„Czułość” i „ostrość” to dwa słowa określające wszystko to,
co na wystawie „Czuła ostrość” pokazali studenci i absolwenci Państwowej
Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi, którzy po raz
pierwszy zostali zaproszeni na Śląsk, do nie akademickiej galerii „Szyb
Wilson”. Kontakty międzywydziałowe łódzkiej i śląskiej „filmówki” istnieją
na co dzień, istnieje konieczna i zrozumiała rywalizacja, ale wystawa w
„Wilsonie” to pierwsza tego typu zewnętrzna ekspozycja. Katowiccy filmowcy
pokazują raczej swoje etiudy operatorskie i reżyserskie, zdjęcia tylko
raczej podczas wewnętrznych pokazów. Podobnie rzecz ma się w Łodzi, chociaż
Katedra Fotografii Wydziału Operatorskiego ma już za sobą kilka ekspedycji
artystycznych. Katowice skorzystały z faktu, że wśród absolwentów PWSFTViT
jest Dorota Zyguła blisko związana ze śląskim ZPAF-em.
Ciekawość obejrzenia produkcji fotograficznej przyszłych operatorów
filmowych była duża. Jak widzą świat, czym ich spojrzenie (jako twórców
ruchomych obrazów) różni się (lub nie) od spojrzenia fotografów – chociaż ci
drudzy również tworzą „ruchome” fotografie, różnego rodzaju zdarzenia video
– fotograficzne. A jednak…
W końcu wystawa w „Szybie Wilson” to także pokaz fotografii było nie było
akademickiej, powstającej „pod kierunkiem”, „pod wpływem”, na zaliczenie.
Zatem opisanie jej to także wystawianie cenzurki Szkole.
„Czuła ostrość/tender focus” to określenia zaczerpnięte z katalogu i
fotografa i operatora, podstawowe pojęcia w ich pracy, bez których nie
istnieje ani film ani fotografia. A więc wspólne korzenie – jak cała
historia fotografii i filmu.
Co zatem pokazali studenci i adepci łódzkiej „filmówki”, którzy zjechali do
„Wilsona”. Ekspozycję podzielono na kilka części: rzec można na tradycyjną
fotografię i produkcje video-artów – a więc fotografię statyczną i ruchomą,
której nieustannym motorem napędowym jest Józef Robakowski – wielka postać
historii polskiego video-artu. Różne nośniki, różne media, różne widzenie
rzeczywistości.
Najpierw jednak o fotografii, która zapełniła ściany głównej hali
ekspozycyjnej „Szybu Wilsona”. To pełna paleta gatunków, sposobów widzenia i
rozumienia fotografii. Najwięcej było prac mających w centrum uwagi
zagadnienia światła – ciekawe kadrowanie, analiza światłocienia,
kształtowania obrazu przy jego pomocy. Niezwykle „filmowe”, impresyjne,
czasem zaskakujące. Jednak do najciekawszych należały fotograficzne
miniatury – archiwalne, oryginalne zdjęcia z rodzinnego albumu ulokowane w
pudełkowatych opakowaniach z szybą, z osobistymi dopiskami autora zestawu.
Interesujące były również spojrzenia czysto reporterskie – to fotografie z
rejonów ogarniętych wojną, ludzką katastrofą – dramatyzm nie wyrażał się w
zachowaniu ludzi lecz w sposobie ich kadrowania, |
|

Fragment ekspozycji w galerii „Szyb Wilson”
Łódzka
„filmówka” w Wilsonie


niebanalnego ujęcia, dynamiki wynikającej nie z sytuacji
zastanej, lecz wytworzonej w obrazie przez fotografującego. Pojawiły się też
zdjęcia dokumentujące rozpadające się poprzemysłowe obiekty, których w Łodzi
również nie brakuje. W tej materii powiedzieć trzeba, że śląscy fotograficy
mają „lepsze oko” na te sprawy, więcej „ostrości” widzenia. Jak fotografować
takie obiekty by nie była to li tylko rejestracja faktu zniszczenia, lecz
opowiadania o kondycji człowieka i jego losie, o czymś co stworzył, co
fascynowało, irytowało, wreszcie uległo zagładzie – wraz z losem ludzi z
nimi związanymi. Śląscy fotograficy potrafią z opowieści o stalowych
szkieletach układać historię tej ziemi i opowiadać o pojedynczych ludziach,
których bezpośrednio na tych fotografiach nie odnajdziemy. Ale to zapewne w
jakimś sensie kwestia doświadczenia – nie fotograficznego, ale ludzkiego,
zasiedzenia w miejscu, obserwacji codziennej, często z okna własnego domu
lub podwórka.
