Na trasie z Chorzowa do Bytomia już z daleka widać oświetlony budynek Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego w Bytomiu. Podjeżdżają samochody. Wkrótce zmiana. Od 6 do 18, od 18 do 6, jak co dzień. Nie wita mnie niczyje „Szczęść Boże”, a jedynie szczekanie psa Maksa, o którym mówią, że to główny ratownik.

To nie jest szynk, że trzy piwa
zamówisz i wszystko jasne


Ratownicy zbierają się w szatni, gdzie za chwilę rozpocznie się codzienny felezunek. Siadają przy szarym stole. Wokół pomieszczenia ustawione są szafki na ubrania, na których położone są worki z ekwipunkiem do akcji. Pod oknem tablica, na stole rzutnik. Mija godzina 6. Dziś przepinka butli tlenowych w aparatach oddechowych i wykład o stężeniu metanu. Wpierw ćwiczenia. Kierownik Pogotowia Specjalistycznych mgr inż. Zenon Jerzyk siada wśród ratowników. Od kilkunastu lat pracuje w CSRG w Bytomiu. Brał udział w licznych akcjach w Polsce, jak i poza granicami kraju. Jest odpowiedzialny nie tylko za ratowników, ale także za wyszukiwanie najlepszego sprzętu do ratownictwa, bo jak podkreśla czynnik ludzki, to nie wszystko. Ratownicy muszą dysponować najnowocześniejszym sprzętem. To jest przyszłość ratownictwa. Sam kilof i łopata, to za mało.
Na początek podział zastępów. Kto, gdzie i co. Jerzyk szybko przechodzi do konkretów. Dobór w pary. Ratownicy zakładają aparaty z butlami powietrznymi. Jeden gra rolę poszkodowanego, którego butla uległa awarii. Drugi przychodzi z pomocą i ma dokonać tzw. przepinki. Start. Już po chwili słychać głos kierownika: Panowie! To jest skandal. Szkoda na was patrzeć! Obaj już nie żyjecie. Sytuacja wyjściowa. Kolejna para. Po ratownikach widać zdenerwowanie: Panie redaktorze, proszę to wyciąć – próbują rozładować atmosferę. Kolejna para, ta sama sytuacja. Jeden drugiemu podpowiada: Mów do niego, nie wstydź się do niego mówić, nie denerwuj się, chłopie, co przerywa Jerzyk stanowczym: Co nie denerwuj? Tu się wkurza, a co dopiero na dole. Nie podpowiadaj im. Sami muszą to przejść. Ratownicy próbują dalej. Szarpiąc się z butlami powietrznymi na plecach, starają się dobrze wykonać dzisiejsze ćwiczenie. Bez efektów. 10 minut, to jest skandal, panowie! I końcówka w błoto. Chłopie! Na dole nie masz krzesełka, tylko ręce. Gdzie to kładziesz? – upomina Jerzyk. Poprawiają się. Kolejna zmiana i powtórka. Niech ktoś to w końcu zrobi, jak należy. Albo chłopa wykończysz, albo nie. I nie ma, że ja was stresuję. Kiedy będzie stężenie na dole, to dopiero zobaczycie, co to znaczy stres. – Jerzyk nie przerywa. Jest prawie dobrze. Ratownicy znów próbują podpowiadać kolegom. Ale kierownik urywa: Matka Teresa, sam schrzaniłeś robotę, to siedź cicho. Nie odzywaj się. Panowie! Tak nie można. Jak tak będzie na dole, to czeka was kryminał. Chłopie! Co ty powiesz dzieciom i żonie, jak wyjdziesz z kopalni? Że zabiłeś kolegę?! Ćwiczenia zakończone. Jerzy podsumowuje: „Panowie, wstyd mi za was. Dziś trenować do oporu. To nie szynk, że trzy piwa zamówisz i wszystko jasne”. Cisza. Tyle praktyki na dziś.

paragraf 19

Ratownicy zasłaniają żaluzje, gaszą światła, a z rzutnika pojawia się materiał dotyczący stężeń metanu w kopalniach. Jerzyk tłumaczy ratownikom stopnie zagrożenia. Zadaje pytania. Zmusza ich do samodzielnego myślenia, bo jak podkreśla: Dobry ratownik, to trochę cwaniak. Jak kłamie, to do końca. Nie wymięka w sytuacjach stresowych, a co najważniejsze – myśli. Wywiązuje się dyskusja, każdy próbuje przekazać to, co już wie na ten temat. Tak wygląda codzienność. Ratownicy śmieją się, że jak już przejdzie się felezunek, poranne ćwiczenia, a co najgorsza odpytywanie, to potem szychta jakoś leci. Mają świadomość tego, że tu na stacji więcej muszą się uczyć, aniżeli pełniąc dyżury przy kopalniach. I wciąż mają w pamięci „Paragraf 19”, który mówi o tym, że ich praca jest dobrowolna, że nikt ich nie zmusza do bycia tutaj. Każdego ratownika obowiązuje w ciągu roku 6 szkoleń: 3 w CSRG w Bytomiu, 3 przy kopalni, w tym 2 na dole, jedno na powierzchni. Po zakończonej odprawie, ratownicy próbują się wytłumaczyć: Dziś było, jak było, ale na dole, kiedy zjeżdżamy do akcji nie jest tak. Każdy wie, co ma robić. Każdy odpowiada za każdego. W rozmowach na korytarzu, pomiędzy zakończonym porannym szkoleniem, a podjęciem pracy przez ratowników dowiaduję się, że poziom ratownictwa górniczego doceniany jest nie tylko w Polsce. Ratownicy ze Śląska byli proszeni już o pomoc w akcjach w kopalniach w Czechach, na Ukrainie, na stałe współpracują z górnictwem w Meksyku, Argentynie, USA, czy nawet w Chinach. Jerzyk stanowczo podkreśla, że szkolenia są szalenie istotne. Trzymana przez niego dyscyplina, przynosi efekty: Po czasie wracają ratownicy i mówią, że czegoś się tu nauczyli – zaznacza i dodaje, że tu w Centralnej, jeżeli nie ma akcji, to mniej się robi, za to więcej trzeba się uczyć. Na kopalni jest inaczej.
Ratownicy po skończonym felezunku udają się do swoich zajęć. Każdy wie, co ma robić. Tak jest również na pozostałych okręgowych stacjach ratownictwa, które podlegają CSRG: w Wodzisławiu, Bytomiu, Jaworznie i Zabrzu. Oprócz tego, każda kopalnia ma swoje punkty ratownictwa górniczego. Kiedy zastępy ratowników nie potrafią poradzić sobie z zaistniałymi zagrożeniami w ich kopalniach, wtedy wzywają na pomoc służby z CSRG w Bytomiu. Ratownicy podkreślają, że bycie ratownikiem na kopalni, a w CSRG, to zupełnie inna praca. Każdy jednak, zanim trafił do Bytomia, swoje musiał przeżyć na kopalni. Jerzyk stanowczo podkreśla, że właśnie tutaj w CSRG powinni pracować ludzie najlepsi, dlatego taki nacisk kładzie się na szkolenia ratowników i wpajanie im wiedzy. Podstawowy warunek, by zostać ratownikiem górniczym, to ukończony 21 rok życia i 1 rok pracy w kopalni na dole. Ale to nie wszystko.


Głupcy, którzy są tylko do łopaty

Udajemy się na zewnątrz, do sąsiednich budynków. Ratownicy już sprawdzają wóz pomiarowy, mieszczący się w nim sprzęt, który podnosi ich bezpieczeństwo podczas akcji oraz ułatwia likwidację zagrożeń, służący głównie do gaszenia pożarów. Jedyny taki w polskim górnictwie. Każdego dnia tak samo. Sprzęt, którym dysponują musi być codziennie sprawdzany. Ratownik Krzysztof Achtelik wraz z kierownikiem prowadzą mnie do wyrobisk, w których odbywają się ćwiczenia. Korytarze stworzone są na wzór kopalnianych. Tutaj ratownicy budują tamy, testują różne urządzenia, które później wykorzystuje się do akcji ratowniczych. Przechodzimy przez wyrobiska, gdzie znajduje się baza, taka sama, jaką zakłada się podczas akcji na dole, w kopalni. Jest to miejsce, gdzie muszą meldować się nie tylko ratownicy, ale wszyscy ludzie pracujący w rejonie zagrożenia. Ławy, stoły, nad którymi tabliczki: lekarz, zastęp, sprzęt, centrala telefoniczna, kierownik akcji. Tutaj uczą się schematów, według których przeprowadza się akcje. Z Ukrainy ściągnięto specjalne namioty, które rozbija się na dole w kopalni. Przez turbiny tłoczone jest do nich zimne powietrze, co pozwala na stworzenie w nich specjalnych warunków klimatycznych. Tam można odpocząć,



