Bohater filmu Clinta Eastwooda (reżyseria i główna rola) pt.
„Gran Torino” nazywa się Walt Kowalski. Dla dwóch przyjaciół od kufla piwa
„Polaczek” – z pewnością urodzony w Ameryce – ma niezachwiane poczucie swej
stuprocentowej amerykańskości. Flaga amerykańska niezmiennie powiewa przed
jego piętrowym domkiem w stylu, a jakże, kolonialnym. Należy się domyślać,
że zmarła żona Walta Kowalskiego (film zaczyna się od jej pogrzebu, a
właściwie ceremonii żałobnej w katolickim kościele) też pochodziła z rodziny
o polskich korzeniach. W jednym z trzech grzechów, jakie w końcu wyznaje
Kowalski księdzu Janovichowi (nazwisko też brzmi dla Polaka nieobco!) także
wystepuje Polka: młody, lecz już żonaty Kowalski pocałował w kuchni
koleżankę żony, pannę Jabłońską (wymawia: Dżablonski), patrząc zaś z
niesmakiem na zapuszczony trawnik przed sąsiednim, podobnym do jego, domem,
spluwa i cedzi przez zęby: „Pilarski nigdy by do tego nie dopuścił”...
Polskość nie odgrywa w pamięci, czy świadomości, czy też zwyczajach domowych
żadnej roli, ale już te nieliczne sygnały świadczą o tym, że Walt Kowalski
przeżył swoje życie w środowisku amerykańskiej Polonii. Jakie to środowisko
w sensie socjalnym? Bez wątpienia robotnicze. Walt Kowalski przepracował
pięćdziesiąt lat w fabryce Forda, chyba jako monter osi układu
kierowniczego, a wnoszę to stąd, że lubi się chwalić, iż taki układ właśnie
on sam wmontował do (tytułowego) Gran Torino. Piękny to ford z roku 1972, i
jeśli Walt Kowalski uważa, że coś na świecie jest piękne, to przede
wszystkim, i może jedynie ten egzemplarz, który przechowuje w swoim garażu i
systematycznie czyści na wysoki połysk.
Trzymam się tej wątłej polskości Walta Kowalskiego, bowiem podejrzewam, że w
czasach, gdy był dzieckiem lub wyrostkiem, musiał z jej powodu sporo
wycierpieć. Pewnie nie szczędzono mu obelg, które nie pozwalały mu
zapomnieć, że jest kimś gorszym. Ta polskość, której pewnie nie rozumiał,
była raczej wadą niż zaletą, i dopiero udział w wojnie w Korei, co
poświadcza szkatuła pełna wysokich odznaczeń, uczynił go Amerykaninem, a
kraj, do którego przybyli jego rodzice (lub dziadkowie) stał się jego
prawdziwą ojczyzną. Ale ten kraj bardzo się zmienił. Zmienił się równie
mocno i głęboko, jak nie zmienił się Walt Kowalski. Dla tego |
|
Gran
Torino
świata Walt Kowalski ma w ustach gęstą ślinę, którą pluje na
wszystkich i wszystko, na czarnuchów i żółtków, ale także na swoją wnuczkę.
Podejrzewam, że kilkadziesiąt lat temu popluwano tak w jego stronę. Bez
wątpienia, bierze on odwet za „młode cierpienia”.
Świat, a w nim Ameryka, zmienił się, ale teraz to on jest prawdziwym
Amerykaninem, weteranem wojennym, a ci w sąsiedztwie – to bez wątpienia
gorsze plemię. Azjaci! Walt Kowalski głęboko pogardza czarnoskórymi, są to
dla niego bez wyjątku „czarnuchy”, ale dla Azjatów ma nie tylko pogardę; pod
tą pogardą kryje się jakiś głęboki uraz. Każda żółta twarz jest dla niego
twarzą Koreańczyka, a przecież, kiedy był młody i chciał zasłużyć na miano
prawdziwego Amerykanina, amerykańska ojczyzna kazała mu zabijać „żółtków” do
ostatniego człowieka. Do dziś ma w domu karabin, z którego strzelał do
znienawidzonych Azjatów.
I oto ma ich tuż obok. Zamieszkali w domkach, w których niegdyś mieszkali
Pilarscy, a pewnie i Jabłońscy, wiele rodzin o nazwiskach kończących się na
„ski”. Spośród tej żółtej ludzkiej magmy wyłania się dwoje młodych ludzi:
siedemnastoletnia Sue i jej brat szesnastoletni Tao, którzy nieoczekiwanie
wchodzą w życie Walta Kowalskiego. Najpierw antypatyczny sąsiad, który dobre
słowo ma tylko dla swojej starej suki, mimo woli ocala życie Tao, co i w
jego siostrze i w całej rodzinie chłopaka budzi wdzięczność, a jej
następstwem są niemal hołdownicze wizyty z mnóstwem prezentów. A przecież
Walt Kowalski interweniował tylko dlatego, że nękający chłopaka chuligani, a
właściwie gangsterzy-wyrostki naruszyli jego prywatny teren, wleźli na jego
trawnik! „Won z mojego trawnika, bo zastrzelę!” – to są słowa Walta
Kowalskiego.
Co gorsza, Tao, którego Walt Kowalski nazywa niezmiennie Toad (co znaczy
ropucha), udając, że nazwiska obcych są nie do wymówienia (bardzo się zdziwi
gdy w przychodni lekarskiej, pielęgniarka (Azjatka!) będzie go wywoływać
jako |
|
jakiegoś Koski’ego!) próbował ukraść Gran Torino z garażu
Walta Kowalskiego. Przyłapany na tym przestępstwie, próbuje wymknąć się z
pułapki, w jaką wpakowali go chińscy koledzy, a wśród nich jest także kuzyn
Tao. Właściwie nie są to Chińczycy, lecz Hmongowie – mało znane plemię z
Laosu, które podczas wojny w Wietnamie walczyło po stronie Amerykanów, o
czym weteran wojny w Korei dowiaduje się od Sue – i Walt Kowalski, chcąc nie
chcąc, powoli wchodzi w tę nieznaną mu, lecz wskutek rasistowskich
uprzedzeń, bo trudno tu mówić o przekonaniach, wrogą wspólnotę, co jest
zasługą mądrej i po ludzku mu życzliwej Sue, która metodą „przez żołądek”
trafia do serca gburowatego sąsiada-świra, w dodatku „starego koguta”, jak
odbierają go azjatyccy sąsiedzi. Ta żywiołowa sympatia Hmongów z sąsiedztwa
spada na Walta Kowalskiego jak szczerze niechciany ciężar, lecz dzieje się
tak, iż pod wpływem tego osobliwego brzemienia zaczyna się coś zmieniać w
Walcie Kowalskim, w środku. I nie jest to wcale przysłowiowy, konieczny w
filmie hollywoodzkim „przełom w bulwie”; owszem, w strukturze dzieła
filmowego taki moment, wedle wszelkich reguł, jest niezbędny, lecz
przemiana, jaką obserwujemy w tym przypadku, jest rzeczywiście głęboką
wewnętrzną przemianą jaka zachodzi w prawdziwym człowieku. A że jest to
człowiek z krwi i kości – to już zasługa scenarzysty (debiut Nicka Schenka)
i wielkiego artysty kina jakim jest bez wątpienia Clint Eastwood.
Jest w tym filmie jeszcze jedna ważna postać, która pojawia się na początku
i powraca kilka razy w trakcie filmu, jak jakiś nienatrętny lecz ważny temat
muzyczny. To wspomniany już ksiądz Janovich! Przyrzekł on umierającej żonie
Walta Kowalskiego, że sprawi, iż jej mąż przystąpi do spowiedzi. Jak między
Waltem Kowalskim a Tao, tak i między Waltem Kowalskim a księdzem, od pewnego
momentu zaczyna się dziać coś w rodzaju osmozy; jakieś myśli, jakieś prawdy,
jakieś wartości przenikają się nawzajem, i nic nie odbywa się w
hollywoodzkiej słodko-gorzkiej polewie, lecz rodzi się w bólu i udręce. Stąd
też wybór, jakiego dokonuje Walt Kowalski, a którego nie zdradzę, wznosi tę
przecież prostą i nieskomplikowaną postać na wyżyny człowieczeństwa,
wznosząc zarazem film 78-letniego Clinta Eastwooda w najwyższe rejony sztuki |