– Trochę ciasno w tym gabinecie…
– Kiedy tu nastałem, było jeszcze ciaśniej. To jest moja ustawiczna udręka.
Biblioteka wciąż się rozrasta, obiektów muzealnych przybywa, a magazyny się
nie powiększają. Na tej ścianie, pod którą pan siedzi, była etażerka z
książkami. Usunąłem ją stąd, żeby stworzyć przestrzeń do rozmowy. Bo bez
rozmowy, bez dialogu nie ma działalności.
– Porozmawiajmy zatem. W środowisku artystycznym osoba księdza tak mocno
kojarzy się z katowickim Muzeum Archidiecezjalnym, że nieraz można usłyszeć,
iż jakaś impreza odbywa się „u księdza Pyki”.
– Jestem tutaj 20 lat. Oficjalnie objąłem tę placówkę w 1989 roku, we
wrześniu, ale de facto zacząłem pracować już od kwietnia, po odejściu z
muzeum ks. Myszora. Przejąłem wtedy organizację dużej wystawy połączonej z
aukcją na rzecz szpitala geriatrycznego. Zanim otrzymałem dekret ks.
arcybiskupa Damiana Zimonia powołujący mnie na to stanowisko, miałem
zupełnie inne plany. Przygotowywałem się do pracy duszpasterskiej w diecezji
Linz, zdążyłem się już nawet trochę zapoznać z moją niedoszłą parafią. Ale
nie żałuję, że tam nie pojechałem. Zresztą do dzisiaj mam bardzo dobre
kontakty z tą diecezją. Czasami spędzam tam wakacje, a niekiedy nawet uda mi
się coś zarobić. Z tych pieniędzy zaraz na samym początku kupiłem 50
krzeseł, które służą publiczności w czasie spotkań i koncertów, a także ten
stolik, przy którym teraz siedzimy.
– Jak ksiądz tutaj trafił?
– Studiowałem na ATK historię sztuki, mam licencjat kościelny z teologii
sztuki. Jeszcze jako wikary pełniłem w kilku parafiach funkcję duszpasterza
młodzieży akademickiej, a równocześnie jeździłem do Warszawy na podyplomowe
Studium Ochrony Zabytków przy Akademii Teologii Katolickiej. Pojawiła się
wtedy pilna potrzeba kształcenia księży, którzy w sposób profesjonalny
zajmowaliby się zabytkami w swoich diecezjach. I ja takie przygotowanie
miałem. Będąc wikarym w parafii przy kościele Mariackim w Katowicach, w
czasach, kiedy proboszczem był ks. Damian Zimoń, dałem się poznać jako
pomysłodawca pewnych projektów dekoracyjnych, które były dobrze odbierane
przez parafian. Ja to traktowałem przede wszystkim jako formę współpracy z
moimi studentami. Robiliśmy tam teatr w ramach duszpasterstwa akademickiego.
Tak więc późniejszy arcybiskup katowicki już wtedy znał moje zainteresowania
i umiejętności.
– Parafia mariacka znana jest z pięknych tradycji patronowania sztuce
sakralnej i nie tylko sakralnej. Na tym polu szczególnie zasłużył się
błogosławiony ks. Emil Szramek, nazywany „śląskim Medyceuszem”. Pisał ksiądz
o tym przed kilkunastu laty w Śląskich Studiach Historyczno-Teologicznych.
Szczególnie owocna była współpraca ks. Szramka z uczniem Mehoffera, Adamem
Bunschem, przy ozdabianiu wnętrza kościoła Mariackiego.
– Ks. Szramek był urodzonym kolekcjonerem i mecenasem sztuki. Muzeum
Archidiecezjalne eksponuje dzisiaj część jego zbiorów. Natknąłem się kiedyś
na notatkę Bunscha, który stwierdza, że w mieszkaniu ks. Szramka nie było
żadnych cennych mebli, ale za to była ogromna biblioteka i wiele cennych
obrazów.
