Zbiór wierszy Macieja Meleckiego, wydany przez olsztyński
„Portret” w 2008 roku, podsumowujący, jednym tchem, dziesięciolecie
wydawania książek tegoż, stawia nas w miejscu, w którym zbiera się
czytelnikowi na przemyślenia dotyczące ewolucji nie tylko poetyki autora
„Tych spraw”, ale i w związku z ewolucją poetyki polskiej ostatnich lat.
Kiedyś bowiem przy piwie z Lekszyckim niejakim, gdybaliśmy o rozwoju
polskiego piśmiennictwa poetyckiego i wysnuwaliśmy hipotezy o
irracjonalnieniu tonacji w polskiej poezji na zasadzie podobieństwa naszych
czasów do dwudziestolecia międzywojennego: że to jakby ciemniejsza albo
bardziej demoniczna epoka, czy coś w tym stylu, a bardziej odjechana poetyka
sposobi się do nadejścia.
Pisarstwo Macieja Meleckiego, zrazu reportażowo-narracyjne, jak się je z
biegiem czasu zwało po lekturze „Tych spraw” (1995) i „Niebezpiecznie
blisko” (1996), okazywała się, jak twierdzili rzeczoznawcy, bardziej wsobna,
trudna, hermetyczna. Od „Zimnych ogrodników” (1999) stawia się cezurę jego
poetyce i, właściwie, dalej brnie się w domysły, czy autor daje nam, gdzie
nas nie ma, czy też to poezja metody, ewentualnie unikanie mówienia prawdy w
oczy.
Tymczasem powstają „Przypadki i odmiany” (2001) i „Bermudzkie historie”
(2005), które kontynuują poetykę proklamowaną w „Zimnych ogrodnikach”; na
druk czeka „Przester”. Od „Zimnych ogrodników” do „Bermudzkich historii”
rzuca się w oczy kolejna, wewnętrzna, ewolucja wiersza mikołowianina: ku
zagęszczeniu języka (silva rerum?) i jego metaforycznemu napromieniowaniu.
Można rzec o sublimowaniu się poetyki Meleckiego, krystalizowaniu jego
epistemologicznej optyki: Siwczyk w posłowiu do „Zawsze wszedzie indziej”
wspomina, znaną skądinąd, sekwencję o pobratymstwie z myśleniem o języku
Andrzeja Sosnowskiego, z innej strony mawia się o minorowej spuściźnie
filozoficznej Emila Ciorana, o czym również wspomniał gliwiczanin.
Wypada wspomnieć o dwóch konstrukcjach coraz wyraźniej dominujących w poezji
Meleckiego: syntaktycznej i stricte metaforycznej. Syntaktyczna (mówimy cały
czas o drugim etapie twórczości, datowanym od 1999 roku) – od niemal
rytmicznie prowadzonej w „Zimnych ogrodnikach” po, w ostatnim tomie,
momentami rozjeżdżającej się frazie zdania; poszczególne człony syntaktyczne
zaskakują siebie |
|
Maciej Melecki:
Zawsze wszędzie indziej.
Wyd. Portret, Olsztyn 2008
Nigdy,
nigdzie,
tak samo
nawzajem, prowadzą w różnych kierunkach, zdarza się, że
ostateczną konkluzją jest aporia. Metaforyczna – od rzadkich, jak autor
„Bermudzkich historii” sam użył kiedyś sformułowania metafor-rac
sporadycznie rozbłyskujących nad tekstem, po coraz częstsze i gęstsze,
konstruowane na zasadzie radykalniejszego oksymoronu, chiazmu nawet,
antytezy. Wówczas to Melecki rozbija wewnętrzną spójnię tropu, tworząc
zaskakujące przepięcia napięć między znaczeniami. Każdy, kto uważnie czyta
poezję mikołowianina (prywatnie biorę też pod uwagę wiersze pisane po 2005
roku, a więc spoza wyboru wydanego przez „Portret”) i pokusi się o
perspektywę diachroniczną, zauważy, że „Bermudzkie historie”, a więc ostatni
dotąd wydany tom, nie jest kresem poszukiwań, a jednym z przystanków dla
radykalniejącej myśli.
