nigdy jej nie zapomniałem i jej nie zapomnę. Opisywałem podczas podróży ten mój strach, moje przerażenie, i niemiecką dziewczynkę, która co jakiś czas przybiegała do mnie, przyglądała mi się, robiła zabawne miny i znikała.
W.T.: To ciekawe, bo wynika z tego, że zaczynałeś jako prozaik, a nie od pisania wierszy, jak to zwykle
bywa.
F.N.: Nie, nie! Były też wiersze, a w rok później już także tłumaczenia. To biegło obok siebie, równocześnie. Jakie to były wiersze? W jakimś stopniu były kalką tego, co wtedy drukowano, co młody chłopak w Lubaniu mógł przeczytać na przykład w „Życiu Literackim”. Wydawało się, że to jest jakiś wzór. Że skoro to publikują, to znaczy. że jest dobre! Ale na szczęście trwało to u mnie krótko. Między czternastym a piętnastym rokiem życia. Moje wiersze nie różniły się od tego, co publikowali tacy poeci jak Woroszylski, Mandalian, Kubiak, Hołda, Gaworski – popatrz, jak ja ich zapamiętałem! Ale na lekcji polskiego przerabialiśmy Deszcz jesienny Leopolda Staffa. Według podręcznika była to poezja o niczym, a mój pan od polskiego, prof. Ludwik Anioł powiedział mi na boku, że „to ma swoją wartość”! Na dowód, że wiersze nie muszą być o budowie Nowej Huty i bijącym sercu partii, pokazał mi w jakimś przedwojennym cienkim tomiku wiersz o suce Sergiusza Jesienina. Spotkałem się z nim po roku, gdy wpadłem do Lubania, wtedy sprezentował mi tom poezji Józefa Czechowicza! A już w Katowicach w roku 1956, od nowego pana od polskiego, Władysława Pieczonki, otrzymałem dwa tomiki, jeden Apollinaire’a, drugi Rimbauda, jednakowo wydane, w jakiejś serii. To były moje – poetyckie –

uniwersytety. A w kwietniowym numerze „Twórczości” w roku 1956, więc wciąż jeszcze w Stalinogrodzie, przeczytałem opowiadanie Marka Hłaski pt. Pętla, i to było dla mnie wielkie olśnienie! Okazało się, że literatura, dzisiejsza, polska, może zajmować się pojedynczym człowiekiem, jego wnętrzem, jego obolałą duszą. To oczywiście jest opakowane alkoholizmem, bo jedynie w takiej postaci mogło przejść przez cenzurę. Jakichś historycznych doświadczeń tutaj nie ma. Ale to jest jakby kontynuacja postaci Maćka Chełmickiego, którego nie zabito, który pewnie odsiedział dziesięć lat w więzieniu, stąd ta wewnętrzna ruina, stąd alkoholizm, który go prowadzi do samobójstwa. To jest utwór, który mnie niesamowicie poruszył. Do dziś Hłasko jest dla mnie wielkim pisarzem. Ale oto nadchodzi październik 1956 roku. Jest powstanie w Budapeszcie. Węgier właściwie nie znałem, choć wcześniej, oczywiście, jakieś kontakty z kulturą węgierską miałem, czytałem Jokaiego, słynną jego powieść Poruszymy z posad ziemię, zachwycił mnie film Liliomfi!, czytałem Chłopców z Placu Broni, i nagle to wszystko wali się w gruzy. Tam jest wojna, giną ludzie, także, jak pisze prasa, aktorzy, których znałem z ekranu. Ja jestem już w nowej szkole i poruszony tymi wydarzeniami piszę poemat, który wygłaszam na szkolnym apelu. To było w liceum TPD 2 im. Wilhelma Piecka. Tak się ta szkoła nazywała. W ten sposób niejako wpisuję się w szkolną rzeczywistość i zaznaczam swoją obecność. Ktoś spośród uczni jest piłkarzem trzecioligowego klubu, ktoś inny jeździł figurowo na łyżwach, zdobył w Polsce trzecie miejsce, a ja w tym szkolnym pejzażu zaznaczam się jako poeta. Na polonistce i innych nauczycielach zrobiło to pewne wrażenie, miałem swoją legendę, która pomagała mi w trudnych sytuacjach, przymykano oko na słabsze wyniki z matematyki i fizyki. Tak zapamiętałem ten proces stawania się pisarzem, czy może raczkowania pisarskiego. Ale świadomość tego, że będę pisał objawiła mi się bardzo wcześnie. I nigdy nie naszła mnie myśl, że mógłbym robić coś innego, nigdy. Wiedziałem, że będę pisał wiersze i prozę, ale także bardzo wcześnie wiedziałem, że będę tłumaczył. To jakoś tak samo przyszło. Zacząłem od wiersza Lorelei Heinego i dwóch jego sonetów. Zapamiętałem te tłumaczenia, i po wielu latach poprawiłem je, pokazałem Wilhelmowi Szewczykowi, który je wydrukował, a mój przekład Lorelei uznał za najlepszy z jedenastu już istniejących! Później w księgarni radzieckiej, bo była wtedy taka w Katowicach, kupiłem poezje Jesienina. Miałem dobrych nauczycieli rosyjskiego i byłem nieźle przygotowany do tłumaczenia.
W.T.: Ile właściwie znasz języków?
F.N.: Tłumacz literatury „zna” język w zupełnie inny sposób, niż np. tłumacz kabinowy. Pisarzowi bardzo często wystarczy, że dotknie kultury, rozpozna gramatykę i ma jakiś zasób słownictwa. I jest w stanie czytać w tym języku. Znalazł klucz do języka i literatury i może tę literaturę śledzić. Oczywiście, ja czytam i w różnym stopniu mówię takimi językami, jak rosyjski, angielski, niemiecki, hiszpański i węgierski. Czytam po słowacku i po czesku, a o ukraińskim i białoruskim już nie wspomnę, bo to oczywiste. Tłumaczyłem z hiszpańskiego Nerudę. Po drodze był pełny przekład Eugeniusza Oniegina i 25 sonetów do Marii Stuart Josifa Brodskiego, kilka książek z angielskiego, ale nie chciałem być jakimś maniakiem językowym, postanowiłem skupić się na jednym języku, na jednej literaturze, wybór padł na Węgrów. A ostatecznie skoncentrowałem się na dziele Sándora Máraiego.
W.T.: Ale to zainteresowanie działa w obie strony. Mam oto w rękach dwie twoje powieści, które przetłumaczono na Węgrzech. Ciekawi ich ten człowiek z Katowic, który tłumaczy Máraiego i ich poetów. Ale właśnie: wróćmy do Katowic, a konkretnie do katowickiego radia, z którym związałeś na lata swoje życie zawodowe.
F.N.: Trafiłem tutaj w 1964 roku jako autor felietonów, zaczynałem także tworzyć jakieś małe formy słuchowiskowe. W 1965 roku otrzymałem tutaj etat, od 1 stycznia. Trafiłem do redakcji literackiej. Była tam poetka, Krystyna Broll-Jarecka, siostra znakomitej malarki Urszuli Broll, był pisarz cieszący się zasłużonym uznaniem, Kalman Segal, Żyd z pięcioletnim stażem w sowieckich łagrach, bardzo ważny dla mnie człowiek; w tym samym pokoju był Aleksander Widera, który spędził pięć lat w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau, i była reportażystka Agata Wojterzanka, absolwentka polonistyki, wychowanka Pigonia, Kleinera, która kilka lat wojny spędziła na robotach w Niemczech. Mając dwadzieścia pięć lat wszedłem w takie środowisko, pomiędzy ludzi takiego formatu. Krysia Broll-Jarecka była całkowicie niepodatna na jakiekolwiek komunistyczne zakusy. W czasie okupacji dostała od Niemki w twarz na ulicy za mówienie po polsku, po wojnie aresztowana, bita przez funkcjonariuszkę UB, Polkę! Redakcja Audycji Literackich była w radiu i w ogóle w ówczesnej rzeczywistości miejscem szczególnym. Zawiązały się przyjaźnie na całe życie. To była moja radiowa rodzina. Radio było dla mnie czymś więcej, niż tylko miejscem pracy. Ale to nie znaczy, że dawano nam spokój, że nie było żadnych prób manipulowania nami. Nie było idylli, o nie! Próbowano nas indoktrynować. Zorientowano się, że my chcemy tu pracować. Broniłem się, ale musiałem zapłacić pewną cenę. PZPR polowała na młodych, zdolnych ludzi. To było bardzo niebezpieczne. Należało więc wyznaczyć sobie granicę, której nie wolno było przekroczyć, żeby nie wiem co, żeby się, mówiąc wprost, nie skurwić. Trzeba było mieć w sobie taki sygnał alarmowy! Więc w pewnym momencie on zadziałał i odszedłem z radia. Też nie do jakiejś arkadii, ale w radiu, wśród pewnych ludzi – dawno poumierali, niech im ziemia lekką będzie – nie dało się, przynajmniej ja nie mogłem już dłuźej wytrzymać. Ale wróciłem, tyle że już po roku 1989…
W.T.: Twoja działalność w radiu to były – i są do dzisiaj! – głównie felietony i słuchowiska, patrząc na to od strony form literackich. Rola felietonisty-komentatora codzienności, czy to jest coś w rodzaju pogotowia politycznego?