Wiele miejsca na wystawie poświęcono kreacji fotograficznej – |
|
niektóre prace miały epatować chyba wyłącznie tematem w
powiększeniu – jak wielkoformatowe zdjęcia z pogrzebowej stypy, zbliżeniem
zmarłego w trumnie – to fotografia z domowego albumu, którą raczej nie
chwalimy się przed innymi, jest skrywana, trochę niechciana. To zastawiony
stół, wokół którego skupili się najbliżsi i znajomi, uczestnicy pogrzebu.
Ale te zdjęcia nie zmuszają do refleksji, nie szokują, nie mają nic więcej
do powiedzenia ponad to, że zostały zrobione i odważnie powieszone na
ścianie. Tylko tyle. A to przecież temat tak wyeksploatowany (w najlepszym
rozumieniu tego słowa) przez najlepszych operatorów i fotografów.
W tej różnorodności propozycji można było wyłuskać i ciekawsze propozycje,
ukazujące nietuzinkowość obserwacji, chociaż czasem jakby wyjęte z
podręcznika fotografii. To może akurat ich zaleta…? Bo przecież i o czystą
naukę tu chodzi, a nie tylko o odkrywanie coraz to nowych obszarów własnej
wyobraźni. To także sztuka warsztatu, wyczulenia na to, co przed obiektywem
kamery lub aparatu fotograficznego się znajduje. W końcu dla wielu studentów
„fotografia” to jedne z przedmiotów do zaliczenia, a sami lepiej czują się
za obiektywem kamery, nie w pojedynczym obrazie, lecz ich następstwie,
sekwencji.
Pokaźną część stanowiły różnorodne video-arty – też niczym nie zaskakujące,
chociaż przyciągające uwagę. Mimo to, skoro w tle ta dziedzina fotografii ma
postać Józefa Robakowskiego, to można było spodziewać się propozycji
bardziej spektakularnych, innowacyjnych. Nic takiego się nie stało. Może
zbyt duże wymagania odwiedzającego wystawę? Jednak ogląd tych propozycji nie
daje podstaw do wróżenia wielkiej przyszłości autorom tych prac – to już
było, może mniej doskonałe technicznie (dziś zaprzągnięte są w te działania
precyzyjne komputery i projektory) – ale chyba też nie, po prostu kiedyś
podobne efekty wymagały więcej pomysłowości od ich twórcy – za to na wówczas
były nowatorskie – dziś niekoniecznie, mimo sprzyjającej techniki. I pewnie
dlatego oczekiwania są większe.
W sumie – wystawa nie była zaskoczeniem, ale nie taki był też cel tej
ekspozycji. Wartością samą w sobie jest otwarcie się środowisk filmowych i
fotograficznych – wyjście poza mury uczelni. Zaletą jest także możliwość
dokonywania porównań, analiz, wartościowań, poszukiwania wyższości
„łódzkiego” nad „śląskim” lub odwrotnie. Oby takich możliwości było jak
najwięcej – mogą przynosić tylko obopólne korzyści, także dla środowisk
spoza filmu i fotografii. W końcu Łódzkie bliskie jest Śląskiemu – chociażby
w wymiarze industrialnej przeszłości, poindustrialnej teraźniejszości i
ulokowanych w nich twórczych działaniach młodych ludzi, pracujących pod
kierunkiem znakomitych filmowców, operatorów, fotografików. Takiej
inicjatywie warto przyklasnąć i pokusić się o kolejne dokonania. |