„Zawsze wszędzie indziej” to zbiór, powiedzmy, kanonicznych wierszy z dwóch
pierwszych tomów, gdzie rzeczywistość jest wyraźna, oddzielna od tekstu, w
których wyświetlają się wyniki, obserwujemy czarną plamę po węglu, a
dziewczyny z polonistyki czekają na swojego Stachurę, który to przybędzie
mercedesem, oraz wierszy z późniejszych trzech tomów, gdzie opis zmienia
współrzędne i wymyka się niespodzianie kategorii mimesis na rzecz
ukonstytuowania języka jako podmiotu lirycznego. Jak każde podsumowanie
dorobku twórczego z danego okresu, i to (złożenie/wybór materiału) wydaje
się być dla autora i redaktorów tomu zadaniem arytmetycznie prostym (pięć
książek, ponad setka wierszy). „Portret” z kolei wpisuje się na listę
młodych wydawnictw, które szukają szczęścia w wydawaniu książek
podsumowujących twórczość danego autora, jak to jest w przypadku Biura
Literackiego (Siwczyk, Podgórnik, Honet), czy Wielkopolskiej Biblioteki
Poezji (Śliwka, Pióro). W dodatku – pod względem edytorskim, |
|
typograficznym – olsztyńskie wydawnictwo nie ma się czego
wstydzić: ich książki są schludnie wydane, nie ma przesady w szacie
graficznej, nie widuje się błędów redaktorsko-korektorskich.
Wracając do wierszy autora „Bermudzkich historii”, z biegiem czasu wydaje mi
się coraz bardziej, że poetyka tegoż to cały czas ta sama opisowa sprawka,
reportersko-narracyjna, pojawiają się w niej bez przerwy te wszystkie „małe
sprawy” w mniej lub bardziej dyskretnej filozoficznej opatulinie, a zmienia
się tylko język i sposób opisu. Jeśli mówi się, że poezja Meleckiego jest
niezrozumiała, to znaczy, że następuje po prostu nieporozumienie z powodu
odmienności kodów kulturowych, jakimi operuje niewprawny czytelnik i, z
drugiej strony, autor. W poezji Meleckiego, podobnie zresztą jak to jest u
Siwczyka i Sosnowskiego, sprawę kluczową odgrywa logika w konstrukcji
gramatycznej: świadomość, że nie wyrwiemy się logice, ale i że możemy w jej
materii eksperymentować (stąd też pęd ku aporii). Można śmiało powiedzieć,
że poezja Meleckiego w latach 1995-2005 to logika, która podlega transowi;
logika, która staje się ambientem. Język ulega decentralizacji, pozwala
sobie dryfować, albo, jak kto woli, ubrać szatki logorei. Tak więc to
rozrastanie się i kurczenie logiki, a z drugiej strony rozrastanie się i
kurczenie pierwiastka irracjonalnego, na zasadzie pływów oceanicznych, w
poezji autora „Przypadków i odmian” jest sprzęgnięte w niepowtarzalny
poetycki yin i yan, gdzie jedno bez drugiego nierozerwalnie obok siebie/ z
sobą funkcjonuje tworząc zapoznany już poetycki konglomerat sensów.
Paradoksalnie rzecz biorąc, wiersze w olsztyńskim wyborze wierszy
mikołowianina swoim utransowionym, zdecentralizowanym, ambientowym językiem
mówią nadal o dniu codziennym, zjawiskach przyrody, relacjach
międzyludzkich. Czyli to samo co wszędzie.
Zakończę może równie anegdotycznie, jak zacząłem: siedzieliśmy z Baczewskim
przy piwie i zastanawialiśmy się nad wyznacznikami dobrej poezji. Palnąłem,
że najlepszym miernikiem dobrej jakości poezji jest bogactwo słownictwa. Na
co Baczewski się żachnął i rzekł: nie, w poezji musi być odjazd, nie żadne
tam słownictwo. Melecki spełnia kryteria nas dwóch: w jego poezji mamy do
czynienia z bogactwem słownictwa, a zarazem dopada nas odjazd podczas
lektury. |