F.N.: Raczej społecznego! Nie chodzi tu o uprawianie propagandy, ale o patrzenie politykom na ręce, by nie rzec: na łapy! Codziennie w różny sposób rozmawiamy o tym, co się dzieje, wygłaszamy komentarze, robimy to często w formie prześmiewczej, żartując i jeśli nadamy temu formę bardziej zdyscyplinowaną, to mamy już felieton. Ale trzeba jeszcze mieć w sobie pewien rodzaj temperamentu. Gdzieś to we mnie jest, może nie to, że ja chcę uczestniczyć w tym wszystkim, ale, być może tylko tak mi się wydaje, pewne rzeczy dostrzegam nieco wcześniej i chcę przed pewnymi rzeczami ostrzec, podzielić się moim niepokojem.
W.T.: Ostrzec, na przykład, przed czym?
F.N.: Choćby przed bałwochwalstwem! Jeśli polityk mówi w mediach, że szef jego partii został przez Boga obdarowany łaską geniuszu, to już nie wystarczy powiedzieć, że to jest żenada. Trzeba rozpoznać tę chorobę. Trzeba powiedzieć, że to jest ubóstwienie w duchu kultu jednostki! Kiedy obserwuję wielu polityków przed czterdziestką, to nachodzi mnie myśl, że tacy, jakimi są dzisiaj, robiliby błyskotliwe kariery w PRL-u, w PZPR… Nie mam co do tego najmniejszej wątpliwości. O tym mówić, przed czymś takim ostrzegam.
W.N.: To publicystyka. Ale twoim największym radiowym sukcesem jest bezspornie słuchowisko Pokój z widokiem na wojnę polsko-jaruzelską, nagrodzone na sopockim festiwalu DWA TEATRY i wyróżnione w międzynarodowym konkursie PRIX ITALIA.

F.N.: A jeśli mówimy o słuchowisku, to zupełnie inna sprawa. Słuchowisko jest sztuką. Słuchowiska nie pisze się często. To właściwie jest rodzaj dramatu, tylko bardziej skomprymowany. Na antenie radiowej nie mamy dwóch godzin do dyspozycji. Dawniej była to godzina, a obecnie coraz częściej pięćdziesiąt minut. Częściej pół godziny. To jest bardzo poważne przedsięwzięcie pisarskie. Ja muszę stworzyć świat, muszę stworzyć postaci, jakiś konflikt, muszę stworzyć niebo i ziemię. I to wszystko musi żyć i oddychać, musi mieć swoją krew i swoje powietrze. Słuchowiska nie pisze się ot, tak sobie. Najczęściej pisze się na zamówienie. Ja muszę wiedzieć, że robię to dla radia i że ktoś na to czeka. Pisze się także na konkurs. Niewielu jest autorów słuchowisk. Taką rzecz można napisać raz w roku, bo to bardzo skomplikowana i wymagająca forma. Pasjonująca, ale trzeba dać z siebie bardzo dużo. Lubię takie chwile, kiedy mam już coś zrobione, wtedy biorę psa i idziemy do lasu, a słuchowisko idzie ze mną – jego konflikty, jego postaci. One wtedy rozmawiają ze sobą, ja się im przysłuchuję, w domu, po powrocie, zapisuję to, co tam w czasie łażenia z psem po lesie się wydarzyło. Zamówienie – w przypadku słuchowiska o pacyfikacji kopalni Wujek – idealnie zbiegło się z tym, co od dawna nosiłem w swojej duszy. Byłem gotowy do takiego słuchowiska. I jeszcze jedno: po zrealizowaniu tego słuchowiska poczułem się w pełni katowiczaninem. Bo przedtem bywały chwile, kiedy czułem, że nie jestem tak całkiem pewien skąd właściwie jestem. Czułem się wykorzeniony. A to słuchowisko jest herbem mojej katowickiej tożsamości.
W.T.: Czy zastanawiałeś się kiedyś, kim jest twój czytelnik?
F.N.: To jest inteligent, który w każdej istotnej sprawie gotów jest zachować odrębne stanowisko. Czasem przychodzi do mnie, odnajduje mnie w redakcji. Czasem spotykam go na tzw. spotkaniu autorskim, w Katowicach, w Warszawie, w Szczecinie, w Koszycach, w Berlinie, w Budapeszcie. Ilu ich mam? Czy można powiedzieć ilu pisarz powinien mieć czytelników? Dobrze jest, jeśli mamy trzystu czytelników i dla nich należy pisać. Ale trzeba założyć, że każdy z tych trzystu czytelników jest tak wymagający jak… Sándor Márai powiedziałby: jak Goethe! A czy nie można pisać dla człowieka mniej wymagającego? Oczywiście, że można, odpowiada Márai, ale nie warto.
W.T.: Felku, kończąc już naszą rozmowę, na którą umówiliśmy się z okazji twoich siedemdziesiątych urodzin, chciałem ci życzyć, abyś jeszcze przez długie lata nie skąpił nam tego, co twoi czytelnicy, do grona których mam zaszczyt się zaliczać, tak bardzo sobie cenią, to znaczy znakomitej prozy, poruszającej poezji, atakujących wyobraźnię słuchowisk, finezyjnych przekładów i celnych komentarzy na radiowej antenie!

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA