„Zaledwie zetknąłem się z „machiną” teatru zawodowego – trafiłem do telewizji. I choć debiutowałem w teatrze, dziś jestem pewien, że właśnie wtedy, w telewizji, zaczęło się moje myślenie teatralne...”.
Te słowa Jerzego Moskala mogłyby stanowić wystarczającą motywację skomponowania wystawy jego prac z tamtego okresu. Znakomity artysta plastyk, scenograf i scenarzysta, postać legenda, ktoś kto spisując rejestr swych niezliczonych dokonań, musiałby zapełnić pokaźną księgę – wskazuje oto źródło swoich teatralnych koncepcji.
Precyzyjnie i bez wahania: telewizja. Zaskakuje krótki czasowy wymiar owego epizodu, właściwie dwa lata zaledwie (od listopada 1957 do grudnia 1960). Zatem mgnienie, zdawać by się mogło, przelotna przygoda artystyczna.
Wszystko zaczyna jednak wyglądać inaczej, gdy się spojrzy na ilość i rangę Moskalowych realizacji w trakcie telewizyjnego doświadczenia. W owym czasie zrealizował 23 (sic!) kostiumowe i scenograficzne projekty dla teatru tv, a zestaw nazwisk i tytułów jawi się imponująco – m.in. Końskie nazwisko Antoniego Czechowa, Wielki Testament Francisa Villona, Słowo o Jakubie Szeli Brunona Jasieńskiego, Ożenek Mikołaja Gogola, Tramwaj zwany pożądaniem Tennessee Wiliamsa, Sonata Kreutzerowska Lwa Tołstoja, Ucieczka Michała Bułhakowa… Nazwiska reżyserów również świetne: Lidia Zamkow, Jerzy Jarocki, Józef Wyszomirski, Jerzy Ukleja, Zbigniew Zbrojewski. Taki to był czas. Taka atmosfera i temperatura tworzenia. Przytoczone fakty każą też myśleć z melancholią o niegdysiejszej intelektualno-artystycznej kondycji katowickiego ośrodka TVP…
Wracając jednak do meritum – teatralne, ale i stricte plastyczne myślenie Moskala krystalizuje się w owym czasie z niesłychaną precyzją. Zdumiewa śmiałość i klarowność jego koncepcji, w całym tego słowa znaczeniu prekursorskich, kiedy (w jak by nie patrzeć n o w y m u nas medium) porusza się własną ścieżką, nie zgadza z „zaleceniami dla scenografów” pisanymi przez techników elektronicznych z Warszawy, którzy jego zdaniem nie mieli zupełnie pojęcia o roli koloru w plastyce i nie brali pod uwagę, że plastyk zestawia kolory według reguł estetycznych, a nie z punktu widzenia odbijanych lumenów.
– Zdecydowałem, że będę projektował w gamie od czerni do bieli, po prostu tak, jak na swoich czarno-białych ekranach będą to widzieli odbiorcy – mówi Moskal i dodaje, że dzisiaj oglądając archiwalne zdjęcia, widzi też jak bardzo lubił stwarzać (zawsze) sugestie o t w a r t e g o teatru.
„Scenografia spod pachy”. Nazywał tak pliki zrolowanego bristolu o


 


MACIEJ M. SZCZAWIŃSKI
 

 Moskal –
z telewizji
i teatru



różnych formatach, z obrazami-scenografiami „pod kamerę”. Malował nocą w domu i przywoził do studia na próbę rano. Tak doszedł też do spostrzeżenia, że niezależnie od tego, czy w studio coś ma wymiary parumetrowe czy kilkudziesięciocentymetrowe, dla widza sprowadza się zawsze do wymiaru ekranu odbiornika telewizyjnego.
Poszukiwanie głębi w obrazie spłaszczonym przez nieznoszącą kontrastów kamerę („dalekie tło pozbawiało widza wrażenia perspektywy”), wyodrębnienie przestrzeni narracyjnej („definitywnie odrzuciłem myślenie o efektownej bryle, ograniczając wymiary scenografii do najkonieczniejszych ujęć), przestrzeni dookolnej („nieustannie dążyłem do maksymalnej panoramiczności obrazu”) i przestrzeni montażowej

(„zderzenia parosekundowych obrazów, szybkich zmian „ciętych”, których nie mogły zapewnić ciężkie, nieruchawe kamery) – to tylko niektóre teoretyczne i praktyczne odkrycia Moskala, rewolucjonizujące, co tu dużo mówić, myślenie o teatrze na telewizyjnym ekranie. Teatrze nie „w” telewizji, która przekazuje (transmituje) spektakl oglądany z fotela na widowni, ale teatrze samoistnym i odrębnym, podległym zupełnie nowym środkom i możliwościom.

Najnowsza wystawa prac Jerzego Moskala w galerii Polskiego Radia Katowice „Na Żywo” – to swoiste połączenie archiwum i fascynujących intuicji scenograficznych z techniką collage’u. Już od dawna marzyłem, by zainstalowana w TVP Katowice na chwilę, bo na użytek i czas trwania jednego programu ekspozycja ukazująca jego dokonania artystyczne na szklanym ekranie, mogła zostać zaprezentowana właśnie w „Na Żywo”.
Nie tylko na mnie kolosalne wrażenie robiły plansze, na których Moskal z pietyzmem nakleił szkice swoich projektów, notatki i zapiski pomysłów, stare fotografie, strzępy ówczesnych gazet (lokalnych i centralnych), wyimki recenzji, omówień, telewizyjnych programów... Najprawdziwsze silva rerum. Przebogata dokumentacja. Jednocześnie dzieło sztuki.
Każda z plansz opowiada konkretną, zanurzoną głęboko w czasie p r a w d z i w ą historię rodzenia się koncepcji i kształtu telewizyjnego spektaklu. Elementy ulotne, skazane niejako przez swą pomocniczą, akcesoryjną funkcję na rozproszenie czy zniszczenie pojawiają się tu nagle w sugestywnej konstelacji. I uobecniają niegdysiejszy smak, nastrój, estetykę i modę, nade wszystko jednak proces intelektualno-intuicyjnego budowania odpowiedzi na pytanie, które artystę nurtuje i dręczy przez całe życie: „gdzie jest mój teatr?”.
Otóż, jak się wydaje, teatr ów dzieje się wszędzie tam, gdzie wkracza niepokojąca wyobraźnia Moskala, niezgoda na konwencję i stereotyp. Gdzie przychodzi ze swoją twórczą niecierpliwością, swoim zadziwieniem światem i ze swoimi lękami.
Jedna z odsłon owego teatru to ekspozycja w Radiu Katowice. Bardzo, jak mniemam, znamienna. Mówi nią Moskal o swoich pracach sprzed z górą pół wieku. Pracach wciąż zaświadczających oryginalność i polot. Mówi o znajomych artystach, którzy w większości już odeszli. Opowiada też jakby mimochodem o swojej wierze w trwałość najbardziej nawet efemerycznych fenomenów, możliwość ich dialogu. Wewnętrzną interakcję.
I oczywiście wciąż jest rasowym grafikiem. Kimś kto myśli konturem, napięciami linii, odcieni, kształtów. 

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA