– Jak zyskuje się tak duże poparcie w wyborach do Parlamentu Europejskiego, nie prowadząc de facto w ogóle kampanii wyborczej, przynajmniej w tradycyjnym tego słowa znaczeniu – bez plakatów, billboardów, ulotek?
– Uwiarygadnianie się w oczach wyborców trwa od kampanii do kampanii, każdego dnia przez 5 lat. Dla mnie najważniejsze są bezpośrednie spotkania z ludźmi: w szkołach i na międzynarodowych kongresach, z samorządami i z organizacjami
obywatelskimi, z naukowcami i z przedsiębiorcami, z twórcami kultury i kibicami, z osobami niepełnosprawnymi i ze studentami. Trzeba mieć coś do zaoferowania na tych spotkaniach i dlatego pracowałem ciężko od pierwszego miesiąca tamtej kadencji. Mogłem mówić o energetyce i obronie śląskiego węgla, proponować projekty dla uczelni i nowe technologie dla przemysłu, zapraszać na wyjazdy do Brukseli jubilatów małżeńskich i młodzież szkolną. Mogłem też informować o zablokowaniu opłat za korzystanie z oprogramowania komputerowego, o tańszym roamingu, o pieniądzach na centra naukowe czy o wsparciu dla pomarańczowej rewolucji na Ukrainie. Marn nadzieję, że to wszystko było ważne dla wyborców, zaś dla mnie te kilkaset spotkań w regionie, to było źródło siły i zachęta do pracy.
– Mówi, pisze się o panu „polityk z klasą, uprzejmy, potrafiący godzić zwaśnione strony” – kto wpływał na pana życie, kto był autorytetem, kto wzorem dobrego polityka?
– Pamięć o Ojcu, absolwencie przedwojennej Politechniki Gdańskiej, niezwykłym człowieku o mocnym charakterze i twardych przekonaniach, który odszedł na zawsze, gdy miałem zaledwie 13 lat, była dominująca. W czasie wojny nie poddał się najeźdźcom, a po wojnie komunistom. Za jedno i za drugie płacił wysoką cenę. W jego rodzinie, rolniczej, był senator II Rzeczypospolitej, twórca Głównego Urzędu Statystycznego w 1918 roku.  

To wielkie wyzwanie 

autor konstytucji niepodległej Polski, wcześniej zaś polski członek parlamentu austriackiego. Był inżynier odlewnik, twórca teorii żeliwiaka. Byli też inni – lekarze, księża – i w rodzinne wieczory było o kim rozmawiać. Mama i jej rodzina to w 100 procentach nauczyciele, rozsiani przez dziesięciolecia w małych, polskich podbeskidzkich szkołach. Wtedy, pod zaborami, tylko ksiądz mógł być w takich wioskach i siołach ważniejszy.
Potem był Ryszard Kościesza-Kuszłeyko, którego pożegnaliśmy na zawsze zaledwie pół roku temu. Renesansowa postać. Robił najpoważniej i najsolidniej ważne sprawy dla ludzi i dla Polski. Oddany bezgranicznie „Solidarności”. Przy tym umiał się bawić i korzystać z życia, jak nikt inny. Smakosz kultury i dobrych trunków. Wokół niego skupiało się wielu dla idei i dla oddechu. Kilkaset osób, które miały możność poznać go bliżej, nie zapomni o nim nigdy.
– Z perspektywy kilku dni, jak pan wspomina 14 lipca 2009 roku? Skąd zrodził się pomysł wręczenia figury św. Barbary – ustępującemu przewodniczącemu – Hans’owi Gerfowi Poettering’owi?
– Perspektywa jednego tygodnia jest za krótka, aby o tym mówić. Wzruszony jednak i przejęty byłem bardzo. Nie spodziewałem się wcześniej, że może mnie jeszcze coś tak bardzo poruszyć. Świętą Barbarę wręczyliśmy, razem z przewodniczącym Śląsko-Dąbrowskiej „Solidarności” Piotrem Dudą, kilka miesięcy temu wiceprzewodniczącemu Komisji Europejskiej Gunter’owi Verheugen’owi. Miał łzy w oczach. Nie pomyliłem się, że w przypadku Hans Gert-Poettering’a i całego Parlamentu będzie podobnie.
– Jakie są pana plany na najbliższe dwa lata? Co stanowi największe

wyzwanie i czy, a jeśli tak, to jak – śląskie korzenie, cechy wpływać będą na pana dalszą pracę?
– Dwa najbliższe lata to ogromne wyzwanie. Przygotowuję program działania na ten okres. Przedstawię go w Parlamencie Europejskim we wrześniu. Mam świadomość, że jestem pierwszym obywatelem zza byłej żelaznej kurtyny, którego w Europie obdarzono takim zaufaniem. Estończycy, Łotysze, Litwini, Czesi, Słowacy, Węgrzy, Słoweńcy, Rumuni i Bułgarzy uważają mnie także za swojego przedstawicie-la. Muszę spełnić oczekiwania i nadzieje. Śląskie pochodzenie i wychowanie, przeszłość mojej rodziny i przyjaciół to wartości, na których buduję przez całe życie. Przyzwyczajenie do ciężkiej pracy, umiejętność odpoczywania i zabawy, szacunek i otwartość dla innych, pokora wobec tych, którzy w działalności publicznej obdarzyli nas zaufaniem, to są zasady i sposób życia na Śląsku.
– Jaki był Śląsk w pana oczach kiedyś, a jaki jest dziś? Gdzie najchętniej pan wraca i czy są to Śmiłowice na Zaolziu?
– Bywam od czasu do czasu w Śmiłowicach. Ale ja przecież całe dzieciństwo i młodość spędziłem w Chorzowie. W podstawówce używałem niemal wyłącznie śląskiej gwary. Potem studia i dziesięciolecia pracy w Gliwicach. Stadiony Ruchu, Polonii, Górnika, Piasta, no i Śląski. Przyjaciele młodości z Ząbkowic Będzińskich i z Sosnowca. Rodzinne powiązania z Lublińcem, Mikołowem, dom Siostry i Mamy w Katowicach. Wiele tygodni na nartach i wędrówek w Beskidach. Długoletnie wykłady w Częstochowie. W każde z tych miejsc wracam chętnie i każde z nich jest jakoś „moje”.
Śląsk na pewno zmienił się bardzo. Z Czarnego Śląska przeobraża się w region nowoczesnego przemysłu, zadbanych miast, wykształconych ludzi, wielkiej przyszłości. Dla mnie jest jednak taki sam, jak przed laty: bliski, ciepły, znany, bezpieczny. Nie wyobrażam sobie, abym mógł mieszkać gdzie indziej.
– Dziękuję za rozmowę.

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA