– Rozmawiamy w roku pełnym ważnych rocznic. Z jednej strony
siedemdziesiąta rocznica wybuchu II wojny światowej, z drugiej – dwudziesta
rocznica Okrągłego Stołu. Wojna zamknęła krótki żywot odrodzonego państwa
polskiego, podobnie jak wydarzenia 1989 roku otworzyły nowe polskie
dwudziestolecie, które teraz jest często podsumowywane. Czy widzi pan
profesor jakieś podobieństwa między tymi okresami? Czy takie porównania są w
ogóle pana zdaniem uprawnione?
– Po pierwsze pragnę powiedzieć, że choć jestem historykiem, to nie rozumiem
mechanizmu rocznic. Jest to bez wątpienia prymitywny mechanizm świętowania
okrągłych cyklów życia rodzinnego i zbiorowego. Nie widzę jednak
uzasadnienia dla świętowania akurat w tym roku, a nie innym.
Po drugie powstaje zasadniczy problem, czy można dokonywać porównań
diachronicznych, między różnymi okresami historii? Przyznaję, że kiedyś
próbowałem to robić i byłem przekonany, że to płodna metoda. Porównywałem na
przykład styl władzy Piłsudskiego i Wałęsy. Teraz jestem znacznie mniej
przekonany co do możliwości takich porównań. Zmienia się bowiem zbyt wiele
rzeczy. Można oczywiście porównać wojnę trojańską i II wojnę światową, ale
wartość poznawcza tej operacji jest nikła.
Choć jestem już ostrożny w kwestii porównań diachronicznych, to jako
historyk jestem za nazwaniem różnych zjawisk i rozpatrywaniem ich w całym
ich chronologicznym występowaniu. Nie ma sensu porównywać wojen starożytnych
i współczesnych, ale można napisać sensowną książkę o wojnie jako zjawisku
właściwym ludzkości. Można zatem zastanowić się, czy pewne zjawiska z okresu
międzywojennego nie wchodzą w zakres tego samego megazjawiska, co zjawiska w
naszym dwudziestoleciu. Podobnie, przekonani o wspólnocie biologicznej
natury ludzkiej w okresie historycznym, możemy rekonstruować stany
psychiczne w odległych okresach, na przykład radość, ból czy rozpacz
starożytnych w ramach naszych dzisiejszych kategorii. W odniesieniu do
omawianych dwóch dwudziestoleci można zatem zadać pytanie, czy poziom
satysfakcji z odzyskania niepodległości w 1918 roku był taki sam, jak poziom
satysfakcji z odzyskania swobody w 1989 roku. Podobnie można się
zastanawiać, czy satysfakcja ludzi po upływie dwóch dekad była podobna.
Trzeba wszakże zauważyć, że przed II Rzecząpospolitą stanęły wyzwania, z
którymi nie musieliśmy się mierzyć w 1989 roku. Dwadzieścia lat temu nie
trzeba było jednoczyć kraju, a zatem dokonywać homologacji różnych rozwiązań
społecznych, sieci dróg i kolejowych itd. Nie istniał problem odzyskania
narodowego państwa – mówię to z pełną świadomością kontrowersyjności tego
sądu. W 1918 roku trzeba było rozebrać w Warszawie sobór, zrzucić szyldy po
rosyjsku, wrócić do języka polskiego, itd. Oczywiście, można powiedzieć, że
w 1989 trzeba było zburzyć Pałać Kultury i Nauki – z czym ja się akurat nie
zgadzam, ale jednak posługiwaliśmy się językiem polskim (nawet jeśli ktoś
powie, że był to „komunistyczno-polski”), istniała armia polska, choć była
„armią ze skazą” – i tak można długo kontynuować. Problem modernizacji
stanął i przed II, i przed III Rzeczypospolitą. Dziś jednak ta modernizacja
w czym innym się wyraża, co innego trzeba robić w ramach modernizowania.
Moim zdaniem odejście od komunizmu było większym wyzwaniem gospodarczym dla
państwa, niż reformy po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku. Nawet za
czasów zaborów własność była własnością, a pieniądz był pieniądzem.
Oczywiście, jakiś Polak mógł być pozbawiony swojej własności za działalność
polityczną, ale jako zjawisko własność prywatna nie była naruszona. Komunizm
uderzył natomiast i we własność, i w pieniądz, co pokutuje do dziś.
Skądinąd, warto pamiętać, że w wielu wypadkach własność została już
wcześniej wyeliminowana przez okupanta. Porównuje się czasami demokratyzację
Polski i Hiszpanii. Tam jednak własność i pieniądz zachowały swą pełną
wartość, a zatem ich reformy były łatwiejsze.
– Skoro rodzi się tyle problemów metodologicznych, to jakie są według pana
funkcje debaty publicznej, która skupia się na porównywaniu „dwóch
dwudziestoleci”? Wspomniał pan o mechanizmie rocznicowym, który zawsze
działa w świecie dziennikarskim, ale czy widzi pan profesor jakieś głębsze
funkcje? Czy można wskazać jakieś cele polityczne czy naukowe?
– Nie uważam, żeby te porównania były aż tak modne. W myśleniu rocznicowym
widzę działanie na rzecz umacniania spójności społecznej, najczęściej
podświadome. Widzę trwałość pewnych wątków debaty, na przykład powiedzenie,
że Polską rządzą dwie trumny – Dmowskiego i Piłsudskiego. Podziały
polityczne zdają się przebiegać wzdłuż ustalonych „pęknięć” sprzed dekad.
Ale w ostatecznym rachunku w każdym kraju znajdziemy trwałość głównych
nurtów politycznych.
W okresie schyłkowym komunizmu istniał – pierwotnie w formie utajonej – kult
Polski międzywojennej. Jawiła się ona w tej interpretacji jako niezależna;
Polska Ludowa zaś była – jak wiadomo – umiarkowanie niezależna. Ta druga
kończyła w klęsce gospodarczej i głębokim poczuciu bezsensu wszystkiego.
Ludziom wydawało się zatem, że Polska międzywojenna miała wspaniałe
osiągnięcia. Ponieważ trzeba było znaleźć jakichś bohaterów, jakieś
pozytywne postaci, wobec tego kult Piłsudskiego – zwłaszcza dlatego, że
komuniści go hamowali – rozwijał się. Wszystko to było w dużym stopniu
podświadomie instrumentalne – czymś się trzeba było wspomóc, jakąś protezę
znaleźć.
Wrażenie, że II Rzeczpospolita była krajem sukcesu brało się bez wątpienia
także z tego, że w 1920 roku przodkowie odnieśli zwycięstwo nad Armią
Czerwoną. Wydawało się, że Polska była krajem potężnym. Zwłaszcza w czasie,
gdy sukcesy późnego PRL okazały się bardzo względne, potrzebne było wsparcie
w wizji silnej Polski z przeszłości. W przypomnieniu Jagiellonów także.
Czy Polska międzywojenna była rzeczywiście państwem tak silnie
zmodernizowanym? Osobiście wątpię. Była zmodernizowana wyraźnie wyspowo. Są
oczywiście sukcesy, takie jak Gdynia – nie spotkałem się z tym, aby ktoś to
podważał. Ale gdy po śmierci Piłsudskiego jego następcy zrobili bilans
państwa, to wyszedł on bardzo źle. To wtedy wprowadza się w życie projekt
Centralnego Okręgu Przemysłowego. Dąży się do wyprowadzenia państwa na
prostą. Nie wiem, czy osoba Piłsudskiego nie powstrzymywała modernizacji
wcześniej na tej zasadzie, że dopóki on żył, to wszyscy czuli się spokojnie.
Na marginesie warto zauważyć, że zarówno w II, jak i w III Rzeczypospolitej
występowało śmieszne przypisywanie sobie zasług – przez prawie wszystkich –
za odzyskanie niepodległości. Warto w tym kontekście przywołać znaną
obserwację Piłsudskiego, że liczba uczestników sprawy uznanej za słuszną
rośnie w miarę oddalania się od zwycięstwa. Podobnie „wszyscy” walczyli z
komunizmem, tylko nie można zrozumieć skąd się wzięły 3 miliony członków
PZPR. Sami Wallenrodzi?
– Śląsk był dla II Rzeczypospolitej nieocenionym „silnikiem gospodarczym”.
Czy uważa pan, że ten region miał w państwie polskim dobre warunki do
rozwoju, czy też był wykorzystywaną „wewnętrzną kolonią”?
