Cykl grafik Szymona Prandziocha inspirowanych ikonograficznym
przedstawieniem Vir dolorum tworzy dziewiętnaście miniatur. Ich wymiary – w
większości 8x10 cm – wymagają tego, aby kontemplować je w skupieniu. Pomimo
tego, że są tak niewielkie, zawierają wiele detali, których przedstawienie
wymagało sprawnego opanowania warsztatu. Owe detale są nieprzypadkowe,
starannie i celowo dobrane, aby wyraźnie przybliżyć temat.
Vir dolorum – czyli Mąż Boleści, to jedna z nazw określających
przedstawienie cierpiącego Chrystusa. Jego genezy doszukać się można w
obrazach z kręgu Kościoła wschodnio-bizantyńskiego przedstawiającego
Chrystusa w koronie cierniowej, z przebitymi dłońmi złożonymi na piersiach.
Mąż Boleści to Jezus żywy demonstrujący swoje cierpienie. „Nie jest On ani
umierający, chociaż jest już po skonaniu, zdjęty z krzyża, zatem –
powstający do życia” (E. Panofsky). Jest to moment, kiedy jego ludzkie ciało
jest jeszcze żywe i doświadcza bólu, ale duch już wkrótce zmartwychwstanie.
Ten wizerunek „stał się ponadczasowym obrazem Chrystusa tryumfującego nad
śmiercią” (E. Panofsky). Co jest jednak takiego interesującego w grafikach
tego cyklu, skoro sam motyw znany jest już od średniowiecza? Autor nawiązuje
do łacińskiej nazwy „Chrystus Patiens” czyli „Chrystus Cierpiący”. Od wyrazu
„patiens” – czyli „cierpiący”, „chory” pochodzi również słowo „pacjent”.
Miniatury stanowią zapis skojarzeń, które autor łączy z motywem Vir dolorum.
Obok motywów sakralnych, a właściwie równolegle z nimi, pojawia się
strzykawka, plaster, bandaż, całun. Fragment szpitalnego korytarza ginie w
mroku i nie wiadomo do końca – czy to jest ziemska rzeczywistość, czy już
przejście do drugiego świata. Tabletka – lekarstwo dla ciała pojawia się
obok hostii – lekarstwa dla duszy. Apteczka obok tabernakulum jako „pierwsza
pomoc”. Trzy igły do strzykawki jak trzy gwoździe. Kroplówka przypomina
kielich z winem. Takich zestawień jest więcej. Są też miniatury, na których
pojawia się sam pojedynczy przedmiot lub scena.
W grafice zatytułowanej Sala nr 13 autor studiuje grę światła i cienia, a
odcienie szarości i czerni są tak subtelne, że trzeba się dokładnie
przyjrzeć, aby zauważyć wszystkie niuanse. Elementem, któremu Szymon
Prandzioch poświęca oddzielne dzieło, jest rurka tracheotomiczna – czyli
ułatwiająca oddychanie. Przedstawiona bardzo szczegółowo, wraz z wszystkimi
wypukłościami, wgłębieniami i wypustkami, stanowi nie tylko dowód świetnego
opanowania warsztatu, ale – jak możemy zauważyć – oprócz pełnienia |
|

Vir
dolorum


swojej roli użytkowej może dostarczać również przeżyć
estetycznych. Dzięki sposobowi przedstawienia nabiera wagi i znaczenia
zwykły przedmiot. Przychodzi na myśl rola, jaką odgrywa w całym procesie
leczenia, któremu towarzyszy często skomplikowana aparatura. Przypomina o
tym, że pacjent jest często spowity w sieć kabli, rurek, przewodów, które
pomagają jego ciału. I taka rurka, dzięki swoim niezwykłym kształtom, jest
niezastąpiona do sprawnego funkcjonowania całości. Jak się jednak w
ostateczności okazuje, pomimo starań, takich a nie innych rokowań lekarzy,
to jednak dusza podejmuje ostateczną decyzję. Jak się ma rurka do wymiaru
duchowego ludzkiego cierpienia? Czy dzięki niej zostanie ono uśmierzone,
wydłużone, zakończone? Tutaj otwiera się pole do dyskusji na temat roli
nowoczesnych rozwiązań medycznych w utrzymywaniu zdrowia i życia.