Na miejscu trwa akacja ratownicza, prowadzona pod nadzorem Okręgowego Urzędu Górniczego w Katowicach i Wyższego Urzędu Górniczego…
Sześć godzin trwała akcja ratownicza uwalniania dwóch górników…
Ratownicy po 111 godzinach akcji dotarli do górnika…
– tyle media. Nic poza tym. A ratownikiem jest się na co dzień, jednak docenianym – od święta. Są więc trochę rozgoryczeni, że o ich pracy mówi się mało i tylko w obliczu tragedii. Bo kiedy nic się nie dzieje, to tak, jakby ich nie było. Tymczasem codzienność mówi sama za siebie…


Tekst i zdjęcia:
RAFAŁ DZIAŁACH
 

 Ludziom wstęp wzbroniony

a także na spokojnie udzielić pomocy poszkodowanym. Mijamy kolejki do transportu, aż w końcu natrafiamy na wyrobisko przeznaczane do wytwarzania kontrolowanych pożarów. Stosuje się wtedy różne metody gaśnicze i na ich podstawie przeprowadza analizy. Znajduje się też kilkunastometrowy korytarz, zasypany, zawalony rurami, metalem, przez który ratownicy muszą się przedrzeć na sam koniec, wykorzystując ku temu potrzebny sprzęt. Śmiejąc się, Jerzyk mówi: Jak ratownicy zbytnio się nudzą, to posyłamy ich w to miejsce. I pracują tutaj, aż do przebicia się na koniec chodnika. Wychodzimy z wyrobisk, by udać się do kolejnych budynków, w których znajdują się m.in. klatki do ewakuacji ludzi z szybów – na 3 lub 4 osoby. Dzięki nim możliwe jest uratowanie poszkodowanych, którzy znajdują się nawet 1300 m pod ziemią. Jerzyk podkreśla, że denerwujące jest to, że ludzie myślą, że my zjeżdżamy na dół, kilof, łopata i koniec. A to tak nie jest. Do tego, żeby ratownicy mogli zjeżdżać na dół i udzielać pomocy, potrzebny jest nowoczesny sprzęt oraz prace profilaktyczne i tym głównie zajmują się ratownicy.
Na zewnątrz stoją potężne kontenery, w których znajduje się specjalistyczny sprzęt – membranowe generatory azotu, które pozyskują azot z powietrza atmosferycznego. To zaś pozwala na zmniejszenie zagrożenia wybuchem. Wykorzystuje się je również do gaszenia pożarów. Przy okazji Jerzyk zauważa, że tu mamy do czynienia z pełną automatyką. I denerwuje mnie to, jak z górników, czy ratowników robi się głupców, którzy są tylko do kilofa i łopaty. A oni się uczą, na okrągło szkolą i muszą dysponować odpowiednią wiedzą. Chwilę jeszcze dyskutujemy o ostatniej tragedii w KWK „Wujek Śląsk” w Rudzie Śląskiej. Padają słowa pełne goryczy, że górnictwo traktuje się często jak zlepek niedouczonych prymitywów.

Delikatnie, to nie jest kilof!

Około godziny 9 na Okręgowej Stacji Ratownictwa Górniczego w Bytomiu rozpoczyna się szkolenie ratowników z kopalni „Wieczorek”. Kilkunastu mężczyzn w bazie umieszczonej w wyrobisku czeka na wytyczne. Jednak na początek udają się do Sali Aparatowej. W tym miejscu pracują mechanicy, którzy są odpowiedzialni za aparaturę wykorzystywaną podczas akcji ratowniczych. Ich obowiązkiem jest konserwacja urządzeń, uzupełnianie, przygotowanie do użycia. Pełniący dzisiaj dyżur mechanik Piotr Michalik pokazuje także kamerę, którą wykorzystuje się do znajdywania poszkodowanych: Kamera działa podobnie, jak noktowizor. Pozwala znaleźć człowieka np. w dymie, po temperaturze ciała – mówi.
Ratownicy wkraczają na szkolenie. Dziś umiejętność korzystania z aparatów tlenowych. Zakładanie masek, podłączanie do aparatury. Mężczyźni zbyt ostro podchodzą do zadania. Chłopy! To nie jest kilof! Delikatniej! – upomina przeprowadzający szkolenie Zbigniew Gil. Od samego początku instruktorzy wpajają ratownikom zasadę ograniczonego zaufania. Każdy z nich, pomimo że mechanicy sprawdzają sprzęt, musi przed akcją zrobić to samo. Po chwili, kiedy już są wyposażeni w aparaty tlenowe, udają się do sąsiedniego budynku, gdzie znajdują się wyrobiska. Tutaj odbywają się typowe ćwiczenia dla zastępów. W nich tworzy się atmosferę przybliżoną do takiej, jaka istnieje w kopalniach. Począwszy od temperatury powietrza, która niejednokrotnie sięga 40-50°C, przez zadymienie korytarzy, aż po przeszkody, na które ratownicy mogą natrafić w kopalni. Stworzone korytarze są wąskie. Szkoleni ratownicy czołgają się z ekwipunkiem, który w zależności od akcji waży od 40 do ponad 60 kg. W ramach ćwiczeń budują też tamy, które mają chronić podczas wybuchów. Warianty ćwiczeń są bardzo urozmaicone. Po chwili na sygnał ratownicy przedzierają się przez schody, wchodzą w zadymioną salę, by wreszcie wśliznąć się w wąski i niski korytarz.
Kiedy ratownicy ćwiczą, pozostali wykonują prace konserwatorskie, sprawdzają sprzęt, a w głównym budynku CSRG trwają inne prace. Wyszukuje się najnowocześniejszy sprzęt, dyskutuje o korzystnych rozwiązaniach dla ratownictwa i górnictwa. W laboratorium przeprowadzane są analizy, np. gazów. Monitoring kopalnianych gazów prowadzony jest non stop. To właśnie stąd kopalnie biorą tzw. gazy wzorcowe. Na dwóch piętrach, w licznych pomieszczeniach znajdują się specjalne piece, w których przeprowadza się także badania próbek węgla. Podczas akcji w kopalniach ratownicy instalują dodatkowy sprzęt pomiarowy, tzw. chromatografy, które monitorują atmosferę kopalnianą i oceniają stopień zagrożenia. Na podstawie tych badań, analitycy próbują także odpowiedzieć na pytania dotyczące przyczyn tragedii w kopalniach. Jerzyk stanowczo podkreśla, że Oni wszyscy pełnią funkcje nie mniej ważne, niż ci co zjeżdżają na dół. Ratownicy to pierwsza linia frontu, ale nie byłoby ratownictwa bez całego zaplecza i sztabu ludzi. To właśnie naukowcy wspierają nas swoją wiedzą, kiedy przeprowadzamy akcję.


W koszulce z Reeboka na dół nie zjedziesz

Na podwórku, między budynkami stoją karetki oraz autobusy wykorzystywane do akcji. Pełniący dziś dyżur Krzysztof Szołtys pokazując mi wóz ratowniczy, opowiada o ludziach, którzy trafiają na szkolenia: Wśród ratowników są różne osoby, ślusarze, elektrycy, wiertacze. To pozwala na wykorzystanie ich umiejętności przy

różnych akcjach. Dziś on odpowiada za autobus, który w każdej chwili musi być gotowy do wyjazdu na akcję. Oprócz niego odpowiedzialność ponosi główny mechanik. W autobusie znajdują się przygotowane butle tlenowe, nosze, worki na zwłoki, sprzęt, aparatura. Podczas alarmu ratownicy z workami, w których znajduje się ich osobiste wyposażenie do akcji, wsiadają do autobusu, gdzie się przebierają i przygotowują do akcji. Każdy ma swoje określone miejsce. W worku, który ratownicy zabierają podczas wezwania, znajduje się hełm, odzież robocza, gumowce, lampka. Ratownik Zbigniew Mazur śmieje się, mówiąc: W koszulce z Reeboka na dół nie zjedziesz. Wszystko musi mieć swój atest.

Chłopie, tyś nie jest człowiek

Są zagrożenia, które kopalnie likwidują własnym sumptem. Ale, jeżeli zagrożenie jest większe i nie potrafią temu zapobiec własnymi zastępami, to wtedy proszą nas o pomoc. My z centralnej jesteśmy wzywani do największego syfu. My jedziemy tam, żeby to wszystko połapać – podkreśla Szołtys. Podczas jednej z akcji pewien młody, niedoświadczony ratownik natrafił na tabliczkę z napisem „Ludziom wstęp wzbroniony”. Kiedy chciał się wycofać z akcji usłyszał od kolegów: Chłopie, tyś nie jest człowiek, tylko ratownik, idź dalej! Jeden z ratowników ze smutkiem podchodzi do mnie i pyta: A jakby się pan czuł, kiedy cała kopalnia jest ewakuowana, a my musimy zjechać na dół i jesteśmy tam zupełnie sami?

Gołębie cierpiały, a biskup podawał deskę

Po chwili Jerzyk wraz z Szołtysem wspominają zawalenie Hali Targowej w Katowicach podczas wystawy gołębi. Oburzony mechanik opowiada o konferencji prasowej po akcji w Katowicach: Tam był biskup, który w pewnym momencie powiedział mediom, że pomagał, że podawał jakąś deskę. A ja się pytam – Człowieku, co ty mówisz? Tam nie było żadnych desek! Jerzyk przytakuje i wspomina, jak również podczas tej konferencji, w obliczu tragedii, kiedy zginęło 65 ludzi, jakiś profesor wygłosił wykład o cierpieniu gołębi. Nie kryją swojego oburzenia, bo do podobnych paradoksalnych sytuacji, kiedy inni próbują wybić się na ich plecach, dochodzi często. Ratownicy nie kryją też swojego zażenowania, kiedy podczas tragedii na kopalniach, czy przy okazji Barbórki pojawiają się politycy: Niech ich wezmą tam, gdzie jest błoto, brud, gdzie się coś dzieje, a nie zwożą ich na dół i pokazują wymalowane chodniki. Założą arbajty, zjadą z ochroną, pokazówka zrobiona i potem taki jeden z drugim z rządu myśli, jak ci co pracują na kopalni, jak oni mają się dobrze. I jakby mogli to by im rozwinęli czerwone dywany – mówią.

Po Halembie kupiłem sobie nowy samochód

Pomoc w ratowaniu ludzi w Hali Targowej w Katowicach to nie jedyna pozakopalniana akcja, w której brali udział ratownicy górniczy. Wykorzystywani są do akcji m. in.. wraz ze Strażą Pożarną. Ratownicy wspominają akcje w zawalonych budynkach, podczas zaczadzeń ludzi, a także z roku 1997, podczas powodzi stulecia. Jednak codzienność wydaje się inna. Kiedy nie ma tragedii, to tak, jakby ratowników nie było: Jak się nic nie dzieje, to nam zazdroszczą. Wy to się macie dobrze. Ale kiedy jest tragedia, kiedy wszyscy uciekają, a my musimy zjechać na dół, to wtedy milkną. Nie ma już zazdrości – mówi jeden z ratowników, a inny stanowczo dodaje: Kiedy jest cisza i spokój, to jesteśmy zerem. Jerzyk wspomina jedną z rozmów ze znajomym, który po jednej z akcji powiedział do niego: Wy tylko czekacie na akcję, żeby coś się stało, bo wtedy to możecie zarobić, na co mu z ironią odpowiedział: Tak, po Halembie kupiłem sobie nowy samochód. Ratownicy przywołują inne zdarzenia. Mówią: wśród nas nie ma bohaterów, ale wspominając uratowanie górnika Zbigniewa Nowaka, który spędził pod ziemią 111 godzin, z żalem podkreślają, że to z niego zrobiono bohatera, podobnie, jak wcześniej z Alojzego Piątka, który uwięziony pod ziemią przeżył 9 dni: Oni mieli szczęście, była wola walki o życie, ale czy są bohaterami? Nikt nie mówi o tym, co my musimy zrobić, żeby uratować człowieka. Media milczą, a myśmy musieli drapać paznokciami, żeby się do nich dostać.

Bo kochanki martwią się najbardziej

Każdy z nich udając się na akcję, przeżywa chwile zagrożenia własnego życia. Ale nie myślą o tym: Nie jesteśmy wariatami. Mamy swoje rodziny, żony, dzieci i też się boimy. W domu milkną, nie mówią, co przeżyli, bo nie chcą martwic bliskich: Po co ma się martwić moja żona? Żony bardziej się denerwują niż my, a inny dodaje żartobliwie: A kochanki jeszcze bardziej. Jan Gaura wspominając swój udział w akcji na KWK „Halemba” mówi: My musimy żyć dalej, nie możemy tego roztrząsać. Jak po Halembie, wyjechałem na powierzchnię, wróciłem do domu, wykąpałem się i poszedłem na ogródek skosić trawę. Trzeba żyć dalej. A na koniec jeden z ratowników puentuje: Jednym słowem – bohaterów wśród nas nie ma.

Banan jest najwększą zapłatą

Zbliża się godzina 13. Ktoś przyniósł grzyby z lasu, są jajka, ratownicy smażą jajecznicę. Chwila przerwy, kawa, papieros, posiłek. Maks biega między ratownikami, którzy go głaszczą. Robi się sentymentalnie. Na pytanie – dlaczego wybrali taki zawód – ciężko im jednoznacznie odpowiedzieć: Tak się stało. Dla jednych to rodzinna tradycja, dla innych ciekawość, wezwanie. Wezwaniem jest każdy dzień, który nigdy nie wiadomo, co z sobą przyniesie. Gaura wspomina: Chłopie, ty nie możesz sobie tego wyobrazić, jak idziemy ratować i kiedy docieramy do górników, jaką oni mają radość na twarzach. Pamiętam takiego górnika, któremu musieliśmy uciąć rękę, bo byśmy go nie wydostali. I do dzisiaj pamiętam, jaki on miał banan na twarzy, jak on się cieszył, że będzie żył. To jest do nas największa zapłata. Nie pieniądze.
Jednogłośnie mówią, że zawsze idą po żywego. Bo, tak samo, jak nie ma się pewności, czy ktoś przeżył, tak samo nigdy się nie wie, czy wszyscy zginęli. Zawsze jest nadzieja. Jerzyk wspomina zdarzenie, jak po jednej z akcji w kopalni wyjechał na powierzchnię, podbiegł do niego ojciec czekający na swojego syna. Zaczął go dusić i krzyczał: oni kłamią, powiedz mi, co tam na dole się stało! Nikomu nie wierzę! Takich sytuacji ratownicy boją się najbardziej. Twarzy rodzin czekających na górników. Unikają konfrontacji. To rozbraja.
Na koniec Jerzyk podkreśla: Mogę ich ochrzaniać podczas ćwiczeń, ale co im trzeba oddać, to trzeba. W akcji potrafią się sprężyc i za to im chwała. A tego, co robią nie podnoszą do żadnej rangi. W akcji to hieny. Należą się im ciepłe słowa. Za chwilę ratownicy zagrają między sobą mecz piłki nożnej. To dosyć częste. Pozwala na utrzymanie kondycji, a także na uczenie się pracy zespołowej. Za kilka godzin zakończą swoją dniówkę. Dziś nie było wezwania do akcji. Wrócą spokojnie do swoich rodzin, zajęć. Być może spotkają się poza pracą wraz ze swoimi rodzinami. Znają się nie tylko z akcji, ale także ze spotkań towarzyskich, bo niejedną wódkę trzeba razem wypić, spotkać się poza pracą, pobyć ze sobą, żeby potem w akcji stworzyć dobry zespół, który będzie potrafił uratować innym życie. 

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA