– Pochodzi pan z Torunia, jak zatem doszło do zainteresowania
się dziejami śląskich arystokratów?
– To decyzja rodziców spowodowała, że mieszkam na Śląsku. Tutaj skończyłem
wszystkie szkoły i spędziłem całe moje świadome dzieciństwo. Można
powiedzieć, że Tarnowskie Góry stały się moim drugim miastem rodzinnym.
Interesuję się Górnym Śląskiem, bo tu mieszkam. Historia zaintrygowała mnie
już w szkole średniej i to zdecydowało o wyborze kierunku studiów. Gdy
kończyłem historię na Uniwersytecie Śląskim, musiałem wybrać jakąś
specjalizację. Zdecydowałem się na genealogię i heraldykę, ale właśnie tę
śląską. Wybrałem też arystokratów, bo zawsze mnie pasjonowały – jak wiele
innych osób – opowieści o królach. A wielkich ludzi, monarchów, czy książąt
nie trzeba szukać w Paryżu czy Petersburgu, można ich znaleźć na sąsiednim,
śląskim podwórku. Takimi postaciami okazali się śląscy arystokraci. Mieszkam
w Tarnowskich Górach, dlatego pierwszym rodem, który mnie zainteresował,
byli Donnersmarckowie. Oni przez ponad trzysta lat mieli wpływ na dzieje
tego miasta, okolicznych ziem i ich mieszkańców. Śladów ich obecności na tej
ziemi jest całkiem sporo i trudno ich nie zauważyć w wielu miejscach.
– Co jeszcze wpłynęło na to, że zaczął pan pisać pierwsze prace naukowe
właśnie o Donnersmarckach?
– Donnersmarckowie byli najbliżej, z nimi wiązało się mnóstwo pytań. A
postrzegani w poprzedniej epoce byli jednoznacznie negatywnie. W czasie
studiów nauczono mnie, że nie ma rzeczy jednoznacznych i należy zawsze
zadawać pytania i szukać na nie rzetelnych odpowiedzi. Donnersmarckowie byli
postrzegani jako wróg klasowy, posiadacz, wyzyskiwacz, kapitalista, feudał
oraz uznawani za obcy narodowościowo. Byli postrzegani jako Niemcy walczący
z Polakami. Mnie zawsze intrygowało, czy na pewno jest tak, jak się
powszechnie uważa. Moja promotorka dr Urszula Zgorzelska uczyła mnie:
Zapytaj czy na pewno jest tak jak mówią podręczniki. Zadawałem pytania,
szukałem odpowiedzi i... nagle okazywało, że te jednoznaczne informacje nie
są wcale tak pewne.
– Jak pan ocenia pozycję Donnersmarcków w Niemczech i na Śląsku? Czy oni są
rzeczywiście rodem, który tu najwięcej dokonał?
– Donnersmarckowie byli jednym z najbogatszych rodów w Europie, ale wielka
fortuna nie towarzyszyła im przez całe ich dzieje. Najstarsze wzmianki o
rodzie mamy z XIV wieku, to ponad sześćset lat temu. Dwukrotnie w swej
historii stali bardzo blisko władzy. Na przełomie XVI i XVII wieku, kiedy
działalność Łazarza I i jego syna Łazarza II – dziś nazwalibyśmy ich
menedżerami i biznesmenami w wielkim stylu – związanych z dworem w Wiedniu,
wpływała na losy cesarstwa. Przykłady można znaleźć w podręcznikach, na
przykład kiedy cesarz zebrał 5 milionów talarów na wojnę z Turkami, to
milion talarów przekazał Łazarz. Te ogromne kwoty wpędziły w długi
Habsburgów, którzy musieli zadośćuczynić Donnersmarckom. W zamian oddali w
zastaw ziemie bytomską i bogumińską na Śląsku oraz wiele dóbr w Austrii i
Niemczech.
Po raz wtóry Hencklowie byli blisko władzy w XIX wieku. Wtedy odnieśli
sukces na dwóch płaszczyznach. Na polu gospodarki jako wielcy przemysłowcy
zbudowali fortuny warte miliony ówczesnych marek. Ważną rolę odegrali hrabia
Hugo z linii siemianowicko-bytomskiej, niesłusznie pomijany i niedoceniony,
oraz książę Guido z linii świerklaniecko-tarnogórskiej, którego fortuna
szacowana była przed I wojną światową na ponad ćwierć miliarda złotych marek
cesarskich. Były to kwoty niebotyczne. Szacuje się, że dzisiaj byłoby to
12,5 miliarda euro. Obaj byli jednymi z naj-większych ówczesnych magnatów
przemysłowych. Książę Guido von Donnersmarck płacił – po Gustawie Kruppie –
drugi największy podatek od posiadanej fortuny.
Poprzez pieniądze mieli wpływ na politykę. Guido, który przyjaźnił się z
Ottonem von Bismarckiem, nigdy formalnie nie pełnił znaczącej funkcji
politycznej. Jedynym jego stanowiskiem państwowym, jakie pełnił, była
prefektura francuskiego miasta Metz, po wojnie francusko-pruskiej. W
rokowaniach, jakie wówczas się toczyły w 1871 roku, Bismarck chciał od
pokonanych Francuzów tylko miliarda franków w złocie kontrybucji. Guido
doskonale znał francuskie realia ekonomiczne. W Paryżu wiele lat mieszkał i
tam poznał swoją słynną żonę markizę Blankę de Paiva. Według tradycji w
ciągu jednej nocy napisał memoriał, w którym udowodnił, że Francja jest w
stanie zapłacić znacznie więcej. Bismarck zaryzykował, zażądał 5 miliardów
franków w złocie i... otrzymał je. Francuzi zapłacili, a nawet spłacili
konrtybcję przed czasem. Te pieniądze przyczyniły się później do budowy
potęgi Niemiec pod koniec XIX wieku.
W tym fakcie można dostrzec wpływ Donnersmarcków na politykę Niemiec i
dzieje ówczesnej Europy. Nie oznacza to jednak, że przez całe kilkaset lat
swych dziejów tak mocno oddziaływali na losy Europy i Niemiec.
– Wspominał pan o tym, że Donnersmarckowie uznawani byli za wrogów
polskości. Jeden z nich nazwał nawet w 1939 roku język polski „mową
morderców”. Co historycy sądzą dziś o tej wypowiedzi?
– Jest to wypowiedź negatywna i skandaliczna. Nie można tego inaczej ocenić.
W sferze stosunków międzyludzkich takie słowa nie powinny były paść. Trzeba
znać okoliczności, w jakich to było powiedziane. Hrabia Kraft – bo to były
jego słowa – wypowiedział je we wrześniu 1939 roku. Cóż mógł wtedy wiedzieć?
Wiedział, że na 24 godziny przed wkroczeniem Niemców do Polski, grupa
powstańców polskich zamordowała obsługę stacji radiowej w Gliwicach. Dla
niego Polacy byli w tym momencie mordercami |
|

|
Z doktorem
Arkadiuszem
Kuzio-Podruckim
rozmawia
RYSZARD BEDNARCZYK
|
Śląska
szlachta mała i duża
oskarżonymi o zabicie niemieckich pracowników radiostacji. Na
dodatek pamiętajmy, że Niemcy byli wtedy legalnie działającym państwem, choć
stosowali środki nielegalne, co orzekł dopiero w 1945 roku Trybunał
Norymberski. Po II wojnie światowej dowiedzieliśmy się także, że wydarzenia
w Gliwicach to była prowokacja hitlerowców. Dla Krafta wkraczająca armia
niemiecka była armią jego narodu. Pamiętajmy, że na Śląsku w okresie
międzywojennym Niemcom nie żyło się aż tak dobrze. Polityka wojewody
Grażyńskiego odzyskiwania Śląska dla Polski skutecznie uprzykrzała życie
Niemcom. Choć – jak mi opowiadał hrabia Andrzej – jego przodkowie w czasie
wojny ostentacyjnie chodzili na polskojęzyczne nabożeństwa, tak jak przed
wojną uczęszczali w niemieckich mszach po to, żeby wyrazić swój sprzeciw
wobec takich poczynań władz. Przodek hrabiego Andrzeja korespondował także z
Wojciechem Korfantym i do dziś te listy znajdują się w rodzinnym archiwum
Donnersmarcków. Fakt wymiany tej korespondencji uznają za powód do dumy. Nie
można jednoznacznie powiedzieć o Donnersmarckach, że byli zdecydowanie
antypolscy lub tylko proniemieccy. Trzeba poznać okoliczności wydarzeń.
– A w sensie ekonomicznych Donnersmarckowie byli „wyzyskawiczami” – jak ich
kiedyś nazywano – czy nieśli postęp
cywilizacyjny miejscowej ludności?
– To jest typowe postrzeganie arystokratów przez pryzmat tego, co nas uczono
w PRL-u. Nawet polskim arystokratom dostało się jako wyzyskiwaczom. Tym na
Śląsku dostało się podwójnie, bo jeszcze narodowościowo postrzegani byli
negatywnie. My pamiętamy tylko ostatnie dwa wieki, okres wielkiej rewolucji
przemysłowej, w której Donnersmarckowie uczestniczyli, a jako posiadacze
ziemscy mieli ułatwiony start. Ich wkład w industrializację jest niemały, o
czym świadczy choćby ilość kopalń, hut i innych zakładów, które zostały
wybudowane z ich funduszy. Tam pracowali mieszkańcy tych ziem. Stan warunków
pracy tych robotników był taki, jaki był. Nie byli w ogóle uznawani jako
partnerzy społeczni. To była część machiny pracującej na rzecz państwa.
