Wystawa prac (używam tego słowa, bo pokazano obrazy, rysunki i… kalendarze) Janusza Karbowniczka w Rondzie Sztuki była na pewno wydarzeniem. Ze względów artystycznych, ale też dlatego, że po raz pierwszy w tym wnętrzu zorganizowano indywidualną ekspozycję „Panu Profesorowi” katowickiej ASP, która jest gospodarzem tego coraz bardziej widocznego w naszym miejskim pejzażu kulturalnym miejsca. Podkreślił ten fakt w swoim wystąpieniu podczas wernisażu 20 lutego rektor uczelni, Marian Oslislo, wspominając jednocześnie, że kiedy jeszcze sam nie był studentem ASP, Karbowniczek wybierał go do drużyny piłkarskiej. Czy wspólna przygoda futbolowa wpłynąła jakoś na wybór życiowej drogi – tego już Jego Magnificencja nie zdradził, natomiast ze wspomnienia wynikało, że zna (i ceni) artystę oraz jego dzieło od wielu lat. Sam Janusz Karbowniczek tego wieczoru stwierdził krótko, że nie jest kolorystą, w malarstwie interesuje go przede wszystkim kompozycja, skoncentrował się natomiast na wyjaśnieniu tytułu wystawy: „Rozmowa”. Po pierwsze: jest to temat jego prac, ponieważ obecny na nich człowiek (lub ludzie) wchodzą w dialog – między sobą lub z „otoczeniem”. Po drugie: pokazuje w Rondzie Sztuki swoje prace zarówno nowe jak i te dawne, żeby odbiorca mógł zobaczyć „rozmowę” pomiędzy dziełami dzisiejszymi a tymi z przeszłości. Po trzecie – zdaniem autora – rola artysty kończy się po skończeniu pracy; z widzem zaczyna „rozmawiać” konkretny obraz, zmuszając tego, który ogląda do „odczytywania i budowania sensów”, a więc jakiegoś „współtworzenia”. Relacjonuję tak szczegółowo tę „część oficjalną” wernisażu, bo zamierzam – zgodnie z postulatem twórcy – wziąć udział w zaproponowanej przez niego „rozmowie”.
Najpierw wypada się zgodzić z autorem – rzeczywiście nie chce być kolorystą, nie znaczy to jednak, że barwa nie ma dla niego żadnego znaczenia i liczy się tylko układ „geometrycznego” tła oraz jego relacja z przedstawianymi postaciami. W czasie oglądania prac doceniłem walory Ronda Sztuki jako przestrzeni do eksponowania prac malarskich, bo mogłem się swobodnie tam poruszać po linii przypominającej nieco sinusoidę. Najpierw oglądałem każdą rzecz z bliska, choćby po to, żeby przeczytać, co głosi podpis pod obrazem, przyjrzeć się fakturze, detalom kompozycji itd. Tu dygresja: co do podpisów, ale też np. „haseł” z kalendarzy – po pierwsze – były dowodem na to, że Karbowniczek z  


BOGDAN WIDERA
 

 Obrazy
jak muzyka

wielką wprawą posługuje się także słowem. Żartem, aforyzmem, cytatem. Przy czym wiele z tych rzekomych tytułowych objaśnień, czy komentarzy w żaden sposób odbiorcy nie „wspomaga”. Niektóre cieszą przekorą, ironią, odniesieniem do literatury, ale też publicystycznej nowomowy. Wróćmy jednak do plastyki – później, z innego miejsca, z odległości 5-6 metrów mogłem podziwiać, jak przy takim odejściu zmienia się na płótnie gra kolorów, jak barwy, oglądane przed chwilą z bliska, nabierają zupełnie innego wyrazu, jak inaczej zaczynają współgrać, jak bardzo to malarstwo przypomina muzykę przemawiającą przecież głównie do emocji.
Tematem obrazów i rysunków Karbowniczka jest człowiek. Człowiek w świecie, w swoim otoczeniu, tylko że ten „świat” to nie żaden konkretny krajobraz. Dlatego można go odczytywać „dosłownie” – postać na płaszczyźnie utworzonej przez barwne, geometryczne figury, przede wszystkim prostokąty, albo – „symbolicznie”, czyli człowiek w relacji z abstrakcją: ideami, jakimiś swoimi psychicznymi stanami, zagadkami bytu, perfidią losu, istotnymi dla niego wartościami. „Geometryczność” tła (nie wiem, czy można użyć słowa „tło”, skoro często dominuje ono nad postacią ledwie zarysowaną, niedokończoną lub może znikającą) sugeruje jakiś ład, coś zbudowanego według racjonalnych, moralnych, czy jakichś innych „zasad”. Tymczasem człowiek w tej uporządkowanej rzeczywistości jest często tylko cieniem, niedokończonym rysunkiem (jakby zabrakło farby, jakby „wypisał się” długopis czy mazak). Z wyznaczonymi przez proste linie geometrycznymi płaszczyznami kontrastuje też jego kształt. Postać bywa – jak wspomniałem – niedokończona, albo już „znikająca”, ale przede wszystkim jest – w opozycji do „kanciastego” tła –

miękka, łagodna. W tle dominują linie proste, postacie skonstruowane są z krzywizn, łuków, kształtów – chciałoby się powiedzieć – aerodynamicznych. Pamiętam, że kiedy do Polski dotarły reprodukcje dzieł Picassa, niektórzy mówili z przekonaniem: „moje siedmioletnie dziecko ładniej by namalowało”. Myślę, że i dziś znaleźliby się „znawcy”, którzy powtórzyliby to zdanie oglądając malarstwo Karbowniczka, bo pewnie ich małoletnie dziecię maluje człowieka z włosami, oczami, ustami itd. Artysta zaś ogranicza się tylko do zarysowania sylwetki. Ale jak on to robi! Te „cienie”, „sylwetki”, czy jak tam jeszcze „ludzi Karbowniczka” można określić, przemawiają do odbiorcy prawdą swoich póz, proporcjami, pełną zgodnością z naszą wiedzą o anatomii. Ale nie warsztatowy perfekcjonizm jest w tej sztuce najważniejszy. Bardziej liczy się to, że „na kanwie” tego malarstwa każdy snuje własne refleksje, doznaje własnych emocji, co dzieje się często przy słuchaniu muzyki. Drugi już raz mówię o muzyczności tych dzieł, ale – przyznaję bez bicia – nie potrafię do końca odgadnąć, z czego ona się bierze.
Malarz powiedział, że na tej wystawie odbywa się też „rozmowa” między jego dawniejszymi a nowszymi pracami. Nie ułatwił jednak zadania widzowi, bo dzieła nie są datowane. Lokować je w czasie da się czasem na podstawie podpisów budowanych niekiedy ze słów będących w pewnym okresie w użyciu (czy może raczej – „zużyciu”). Czy zatem wzmianka o tej „rozmowie” dawnego z nowszym nie jest trochę kpiną z biednego odbiorcy, do którego przemawia przede wszystkim konsekwencja tych poszukiwań artystycznych – to znaczy stałe zderzanie człowieka z „twardą geometrią”, która może odzwierciedlać zarówno materię, jak i symbolizować pojęcia abstrakcyjne? Każdy może to „czytać” po swojemu. Czyli „rozmawiać” z konkretnym obrazem.

Na tej wystawie artysta pokazał też 24 kalendarze. Nie projekty „obrazków” urozmaicających liczbowy zapis dni miesiąca, ale własnoręcznie wykonane kalendarze. Wypisane własnym pismem miesiące, dni i przypadające w nie imieniny. 24 kalendarze spośród wszystkich, które tworzy od 30 lat. Wydaje się to najpierw jakąś praco- i czasochłonną ekstrawagancją, kiedy się jednak wnika w „treść” tych „jednorocznych dzieł”, to jest w liternictwo, w rysunki, w maksymy, którymi zostały wzbogacone, można z nich wyczytać naszą historię, a może też trochę autobiografię twórcy. Dowód – obok

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA