Urodził się 23 września 1939 roku w Dąbrowie Górniczej. W roku 1950 wraz z rodzicami przeprowadził się do pobliskiego Będzina. W tym mieście ukończył podstawówkę i III Liceum Ogólnokształcące noszące dziś imię Cypriana Kamila Norwida. Tutaj, na szkolnej scenie, wystąpił w inscenizacji Pana Tadeusza. Wtedy poczuł, że chce być aktorem.

Ale droga wiodąca do tego celu okazała się wyboista. Dziś trudno w to uwierzyć: Janusz Gajos bez powodzenia kilkakrotnie próbował dostać się do szkół aktorskich. Dopiero w roku 1961, po odbyciu służby wojskowej, został studentem łódzkiej filmówki. I wtedy wyjechał z rodzinnego Zagłębia. Zawodową karierę rozpoczął jednak wcześniej. Był adeptem w będzińskim Teatrze Dzieci Zagłębia. W dokumentach kadrowych odnotowano, że został zatrudniony 1 września 1957 roku w „zespole artystycznym pomocniczym”. Pracę w Będzinie zakończył 14 października 1959 roku. Zachowała się adnotacja, że w tym czasie Janusz Gajos otrzymał „powołanie do odbycia zasadniczej służby wojskowej”.

Nauczyciel Dorman

„Będzin wraca do mnie w różnych momentach – mówił Gajos w wywiadzie dla „Dziennika Zachodniego” w grudniu 2005 roku, po uroczystości nadania mu godności Honorowego Obywatela Będzina. – Jest jednak rzeczą trudną opowiedzieć bez banałów, że tu, w tym miejscu rodziły się moje marzenia, którym towarzyszył strach, czy uda się je spełnić. Wspomnień z tym miastem, poza teatrem oczywiście, mam bardzo wiele. Na przykład deptak na ulicy Kołłątaja, po którym często maszerowaliśmy z kolegami, już po maturze, kiedy nie dostaliśmy się na studia. To był taki trochę marsz donikąd. Pamiętam też, jak zazdrościliśmy studentom, którzy w sobotę przyjeżdżali na będziński dworzec... Na szczęście trafiłem do Teatru Dzieci Zagłębia i traktowałem to jako etap do mojego celu. Jego dyrektor Jan Dorman wiele nas nauczył. Przede wszystkim abstrakcyjnego myślenia. Pamiętam, jak wieszał pieluszki i kazał nam myśleć, co mogą symbolizować”.
Rozmaite biogramy aktora pomijają będziński epizod, co raczej nie jest uzasadnione, bo nie wiadomo, jak potoczyłaby się jego kariera, gdyby nie krótki okres terminowania u Jana Dormana. Wprawdzie niewiele śladów zachowało się sprzed półwiecza, to jednak w archiwum Teatru Dzieci Zagłębia odnajdujemy choćby taką oto notatkę, sporządzoną w maju 1958 roku, a zamieszczoną w okolicznościowej publikacji z roku 1975: „Kol. Janina Dorman prowadzi próbę Kolorowe piosenki z udziałem: Riedel, Bulski, Gajos, Sitko, Michaluk, Dormanowa, Krasowiak”. W tym jubileuszowym druku więcej razy nazwisko Gajosa już się nie pojawia, bo musimy pamiętać, że w owym czasie przyszły aktor nie miał nawet 20 lat i był tylko adeptem, chyba jeszcze nie zdradzającym skali swego nadzwyczajnego talentu.
Podobnie pomija się maluteńkie epizody, jakie zdarzało się grywać studentowi Gajosowi w polskim filmach (Wydział Aktorski PWSTiF w Łodzi ukończył w roku 1965, dyplom uzyskał w roku 1972). Jego oficjalną filmografię otwiera dopiero obraz Janusza Wejcherta pt. Obok prawdy z roku 1964, w którym Gajos zagrał młodego, przybyłego ze wsi robotnika, sprawcę kopalnianego wypadku (notabene, zdjęcia kręcono m.in. na Górnym Śląsku, w Chorzowie). Ta rola zadaje kłam niemal powszechnemu przekonaniu, że w filmie Gajos debiutował dopiero jako słynny Janek Kos w serialu Czterej pancerni i pies (w rzeczywistości – nie był to nawet jego debiut telewizyjny, bo rok wcześniej wystąpił w epizodzie w jednym z odcinków serialu Kapitan Sowa na tropie). Przed Kosem zagrał jeszcze parę innych epizodów – w Barierze Jerzego Skolimowskiego oraz Panience z okienka i Biczu Bożym Marii Kaniewskiej. Niemniej rzeczywiście dopiero główna rola w serialu Konrada Nałęckiego przyniosła mu wielki sukces, uznanie i niebywałą sympatię milionów przede wszystkim młodych Polaków.
Fenomen Czterech pancernych... jest trudny do przecenienia, ale i ocenienia. Nawet późniejsze zarzuty, w dużym stopniu zasadne, że serial ten niósł pod atrakcyjnym płaszczykiem młodzieńczej przygody sporą dawkę propagandy i przede wszystkim upraszczał obraz II wojny światowej, nie zmieniły prawdy podstawowej – te filmy wykreowały pełnokrwistych bohaterów, z którymi można się było identyfikować. Wielka w tym zasługa przede wszystkim właśnie Janusza Gajosa, który połączył w postaci Janka Kosa młodzieńczą czupurność z bezwiednym, pozbawionym patosu bohaterstwem, a tony komediowe umiejętnie stopił z delikatnymi nutami romantyczno-sentymentalnymi. Naturalność, wdzięk i ujmująca prostota – oto cechy, za które miliony pokochały Gajosa-Kosa.

Nie Kordian, a Turecki

Ale przecież ta rola na długie lata zamknęła aktora w „szufladzie”, z której w pewnym momencie – zdawało się – nie było już wyjścia. Warto uświadomić sobie, że Czterech pancernych produkowano „na raty”. Ostatnie odcinki powstały dopiero w roku 1970, cztery lata po premierze pierwszego. Okres hibernacji, pewnego zamknięcia w „pancernym getcie”, trwał więc dość długo, bo wiązał się też z licznymi podróżami po kraju, dziś rzeklibyśmy – promocyjnymi. Wprawdzie w tamtych latach angażowano Gajosa do kolejnych obrazów, nieraz powierzając mu role mundurowych, ale były to role albo nieistotne, albo drugoplanowe, albo drugorzędne okazywały się same filmy. W każdym razie Janusz Gajos nie miał szczęścia. Nie trafił do żadnego głośnego filmu z lat 60. czy nawet 70., wyłączywszy końcówkę tej drugiej dekady, kiedy to włączył się w nurt „kina moralnego niepokoju”, sporadycznie występował w filmach Andrzeja Wajdy (np. w Dyrygencie) i otrzymał główną nagrodę aktorską na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdańsku (w roku 1977 za rolę Józefa Mikuły w filmie

 

Nie ma dzisiaj w Polsce aktora, który miałby w swym dorobku tak bogaty i zróżnicowany, poniekąd „wewnętrznie sprzeczny” dorobek                               


KRZYSZTOF KARWAT
 

 Janusz Gajos.
Szkic do portretu


Teatr Dzieci Zagłębia 2005r. niekończące się wspomnienia z będzińskich lat.

