Sierpień 1939 roku, gdy już wstrząsany jest prowokacjami
zbrojnymi polsko–niemiecką granicą. Nastał ostatni miesiąc międzywojennego
Śląska w granicach Polski. To, co nastąpi z dniem 1 września zamyka ten
okres ostatecznie. Jakie były te lata dla Śląska i Ślązaków, gdy nastała
Polska?… Nie zapominajmy – państwo odrodzone w roku 1918, po 123 latach
niewoli, wyniszczone wojnami, zrasta się w bólach z ziem spod różnych
zaborów. A co prezentował sobą Śląsk – gospodarczo, cywilizacyjnie i
społecznie? Śląskie zyski i rozczarowania? bo jednak przeważają osiągnięcia
wielkiej miary coraz bardziej polskiego śląska. Dokonajmy tedy obrachunków
tych śląskich lat 1922 – 1939 z perspektywy 70 lat od wybuchu wojny. W tym
celu odbyła się redakcyjna dyskusja, w której uczestniczyli: profesor
ANDRZEJ S. BARCZAK, profesor TOMASZ FALĘCKI, doc. TADEUSZ SIERNY, profesor
MAREK S. SZCZEPAŃSKI, doc. ANDRZEJ ROŻANOWICZ. Dyskusję prowadził redaktor
naczelny „Śląska” TADEUSZ KIJONKA. Tekst rozmowy opracował i przygotował do
druku BOGDAN WIDERA.
TADEUSZ KIJONKA: Polski Śląsk międzywojenny – ta jego część, która weszła w
granice odrodzonego państwa polskiego w wyniku ostatecznych rozstrzygnięć po
I wojnie światowej i powstaniach śląskich. Gdy spojrzeć na mapę, widać jak
nieforemny a i niewielki był to obszar w stosunku do całego Górnego Śląska,
który obejmował ledwo jedną trzecią część obszaru plebiscytowego i niewiele
ponad piątą część jego powierzchni stanowiącej całość – używając pruskiego
terminu – Oberschlesien. Będziemy jednak odtąd używać na określenie tej
przyznanej Polsce części pojęcia Śląsk, które się utrwali, choć nie pokrywa
się ono z tym co nazwa ta historycznie i geograficznie oznacza w
rzeczywistości. To także wymowne świadectwo ówczesnych nastrojów
wyrażających polityczne i historyczne aspiracje Ślązaków utożsamiających się
z narodem polskim, których przywódcą i symbolem stał się Wojciech Korfanty,
a które streszczało hasło i wezwanie: Śląsk w granicach Polski!
Polski Śląsk w granicach II Rzeczypospolitej, to zamknięta epoka, która
obejmuje dwie historyczne daty. Lecz jakże krańcowo różne fakty i
wydarzenia. Gdy 20 czerwca 1922 roku mają miejsce pełne rozmachu – z
udziałem wojska polskiego – wzniosłe uroczystości przejęcia przyznanej
Polsce wschodniej części Górnego Śląska, które trwać będą do 10 lipca – będą
to dni narodowego spełnienia, które odbiją się potężnym echem w całej
Polsce. Lecz 17 lat później właśnie województwo śląskie zostanie jako
pierwsza część II Rzeczypospolitej w całości zajęte i wchłonięte przez
hitlerowskie Niemcy. Od tamtych tragicznych wydarzeń upływa w tym roku już
70 lat.
Przez ten czas żadna inna część kraju nie wniosła tak wiele pod względem
cywilizacyjnym i gospodarczym, co ówczesne województwo śląskie, najmniejsza
jednostka administracyjna II Rzeczypospolitej, stanowiąca niewiele ponad 1
procent powierzchni kraju. Lecz był to obszar o wyjątkowym potencjale
gospodarczym, który odmienił zasadniczo możliwości tego rolniczego,
zacofanego ekonomicznie i wyniszczonego wojnami odrodzonego po 123 latach
nieobecności państwa na mapach. Polska poprzez tę część przyznanego jej
Śląska uzyskała wówczas 53 kopalnie węgla kamiennego, potężny przemysł
hutniczy z 22 wielkimi piecami, 14 stalowniami i walcowniami oraz wielką
liczbą zakładów przemysłowych i przetwórczych. To tu wydobywano 75 proc.
polskiego węgla, produkowano 100 proc. koksu, 75 proc. żelaza i stali oraz
100 proc. cynku i ołowiu.
Ale był to obszar, który obfitował także w wiele złożonych problemów
wynikających z usytuowania i historycznych doświadczeń, w tym z przebiegiem
zapalnej od początku granicy polsko-niemieckiej. Nie mogła też być łatwa,
chociażby ze względu na dysproporcje gospodarcze i cywilizacyjne, integracja
tej ziemi z resztą Polski.
Spróbujmy z perspektywy 70 lat, gdy zamknęła się tamta epoka, dokonać
przeglądu osiągnięć i analizy najważniejszych problemów międzywojennego
Śląska w granicach Polski. Najtrudniejszy był niewątpliwie okres pierwszych
miesięcy, gdy trzeba było stworzyć zręby administracji i polskich
instytucji, poczynając od aparatu władzy w warunkach autonomicznego
województwa i organizacji szkolnictwa – a przecież już we wrześniu 1922 roku
rozpoczyna naukę w nowym roku szkolnym 190 000 uczniów (z tego 17 proc. z
podstawowym językiem niemieckim). A jest to jednocześnie czas gdy trwa
wielki przepływ ludności na podzielonym granicą obszarze, kiedy to polską
część Górnego Śląska opuściło około 100 tysięcy Niemców – podobnie jest też
po drugiej stronie granicy, skąd przenosi się na polski Śląsk przybliżona
liczba rodowitych Ślązaków, w tym najbardziej aktywnych działaczy
narodowych. A jednak po 17 latach większość problemów zostało rozwiązanych,
zaś dorobek tych lat prezentuje się imponująco. Pytanie, które też powraca:
jak mogło się dalej kształtować życie na polskim Górnym Śląsku, gdyby nie 1
września 1939 roku, kiedy to zostały przerwane te procesy ze wszystkimi
tragicznymi następstwami.
Andrzej S. Barczak: Start w 1922 roku był wyjątkowo interesujący. Górny
Śląsk, zanim jeszcze przypadł Polsce, zajmował bardzo ważne miejsce w
Europie. Ważniejsze wtedy było tylko Zagłębie Ruhry, no może jeszcze okolice
Barcelony, może północna Francja. Ale możemy powiedzieć, że jeśli chodzi o
ciężki przemysł, Śląsk był w zasadzie na drugim miejscu w Europie. Wtedy
gospodarka rozwijała się w oparciu o dwa surowce – stal, a do produkcji
stali potrzebny był węgiel. Przyroda dała nam te złoża. I dlatego nastąpił w
sposób niesamowity – możnaby powiedzieć – taki trochę „turbulentny” rozwój
tych ziem. Jeżeli przyjrzymy się urbanizacji, to nowe osiedla powstawały
wokół kopalń, wokół „hammerów”, czyli tych pierwotnych hut. To się wszystko
błyskawicznie rozrastało, z Europy docierały ruchy robotnicze w postaci
związków zawodowych, co wymuszało na przedsiębiorcach budowę osiedli dla
pracowników. Mamy Nikiszowiec, Giszowiec, wiele innych, mniejszych. W
Katowicach także.
W drugim etapie następuje konsolidacja tego przemysłu razem z
infrastrukturą. I w roku 1922 otrzymaliśmy teren zróżnicowany własnościowo,
ale jednak w przeważającej większości pruski. I od tego momentu zaczęło się
przejmowanie obiektów przemysłowych przez kapitał polski, oczywiście zgodnie
z prawem i regułami rynku. W 1937 roku na Górnym Śląsku „Wspólnota
Interesów” była jedną z największych w Europie firm produkujących wyroby
stalowe, węgiel i energię. To był motor rozwoju całej gospodarki. A cały ten
proces przebiegał w sposób niesłychanie interesujący z punktu widzenia prawa
gospodarczego, dalszego rozwoju, – nawet wprowadzania nowych technologii.
Warto przypomnieć, choćby miasto przy granicy, które się wtedy pokazało –
Nowy Bytom. Stare, duży ośrodek znalazł się po stronie niemieckiej. A po
polskiej powstał właśnie Nowy Bytom. Z kopalnią, z brykietownią, z hutą i z
elektrownią. To był kapitał polski. Z rozdrobnionych osiedli powstało miasto
Chorzów (wcześniej była Królewska Huta). Mieliśmy też na Śląsku przemysł
chemiczny, dzięki Mościckiemu powstały Hajduki, gdzie między innymi
produkowaliśmy to, co jest ważne dla górnika, mianowicie karbid.
Przedsiębiorcy polscy zaczęli się organizować w bardzo potężne związki
przedsiębiorców i handlowców, które miały olbrzymie znaczenie nie tylko
gospodarcze, ale i polityczne. Obowiązywała też taka doktryna, że skoro
Śląsk jest na rubieżach, to trzeba tu właśnie pokazać siłę państwa
polskiego. W związku z tym powstały w Katowicach reprezentacyjne gmachy o
wspaniałej architekturze, powstała cała południowa dzielnica miasta – ulica
PCK, Rymera, najwyższy wtedy budynek w Polsce – drapacz chmur na ulicy
Zielonej, nie mówiąc już o siedzibie Sejmu Śląskiego, rozpoczęła się budowa
katedry. Ale nie zapominano też o kulturze, o potrzebach kulturalnych
mieszkańców.
TADEUSZ KIJONKA: Do wątku gospodarczego zapewne jeszcze wrócimy, ale
przypomnijmy może jeszcze ten rok 1922, kiedy to przejmowanie Śląska szło w
kilku kierunkach, kiedy rozpoczęło się nadawanie temu regionowi nowego
ustroju w granicach państwa polskiego, pojawił się fenomen autonomicznego
województwa, do czego się teraz wraca, chociaż jesteśmy w zupełnie innym
momencie historycznym…
TOMASZ FALĘCKI: Autonomia Śląska była efektem walki plebiscytowej. II
Rzeczypospolita była państwem unitarnym, obowiązywała unitarna konstytucja
marcowa. To, że Górny Śląsk otrzymał autonomię, było wynikiem walki
politycznej. Chodziło po prostu o przezwyciężenie propagandy niemieckiej,
która głosiła, że Polska zawłaszczy Śląsk, że go zniszczy i tak dalej. Wtedy
Górnoślązacy otrzymali obietnicę autonomii. Dotyczyło to zarówno obszaru
Śląska Cieszyńskiego jak i Górnego, konkretnie zaś tych terenów, które
przypadną Polsce po plebiscycie. I najważniejsza rzecz – że Śląsk będzie
miał swój własny sejm…
ANDRZEJ S. BARCZAK: … własny budżet.
ANDRZEJ ROŻANOWICZ: … własny skarb!
TOMASZ FALĘCKI: … I bardzo daleko idącą samorządność. To jedna ważna rzecz.
A druga – Ślązacy nie będą podlegać poborowi do służby wojskowej. To było
też bardzo ważnym elementem propagandowym, bo Niemcy na skutek Traktatu
Wersalskiego były zmuszone do zrezygnowania z obowiązkowej służby wojskowej.
Więc jednym z niemieckich haseł plebiscytowych było stwierdzenie:
„Wejdziecie do Polski – pójdziecie do…
ANDRZEJ S. BARCZAK: … armii TOMASZ FALĘCKI: … wojska”, co po I wojnie
światowej nie było wcale czymś specjalnie nęcącym. Teraz jeszcze o kilku
mitach związanych ze śląską autonomią. Pierwszy mit – to, że Wojciech
Korfanty i jego obóz był głównym rzecznikiem tejże autonomii. Jest to mylne,
bo do 1926 roku Korfanty był zwolennikiem ograniczenia autonomii a nawet jej
zniesienia. On stał się zwolennikiem autonomii dopiero wtedy, kiedy śląskość
stała się jego obroną przeciw sanacji, przeciw Grażyńskiemu. Drugi mit
dotyczy sfery gospodarczej i mówi, że Górny Śląsk był niejako „sponsorem”
całej Rzeczypospolitej. Oczywiście, że województwo śląskie dawało pieniądze
do skarbu państwa, ale z drugiej strony musimy pamiętać, że nikt tego
dokładnie nie policzył. I to jest zadanie dla historyków gospodarki. Otóż od
1926 roku cały węgiel górnośląski był sprzedawany za granicę. Sprzedawany z
bardzo troskliwie ukrywanym dumpingiem. Ja to sobie tak wyrywkowo policzyłem
i wyszło mi, że koszt tego dumpingu pokrywanego przez resztę
Rzeczypospolitej był mniej więcej taki, jak środki, które Górny Śląsk do
skarbu państwa odprowadzał.
ANDRZEJ S. BARCZAK: Bo konkurencja Zagłębia Ruhry była nieprawdopodobna!
TOMASZ FALĘCKI: I to jest problem nie tylko międzywojnia, ale potem i Polski
Ludowej. Otóż węgiel górnośląski jest niekorzystnie położony geograficznie,
bo daleko od drogi morskiej, która jest najtańsza. Ważnym składnikiem ceny
towarów masowych, a do takich węgiel należy, jest koszt transportu. Stąd
węgiel śląski nie był na polskim wybrzeżu, czy w Polsce północnej. Tam była
duża konkurencja węgla angielskiego, bo tamtejsze kopalnie miały
kilkanaście, bądź kilkadziesiąt kilometrów do wybrzeża, a potem był już
niezmiernie tani transport morski. A w PRL-u konkurencyjny był węgiel
amerykański, nowozelandzki, australijski, który po pierwsze, pochodzi z
kopalń odkrywkowych, po drugie – znajduje się niedaleko morza.
TADEUSZ KIJONKA: I jeszcze jedna rzecz, bo te problemy będą się później
zazębiały. Tuż obok przebiega granica niemiecka. Granica trwałego konfliktu
politycznego. W latach dwudziestych – wojna celna. Mamy tu także problem
społeczny; Śląsk nie ma swojej inteligencji, konieczny jest jej napływ.
Dochodzi do wielkich zmian, pojawiają się konflikty, które symbolizuje ten
skrót „hanys – gorol”. Jest kwestia adaptacji i integracji. Człowiek śląski
ma pewne cechy, jest uformowany. Etos pracy, organizacja życia zbiorowego,
szacunek dla prawa, po prostu inne standardy cywilizacyjne. To wszystko musi
się wyrównać, trzeba do siebie wzajemnie doróść…
ANDRZEJ S. BARCZAK: Ale poznaniacy przyjechali tu wtedy. Biskup Stanisław
Adamski z Wielkopolski ściągnął ze sobą bardzo wielu swoich ziomków, a
różnica między Ślązakami a Wielkopolanami jest niewielka.
TADEUSZ KIJONKA: Myślę o tym, co wynikało z polityki personalnej krótko
będącego wojewodą Antoniego Schultisa. Sprowadzał tutaj ponad potrzeby
inteligencję z zewnątrz.
MAREK S. SZCZEPAŃSKI: Ocenę siedemnastolecia rozpocząłbym od kwestii
społecznie najtrudniejszej, która się jeszcze w tej rozmowie nie pojawiła.
Mianowicie jaką społeczno-polityczną rolę odegrały trzy powstania śląskie i
plebiscyt? Trzeba jasno powiedzieć, że plebiscyt bardzo istotny dla
Rzeczypospolitej i Niemiec (straciły bardzo uprzemysłowioną część Śląska),
był dramatem regionu, ludzi tutaj mieszkających. Trzeba pamiętać, że w
plebiscycie stanęli oni przed dylematem wcześniej im nieznanym. Musieli się
jasno określić. A przecież był to region pogranicza kulturowego. Warto
przypomnieć fundamentalne pytania księdza Emila Szramka, czym jest
pogranicze? Otóż powstania i plebiscyt spowodowały głębokie zakłócenia w
funkcjonowaniu społeczności tego regionu. Bo oto ludzie mieszkający obok
siebie, pracujący czasem w jednej firmie, musieli się zdefiniować jako
Niemcy, albo jako Polacy…
TOMASZ FALĘCKI: To nie jest prawda. Pytanie plebiscytowe nie było pytaniem
narodowościowym. To było pytanie: „do kogo chcesz należeć? Do jakiego
państwa?” A to nie jest to samo.
MAREK S. SZCZEPAŃSKI: Znam pytanie plebiscytowe. To nie jest to samo, ale w
istocie sprowadzało się do tej jasnej, precyzyjnej definicji narodowościowej
uczestnika. Tymczasem regiony pogranicza kulturowego cechowały często
zróżnicowane opcje narodowościowe. Dotyczy to nie tylko Śląska, tak było i
jest na przykład w Górnej Adydze, Alzacji, Lotaryngii. Również tam te opcje
są bardzo zróżnicowane, podobnie jak było na Śląsku. Jestem Ślązakiem i
czuję się bardziej Niemcem, jestem Ślązakiem, ale czuję się bardziej
Polakiem, jestem Ślązakiem, czuję się właściwie i tym, i tym po trochu.
Badając te sprawy, pytając tych, którzy już dziś pracują w Winnicy Pańskiej,
w lepszym świecie, słyszałem, że ich kraina była zróżnicowana. Było trochę
tradycji rodzimej, trochę niemieckiej, trochę polskiej, trochę czeskiej.
Krótko mówiąc – to nie były tak jednoznaczne opcje narodowe, jakie wymusił
na tych ludziach plebiscyt. Na swój sposób plebiscytem były także powstania.
Zdarzało się, że ludzie z tej samej kopalni, ba, z tej samej rodziny stawali
naprzeciwko siebie. Krótko mówiąc, te wydarzenia zakłóciły funkcjonowanie
tej społeczności regionalnej. Nigdy potem do odnowienia względnej integracji
społecznej w regionie nie doszło. Śląsk – jak powiedział profesor Barczak –
był po Zagłębiu Ruhry drugim co do wagi regionem przemysłowym Europy, choć
usytuowanym kresowo. Śląsk uprzemysłowiony, który trafił do Polski po
plebiscycie, był równie ważny dla odrodzonej Rzeczypospolitej jak Zagłębie
Ruhry dla Niemiec. Ale niebezpiecznie ulokowany, na obszarze zagrożonym
wojną, konfliktami zbrojnymi. Trzeba więc było dla niego stworzyć
przeciwwagę gospodarczą, społeczną. Stąd pojawiły się koncepcje Centralnego
Okręgu Przemysłowego, może nie tyle jako przeciwwaga, ale dopełnienie.
Trzeba przypomnieć postać Eugeniusza Kwiatkowskiego…
ANDRZEJ S. BARCZAK: A wcześniej Grabskiego.
MAREK S. SZCZEPAŃSKI: Reformy Grabskiego, budowa Gdyni, budowa linii
kolejowej do Gdyni. A między tym wszystkim kwestia autonomii – Polska, jak
już tu wspomniano, była państwem unitarnym, ale dla Śląska uczyniła pewien
wyjątek. Sejm Śląski miał bardzo rozległe uprawnienia. Poza polityką
zagraniczną i sprawami wojskowymmi. Nie zawsze ta izba ze swoich uprawnień
roztropnie korzystała, a znana sprawa celibatowej ustawy nauczycielskiej to
dobry przykład. Druga istotna dla Śląska kwestia – skarb. I wreszcie zasada
tangenty. Kwestia odprowadzania podatków. Dobrze, że pan profesor o tym
wspomniał, bo nikt tych przepływów finansowych nie policzył. Podobnie jak
powojennych.
TOMASZ FALĘCKI: Powojennych się zupełnie nie da. A to z tego prostego
powodu, że w gospodarce |
|

Wybudowane w siedemnastoleciu Śląskie Techniczne
Zakłady Naukowe
Nad
bilansem międzywojen-nego Śląska

Urząd Wojewódzki
peerelowskiej nie ma żadnego wyznacznika ceny.
ANDRZEJ S. BARCZAK: Ale to się da zrobić, panie profesorze. Bo jeżeli wiemy,
ileśmy węgla do Związku Radzieckiego wyeksportowali, wystarczy wziąć ceny z
giełdy i wtedy można to wyliczyć w dolarach, ale w tych dolarach
„bieżących”. Trzeba, oczywiście dyskontować… Ale to się da zrobić.
TOMASZ FALĘCKI: Z tym, że cena wydobycia przewyższała tę cenę w dolarach,
które były źródłem dochodu narodowego. I to był jeden z powodów upadku
PRL-u.
TADEUSZ KIJONKA: Mówimy tu o potencjale gospodarczym Śląska wynikającym z
jego zasobów. Ale ważna jest także sprawa dysproporcji cywilizacyjnej. Weźmy
na przykład poziom analfabetyzmu. Tu było półtora procenta, w poznańskim już
2,8 procenta, w pomorskim – 4,3, a średnia krajowa 33,1. To jest wynik
opóźnień wynikających z przynależności do różnych zaborów. Paradoks, że w
tej sytuacji Śląsk nie ma własnej inteligencji, która byłaby w stanie
przejąć pracę w administracji, kiedy te stanowiska opuszczą Niemcy.
Inteligencja rodzima ma raczej wykształcenie zawodowe. I to staje się
przyczyną konfliktów, wynikających z napływu ludności. A dojdzie do tego
jeszcze kryzys światowy. I na tym tle następuje rozczarowanie Polską.
ANDRZEJ S. BARCZAK: A ja jeszcze dodam, że obroną przedsiębiorców przed
strajkami był lokaut. I wtedy policja była za przedsiębiorcami i strzelała
do robotników. Nawet na moim osiedlu było takie „pole bitwy” między
biedaszybowcami a granatową policją.
ANDRZEJ ROŻANOWICZ: Jednej ważnej rzeczy jeszcze nie poruszono. Mianowicie
tego, że sprawa autonomii Śląska, a więc tego skarbu, sejmu, nawet własnej
policji była uchwalona ustawą sejmową już w 1920 roku! Jeszcze nie było
plebiscytu, a już była ustawa sejmu polskiego. W dotychczasowych
opracowaniach i dyskusjach dotyczących plebiscytowego wyboru państwowości,
nie brano pod uwagę jednej, ważnej dla socjologa sprawy. Otóż w tym okręgu
przemysłowym dlatego było dużo głosów za Niemcami również oddanych przez
ludność polską, bo wiązało się to z zabezpieczeniem socjalnym. Powstał
problem: „a kto wom bydzie ta rynta po starym wypłacoł?” Kto? Polska? A w
Niemczech ta renta jest. Sieroca renta, wdowia, są renty inwalidzkie.
Ponadto jest opieka lekarska, służba zdrowia bezpłatna, której dziś nawet
nie mamy. A w Polsce za miedzą nie było do I wojny światowej żadnej
regulacji prawnej dotyczącej opieki zdrowotnej nad robotnikiem. W Sosnowcu i
w Zagłębiu Dąbrowskim w ogóle były tylko inicjatywy poszczególnych
przedsiębiorców, którzy z własnej woli fundowali izbę chorych i zatrudniali
doktora. Ale nie było żadnego systemu. Dlatego wiele osób głosowało za
pozostawieniem Śląska w granicach Niemiec, mimo że sercem i duszą tak
naprawdę byli za Polską. Niestety, nabyte uprawnienia socjalne gwarantowane
były w państwie niemieckim. I nie było wiadomo, jak będzie w państwie
polskim.
TOMASZ FALĘCKI: Państwo polskie gwarantowało wszystkie prawa nabyte. I
trzeba pamiętać, że od 1918 roku nastąpił w Polsce rozkwit prawa socjalnego.
A przyjmowane wtedy rozwiązania prawne były niejednokrotnie korzystniejsze
dla robotników od tych górnośląskich.
MAREK S. SZCZEPAŃSKI: Tylko, czy śląski robotnik był tego świadomy?
TOMASZ FALĘCKI: Sprawy socjalne były elementem niemieckiej propagandy
plebiscytowej. Przypominam sobie nawet taki plakat: robotnik przed kasą w
Polsce i robotnik przed kasą w Niemczech. Polska propaganda także dotyczyła
spraw społecznych. Można nawet powiedzieć, że była propagandą społeczną w
stopniu najwyższym, bardziej społeczną niż narodową. Jest taka ciekawa
współzależność. Otóż w 1918 roku na Śląsku powstaje Komunistyczna Partia
Górnego Śląska i ona się błyskawicznie rozrasta do kilkunastu tysięcy ludzi.
A w następnym roku ta partia zanika, zostaje w niej kilkudziesięciu
działaczy. Co się stało? Po prostu jej członkowie przeszli do ruchu
polskiego. Czy to byli marksiści-leniniści-staliniści? Nie, oni nie mieli z
tą ideologią nic wspólnego. Tylko ponieważ problemy społeczne były w tym
plebejskim społeczeństwie rzeczą niezmiernie doniosłą, wyostrzoną przez I
wojnę światową, najpierw wykorzystała to propaganda KPGŚl. Później przejęła
to polska propaganda i to najlepiej świadczy, jak wielką rolę w polskiej
propagandzie plebiscytowej odgrywały sprawy socjalne. A co się dzieje po
roku 1922? Następuje totalne rozgoryczenie, spowodowane tym, że mimo zmiany
państwowości, pozycja tych plebejuszy w zasadzie się nie zmieniła. Jeśli
ktoś był bezrobotny wcześniej, teraz pozostawał bezrobotny nadal.
MAREK S. SZCZEPAŃSKI: Chciałbym nawiązać do tego plebejskiego charakteru
Górnego Śląska. Otóż już wtedy zaczął się tu kształtować niebezpieczny
kierunek wzoru kariery zawodowej, który został powielony również po wojnie.
Tak jak już powiedział pan Tadeusz Kijonka była tu, używając terminologii
marksistowskiej, bardzo mocna klasa robotnicza i bardzo wąska warstwa
inteligencji, brak wyższych uczelni, brak instytucji naukowych. Proszę
zwrócić uwagę, że Śląski Instytut Naukowy powstaje dopiero w roku 1934…
ANDRZEJ S. BARCZAK: Ale pisali tam głównie profesorowie z Uniwersytetu
Jagiellońskiego! Piękne książki.
MAREK S. SZCZEPAŃSKI: Dokładnie tak. Ale zwróćcie państwo uwagę, ile czasu
zajęło wykreowanie pierszej instytucji o naukowym charakterze.
ANDRZEJ S. BARCZAK: Moja Akademia, wtedy jeszcze Prywatne Wyższe Studium
Nauk Społeczno-Gospodarczych powstała też mniej więcej w tym okresie
(grudzień 1937).
MAREK S. SZCZEPAŃSKI: Krótko mówiąc, struktura społeczna na Śląsku była
mocno spłaszczona. Nadreprezentacja klasy robotniczej, wąska warstwa
inteligencji, ukształtowany model kariery zawodowej przechodzący z ojca na
syna przez pokolenia (zreprodukowany zresztą również po wojnie).
TOMASZ FALĘCKI: Chciałem tylko uzupełnić, że to nie jest tak, iż młodzi
Ślązacy nie studiowali, nie robili matur. Robili. Tylko jeżeli taki młody
człowiek na przełomie XIX i XX wieku zrobił maturę, oczywiście niemiecką, i
poszedł na studia, to on później wychodził z uczelni jako Niemiec. Zwróćmy
uwagę na to, że nazwiska przywódców mniejszości niemieckiej są
słowiańsko-polskie, z wyjątkiem Ulitza, który nie był stąd. I nie chodziło o
to, że nauczano w języku niemieckim. Młody człowiek wchodził także w krąg
niemieckiej kultury. Pamiętajmy, że ten czas to apogeum znaczenia kultury
niemieckiej w ramach kultury europejskiej.
ANDRZEJ S. BARCZAK: To okres rozkwitu niemieckich uniwersytetów.
TOMASZ FALĘCKI: A z polskiej kultury co do takiego młodego człowieka
docierało? Ludowa kultura górnośląska, przedstawienia teatrów amatorskich, w
których wystawiano jakieś bajki o księżniczkach prześladowanych przez smoki…
ANDRZEJ S. BARCZAK: Ale panie profesorze Towarzystwo Czytelni Ludowych było
na Śląsku niesłychanie silne. W każdej wsi była czytelnia z książkami
polskimi.
TOMASZ FALĘCKI: Przepraszam, ale tu chodzi o coś innego – o kulturę
elitarną.
ANDRZEJ S. BARCZAK: Ależ to była kultura elitarna. Sienkiewicza czytali,
Słowackiego…
TOMASZ FALĘCKI: Chciałem tylko zwrócić uwagę na to, że kultura niemiecka
miała ogromną moc przyciągającą.
TADEUSZ SIERNY: A docieranie do świadomości tych, jak to ktoś wcześniej
określił, plebejuszy wiąże się z ówczesnym systemem komunikowania
społecznego. Sprowadzał się on właściwie do trzech mechanizmów. Pierwszy to
prasa, książki. Drugi mechanizm nazwałbym kościelnym. Trzeci –
instytucjonalnym, opartym m.in. na instytucjach oświatowych i edukacyjnych.
Bo musiały zaistnieć takie instytucje, jak choćby wspomniane czytelnie, żeby
mogli tam właśnie przychodzić młodzi ludzie integrować się lub spierać o
otaczający ich świat. Co do spraw związanych z wykształceniem, z modelem
kariery zawodowej, odwołam się do obserwacji profesora K. Popiołka, który
badając ten problem w latach 1928, 1929 podaje, że z milionowego wówczas
Górnego Śląska na studiach jest 200 osób, a ze 150-, czy 160-tysięcznego
Śląska cieszyńskiego – 500 osób. Więc model kariery zawodowej i udział
młodzieży w procesach edukacyjnych był na Śląsku bardzo zróżnicowany.
MAREK S. SZCZEPAŃSKI: Jedno jest bezsporne, że odsetek młodzieży
pobierającej nauki na poziomie wyższym był nieproporcjonalnie niski w
stosunku do potencjału ludnościowego.
TADEUSZ SIERNY: Warto przypomnieć, że główne instytucje kultury w
województwie śląskim powstawały właściwie w latach dwudziestych. Polskie
Radio – rok 1927; Teatr imienia Wyspiańskiego, „Chowanna” i Instytut
Pedagogiczny, także w latach dwudziestych, co prawda Instytut Śląski to już
lata trzydzieste, ale gdyby prześledzić tworzenie się innych instytucji,
większość ma swój początek w latach dwudziestych. Dlaczego one były takie
ważne?
Ponieważ stwarzały alternatywne wobec historycznie już istniejących form,
nowe możliwości komunikowania się ze społeczeństwem i społeczeństwa ze sobą.
Wtedy na Śląsku pracuje cztery i pół tysiąca nauczycieli oraz funkcjonuje
około 600 szkół. Czyli rodził się pewien mechanizm, tworzony przez system
instytucji oraz szkolnictwa, który generował nową hierarchię wartości, nową
w stosunku do tego, co było „za starego piyrwyj”, co funkcjonowało przed I
wojną światową. Dlatego trzeba powiedzieć, że z tego punktu widzenia – tych
lat do 1939 roku, w województwie nie zmarnowano. Wilhelm Szewczyk jest w
stosunku do tego okresu dość krytyczny. Pisze w swoich pamiętnikach, że w
ciągu kilkunastu lat nie zaproponowano, czy nie zbudowano nowej wizji
kultury Śląska, nowej pozytywnej wizji Ślązaka. I to jest zapewne jakiś
problem, z jednej strony promowano w Katowicach twórczość zaliczaną do
kultury wysokiej, elitarnej: Szukalskiego, Przybosia, a z drugiej odwoływano
się do tradycji kultury ludowej, folkloru, jakoś nie znajdując między tymi
dwoma poziomami integrujących ich, wspólnych wartości. Jest promowana
twórczość Gojawiczyńskiej, Kossak-Szczuckiej, a z drugiej strony Gustawa
Morcinka, i zaraz ten Morcinek wydaje nam się trochę gorszy –
nieogólnopolski, on jest taki wyłącznie nasz, w tym znaczeniu – niestety –
śląski. Chciałbym jednak podkreślić, że pomimo wielu niepowodzeń, podjęto
wówczas trudną, może niezbyt udaną próbę stworzenia nowego modelu kultury
Śląska. I nie chodziło tu o proste przeciwstawienie jej narodowej kulturze
polskiej lub niemieckiej, ale o to, by w tym regionie, stworzyć hierarchię
wartości, opartą na rodzimej, zastanej tutaj tradycji i kulturze.
ANDRZEJ S. BARCZAK: Tu Ligoń najwięcej zrobił, tak mi się wydaje.
TADEUSZ SIERNY: Tak, myślę, że w tamtym czasie absorbowano i promowano
twórczość Ligonia, Wantuły, ale też Gojawiczyńskiej i innych…
TADEUSZ KIJONKA: Kiedy mówimy o kulturze – to jest praca od podstaw. Trzeba
pamiętać, co zastano, kto przybył, na kim można się było oprzeć. Ale trzeba
też powiedzieć, że Śląsk ma takie swoje wielkie postaci, które są pewnymi
symbolami dla Śląska i Ślązaków. Taki kardynał Hlond, rodem z Brzęczkowic
pod Mysłowicami, z wielodzietnej śląskiej rodziny…
ANDRZEJ ROŻANOWICZ: A Gawlina? Kapelan polowy…
TADEUSZ KIJONKA: A Wojciech Korfanty też z domu robotniczego. Jeśli zaś
chodzi o Morcinka, to on jest w tym czasie postacią o formacie
ogólnopolskim. On jakby uczy myśleć o Śląsku, poznawać Śląsk. Nie patrzmy na
to z perspektywy jego recepcji w ostatnich latach. Jego wojaże po Polsce
obejmowały właściwie wszystkie ważne adresy. W tym czasie zaczyna się też na
Śląsku formować rodzime życie literackie od podstaw.
MAREK S. SZCZEPAŃSKI: Nagroda literacka, jaką Morcinek otrzymał, była tak
wysoka, że mógł sobie za nią nabyć dom i porządny samochów.
TADEUSZ SIERNY: Warto przypomnieć, że dofinansowanie kultury z funduszów
wojewody było wtedy – poza nielicznymi wyjątkami – relatywnie, mniej więcej
na tym samym poziomie, co i dziś.
TADEUSZ KIJONKA: Wojewoda Grażyński finansuje wyjazdy stypendialne do Paryża
Przybosiowi, który osiadł w Cieszynie. Jednak to, co powstaje, powstaje od
podstaw. Wysoka rodzima kultura muzyczna ukoronowana zostaje powstaniem
konserwatorium pod duchowym patronatem Szymanowskiego. Jego siostra zresztą
tutaj pracuje. Wychodzi z tego konserwatorium wielu wybitnych muzyków. O
jego randze świadczy fakt, że do egzaminu wstępnego zaraz po wojnie staje
osiemset osób. Coś niebywałego. Szacunek dla kultury, dla książki.
Towarzystwo Czytelni Ludowych było rozsiane tak gęsto na całym Śląsku, że
wydaje się to niewiarygodne. Taki działacz ludowy, także plebiscytowy
Maksymilian Basista doprowadził do tego, że w rybnickim powstało 120
bibliotek. A ogromna liczba chórów. To była pewna podstawa dla rozwoju
kultury wysokiej. No, gdyby czas pozwolił – byłby uniwersytet, bo Instytut
Śląski jakby na to naprowadzał. Jest tu też miejsce (była o tym już mowa)
miejsce dla Akademii Ekonomicznej. Zaczynając od zera, bo nie nawiązywano
przecież do instytucji niemieckich, w krótkim czasie stworzono to, co
stworzono. I powstaje rodzima inteligencja, która spełni ogromną rolę także
po wojnie, choć zostaje w latach okupacji w znacznym stopniu wykrwawiona i
zdziesiątkowana. W życiu literackim Śląska Morcinek był samorodkiem,
niebywałym talentem, myślę, że dziś niedocenionym, bo nie czytanym na nowo,
nie wydawanym. Z własnym oryginalnym językiem, z własną wyobraźnią. I o
niego ktoś się musi upomnieć, o jego miejsce i to nie wśród Ślązaków, ale w
kulturze narodowej.
MAREK S. SZCZEPAŃSKI: Myślę, że jego percepcja jest zakłócona tym
niefortunnym jednym aktem… Bo gdy rozmawiam z moimi warszawskimi
przyjaciółmi, to oni nie kojarzą prozy Morcinka, tylko ten nieszczęsny
Stalinogród.
TADEUSZ KIJONKA: Tu się odbija też pewna niechęć do Ślązaków, bo nie chce
się pamiętać, że to był człowiek, który wyszedł z Dachau, uniknął śmierci,
był sterroryzowany psychicznie. Trzeba pamiętać o tym, co napisał Kazimierz
Wyka, który też zasiadał w Sejmie i to widział. Napisał, że każdy na jego
miejscu zrobiłny to samo. Ale wracając do tematu, w latach trzydziestych
tworzy się tu własne środowisko literackie w oparciu o młodych ludzi,
niezależnie od tego skąd przybyli. Bo na przykład spod Przemyśla dotarł tu
Zdzisław Hierowski, jedna z najświetniejszych umysłowości. W tym momencie
debiutuje rodowity Ślązak Wilhelm Szewczyk. Warunki były, bo wojewoda
Grażyński, jako humanista, czuł się mecenasem sztuki. Oczywiście tamta epoka
jest zdominowana przez fatalny konflikt polityczny Grażyński – Korfanty.
Gdyby go nie było, wiele rzeczy mogło wyglądać inaczej. Z tym, że nie należy
tego konfliktu uogólniać, przenosić na cały Śląsk, bo to że byli „korfanciorze”
nie znaczy, że wszyscy byli wrogo nastawieni do drugiej strony. W mojej
rodzinie dziadek Józef Kojzar, cywilny |
|
komisarz powstańczy na rejon ponad 20 wsi, był „korfanciorzem”,
zaś jego szwagier, Nikodem Sobik, dowódca baonu żorskiego, który znalazł się
potem na kołymskiej liście śmierci, należał do działaczy Związku Powstańców
Śląskich, organizacji prorządowej – lecz między nimi współżycie układało się
wzorowo. To taki jeden przykład. Owszem, były napięcia, ale one nie
decydowały bezpośrednio o klimacie życia na Śląsku. Oczywiście tragedia
Korfantego jest wielką winą polskiego państwa wobec tego polityka, ale także
wobec Śląska. Do tego nie należało dopuścić bez względu na wszystko.
MAREK S. SZCZEPAŃSKI: Jeszcze zdanie o konflikcie, bo nie da się przejść
gładko nad tą sprawą. Józef Chałasiński, klasyk socjologii napisał w tym
czasie bardzo istotną, choć moim zdaniem nieco przesadzoną historię
konfliktu w skali lokalnej. Przypominam, że wtedy powstała książka do dziś
czytana przez socjologów Antagonizm polsko-niemiecki w osadzie fabrycznej
Kopalnia na Górnym Śląsku, a ta „Kopalnia” to nic innego, jak ulokowane w
południowej dzielnicy Katowic nasze poczciwe Murcki. Tam Chałasiński
pokazywał dynamikę konfliktu na poziomie lokalnym, nawet jeśli przesadzoną,
to czuje się z tej książki, że rodzi się napięcie między tymi dwoma
światami, które jeszcze paręnaście lat temu żyły razem. To pierwsza uwaga. A
druga jest taka: trudno oczekiwać, aby w siedemnaście lat zbudowano od
podstaw lub w znacznym stopniu przebudowano strukturę społeczną. Budowano
infrastrukturę edukacyjną i kulturalną, tworzono rodzimą inteligencję, a
dowartościowując ten świat plebejski, budowano jednocześnie kulturę wysoką,
bo nie chciałbym używać słowa „elitarną”.
ANDRZEJ S. BARCZAK: Ale gospodarka się rozwinęła…
MAREK S. SZCZEPAŃSKI: …w całej II Rzeczypospolitej. Ale chcę podkreślić, że
mimo ogromnego wysiłku Śląska i całej II Rzeczypospolitej, tak jak Polska
zaczynała tę swoją drogę będąc europejskim państwem peryferyjnym, tak w
momencie wybuchu II wojny światowej wciąż nim pozostawała. Mimo ogromnego
trudu, mimo dużych sukcesów gospodarczych nie udało się w tym czasie
(dwudziestu lub siedemnastu lat, w zależności od tego dla jakiego obszaru
ten okres mierzymy) radykalnie zmienić usytuowania Polski na mapie Europy.
Podkreślam – ogromny wysiłek, bo to nie tylko COP, nie tylko linia węglowa
do Gdyni, nie tylko silna złotówka, symboliczny „łoś”, i wiele innych. Ale
to wciąż było za mało, czasu trochę brakło na zmianę ulokowania
Rzeczypospolitej.
ANDRZEJ S. BARCZAK: No właśnie, bo na przykład ta pierwsza wystawa
przemysłowa w czasie II RP odbyła się w Poznaniu, a nie na Śląsku. Bo jakby
była na Śląsku… Ale reszta Polski patrzyła na Śląsk z takim przymrużeniem
oka. I to było bardzo niedobre. Ta wystawa powszechna powinna być na Śląsku.
Poznań – to był kompromis.
TADEUSZ KIJONKA: Tak, ale Poznań zaciągnął ogromny kredyt i przez wiele lat
miał wielkie problemy z jego spłacaniem. Na Śląsku chyba by się nikt nie
odważył wziąć takiego kredytu. Ale dramat rozczarowania dosięgnął bardziej
ludzi prostych, którzy chcieli się z Polską utożsamić – a przecież ponad 130
bram witało przecież wkraczające wojska polskie. Te dramaty i niespełnione
nadzieje odezwą się potem także po wojnie.
ANDRZEJ S. BARCZAK: Ale był patriotyzm. W 1939 roku w czasie zbiórki na
Fundusz Obrony Narodowej najwięcej pieniędzy zebrano na Śląsku. Kupiono
„łosia”, czołg – to wszystko w Parku Kościuszki było wystawione na widok
publiczny. Niesamowity wysiłek.
MAREK S. SZCZEPAŃSKI: Wracając jeszcze do tych bram powitalnych, nie
kwestionując ich liczby, doceniając te wszystkie ważne akty, pamiętajmy –
przypominam – że mówimy o regionie pogranicza kulturowego, w którym
umysłowość mieszkańców jest ukształtowana przez to, że zmieniają się kolejno
organizmy państwowe. Pomyślcie panowie, że gdyby przez tysiąc lat nie ruszać
się fizycznie z jednego miejsca na Śląsku, pod jakimi żyłoby się koronami,
pod jakimi władztwami. Zmierzam do tego, że przy takich zmianach, przy
takich historycznych kontredansach jedynym, wiecznym, niezniszczalnym
układem odniesienia była ojczyzna prywatna, heimat albo społeczność
regionalna. Ten mały świat, w którym ci ludzie żyli, jakkolwiek go nazywali
(każdy mógł go nazywać inaczej) był zasadniczym punktem odniesienia, przy
pełnym szacunku do odniesień do tych „wielkich ojczyzn”, o których pan
redaktor Kijonka mówił.
TOMASZ FALĘCKI: Tu jedna uwaga. Niemcy nie określali Górnoślązaków, że ten
jest Niemcem, a tamten Polakiem. Najczęściej w źródłach mamy tak: polnisch
oder deutsch gesinnt, czyli „nastrojony propolsko” albo „proniemiecko”. A
nastroje można zmieniać. Proszę panów, zważcie chociażby sprawę Kupki.
Przecież to był jeden z czołowych działaczy polskich! W polskim komisariacie
plebiscytowym i tak dalej. I o co się rzecz rozbiła – Kupka był młodym
człowiekiem, który zetknął się w pracy plebiscytowej z działaczami
przybyłymi z Polski. Pracownikom Komisariatu rząd polski płacił pensje
według wykształcenia. Oni mieli matury, on nie, więc dostawali więcej. W
dodatku zaczęli się wyśmiewać z jego nazwiska. Więc on poszedł wtedy do
Korfantego i poprosił, żeby tych szlachciców wyrzucić. Korfanty go
zwymyślał, bo Korfanty wcale łagodny nie był. I co wtedy Kupka zrobił?
Poleciał do Lukaschka, do niemieckiego komisariatu. Bo on był „nastrojony
propolsko”, ale jak się obraził, to był „nastrojony proniemiecko”. I to jest
problem tej chwiejności, który obserwujemy w ciągu całego XX wieku.
Świadomość narodowa nie jest nadawana raz na zawsze. Ona się zmienia.
Zmienia się właśnie w takich regionach pogranicza. Ba, powiem więcej – gdyby
plebiscyt urządzić w Wielkopolsce. czy na Pomorzu, to nie wiem, jakie tam by
były procenty za Polską, jakie za Niemcami.
MAREK S. SZCZEPAŃSKI: W swoich pracach wprowadziłem pojęcie konwersji
lojalności obywatelskiej, bo w takich regionach ona się dosyć często zdarza.
Pan odwołał się do przykładu Kupki, ja natomiast ze swojego świata wezmę
księdza Kapicę, który był działaczem niemieckiej partii Centrum, ale kiedy
przyszedł czas Rzeczypospolitej…
ANDRZEJ S. BARCZAK: … to przeszedł.
MAREK S. SZCZEPAŃSKI: Nie dość, że przeszedł, to jeszcze dziękczynny dzwon
kazał odlać. I to było całkiem normalne, że z niemieckiego działacza staje
się admiratorem Polski, tworzy nawet jedną z takich bram powitalnych…
ANDRZEJ ROŻANOWICZ: Tak, piękne przemówienie wygłosił na moście na Brynicy.
I od razu powiem, żeby mi nie umknęło, bo to także wiąże się ze sprawą
narodowości. Otóż w 1910, a może jeszcze wcześniej do sądu grodzkiego w
Katowicach trafiła sprawa grupy „Sokołów” wracających z Jęzora, z Mysłowic.
Otóż ci młodzi ludzie wywołali zgorszenie na stacji kolejowej w Mysłowicach,
bo „ostentacyjnie” rozmawiali po polsku. Wezwano żandarma, spisał protokół i
zwrócił się do sądu o wymierzenie kary za prowokacyjne posługiwanie się „jężykiem
nie-niemieckim”. I sąd oskarżonych uniewinnił, posługując się taką formułką,
że „oni są Prusakami polskiego języka”!
TOMASZ FALĘCKI: Wszyscy byli poddanymi króla pruskiego.
ANDRZEJ S. BARCZAK: W spisach ludności rejencji opolskiej pytano też o
muttersprache. Kiedy się okazało, że mieszka tam dużo Polaków, przestano
pytać.
TADEUSZ SIERNY: Chciałbym wrócić do kwestii budowy instytucji komunikacji
społecznej. Przypomnę, że w tamtych latach powstało również Muzeum Śląskie,
rozebrane w czasie wojny. Był jakiś powód, dla którego je zbudowano, a
później, przez okupanta tak bezwzględnie do fundamentów zostało rozebrane.
Miało one swoje istotne znaczenie symboliczne. Do 1918 roku ludzie
funkcjonowali tu na pograniczu konkretnego państwa i kształtowali swój model
kulturowy wg wymogów życia w tym miejscu, w tamtym czasie.
Nowy świat po roku 1918, 1921 wymagał jednoznacznego, nacjonalnego
określenia się. I nie był to tylko problem dorosłych, ale przede wszystkim
młodzieży, która żyła w ówczesnym świecie – powiedziałbym – wielowektorowym
kulturowo. W tym czasie osobą chyba najbardziej narażoną na konflikty
moralne, etyczne, patriotyczne, polityczne jest nauczyciel, który ma w
swojej klasie dzieci, będące w rodzinie świadkami albo konwersji
narodowościowych, albo bardzo wyraźnych demonstracji patriotycznych. W
związku z tym potrzebą chwili był atrakcyjny wzór, ideał wychowawczy. Udało
się stworzenie systemu instytucji kultury oraz szkolnictwa, ideał wychowawcy
musiał pozostać wyłącznie patriotyczny, zbudowany na uniwersalnych
wartościach narodowych, nie regionalnych. Zabrakło czasu na budowanie nowego
pozytywnego wzorca Ślązaka czasu pokoju, nie konfrontacji.
TADEUSZ KIJONKA: Mamy tu też do czynienia ze sprawą tak zwanej
repolonizacji. A jak mogło wyglądać życie na polskim Śląsku jak nie poprzez
coraz większą integrację z Polską. I to się nie mogło odbywać poza językiem
polskim, poza polską kulturą. Ja jestem Ślązakiem i pamiętam z dzieciństwa,
że przejście z języka domowego, z gwary na język literacki traktowano jako
awans. Przy czym to nie wykluczało używania gwary. Używanie więc argumentu o
przymusowej repolonizacji jest nadużyciem. Jednocześnie – dowodzą tego
prawie wszystkie źródła – szkoła polska miała ogromny autorytet. Nauczyciele
byli często społecznikami. Jest rok 1945 i w Radlinie, gdzie mieszkam,
zjawiają się wiosną przedwojenni nauczyciele z miescowej szkoły i
rozpoczynają nowy rok szkolny. Zatrzymali się u mojej starki, u której jedna
z nauczycielek mieszkała przed wojną. Jej pokój przez wszystkie wojenne lata
był nietknięty. Był nietykalny. Taki był autorytet szkoły na poziomie
lokalnym. Więc repolonizacja nie była przymuszaniem do polskości, było
stworzeniem możliwości, jakie otwierała polska kultura. Pan Andrzej
Rożanowicz pamięta, jak wyglądało życie codzienne…
ANDRZEJ S. BARCZAK: Był taki cykl ceramowski Życie codzienne w… Ktoś
powinien takie życie codzienne na Śląsku w tamtym czasie opisać, żebyśmy
mieli nie tylko Cholonka.
ANDRZEJ ROŻANOWICZ: Warto by podliczyć ilość nowych szkół wybudowanych za
Grażyńskiego. I nowych osiedli robotniczych nie gorszych niż Nikiszowiec,
Załęże i Chorzów-Batory. A wracając do życia codziennego – w Katowicach były
tylko 3 gimnazja. Przed wojną zbudowano jeszcze społeczne gimnazjum
Towarzystwa Polek. W pół roku po przejściu Katowic pod polską zwierzchność
państwową powstało Towarzystwo Przyjaciół Teatru Polskiego. Mam w domu
legitymację mojej mamy. I to Towarzystwo stopniowo, stopniowo wykupiło z rąk
magistratu teatr, który – przypominam – był niemiecki, poświęcony
niemieckiej sztuce i niemieckiemu słowu, co głosił napis na frontonie. A
teatr ten powstał w miejscu chałupy jednopiętrowej, która w czasach wielkich
założycieli miasta – Grunmanna, Holtzego była… ratuszem! Obok niego była
„koza”, czyli areszt gminny, gdzie przymykano pijaków. A doktor Holtze przez
czterdzieści lat nie postarał się o budowę w Katowicach szpitala miejskiego.
Nawet w planach go nie było. Był prywatny Elżbietanek, był w Bogucicach
Bonifratrów, był przy Francuskiej zbudowany przez Spółkę Górniczą, ale
miejskiego nie było. I to są takie dobre punkty do porównania, co się w
mieście działo w czasach niemieckich, a co w polskich, kiedy Katowice stały
się rzeczywiście miastem, z gmachem Urzędu Wojewódzkiego, z drapaczem chmur,
budynkiem Radia… Tu się mieściło 13 konsulatów, w tym brazylijski…
ANDRZEJ S. BARCZAK: Co za interesy miały Katowice z Brazylią?
ANDRZEJ ROŻANOWICZ: Oni kupowali u nas szyny kolejowe.
TADEUSZ KIJONKA: Na koniec chciałem panów prosić o krótkie podsumowanie tych
17 przedwojennych lat. Jakie były trwałe dokonania tego okresu? Jak mają się
do tego lata po wojnie?
ANDRZEJ S. BARCZAK: Najważniejsze było po 1923 roku uporządkowanie wszelkich
kwestii gospodarczych od strony własności. I państwo polskie dokonało tego
zgodnie z prawem i zasadami rynku. Warto zwrócić uwagę na rozwój myśli
technicznej i ekonomicznej. Karol Adamiecki i nowoczesna organizacja pracy.
A po wojnie dekret Bieruta, który upaństwowił przemysł, czego skutki
odczuwamy do dziś. I to nie tylko ekonomiczne. Szkody nastąpiły też w sferze
mentalnej. Bo bardzo wielu ludzi jest przekonanych, że duże zakłady pracy
powinny być państwowe, choć to bardzo nieefektywne. A dlaczego kopalnia nie
może być prywatna?
TOMASZ FALĘSKI: W roku 1939 Górny Śląsk stanął do walki. I to jest wielkie
zwycięstwo tego, co się zaczęło w 1922 roku. W okręgu przemysłowym wyniki
plebiscytu były przecież korzystne dla Niemiec. Ale przez te kilkanaście lat
bez sztucznej polonizacji nastąpiła prawdziwa integracja miejscowej ludności
z Polską. Przecież w latach wojny tu powstało bardzo silne państwo
podziemne. I to jest wielkie zwycięstwo przedwojennych polskich nauczycieli.
A dwudziestolecie po wojnie? W II połowie XX wieku oczywista stała się
konieczność restrukturyzacji starego przemysłu. I tego w PRL-u nie zrobiono.
Dlatego z tak ogromnymi bólami po 1989 roku następowały wszystkie zmiany,
odczuwane tak dramatycznie zwłaszcza na Śląsku, głównym ośrodku
przemysłowym.
MAREK S. SZCZEPAŃSKI: Największy sukces II RP polegał na tym, że z różnych
organizmów gospodarczych, politycznych i społecznych udało się stworzyć
jedno państwo. Niebagatelne znaczenie miała tu budowa infrastruktury
szkolnej i kulturalnej. Natomiast w dwudziestoleciu powojennym rozpoczyna
się restrukturyzacja europejskich zagłębi (dla przykładu – Zagłębie Ruhry
zaczyna się przekształcać w roku 1958). U nas – po roku 1989, za późno,
zmiany wiążą się często z upadłością firm. Schedą po PRL-u jest na przykład
to, że niemal żadna nasza kopalnia nie jest prywatna. Opór przeciwko takim
zmianom tkwi głównie w świadomości. W świadomości społecznej znaleźć można
źródła niezadowolenia. Śląsk dobrze się lokuje na mapie zainteresowania
inwestorów. Sprawdziłem zarobki. Jeżeli chodzi o ich wysokość, zajmujemy
drugie miejsce po Warszawie. A mimo to nastroje społeczne dalekie są od
optymizmu.
ANDRZEJ S. BARCZAK: Bo jesteśmy niecierpliwi.
ANDRZEJ ROŻANOWICZ: Siedemnastolecie to na Górnym Śląsku czas wielkiej
budowy. A przy tym też próba „odciążenia” Śląska. Budowa COP, Gdyni, linii
kolejowej, co wiązało się też z przenoszeniem naszych fachowców.
TOMASZ FALĘCKI: Jednak w ciągu tych siedemnastu lat, a także po wojnie nie
udało się zapewnić Śląskowi należnego mu miejsca w ogólnopolskiej
świadomości historycznej.
ANDRZEJ S. BARCZAK: Może się uda, kiedy profesor Szczepański zbuduje
Instytut Śląski.
MAREK S. SZCZEPAŃSKI: Tu mamy głównego inicjatora tego projektu. Jest nim
pan redaktor Kijonka.
TADEUSZ KIJONKA: Myśmy tylko zainicjowali na naszych łamach dyskusję na
temat Instytutu Śląskiego. Od mniej więcej roku ukazują się na łamach
„Śląska” wypowiedzi znakomitych naukowców, którzy domagają się restytucji
tej instytucji. I to się konkretyzuje. Jest już uchwała Sejmiku.
TADEUSZ SIERNY: Najistotniejsze w siedemnastoleciu, poza gospodarką, było
stworzenie w różnych dziedzinach zrębów systemów instytucjonalnych, i to
wbrew napięciom społecznym i konfliktom politycznym, nacjonalnym. Ale na
skutek właśnie tych napięć i konfliktów nie udało się skonsumować efektów
tych osiągnięć. Nie rozwinęła się, tak jak by mogła – śląska kultura wysoka.
Skutkiem pozytywnym był na pewno rodzący się, niestety w jakimś zasadniczym
stopniu niedokończony proces integracji społeczeństwa Śląska, wyrażający się
choćby rosnącą liczbą stowarzyszeń społecznych, bujnym rozwojem
czasopiśmiennictwa regionalnego itp.
TADEUSZ KIJONKA: Myślę, że bez siedemnastolecia niemożliwe byłoby to, co
nastąpiło niemal natychmiast po tragedii wojny. Oto już w lutym 1945 roku
odradza się Instytut Śląski. Niemal tuż po zakończeniu działań wojennych
odżywa Radio, wznawia działalność Teatr Śląski, pojawiają się Opera Śląska,
Filharmonia, Teatr Śląski, Akademia Ekonomiczna. Powstaje Politechnika
Śląska i Akademia Medyczna. Zaczynają wychodzić pisma kulturalne „Odra”,
„Ogniwo”. W ogóle działa wtedy około 20 wydawnictw. Sprzed wojny należy
żałować tylko jednego – że w tamtym czasie nie udało się powołać na Śląsku
uniwersytetu pomimo wysiłków i postanowień tu na miejscu. Opór stawiała
Warszawa. A rodził się wtedy inny Śląsk, lecz tę szansę i energię zbiorową
zmarnowano.
Dziękuję panom za udział w tej ważnej, redakcyjnej rozmowie. |