– Odpowiem na to w następujący sposób. We wszystkich krajach spóźnionego i
peryferyjnego kapitalizmu, państwach nierównomiernie zmodernizowanych,
pojawia się dyskusja, który region jest lokomotywą, a który jest
wyzyskiwany. Ze względu na swoją drogę zawodową trochę więcej wiem o
Brazylii. Większość tego kraju mówi, że stan São Paulo – położony w
południowo-wschodniej części kraju – wyzyskuje inne stany. I głosy takie
pojawiają się od kilkudziesięciu lat. Z kolei stan São Paulo mówi, że jest
lokomotywą, która ciągnie wiele pustych rupieci i wszyscy powinni mu być
wdzięczni. Różnice rozwoju są bowiem ogromne. W stanie São Paulo pojawiały
się kiedyś tendencje secesyjne i autonomiczne. Reszta kraju boi się potęgi
tego stanu. Nieprzypadkowo stolica Brazylii nigdy nie została zlokalizowana
w mieście São Paulo, choć stolica wędrowała i znajdowała się kolejno w
trzech miastach. Podobnie można przywołać napięcia między północnymi i
południowymi Włochami. Śląsk z tendencjami autonomicznymi nie jest tu zatem
wyjątkiem.
Widzę tu jeszcze jedną ciekawą sprawę historyczną. W 1918 roku rozpoczął się
proces integracji ziem trzech zaborów. Można podziwiać, że się on powiódł.
Jednak zarówno w okresie międzywojennym, jak i dziś jeszcze, konsekwencje
podziału zaborowego widać w różnych wskaźnikach. Ziemie zaboru pruskiego –
czy szerzej ziemie polskie pod władztwem pruskim, gdyż Śląsk formalnie nie
był przedmiotem zaboru – rozwinęły się znacznie lepiej. Socjologowie
pokazali, że różnice te nadal ujawniają się w zachowaniach wyborczych
mieszkańców miejscowości, których nie różni prawie nic, poza przynależnością
do odmiennych państw zaborczych.
– Mówiąc o odzyskaniu niepodległości podkreśla się polski czyn zbrojny, w
tym powstania (na Śląsku oczywiście trzy powstania śląskie, z których
trzecie uznać należy za zwycięskie). Inni wskazują na sprzyjające
okoliczności i grę dyplomatyczną. Dlaczego Polska odzyskała niepodległość?
– Odpowiedź standardowa jest następująca: Polacy nie pogodzili się z
poddaństwem i stale walczyli o niepodległość. Jest to nawet wizja w znacznym
stopniu zaakceptowana na świecie. Wizerunek Polaka jako buntownika i
patrioty upowszechnił się w wielu krajach, nawet w odległej, już wspomnianej
Brazylii. Mam pełen szacunek dla powstańców. Mogę przejść do porządku
dziennego nad sporami o sens powstań czy rozpaczą po każdym powstaniu
(dodajmy, że po Powstaniu Warszawskim też – gdy po upadku powstania
warszawiacy trafiali do Krakowa, to tam ludzie pukali się w czoło). Chcę
wszakże zwrócić uwagę, że Czesi i Słowacy nie zrobili żadnego powstania, a
też uzyskali wspólne państwo po I wojnie światowej. Popularna w Polsce
wizja, że Polacy wywalczyli niepodległość – z „kropką nad »i«” w postaci
legionów Piłsudskiego – jest wizją niehistoryczną. Skupia się na objawach i
nie jest adekwatna do rzeczywistości. Pominę zresztą, że w Michałowicach
nikt nie czekał na legiony, czego refleksem było powstanie znanej piosenki
„Nie |
|
O podobieństwach i odmiennościach II i III Rzeczypospolitej
|
Z profesorem drem hab. MARCINEM KULĄ,
historykiem z Uniwersytetu Warszawskiego i Akademii Leona Koźmińskiego
rozmawia
LECH NIJAKOWSKI
|
Polskie
drogi
i bezdroża
chcemy od was uznania...”.
Przywołam w tym miejscu zabawną opowieść. Gdy ostatnio byłem w Korei
Południowej, ministerstwo oświaty zwracało uwagę nauczycielom szkolnym, że
za dużo mówią o klęsce Japonii jako warunku wyzwolenia się Korei z
kolonialnej okupacji, a za mało o czynie samych Koreańczyków. To, że Japonia
przegrała, że jej przegrana została wymuszona przez spuszczenie dwóch bomb
atomowych, jakoś nie niepokoiło piewców koreańskiego czynu
niepodległościowego.
Polska odzyskała niepodległość przede wszystkim dlatego, że świat się
zmienił. Ze względu na dominujące prądy ideologiczne miała powstać Europa
narodów. Oczywiście, było to związane także z polityką osłabiania
przegranych mocarstw centralnych, ale to nie jedyny powód. XIX wiek był
brzemienny ideą narodową, która choć w tym czasie przegrała, to po I wojnie
światowej zwyciężyła, stając się zasadą odbudowy zdruzgotanej Europy.
Na tym generalnym tle jest kilka spraw bardzo ciekawych. Pierwsza to wojna
1920 roku. Możemy bez końca dyskutować o przyczynie, która pchnęła Sowietów
do inwazji na Polskę, dlaczego ponieśli klęskę (chyba Stalin Trockiemu
niespecjalnie chciał pomóc...), kto wymyślił polski plan strategiczny (a nie
sposób nie wspomnieć o podsłuchiwaniu przez polski wywiad depesz sowieckich,
dzięki czemu doskonale znano ruchy wojsk), ale pozostaje faktem, że ogromna
część narodu chciała bronić niepodległości. To jest zdumiewające zjawisko.
Gdy możliwość niepodległości już się pojawiła, to ryzyko jej utraty zrodziło
bardzo szeroki front społeczny.
Rozmawiamy na Uniwersytecie Warszawskim. Za Pałacem Kazimierzowskim –
siedzibą rektoratu – stoi armata. W 1920 roku w tym miejscu została
uformowana bateria dział, które miały atakować bolszewików, gdyby przeszli
przez Wisłę i zdobywali skarpę wiślaną (swoją drogą, gdyby się przeprawili,
to prawdopodobnie bateria nie zdołałaby nawet wystrzelić). Później na
pamiątkę jedną z tych armat pozostawiono. Przetrwała także II wojnę
światową. Po wojnie zniknęła. I nic dziwnego – była przecież skierowana na
wschód. Na zachód jej nie można było skierować, bo celowałaby prosto w okno
rektora. Jej istnienie zatarło się w pamięci, ale ktoś przechowywał tę
informację i po 1989 roku ustawiono nową, taką samą (choć oczywiście nie tą
samą) armatę, którą ofiarowało Muzeum Wojska Polskiego. To ciekawy przykład
przerzucenia mostu nad społeczną niepamięcią.
Kolejną ciekawą sprawą są rozliczne lokalne powstania. Nie wielkie armie i
dowódcy, ale zwykli ludzie, którzy mieszkali na Śląsku czy w Wielkopolsce
chcieli żyć w Polsce. Jest to nie tylko bardzo wzruszające i ciekawe – ale
przede wszystkim bardzo ważne.
– Mówiliśmy o jasnej legendzie II Rzeczypospolitej, powszechnie
wykorzystywanej do legitymizacji różnych działań. A co z czarną legendą
rozpowszechnianą w PRL? Twierdzono na przykład, że II Rzeczpospolita była od
zamachu majowego 1926 roku państwem autorytarnym, które na dużą skalę
gwałciło prawa człowieka.
– Z tą czarną legendą jest tak, jak z wieloma twierdzeniami komunistów. One
były już tak przesadzone, że stawały się śmieszne. II Rzeczypospolitej można
zarzucić bardzo dużo rzeczy, poczynając od pozakonstytucyjnej roli marszałka
Piłsudskiego. Nie chcę pomniejszać jego zasług, które niewątpliwie ma, ale
przecież to był „ojciec narodu” – osoba ponad prawem. Uprawiano jego kult
polityczny, który był odgórnie organizowany. Starano się na przykład, aby
każda grupa zawodowa miała jakieś wspomnienie związane z Piłsudskim.
Produkowano zatem odpowiednie broszurki, na przykład dla kolejarzy, w której
opisywano jak to Piłsudski nocował w jakieś budce dróżnika. Dbano o
wrażenie, że marszałek jest bliski masom. Zresztą, mianowanie Piłsudskiego
pierwszym marszałkiem Polski było odejściem od zasady, był to swoisty tytuł
ad personam. Szczególna rola wojska, zwłaszcza oficerów z otoczenia
marszałka, też nie zasługuje na pochwałę. Dodajmy do tego proces brzeski,
Berezę Kartuską, wpływanie na wyniki wyborów, pacyfikację Małopolski
Wschodniej w 1930 roku, szczególne uprawnienia Rydza-Śmigłego, zamach majowy
– to wszystko sprawia, iż można powiedzieć, że międzywojenna Polska była
krajem autorytarnym.
Z tego nie musi wynikać od razu potępienie. Istniały różne rodzaje
autorytaryzmów – w Polsce można mówić o autorytaryzmie paternalistycznym.
Piłsudski nie był przecież jakimś strasznym satrapą. Można także porównać
Polskę z innymi krajami regionu, gdzie pojawiały się różne formy
autorytaryzmu (nie wspominając o nazistach) – państwa te nie były przecież
izolowanymi naczyniami. Na tym tle Polska nie wypada aż tak źle. Niejeden z
takich „półautorytarnych” przywódców – aby to łagodniej powiedzieć – Europy
Wschodniej czy niektórych krajów Ameryki Łacińskiej (to nieprzypadkowe
zestawienie), nawet jeśli miał tendencje faszyzujące (nie dotyczy to
Piłsudskiego) to niejednokrotnie zatrzymał postęp rodzimych faszystów – Ion
Antonescu zatrzymał przecież Żelazną Gwardię, Miklós Horthy zahamował ruch
Strzałokrzyżowców. Nie ma zatem pewności, czy gdyby nie zamach majowy 1926
roku, sytuacja w Polsce nie stałaby się mniej sympatyczna.
– Wspomniał pan o „dwóch trumnach”. Jak zatem ocenia pan postać Romana
Dmowskiego oraz endecję?
– Endecję oceniam źle. Jest to swoiste wyznanie wiary. Natomiast Dmowski
wydaje mi się bardzo sprzeczną postacią. Z jednej strony nie sposób mu
odmówić zasług na konferencji wersalskiej. Był to człowiek, który lepiej niż
Piłsudski zrozumiał wagę mas w historii. Europa wchodziła bowiem w zupełnie
nowy okres masowej polityki. To naturalnie nie musi być jeszcze powód do
zasługi – Hitler też zrozumiał wagę mas i z tego powodu nie stawiamy mu
pomników. Piłsudski pozostał spiskowcem niczym konspiratorzy powstania
styczniowego, był „szlacheckim rewolucjonistą” – na tym tle Dmowski był
nowocześniejszy. Jednak Dmowski masy te wciągnął w radykalny nacjonalizm,
który mi całkowicie nie odpowiada. Mogę docenić, że Dmowski kazał się
pochować na Cmentarzu Bródnowskim, który wtedy był miejscem pochówku
biednych, a nie pochowano go na Wawelu, jak Piłsudskiego. Kluczowym jest
jednak pytanie, czy jest się demokratą, aby realizować system demokratyczny,
czy po to, aby wprowadzać niedemokratyczne, populistyczne projekty
społeczne.
– Rozmawiamy w przededniu rocznicy nocy kryształowej (9 listopada 1938 r.).
Swym zasięgiem objęła ona także dzisiejsze ziemie państwa polskiego, o czym
nie zawsze się pamięta. Z tej okazji warto zapytać o ciągłość i ewolucję
antysemityzmu w Polsce. Profesor Ireneusz Krzemiński twierdzi na przykład,
że współczesny antysemityzm polski jest silnie osadzony w kodach
symbolicznych endecji. Jak pan patrzy na zjawisko antysemityzmu w II i III
Rzeczypospolitej?
– O ciągłości antysemityzmu można mówić przynajmniej od średniowiecza. Ma on
zdumiewająco podobne przejawy w ciągu minionych wieków. Chcąc zrozumieć
antysemityzm trzeba się jednak pochylić nie tylko nad stosunkami
chrześcijańsko-żydowskimi, ale nad znacznie szerszymi zjawiskami konfliktów
etnicznych. Nie uważam, że antysemityzm jest jedynym zjawiskiem tego typu na
świecie. Wystarczy przywołać Chińczyków w Azji Południowo-Wschodniej,
Hindusów w Afryce Południowo-Wschodniej czy narody socjalistycznej
Jugosławii po upadku ustroju. To dramat II wojny światowej nadał
antysemityzmowi koloryt zjawiska niepowtarzalnego.
W Polsce międzywojennej mieszkało parę milionów Żydów, a mniejszości ogółem
stanowiły 1/3 społeczeństwa. II Rzeczpospolita nie poradziła sobie z
ułożeniem stosunków interetnicznych. Można oczywiście powiedzieć, że w
Polsce było lepiej niż w wielu innych krajach, na przykład że istniała
sejmowa reprezentacja mniejszości narodowych. Wzajemne animozje jednak nie
osłabły, czego dramatyczne skutki dały o sobie znać później. Nie oznacza to
naturalnie, że większość polsko-katolicka oraz mniejszości narodowe i
religijne nieustannie toczyły krwawe boje. Niemniej istniał ogromny dystans
tych grup między sobą i to jest sprawa podstawowa. To była zapewne
dominująca przyczyna, która sprawiła, że Żydzi w okresie II wojny światowej
umierali osobno, choć okupant dołożył do tego swoje działania. Ten dystans
silnie wzmocnił mury getta. Nie ma co pytać, czyja to była wina – w takich
sprawach można mówić o rosnącym dystansie z obu stron.
W 2007 roku wydałem książkę Autoportret rodziny X. Fragment żydowskiej
Warszawy lat międzywojennych. Rodzina, która jest bohaterem tej książki, nie
odczuwa jakiegoś znaczącego antysemityzmu. Nikt nie napada ich na ulicy, nie
wybija im szyb w sklepie. Oni po prostu wiedzą, że stanowią zupełnie odrębny
świat i do świata polsko-katolickiego nie wejdą. Oczywiście powstaje
pytanie, co by było, gdyby to oni musieli się otworzyć na innych, na
przykład zaakceptować małżeństwo syna z chrześcijanką. Prawdopodobnie z obu
stron byłoby przeciwdziałanie.
Antysemityzm, tak jak wszystkie nienawiści narodowościowe, jest zjawiskiem
długiego trwania, a takie zjawiska są nadzwyczaj odporne na wszelkie
wstrząsy. Zmieniają się ustroje, ludzie migrują, a nienawiści trwają.
Antysemityzm przetrwał zatem |
|
upadek II Rzeczypospolitej, PRL i teraz przejawia się w
pewnych sytuacjach w III Rzeczypospolitej.
– Wspomniał pan o Dmowskim, który nie spoczął na Wawelu, w odróżnieniu od
Piłsudskiego. Co interesujące, grobowiec Piłsudskiego przetrwał niemiecką
okupację, co budzi dziś niejednokrotnie emocje. Niszczono symbole polskości,
mordowano polską inteligencję, a Piłsudski pozostał na Wawelu.
Nawet wartę honorową mu wystawili! Jest to pozornie coś zdumiewającego.
Hitler uderzając na Polskę podkreślał, że winna jest Polska. Gdyby II
Rzeczpospolita prowadziła inną politykę, wojna nie byłaby konieczna. Gdyby
Piłsudski żył – zdawał się mówić Polakom Hitler – prowadziłby inną politykę.
Chyba ten aspekt chciano wygrać propagandowo tak silnie honorując grobowiec
Piłsudskiego. Tym samym dowodzono, że ci, którzy walczą z Niemcami prowadzą
złą politykę, której nie pochwaliłby marszałek. Od tego łatwo dojść do
demagogicznych historii, na przykład że Polska wchodziła w sojusz z
Hitlerem, co się podnosi teraz w Rosji. Mogę przywołać jeszcze bardziej
skandalizującą historyjkę – wystarczy pokazać telegram kondolencyjny
podpisany przez Hitlera po śmierci marszałka Piłsudskiego. Oczywiście, był
to urzędujący kanclerz, który wykonał rytualny, dyplomatyczny gest, ale dla
prasy brukowej historia jak znalazł.
Wydaje mi się, że Piłsudski prowadził od początku politykę chodzenia na
linie. Dokonał cudu w momencie, w którym Polska odzyskiwała niepodległość –
postawił na Niemcy, w odpowiednim momencie dał się zamknąć i wyszedł jako
bohater. Aby tego dokonać trzeba mieć wyczucie polityczne. Później ani na
chwilę nie zapomniał, że Polska jest między Niemcami a Rosją. Był nieufny
wobec obu krajów. Jest pewna historyjka, tak ładna, iż podejrzewam, że
nieprawdziwa. W sztabie generalnym (na dzisiejszym Placu Piłsudskiego w
Warszawie) odbywała się gra wojenna. Najpierw zakładano, że atakują Sowieci.
Panowie generałowie przestawiają chorągiewki na mapach – oczywiście zwycięża
Polska. Po przerwie gra z drugim założeniem – atakują Niemcy. Znowu zwycięża
Polska. I nagle ktoś z generałów odzywa się: „Panie Marszałku, a może
zrobimy jeszcze trzecią grę z założeniem, że atakują i Niemcy, i Sowieci?”.
Na co Piłsudski miał powiedzieć: „Nie. Tego wariantu nie będziemy ćwiczyć.
Jeśli coś takiego się stanie, to panowie będą bronić się szablami na placu
przed gmachem sztabu”. I tak się stało.
Czy to było do uniknięcia? Przypuszczam, że nie. Nie uważam jednak, aby
Polska była do II wojny światowej dobrze przygotowana – sądzę raczej, iż
źle. Podobnie nie wydaje mi się, aby kampania wrześniowa była prowadzona
dobrze. Polska padła bardzo szybko. Paradoksalnie fakt, że również Francja
szybko skapitulowała, poratował samopoczucie Polaków, które po klęsce było
bardzo złe.
W tym kontekście nie sposób nie podkreślić, że otoczenie Polski w okresie
międzywojennym i w III Rzeczypospolitej jest zupełnie odmienne. Wtedy w
wielu krajach panował autorytaryzm, dziś jest moda na demokrację. Wtedy
stosowano powszechnie nacjonalizm gospodarczy, także w krajach
demokratycznych, dziś stawia się na wolność handlu. Nikt nie chwali się
obecnie tendencjami nacjonalistycznymi. Wreszcie, III Rzeczpospolita weszła
do zjednoczonej Europy i NATO – II RP była częścią podzielonej, pełnej
napięć Europy, choć oczywiście uważała się za mocarstwo.
– Zwykle w dyskusjach o dwudziestoleciu 1989-2009 nie mówi się już o II
wojnie światowej. Czy dostrzega pan długofalowe skutki II wojny światowej,
określające w jakiejś mierze porządek III Rzeczypospolitej?
– Oczywiście, skutki wojny w pierwszej kolejności określiły kształt PRL, a
dopiero wtórnie III RP. Po pierwsze, zniszczenie elity kraju, albo jej
emigracja na Zachód. Po drugie, masowe migracje, nie tylko przesunięcie
Zabużan i wysiedlenie Niemców, ale także migracje do miast. To gigantyczna
liczba ludzi, którzy zrywają poprzednie więzi społeczne. Wtedy pojawia się
społeczeństwo, które Stefan Nowak określał „kupą piasku”. Po trzecie, w
wyniku wojny i migracji Polska stała się de facto krajem jednego narodu, a
zatem – paradoksalnie – ideał endecki został zrealizowany. Po czwarte, w PRL
– która powstała na skutek wojny i ustaleń aliantów – nie kształtowały się
nurty polityczne i debata publiczna. Zamiast konfrontowania przeciwstawnych
opinii mieliśmy do czynienia z kształtowaniem się opozycji „my-oni”,
„Polacy-zdrajcy”. Umocnieniu uległ stereotyp Polaka-katolika. Została
wyniszczona całkowicie tkanka organizacji pozarządowych, społeczna
samoorganizacja. Komunizm wykańczał wszelkie próby samoorganizacji ludzi,
nawet jeśli dotyczyły one tak przyziemnych czynności, jak wywożenie śmieci z
osiedlowych kubłów. To wszystko nadal silnie rzutuje na III RP.
Pewnym zanegowaniem skutków wojny jest obecnie tworzenie się społeczeństw
lokalnych. Minęły migracje powojenne i doby PRL. Społeczności lokalne
zaczęły się stabilizować. W Warszawie widać na przykład kształtowanie
tożsamości dzielnic czy osiedli. Jednym z większych sukcesów rządu
Mazowieckiego jest wprowadzenie samorządu terytorialnego (gmin). Polska
samorządowa to duży sukces. Odradzaniu się tożsamości towarzyszy dbałość o
materialny wyraz tradycji i tożsamości, w tym włączanie małej tradycji
(nawet poszczególnych spółdzielni mieszkaniowych) w tradycję ogólnonarodową.
Szczególnie ciekawie ten proces przebiega na ziemiach zachodnich. Na
początku starano się wyciąć w zupełności tradycję niemiecką. Potem przyszedł
pomysł, aby wyciąć tradycję Polski Ludowej. Ale jeśli na ziemiach zachodnich
usunąć materialne ślady tradycji niemieckiej i PRL, to nie zostanie prawie
nic prócz trawy. Dlatego obecnie często poszukuje się korzeni w tradycji
niemieckiej, czego przykładem jest Uniwersytet Wrocławski. Podobnie garnizon
w Jeleniej Górze w 2002 roku świętował 200-lecie swego istnienia, co raczej
trudne jest w przypadku polskiego wojska na ziemiach zachodnich. Także
tradycja Polski Ludowej jest kultywowana. Na przykład w katedrze w Kamieniu
Pomorskim znajdują się upamiętnienia gehenny syberyjskiej Polaków, odbierane
jako jednoznacznie antykomunistyczne, a obok świeżo ufundowana tablica
poświęcona pamięci żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, którzy wyzwolili
miasto (podkreślam, że użyto terminu „wyzwolenie”).
– A czy dostrzega pan jakieś niebezpieczeństwa związane z upamiętnianiem
tradycji lokalnych? Niektórzy w tym kontekście mówią o pomnikach
poświęconych żołnierzom Wehrmachtu na Śląsku.
– Jest to bardzo trudna sprawa – nie tylko w Polsce. Nieraz zdarza się, że
społeczność mniejszościowa należy do narodu zza miedzy, z którym naród
większościowy pozostawał w przeszłości w konflikcie. To rodzi problemy z
upamiętnianiem spornej przeszłości, czego przykładem mogą być pewne
inicjatywy symboliczne mniejszości ukraińskiej w Przemyślu. Oczywiście,
Ukraińcy mogą na polskie zastrzeżenia odpowiedzieć, że nie wszyscy Polacy
zostali dobrze zapamiętani na ziemiach ukraińskich.
Nie czuję się uprawniony do dawania recept. Generalnie moim zdaniem powinna
decydować lokalna społeczność poprzez swoich przedstawicieli, w
demokratyczny sposób. Wydaje mi się rozsądne stanowisko, że upamiętnienie
bliskich i ofiar jest naturalne, zaś upamiętnianie akcji przeciw Polsce jest
niedopuszczalne. Rozsądne jest upamiętnianie ludzi, którzy padli w
różnorodnych akcjach, za które najczęściej sami nie odpowiadali, natomiast
niestosowne stawianie pomników (nie grobów) ludzi, którzy znani są jako
pacyfikatorzy i oprawcy. W takich sprawach jestem zwolennikiem
samodzielności lokalnych wspólnot. Dlatego uważam działania IPN, mające na
celu odgórne ustalanie niedopuszczalnych nazw ulic, za bzdurne. To nie jest
rola historyka, który raczej na prośbę lokalnej społeczności powinien
dostarczyć wyczerpujących informacji o danej osobie czy zdarzeniu niż
narzucać własny światopogląd.
Czasami dochodzi do porozumienia w sprawie spornej tradycji. Przykładem może
być Centralne Muzeum Jeńców Wojennych w Łambinowicach-Opolu. Upamiętniono
tam obóz, w którym po II wojnie światowej więziono Ślązaków i Niemców, także
zresztą inne grupy ludzi. Dotychczas, o ile wiem, był tylko jeden akt
wandalizmu przeciwko temu obiektowi.
– Wiem, że pojęcie „białej plamy” jest bardzo kontrowersyjne, ale czy pan
jako historyk dostrzega tematy czy postaci z lat 1918-1939, które są
nieobecne w dyskursie publicznym, a zasługują na to, żeby polskie
społeczeństwo o nich wiedziało?
– Przede wszystkim przypominałbym społeczeństwu polskiemu różne niezbyt
chętnie pamiętane fakty negatywne z historii. Nasze społeczeństwo, jak
każde, które było w historii poniewierane, wypracowało sobie rozbudowaną
ideologię kompensacyjną, zakładającą, że zawsze byliśmy szlachetni i dobrzy,
a przy tym ze trzy razy ratowaliśmy Europę. Nie chodzi o rysowanie tylko
czarnego obrazu, ale trzeba w tym kontekście przypominać o procesie brzeskim
czy Berezie Kartuskiej. Podobnie wiele było ciemnych spraw Polaków w czasie
II wojny światowej.
Generalnie inaczej widzę rolę historyka. W moim przekonaniu historyk nie
powinien być popularyzatorem prezentującym społeczeństwu gotowe, atrakcyjne
obrazki z przeszłości. Historyk nie może też być prokuratorem czy też
„wagowym” zasług i zbrodni narodowych. Bardzo bym chciał, aby historycy byli
po prostu naukowcami. W tym celu historia musi być nauką, a nie tylko
poszukiwaniem faktów. W historii przyjęte są określone metody poszukiwania
danych o faktach, krytyki źródeł itd. Natomiast gdy od konkretnych faktów
przechodzimy do obrazu określonej epoki, to wtedy najczęściej naukowość się
kończy. Chciałbym, aby sprawy historyczne rozpatrywane były jako casusy
wiedzy o społeczeństwie, weryfikujące ogólne twierdzenia. Należy uogólniać
wiedzę zdobytą w badaniach historycznych. Nie wystarczy opowiedzieć o
rządach Piłsudskiego, ale należy ten materiał wykorzystać jako element
wykładu o typach autorytaryzmu. Staram się zachęcać młodych naukowców do
takiego uprawiania historii. Samemu też chciałbym tak ją badać, ale
drogowskazowi na ogół nie jest łatwo iść drogą, którą wskazuje.
– Dziękuję bardzo za rozmowę. |