Dopiero ruchy socjalistyczne i komunistyczne doprowadziły do tego, że
robotnicy stali się siłą polityczną. Ale do XIX wieku nie byli tak
postrzegani. Byli poddanymi, którzy służyli na ziemi a potem w fabrykach.
Warunki były jednakowe na Śląsku i w Łodzi – co opisane jest przez
Władysława Reymonta w „Ziemi obiecanej” i pokazane w filmie przez Andrzeja
Wajdę. Postrzeganie tego jako wyzysku, wynika z przyjęcia współczesnych
standardów pracy wobec realiów innej epoki. Trudno wymagać od króla
Władysława Łokietka, żeby miał klimatyzowane wnętrze w zamku na Wawelu.
Owszem, trzeba przyznać, że Donnersmarckowie mają różne sprawki na swoim
sumieniu. Jeden ze świerklanieckich panów hrabia Erdman Gustaw chłopów,
którzy uciekli z jego pola, za karę przykuwał po złapaniu do taczek. Takie
wtedy było prawo, chłopu nie wolno było uciekać. Ale podobnie było także w
Rzeczypospolitej. Donnersmarckowie nie byli wyjątkami i jakimiś specjalnie
wyróżniającymi się wyzyskiwaczami. Faktem jest, że zyski przeznaczali na
piękne siedziby, ale też i na cele społeczne np. budowali kościoły. Dawali
ziemię, czasem drewno na budowę, innym razem fundowali wyposażenie. Niekiedy
finansowali nawet 90 procent budowy a czy dzisiaj ktoś tyle da? Żaden z
Donnersmarcków nie procesował się z proboszczami na swoich włościach, jak np.
Hubert von Tiele-Winckler o to, ile ma przeznaczać pieniędzy na utrzymanie
kościoła w Mysłowicach. Nie są oni ani lepsi, ani gorsi od innych rodów na
Śląsku i w Europie. Ich wyjątkowość polega tylko na skali działań, byli
jednym z największych rodów inwestujących na Śląsku.
– Spotykał pan się z potomkami Donnersmarcków, którzy żyją w Austrii i w
ogóle na całym świecie. Jak oni odbierają zainteresowanie ich dziejami we
współczesnej Polsce?
– Donnersamrckowie nie są jedynym śląskim rodem, z którym się kontaktuję.
Reakcje są różne. Z |
|
reguły jest to pozytywny oddźwięk. Są zadowoleni z tego, że
na Śląsku przywraca się pamięć o tym, że ich przodkowie tu byli. Niekiedy
odbierają to z nieufnością, z dystansem, ale pamiętajmy, że po 1945 roku
państwo polskie pozbawiło ich wielkich fortun. Wielokrotnie w rozmowach
deklarowali, że ten fakt został przez nich uznany. Książę Guidotto von
Donnersmarck, który w 2007 roku otrzymał tytuł honorowego obywatela
Tarnowskich Gór za zasługi jego przodków dla miasta podkreślił, że
nieobecność Donnersmarcków na Śląsku jest wynikiem złej polityki Niemiec.
Tiele-Wincklerowie niegdyś byli panami Katowic, Miechowic, Mysłowic i wielu
innych śląskich miast. Szef rodu hrabia Hubert przed kilkoma laty odwiedził
zamek w Mosznej, gdzie spędził pierwsze 11 lat swojego życia. Nie podważał
faktu, że dziś ta rezydencja należy do Polski. Cieszył się, że ten obiekt
istnieje, bo wiele zamków zostało zniszczonych, choćby ich dawny pałac w
Miechowicach. Potomkinie Donnersmarcków z Brynka były bardzo zadowolone, że
ich dawny dom, czyli pałac w Brynku nadal istnieje, funkcjonuje i służy
młodzieży. Śląskich arystokratów cieszy, że są przedstawiani nie tylko
negatywnie, jak dawniej, ale także od strony pozytywnej.
– Skąd wzięło się pańskie zainteresowanie rodem Schafgotschów, czy to za
sprawą Karola Goduli i jego pasierbicy Grycikówny, która stała się hrabiną?
– Niekoniecznie miała na to wpływ postać Karola Goduli, która jest jedną z
bardziej niezwykłych. Jego fortuna za sprawą śląskiego Kopciuszka Joanny
Grycik przeszła na Schafgotschów. Trzecia z napisanych przez mnie monografii
śląskich arystokratów dotyczyła rodu Schafgotschów, wcześniej jeszcze
opisałem dzieje Tiele-Wincklerów i Henckel von Donnersmarcków. Te trzy
wielkie rody miały wielki wpływ na historię Bytomia, miasta które wspomogło
wydanie tych trzech książek. Rodziny te należą do wielkich rodów śląskich.
Do nich należy zaliczyć także Hochbergów z Pszczyny czy książąt Hohenlohe ze
Sławięcic i Raciborza. Lista tych rodów nie jest zamknięta, kwestia
wielkości i zasług jest otwarta. Czasami są to rody, które nie miały
wielkiego wpływu na politykę, ale miały spore majątki. Choćby Strachwitzowie,
którzy na Śląsku są mało znani. A jest to jeden z najbardziej śląskich
rodów, o czym mówi samo ich nazwisko: Strachwitz to nazwa Strachowic pod
Wrocławiem, skąd się wywodzą. Lista rodów, którymi się zajmuję nie jest
ściśle określona. O wyborze tych pierwszych zadecydował fakt, że były
związane z Bytomiem. Ta wielka trójka, pokazuje różnorodność dziejów
śląskich arystokratów. Schafgotschowie znani są od średniowiecza.
Tiele-Wincklerowie to rodzina związana ze Śląskiem od XIX wieku, czasu
rozwoju przemysłu i im przede wszystkim zawdzięczamy powstanie pojęcia
„węglowi baronowie”. Ród Donnersmarcków przybył na Śląsk w okresie wojny
trzydziestoletniej, kiedy to nastąpiła wymiana elit Królestwa Czech (w
którego granicach Śląsk był już wówczas od kilku stuleci). Donnersmarckowie
przybyli z terenów dzisiejszej Słowacji, wówczas należącej do Królestwa
Węgier. Te trzy rody wskazują na różnorodność pochodzenia mieszkańców
Śląska, to nie są tylko autochtoni, ale także ludzie osiedlający się na
przestrzeni wielu wieków. To pokazuje bogactwo tej ziemi. Różnorodność
pogranicza kultur czeskiej, polskiej i niemieckiej to coś, co nas wzbogaca.
Śląsk poprzez swoją szlachtę czerpał pełnymi garściami z tych kultur i był
pomostem między nimi.
– Pana najbliższe i dalsze plany naukowe?
– Moim głównym celem będzie heraldyka i genealogia śląskich rodów
arystokratycznych, co założyłem już kilkanaście lat temu. Genealogia to nie
tylko ustalanie pokrewieństwa i konstruowanie drzew genealogicznych, choć to
jest przyjemna i efektowna cześć badań. Heraldyka to także moja pasja, bo
każdy herb to kolorowy znak, który daje wiele informacji o rodach. Na pewno
będę zajmował się tymi rodami, a jest ich tu sporo. Śląsk jest tak bogatą
krainą, że wielu naukowców może mieć pole do badań. Zawsze przyjmuję z
zadowoleniem, gdy jeszcze ktoś inny zajmuje się szlachtą związaną z jego
terenem. To bardzo pozytywne. Czasami, gdy pytają mnie, dlaczego nie zajmę
się historią jakiejś rodziny, zdarza się, że mogę wskazać kogoś, kto się tym
zajmuje i niech on to robi. Ja to popieram, bo badacze ci wiedzą, że pałace
to nie tylko kamienie lub cegły, ale także ludzie, którzy w nich dawniej
żyli. Moje trzy monografie tworzą pewną całość, ale to nie jest cykl
zamknięty. Interesuję się także nie aż tak sławnymi rodami. Przykładowo na
terenie Tarnowskich Gór znani są Wrochemowie, związani także z Kopienicą
(koło Zbrosławic), Załężem (dziś dzielnica Katowic) oraz Raciborzem.
Pierwszymi starostami raciborskimi byli Wrochemowie, Jan Henryk i jego syn
Gottlob. Wiktor von Wrochem z Czerwięcic uzyskał prawo do zasiadania w Izbie
Panów (wyższa izba pruskiego parlamentu) i był to największy zaszczyt, jaki
przypadł rodzinie. Było pośród nich kilku generałów. Ale nie odgrywali
większej roli politycznej, za to w dziejach małych środowisk ród miał swój
udział i to czasami dość znaczny. Współcześni Wrochemowie to rodzina znanych
muzyków. Bardzo mnie cieszyło, gdy w 2007 roku przyjechał do Czerwięcic
jeden z przedstawicieli rodu, Ulryk von Wrochem. Zauważył, że pałac jest
zaniedbany, ale za to groby jego przodków na cmentarzu są odnowione. Na
ścianie miejscowej kaplicy cmentarnej wmurowano zrekonstruowany najstarszy
zachowany nagrobek Wrochema. Ich dawne włości to ziemie należące do państwa
polskiego i wielu mieszkańców jest tam dopiero od 1945 roku, którzy mimo to
dbają o zabytki przeszłości, co z kolei jest pozytywnie postrzegane przez
dawnych właścicieli. |