Na zewnętrznej okładce tej książki Małgorzata Szejnert
napisała: „Cały ten Kutz jest opowieścią o śląskim rozgoryczeniu,
peerelowskich warunkach życia codziennego i artystycznego, o ówczesnych
obyczajach, snobizmach i tęsknotach, o poszukiwaniu własnej drogi twórczej i
związanych z tym cierpieniach i szczęściu. Towarzyszymy dziecku z czynszówki
w Szopienicach, studentowi, który wstydzi się paczek z domu, bo jest w nich
łój, smalec i warkocz czosnku, młodemu reżyserowi bawidamkowi,
nienawidzącemu Śląska z jego przaśnością i biedą, synowi marnotrawnemu,
powracającemu do domowej ojczyzny, by przy pracy nad sławnym tryptykiem
filmowym „wyrzygać ten śląski drut kolczasty”, wreszcie senatorowi i posłowi
Trzeciej Rzeczypospolitej.
Cały ten Kutz to bogata, wieloplanowa i dowcipna książka o Kutzu, Śląsku,
Polsce”. Wszystko się zgadza. Każde słowo. Dodać tylko trzeba, że o wartości
tej książki zadecydowała jej kompozycja, struktura, koncept. Aleksandra
Klich, na co dzień dziennikarka „Gazety Wyborczej”, utkała swą barwną
opowieść z dziesiątek rozmów, jakie przeprowadziła z ludźmi, którzy dobrze
Kutza znali. Pilnie zanotowała ich spostrzeżenia, refleksje, anegdoty. Do
tego dołożyła wiedzę nabytą z niezliczonych wywiadów, artykułów, recenzji,
szkiców i wcześniejszych książek o reżyserze Soli ziemi czarnej (książkę
zamyka bogaty spis źródeł i opracowane przez Jana F. Lewandowskiego
kalendarium). Ale przecież Klich ułożyła tę biografię nie z samych cytatów i
dosłownie przytaczanych zapisów rozmów. Prowadzi narrację własną. Zajmująco
i – bynajmniej – nie na kolanach, dlatego nie unika tematów trudnych,
wydarzeń wieloznacznych, wątków kontrowersyjnych. Ba, nawet nie ujawnia
swych uczuć i sympatii do bohatera książki. Jest jakby obok jego historii
życia, schowała się za nią. No i udało się: Cały ten Kutz nie jest
hagiografią. I świetnie się czyta.
Nie mam wątpliwości – Klich wykonała mrówczą robotę. Zapewne pracowała nad
tą książką kilka lat. I dlatego poznajemy Kutza „całego”: reżysera filmowego
i teatralnego, scenarzystę, felietonistę, polityka, ale także człowieka
„prywatnego”, „domowego”, nie wolnego od rozmaitych ułomności, przywar i
śmiesznostek. Wielowymiarowy i |
|
Aleksandra Klich: Cały ten Kutz. Biografia niepokorna. Wydawnictwo
Znak, Kraków 2009, s. 365
Kutzowi
na 80-tkę
prawdziwy to portret, bo Klich z ostrożnością, delikatnością
i umiejętnie ukrytą nieufnością podchodzi do zasłyszanych czy gdzieś
przeczytanych historyjek i anegdot, faktów i legend. Niby wprost ich nie
ocenia, nie weryfikuje, a jednak czujnie i jakby niewidzialnie dla
czytelnika sprawdza ich wiarygodność, stopień prawdopodobieństwa. Ta
dokładność i śląska akuratność przynosi owoce, także w opisach politycznych
zapętleń, jakie były udziałem Kazimierza Kutza (i całej jego generacji,
która przeszła w młodości przez szkołę stalinizmu i ZMP, a w dojrzałym wieku
próbę stanu wojennego). Także, gdy mówi się o sprawach intymnych, o
małżeństwach, które się rozleciały i o nagłym szczęśliwym spełnieniu w roli
męża i ojca, u boku Iwony Świętochowskiej – aktorki z Na straży swej stać
będę (Kutz ożenił się z nią w roku 1981).
W mojej ocenie najciekawszym, wręcz niezwykłym źródłem, do którego Klich
dotarła, są listy Kutza do matki. Piękne listy, pisane przez całe
dziesięciolecia. Są dowodem niecodziennego związku, jaki łączył reżysera z
pochodzącą z Bojszów Anastazją Kuc (odsyłam do książki, gdzie dokładnie
wyjaśnia się, dlaczego część rodziny zapisuje swe nazwisko przez „tz”; inna
rzecz, że ta językowa zagwozdka była i jest dobrym pretekstem dla
„prawdziwych Polaków”, którzy w Kutzu chcą widzieć „Germana”, „Niemca”,
„Krzyżaka”, „anty-Polaka”). Wyłuskajmy choćby tylko dwa fragmenty, z różnych
okresów. W lutym 1956 roku, już po ukończeniu łódzkiej filmówki, reżyser
pisał: „W 25. roku życia byłaś już matką trzech synów! Mam już 27 i nie
dokonałem niczego, co dałoby się przyrównać |
|
do posiadania jednego. Żyję teoretycznie. Od dziecka wpajałaś
mi szacunek do osiągnięć ludzkiego ducha – słowem wepchnęłaś mnie na drogę,
po której kroczę, a której końca nie widać”. Rok przed śmiercią matki, wtedy
już ponad dziewięćdziesięcioletniej, tuż przed swymi pierwszymi wyborami do
Senatu, Kutz posłał do Anastazji kolejny list: „Dostałem od życia więcej i
ciekawiej niż inni. Więc nie ma co się uskarżać, bo byłby to już grzech. A
ja zawsze lubiłem grzeszyć w ramach namiętności, bo czułem, że Pan Bóg
takich lubi. Człowiek ma bowiem doświadczać, korzystać z dobrodziejstw
natury i błądzić, szukać siebie, swoich możliwości i spłacać swoje długi
innym”. „Jestem cały z matki” – powie w innym miejscu. Strawestujmy: „cały
był dla matki”. Albo szerzej – dla kobiet, które kochał, dla rodziny, także
dla dzieci. Bardzo śląski – by tak powiedzieć – to rys, silnie zaznaczony w
książce Klich.
Powtarzam: Cały ten Kutz to portret wielowymiarowy i prawdziwy. Wydaje się,
że autorka niczego nie pominęła. Żadnego istotnego wątku biograficznego,
żadnego filmu, żadnego ważnego spektaklu teatralnego czy telewizyjnego.
Twórczość reżyserska i pisarska (wszak od kilkunastu lat Kutz jest mistrzem
felietonu), polityka i działalność publiczna zlewają się w jednię. Nie ma w
tej książce podziału na „życie” i „sztukę”. I to jest chyba największa jej
wartość. Jest za to godna szacunku dokładność i rzetelność w opisie zdarzeń
i faktów, rzuconych na tło śląskie i ogólnopolskie zarazem. Także filmowe,
teatralne, literackie, polityczne. Dzięki temu do głębi poznajemy
światopogląd Kutza. Jego postawę, jego myślenie. Poznajemy człowieka, jak w
tytule książki, prawdziwie „niepokornego”, i to do tego stopnia, że wiele
jego wyborów życiowych, moralnych, politycznych jawiło się w oczach wielu
ludzi, nawet tych, którzy stali blisko niego, jako coś niezrozumiałego. Po
tej lekturze wiele, bardzo wiele motywów jego działania mimowolnie się
rozświetla.
Krakowski „Znak” podarował nam tę książkę tuż przed osiemdziesiątymi
urodzinami reżysera. Jest to więc rodzaj prezentu. I dla nas, czytelników, i
dla jubilata. Polecam. Gorąco polecam. |