Szymon Prandzioch z jednej strony podkreśla związek cierpienia, bólu i
śmierci z ludzką fizycznością, z drugiej wskazuje na jego duchowy sens. Ten
temat „jest właściwym punktem wyjścia do mówienia o cierpieniu we wszystkich
jego wymiarach: fizycznym, duchowym, |
|
emocjonalnym, psychicznym, społecznym. Stawia pytania
dotyczące pojmowania czasu i jego związku z człowiekiem. Istnieniu człowieka
w czasie lub poza nim”, uważa autor.
Sposobem przekazu Szymon Prandzioch nawiązuje do renesansowych mistrzów.
Leżący na łóżku pacjent przypomina leżące ciało Chrystusa z obrazu Mantegny.
Grafiki przedstawiają dokładne studium przedmiotów. Autor uważa, że
komunikat jest ważny w sztuce a najprostszą drogą komunikacji jest realizm i
figuracja. W abstrakcji pole interpretacji jest szerokie, a tutaj jest
dookreślone. Twierdzi, że człowiek buduje narracje czytając obrazy, dlatego
figuracja stanowi dla niego naturalny kontekst wypowiedzi.
Przedstawione obrazy toną w mroku, na miniaturach panuje dużo czerni.
Mezzotinta należy do tradycyjnych technik graficznych. Miedziorytniczym
rylcem wycina się partie rysunkowe, linearne. „Wydobywa się” z czerni
poszczególne przedmioty, budując w ten sposób światło. Jego brak w omawianym
cyklu jest zabiegiem celowym, dzięki czemu są one pełne tajemnicy, ciszy,
mistycyzmu oraz smutku. Niektóre z grafik zostały wytłoczone – np. jedna z
grafik powstała poprzez przyłożenie plastra i przepuszczenie go przez prasę
– powstał w ten sposób suchy wytłok.
Odnosi się wrażenie, że grafiki przepełnione są pustką, ciszą i samotnością.
Inspirację stanowiła tutaj raczej nie rzeczywistość fizyczna, w której na
myśl przychodzą zatłoczone szpitale, ale raczej sfera duchowa. Pomimo że
sale są przepełnione pacjentami, nie znajdziemy ich na grafikach Szymona
Prandziocha. Cierpienie przeżywa się w samotności a bólu, psychicznego czy
fizycznego, nie sposób komuś odebrać – każdy mierzy się z nim sam.
Podczas wystawy w katowickiej galerii Fra Angelico równolegle z cyklem Vir
dolorum zaprezentowane zostały prace przedstawiające świętych. W
przeciwieństwie do niewielkich wymiarów głównego dzieła, rysunki sylwetek
świętych były ponadnaturalnych wymiarów. Zostali oni przedstawieni podczas
zwykłych czynności: siedzą, stoją, przenoszą dziecko. Ich sylwetki nie są
wyidealizowane, jak w niektórych przedstawieniach sakralnych. Święci mają
posturę ludzi, których codziennie spotykamy.
W kręgu zainteresowań Szymona Prandziocha znajduje się człowiek w kontekście
wiary oraz tematyka sakralna. Jak sam twierdzi, do zajęcia się tematem „Vir
dolorum” skłoniły go przeżycia osobiste. W życiu każdego człowieka, nawet
najbardziej zabieganego i zajętego życiem doczesnym, są momenty, w których
zatrzymuje się, aby poświęcić się głębszej refleksji. Do takiej chwili
namysłu zachęcają grafiki Szymona Prandziocha. |