– Może warto przytoczyć jeszcze inną uwagę Bunscha na temat ks. Szramka: „W
ciągu całej swojej współpracy nie narzucał mi swoich pomysłów, formułował
tylko mniej lub bardziej ściśle zadania i uzgadniał projekty koncepcyjne w
formie swobodnej dyskusji”. Napisał też: „Ksiądz Prałat Emil Szramek był
pierwszym, który otworzył mi wrota do pracy artystycznej w kościele. Znalazł
się ktoś odważny, który podjął się ryzyka wejścia w kontakt z artystą znanym
tylko z wystaw.”
– To tylko świadczy o klasie intelektualnej ks. Szramka. Nie bez powodu
został potem pierwszym prezesem Muzeum Śląskiego w Katowicach i nadzorował
zebraną w tym Muzeum kolekcję sztuki sakralnej. Z pewnością to Szramek
namówił biskupa Adamskiego, by przekazał całą kolekcję sztuki sakralnej jako
depozyt do Muzeum Śląskiego. Oczywiście, Kościół pozbawił się w ten sposób
bezpośredniego wpływu na zarządzanie tymi zbiorami, ale uważam, że decyzja
była słuszna. Bo gdyby do tego nie doszło, to wiele obiektów, które są
dzisiaj w naszym Muzeum Archidiecezjalnym, nie uchowałoby się. Zostałyby
zniszczone przez wojnę albo rozkradzione. Myśl o utworzeniu odrębnego muzeum
sztuki religijnej pojawiła się już przed wojną. Miał to być rodzaj
przykatedralnego aneksu, ale wtedy diecezja była bardzo młoda, panował
kryzys, brakowało pieniędzy, przecież nawet katedra była jeszcze
nieukończona.
– Na szczęście, zbiory przetrwały czas wojny i okupacji.
– Tak, chociaż uszczuplone. Po wojnie większość z tego, co ocalało, znalazło
się w Muzeum Górnośląskim w Bytomiu. Potem, jak wiadomo, nastały trudne
lata. Aż do roku 1980 Kościół bezskutecznie zabiegał o zwrot kolekcji, na
którą składały się m.in. malarstwo i rzeźba sakralna z różnych epok – od
gotyku po wiek XIX, bogato zdobione szaty i naczynia liturgiczne czy wyroby
rzemiosła artystycznego związane z posługą sakramentalną. W Bytomiu zabytki
te przez długi czas nie były eksponowane ani konserwowane. Kiedy próbowano
urządzić tam wystawę sztuki religijnej, spotykało się to z wielkimi oporami.
?wczesna władza sprzeciwiała się pokazywaniu chrześcijańskich korzeni
Górnego Śląska.
– Klasa robotnicza musiała być obowiązkowo areligijna.
– Wiem, że przy którejś tam próbie zainstalowania ekspozycji zastanawiano
się, w jaki sposób postać Chrystusa Zmartwychwstałego z Leszczyn, unoszącego
do góry dwa palce w kształcie litery V na znak zwycięstwa nad śmiercią,
wystylizować na Janosika. Ale w końcu i tak zrezygnowano z tej wystawy.
Wreszcie w roku 1975, na zakończenie Synodu Diecezjalnego, zapadła decyzja,
że Kościół katowicki będzie się starał o utworzenie nowego muzeum i
odzyskanie utraconej kolekcji. W praktyce jednak nie było to takie łatwe.
Starania trwały prawie pięć lat i dopiero, gdy |
|

Ks. Henryk Pyka: „Nie wszystko to, co jest w galerii,
może znaleźć się w kościele. Natomiast to, co znajduje się w galerii, może,
a niekiedy wręcz powinno inspirować niejednego proboszcza, niejednego
studenta, nauczyciela, artystę...”.
|
Z dyrektorem Muzeum Archidiecezjalnego
w Katowicach,
ks. HENRYKIEM PYKĄ,
rozmawia
ANDRZEJ BABUCHOWSKI
|
„Początek
został zrobiony”
nastała „Solidarność”, a do budynku Kurii powróciło to
skrzydło, w którym teraz siedzimy, możliwe było przejęcie zbiorów sztuki. Z
początku brakowało miejsca, zbiory po odzyskaniu przechowywano przez pewien
czas w pomieszczeniach przykatedralnych w oczekiwaniu na odpowiednią
przestrzeń. Remontem zajął się ks. Rudolf Brom, który w tym samym czasie
budował Drukarnię Archidiecezjalną i remontował także Seminarium Duchowne.
Spotykając go wtedy w tych pomieszczeniach, nie przypuszczałem, że będę tu
kiedyś pracował. Uroczystego poświęcenia muzeum dokonał w święto Chrystusa
Króla, 20 listopada 1983 roku, biskup Herbert Bednorz. Z tym, że za datę
powstania placówki przyjmuje się moment decyzji, która zapadła na Synodzie i
zapisana została w dokumentach synodalnych, czyli rok 1975! W dniu
poświęcenia tymczasowej siedziby muzeum ordynariusz katowicki powiedział:
„Początek został zrobiony. Ufamy, że z tego początku powstanie instytucja o
dużym znaczeniu regionalnym, śląskim, diecezjalnym”.
– Pod koniec ubiegłego roku w Muzeum Archidiecezjalnym otwarto aż dwie
wystawy poświęcone biskupowi Bednorzowi. Jedną biograficzną, z okazji 100.
rocznicy jego urodzin, a drugą ukazującą go jako mecenasa sztuki, mecenasa
artystów. Do tej pory o biskupie Herbercie mówiło się głównie jako o
„biskupie robotników”, natomiast o mecenasie sztuki wiedzieliśmy chyba
niewiele?
– Tytuł wystawy Czy wam to nie zaszkodzi? nawiązuje do pewnej słynnej już
wypowiedzi biskupa Bednorza, który zaproszony w czasach komuny przez
artystów na wernisaż do katowickiego BWA, odpowiedział: „Ja tam chętnie
przyjdę, ale czy wam to nie zaszkodzi?”. Świadczy to zarówno o otwartości
biskupa, jak i o jego odwadze, a także o poczuciu humoru. Artyści szukali z
nim kontaktów i on się tych kontaktów nie bał. Bardzo żywo interesował się
np. działalnością grupy Arkat, odwiedzał wystawy organizowane w Klubie
Związków i Stowarzyszeń Twórczych. Wiadomo, że w tamtych czasach wszędzie,
gdzie biskup się pojawił, od razu były „czujki”, które sprawdzały, po co tam
przyszedł, kto go zaprosił, kto go inspirował itd.
– Owocem tych bliskich kontaktów ze środowiskiem artystycznym stała się
Galeria Sztuki Współczesnej „Fra Angelico”. Prawdziwy powód do chluby dla
Kościoła katowickiego.
– Powstała w roku 1986, a kierował nią ówczesny dyrektor Muzeum
Archidiecezjalnego ks. Jerzy Myszor, który wcześniej prowadził „Gołębnik”,
galerię studencką działającą przy Wyższym Seminarium Duchownym w Katowicach,
gdzie nawiązywały się liczne przyjaźnie z twórcami. Akurat w czasie, gdy
kończyła się działalność w „Gołębniku”, Ojciec Święty Jan Paweł II ogłosił
błogosławionym słynnego malarza florenckiego Fra Angelico. I tak oto patron
artystów został równocześnie patronem naszej nowej galerii. Chciałbym tu
przypomnieć, że jednym z członków założycieli, obok Macieja Bieniasza,
Andrzeja S. Kowalskiego, Romana Kalarusa, był Tadeusz Czober, przewodniczący
Śląsko-Dąbrowskiego Komitetu Kultury Niezależnej. Bardzo wiele działo się tu
w okresie stanu wojennego. Galeria BWA była wtedy kontestowana, oficjalne
związki twórcze również były kontestowane, więc artyści, przeważnie młodzi,
gromadzili się tutaj. Dzisiaj wielu z nich zajmuje poważne stanowiska w
Akademii Sztuk Pięknych.
Na samym początku galeria „Fra Angelico” miała dość siermiężny wygląd. To,
co od razu niemal „biło po oczach”, to masywne, choć niewątpliwie piękne
kraty, a także okna i kaloryfery. Nie sprzyjało to percepcji sztuki.
Przestrzeń wystawiennicza powinna bowiem spełniać taką funkcję, jaką spełnia
przestrzeń w teatrze. Przestrzenią w teatrze można sterować. Za pomocą
światła, dekoracji, aranżacji. Pierwszą więc rzeczą, jaką zrobił w galerii
ks. Myszor, było postawienie ekranów. Potem to samo ja zrobiłem na piętrze w
Muzeum. Ta przestrzeń ulegała więc przekształceniu, stawała się coraz
bardziej profesjonalna, ale robiło się to często bez środków finansowych.
Wszystko w dużej mierze polegało na sile entuzjazmu.
– Muzeum Archidiecezjalne słynie z tego, że otwiera swoje podwoje dla sztuki
w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu. Można powiedzieć, że prowadzi żywy
dialog ze współczesną kulturą.
– Żeby muzeum kościelne było placówką żywą, musi nawiązywać bezpośredni
kontakt z różnymi dziedzinami kultury. Kościół gotów jest prowadzić ten
dialog bez lęku, że wyjdzie z niego gorszy czy uboższy. Za prawdziwy
ewenement uważam na przykład fakt, iż arcybiskup katowicki Damian Zimoń
patronował czterem ostatnim ogólnopolskim Biennale „Wobec wartości”. Myślę,
że były to |
|
wydarzenia, które jedynie tutaj na Górnym Śląsku mogły się
pojawić.
Nie ukrywam, że ta galeria pełni m.in. pewne funkcje duszpasterskie.
Przychodzą do nas również ludzie, którzy na co dzień w swoim życiu nie mają
kontaktu z Kościołem ani z księdzem, i wtedy istnieje szansa, żeby im coś
nowego powiedzieć lub zwrócić uwagę na pewne wartości czy pierwiastki w
sztuce, których być może sami by nie dostrzegli. Powiedział mi kiedyś prof.
Maciej Bieniasz, że gdyby w tej galerii była kropielnica, gdyby trzeba było
tu wejść i obowiązkowo się przeżegnać albo wyznać wiarę, to chociaż sam jest
katolikiem, nigdy by tu nie przyszedł. Ja to rozumiem, ponieważ galeria
powinna być szeroko otwartym miejscem spotkań, wymiany myśli i poglądów.
– Mamy więc do czynienia z czymś w rodzaju laboratorium?
– Uważam, że powinno się prowadzić też stały dialog z aktualnymi trendami,
które w jakiś sposób mogą rzutować na sztukę religijną. Bo to są niejako
dwie sprawy stojące obok siebie – sztuka sakralna pojmowana szerzej, nie
tylko w aspekcie kultowym, i sztuka religijna, która ma swoje miejsce w
kościele. Nie wszystko to, co jest w galerii, może znaleźć się w kościele.
Natomiast to, co znajduje się w galerii, może, a niekiedy wręcz powinno
inspirować niejednego proboszcza, niejednego studenta, nauczyciela,
artystę... Niestety, nie zawsze tak się dzieje, chociaż jest też wiele
pozytywnych przykładów. Pewien nauczyciel z Tarnowskich Gór przychodzi tu z
młodzieżą dwa razy w roku, by w bezpośrednim kontakcie z dziełami sztuki, z
zabytkami, prowadzić lekcje muzealne. Organizujemy tutaj od 16 do 18 wystaw
rocznie. W działalność galerii wielokrotnie włączała się Komisja Sztuki i
Architektury Sakralnej, kiedy jej przewodniczącym był ks. Jerzy Nyga.
Zainicjował on kilka wystaw artystów niemieckich. Odbywały się tu wykłady
prof. Friedhelma Mennekesa, pokaz sztuki słynnego Josepha Beuysa – Manresa.
Zresztą goście z zagranicy – z Niemiec, Austrii, Czech, Słowacji, Hiszpanii,
a nawet z Chin – pokazywali u nas swoje prace. Mieliśmy na przykład promocję
młodej sztuki białoruskiej, na którą złożyły się prace dwunastu twórców. W
styczniu ubiegłego roku był Późny czeski symbolizm...
– A kilka lat wcześniej, przywieziona również z Pragi, arcyciekawa wystawa
prac graficznych wybitnego czeskiego poety, tłumacza, malarza i grafika
Bohuslava Reynka pt. Piet? w łodzi.
– To z kolei dzięki naszej współpracy z Ars Cameralis. Miałem świetne
kontakty z konsulem generalnym Republiki Czeskiej, panem Josefem Byrtusem.
Bardzo interesował się tym, co dzieje się u nas, bywał na wernisażach i
koncertach. To jemu zawdzięczam, że wystawa Wobec wartości zawędrowała do
Ostrawy, a inna z kolei do Opawy i Koszyc. Podobnie dobre relacje
ukształtowały się z diecezją Essen i Muzeum Górnośląskim w Ratingen. Tam
również powędrowały nasze wystawy.
– Jak sobie ksiądz z tym wszystkim radzi? Czy jeden człowiek może temu
wszystkiemu podołać, nawet jeśli jest „człowiekiem-orkiestrą”?
– Jako merytoryczny pracownik jestem w tej chwili właściwie sam. Wcześniej
była pani Helena, ale przeszła na emeryturę. Podobnie pani Sabina,
konserwator. Zostałem więc z sekretarką i z wolontariuszami. Od samego
początku prowadzę archiwum dokumentujące działalność Muzeum. Ono jest już
pękate i warto, żeby je ktoś w końcu opracował. O tej naszej działalności
powstało już kilka prac magisterskich. Poza tym prowadzę własne badania, mam
swoje dodatkowe pasje. Przez prawie dwa lata byłem zajęty pisaniem
monografii o Wiktorze Ostrzołku. Przychodziłem codziennie o dziewiątej rano
do pracy i siedziałem nieraz do północy. Czasem przychodził tutaj
zaniepokojony portier, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie zasłabłem.
– Podejmując się tylu obowiązków, musiał ksiądz mieć świadomość, że trzeba
będzie rozejrzeć się za sojusznikami.
– Dlatego od razu podjąłem bardzo szeroką współpracę z różnymi środowiskami
kultury na Górnym Śląsku, przede wszystkim z muzeami i galeriami
wystawowymi. Jestem zapraszany na ich wystawy i sam zapraszam te instytucje.
Należę do różnych rad muzealnych. Stowarzyszenie Historyków Sztuki
delegowało mnie do Rady Muzeum Zamkowego w Pszczynie. Przy organizowaniu
Biennale Wobec wartości wielkiego sojusznika znalazłem w osobie dyrektora
katowickiego BWA, pani Czesławy Panek. Wiele wysiłku włożyłem w
zorganizowanie pierwszej indywidualnej, retrospektywnej wystawy Jana
Wałacha. Poznałem go bliżej, będąc jeszcze wikarym w Cieszynie. Udało mi się
pokazać jego twórczość nie tylko u nas, ale i za granicą. Zanim jednak
znalazłem sponsorów, z własnej kieszeni pokryłem koszty wydania katalogu.
Czasem grają też rolę pewne sentymenty. Pamiętam, że kiedy jeszcze
pracowałem w parafii Mariackiej, mój proboszcz ks. Damian Zimoń fascynował
się sztuką ludową artystów z Paszyna. W jadalni znajdowały się rzeźby, które
stamtąd przywiózł. Po latach pojechałem do Paszyna z fotografem Stanisławem
Gadomskim, przygotowaliśmy katalog i wystawę sztuki paszyńskiej w naszym
muzeum.
– Zapewne ta otwartość na sztukę działa również w drugą stronę?
– Owszem. Muzeum z kolei wypożycza swoje eksponaty. Właśnie wczoraj Muzeum w
Chorzowie zwróciło nam z wystawy m.in. Piękną Madonnę i świętą Annę z
Knurowa, która nie tak dawno reprezentowała naszą kolekcję na wystawie w
Pradze – Śląsk, perła w Czeskiej Koronie. To była ogromna ekspozycja,
przywiozłem z niej wspaniały katalog, do którego zresztą napisałem artykuł o
tej naszej świętej Annie. Skoro więc Galeria Narodowa w Pradze zabiega o
wypożyczenie naszego obiektu, świadczy to jak najlepiej o jakości naszych
zbiorów i ich znaczeniu dla kultury Górnego Śląska. Między Opolem, gdzie
znajduje się bardzo cenna kolekcja sztuki gotyckiej, a Krakowem (myślę o
Pałacu biskupa Erazma Ciołka) jest to jedyny tak bogaty zbiór z tamtej
epoki. |