 Milioner w reżyserii Sylwestra Szyszki). Także jednak wtedy Janusz Gajos pozostawał niemal wzorcowym przykładem aktora, którego wykończył telewizyjny sukces jednej roli. Notabene, roli ciągle przywoływanej w niezliczonej ilości powtórek. O tym, że Janusz Gajos zamknął się (czy raczej: został zamknięty) w swoistej złotej klatce, pułapce jednego sukcesu, dyskutowało się niemal powszechnie i potocznie. Zresztą tak jest do dziś, tyle tylko, że obecnie przywołuje się ten przykład jako zwycięską i rzadką umiejętność przełamania stereotypu, zrobienia czegoś nowego i ważnego na przekór wszystkim i wszystkiemu. Jest więc niejako odwrotnie niż przed laty. Postać Janka Kosa przywoływana jest przez krytyków i dziennikarzy właściwie w każdym wywiadzie z aktorem. Ale teraz po to, by stanowiła rodzaj tła, od którego aktor skutecznie się odbił. Swoją drogą, dla niego samego temat ten musi być już ograny jak najbardziej zdarta płyta. Ale kiedyś nie mógł takim być. Był raczej nieprzyjemny. Po latach Gajos przyznawał: „Dostawałem tylko mało ważne propozycje. Przeżywałem to bardzo boleśnie. Myślałem, że będę grywał Kordianów, a tymczasem to wszystko przepadło”.
Kordianów rzeczywiście nie grywał, ale w teatrach pracował (na scenie dramatycznej debiutował w roku 1964, aż do końca dekady etatowo związany był z Teatrem im. Jaracza w Łodzi) i jednak od czasu do czasu powierzano mu poważniejsze zadania aktorskie. W końcu jednak wyjechał do Warszawy, gdzie przez wiele lat związany był z Komedią i Syreną, a przede wszystkim z Kwadratem, grając w wielu komediach i farsach reżyserowanych przez Edwarda Dziewońskiego. Zaczął też pojawiać się w jego spektaklach telewizyjnych, odkrywając przed coraz bardziej zaskoczoną publicznością swe ogromne możliwości komediowe (np. w Oskarze Claude`a Magniera). „To jest Janek? Chyba tylko podobny?” – takie pytania pojawiały w niejednym polskim domu. No, bo rzeczywiście – dojrzały już Janusz Gajos także zewnętrznie przestał przypominać sympatycznego, szczupłego blondyna o wiecznie chłopięcym wyglądzie. Poważnym sygnałem pokazującym zmianę kierunku i totalne odwrócenie utrwalonego emploi była kapitalna rola Antka, brata Magdy Karwowskiej, w dziewiątym odcinku kultowego 40-latka Jerzego Gruzy. Gajos z wigorem i dynamiką ukazał lekko skarykaturowanego badylarza, jak się wtedy mówiło, który przyjechał do stolicy zamienić pieniądze zarobione z hodowli królików na zagraniczny samochód. Antek, jowialny i bezceremonialny, obrazował typ małomiasteczkowego dorobkiewicza, któremu słoma z butów wyłazi. Stąd był już tylko krok do postaci woźnego Tureckiego z telewizyjnego Kabaretu Olgi Lipińskiej. Ta rola, pomyślana jako drugoplanowa, urosła niemal do rangi symbolu epoki „późnego Gierka”. Pewny siebie, chamowaty, na swój sposób cwany, niechlujny i z petem przylepionym do warg stał się Turecki klasycznym przykładem „klasy pracującej i rządzącej”, więc mogącej wpływać nawet na decyzje dyrektorskie.
Wraz z pojawieniem się Tureckiego, bezpotomnie „umarł Janek Kos”. Odtąd Pancernych... można było powtarzać choćby co roku. Już było wiadomo – Gajos to „ktoś inny”. Zarchetypizowana postać Tureckiego znowu przydała karierze Gajosa nowego blasku. Nawet mniej wyrobieni telewidzowie mieli świadomość, że trzeba być niezwykłym aktorem, by przejść taką ewolucję. Ba, Gajos tak świetnie rozwinął swe komediowe talenty, że ponownie pojawiło się niebezpieczeństwo, że nikt go już nie będzie chciał zatrudniać (ani oglądać) w produkcjach „poważnych”. Kolejny okres kwarantanny był jednak tym razem znacznie krótszy. W Polsce dokonywały się wielkie przemiany społeczno-polityczne. Teatr i kino próbowały oddać rytm i temperaturę tych wielkich procesów dziejowych. Pojawiło się kilka znaczących filmów, choć niektóre z nich musiały poleżakować na „półkach”.
 
Przełomowe filmy
 
Przynajmniej w dwóch z nich pojawił się Janusz Gajos. To były świetne role w bardzo dobrych filmach. Prawdziwy moment przełomu w karierze aktora. Mowa przede wszystkim o roli Michała Szmańdy w Wahadełku Filipa Bajona (kolejna główna nagroda aktorska na Festiwalu Polskich Filmów

Fabularnych) i bezwzględnego majora „Kąpielowego” w Przesłuchaniu Ryszarda Bugajskiego. Tą drugą rolą Gajos jakby zdarł podejrzenie, że zawsze będzie obsadzany tylko w filmach politycznie „słusznych”. Ona niejako odblokowała go. Zresztą wyznaczyła także inną, szerszą i wieloletnią perspektywę. Odtąd reżyserzy różnych generacji i uprawiający różne gatunki filmowe chętnie będą obsadzali Gajosa w rolach rozmaitych dygnitarzy, cenzorów i podejrzanych moralnie aparatczyków. Przywołajmy choćby tylko kilka z nich: towarzysz Winnicki w serialu Alternatywy 4 Stanisława Barei, redaktor Winiecki w Idolu Feliksa Falka, sędzia Laguna w Piłkarskim pokerze Janusza Zaorskiego czy cenzor Rabkiewicz w Ucieczce z kina „Wolność”
Wojciecha Marczewskiego. Gajos
okazał się mistrzem w kreowaniu postaci etycznie podejrzanych, przesiąkniętych cynizmem, niekiedy sporą dawką swoistej autoironii, dystansu do siebie, ale i otaczającej nas rzeczywistości. Istota zła, by tak rzec, w jego wykonaniu przybiera zawsze niejednolitą barwę. Przez różne gatunki i różne filmy aktor niesie zaskakujące i trochę nieprzyjemne przesłanie, że oto świat, w którym żyjemy, ciągle poddawany jest nieudanej próbie wierności jakimś zasadom; o ileż łatwiej ulec moralnemu mataczeniu, wygodzie, podejrzanym interesom i dwuznacznym kompromisom.
Te role i te obrazy pozwoliły później Gajosowi wystąpić w kolejnych produkcjach telewizyjnych i filmowych, w których grał wyrachowanych gangsterów i przestępców. Nigdy jednak już nie pozwolił się zamknąć w kolejnej „szufladce”, mimo że tak sugestywnie zagrał na przykład byłego ubeka „Siwego” w Psach Władysława Pasikowskiego czy mafiosa Jana Tuwarę w kolejnych seriach Ekstradycji w reżyserii Wojciecha Wójcika. Bo też w latach 90. i obecnej dekadzie Janusz Gajos miał okazję do twórczego płodozmianu, by przypomnieć jedynie jego znakomite doświadczenia w filmach Krzysztofa Kieślowskiego (np. w Trzy kolory: Biały). Mówimy już o czasach, gdy o tego aktora upominali się „wszyscy” polscy reżyserzy. Mówimy o czasach, gdy bywało, że Gajos właściwie jednoosobowo decydował o powodzeniu filmu (to przypadek filmu Jacka Bromskiego To ja, złodziej).

Genialny Odon von Horvath

Koleje aktorskiego losu są w przypadku Janusza Gajosa zaskakujące i pouczające. To niebywałe zakręty i zakosy, z których artysta nie pozwolił się wypchnąć, mimo że nie zawsze sprzyjało mu szczęście i tzw. okoliczności zewnętrzne. Ilekroć jednak pojawiała się szansa, by dotknąć „no-
wego”, potrafił to zrobić i wykorzystać. Stąd tak łatwo wskazać w jego przebogatej karierze punkty przełomowe i nadzwyczajnie znaczące. Bez wątpienia jeden z przełomów nastąpił wraz z serią spektakli telewizyjnych zrealizowanych przez Kazimierza Kutza pod koniec lat 80. i na początku 90. minionego stulecia. Mowa przede wszystkim o genialnej roli Odona von Horvatha w Opowieściach z Hollywoodu Christophera Hamptona (aktor nadzwyczajnie „kaleczył” język, pokazując, że jego bohater słabo zna angielski), Podsiekalnikowa w Samobójcy Nikołaja Erdmana i Jana Sebastiana Bacha w Kolacji na cztery ręce Paula Barza. Wprawdzie Gajos w następnych latach zagrał wiele niezapomnianych ról w teatrze telewizji (np. tytułową w Bigda idzie Juliusza Kadena-Bandrowskiego w reżyserii Andrzeja Wajdy), to jednak właśnie kreacje w spektaklach Kutza określiły jego wprost nieograniczone możliwości. Były ważne podwójnie, bo wyznaczyły wraz z tymi spektaklami nową estetykę, nową poetykę widowisk telewizyjnych.
A przecież Janusz Gajos odnosząc tak spektakularne sukcesy w telewizji i kinie (nie ominęły go właściwie żadne możliwe nagrody, jurorskie i publiczności, nie wyłączając „Orłów” i „Złotego Berła” Fundacji Kultury Polskiej), nigdy nie przestał być aktorem teatralnym, choć przecież początki nie były łatwe. W ostatnich latach z wielkim powodzeniem grał w warszawskich teatrach w sztukach m.in. Czechowa, Gogola, Dostojewskiego, Mrożka czy Millera, reżyserowanych przez Andrzeja Domalika, Jana Englerta, Jerzego Jarockiego czy Kazimierza Kutza. Nie rezygnuje też ze swej wielkiej pasji, jaką stała się dla niego fotografia (zauważmy, pierwszą wystawę indywidualną miał w Katowicach w roku 2002). A przecież – to pewne – nie powiedział jeszcze w sztuce aktorskiej ostatniego słowa. Dziś zaś można już powiedzieć, że po śmierci Tadeusza Łomnickiego i Gustawa Holoubka nikt spośród ciągle aktywnych aktorów nie osiągnął tak wiele jak właśnie Janusz Gajos. Czy to przypadek, że w ankiecie tygodnika „Polityka” na najważniejszego aktora polskiego XX wieku tego niegdysiejszego członka „artystycznego zespołu pomocniczego” z malutkiego teatrzyku w Będzinie, tak długo bezskutecznie dobijającego się do drzwi uczelni teatralnych, wyprzedziły tylko te dwie wielkie postacie polskiej sceny? Nie przepadam za takimi rankingami i stratyfikacjami artystycznymi, ale w tym przypadku fakt ten przypominam, mając niemal pewność, że Janusz Gajos urósł na rangi gwiazdy największej wielkości. Gwiazdy? I tym razem boję się używać w odniesieniu do jego sztuki pojęcia, które ostatnio rezerwuje się dla amatorów tańczących na lodzie.
Na koniec zatem musi nam wystarczyć taka oto konstatacja: nie ma dzisiaj w Polsce aktora, który miałby w swym dorobku tak bogaty i zróżnicowany, poniekąd „wewnętrznie sprzeczny” dorobek. Gajos dotknął wszystkiego: kabaretu i satyry, komercyjnego serialu, wielkich ról w wielkim repertuarze teatralnym, współczesnym i klasycznym, wybitnych kreacji w wybitnych filmach – komediowych, dramatycznych, politycznych i sensacyjnych. Ba, nawet estradą nigdy nie gardził. Cóż, bo wyszedł z prowincji. Cóż, miał wielki talent, choć zaczynał od tego, że – w Będzinie – „oglądał pieluszki” a jego pierwszy dyrektor kazał mu myśleć, co też one mogą symbolizować. Widać, była to dobra lekcja.

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA