Był od lat jednym z najbardziej rozpoznawalnych w Polsce
ludzi a jego popularność nie tylko dorównywała tej, którą zdobywają
współcześni mistrzowie sportowych aren, gwiazdy estrad i ekranów, wykreowani
przez konkurujące ze sobą, żądne sensacji hałaśliwe mass media, lecz nawet
ją przewyższała pod względem stałości i poziomu pozytywnych emocji. Jeśli w
przypadku bohaterów masowej wyobraźni zmienne wskaźniki popularności
wynikają ze skali napięć towarzyszących bezpośredniej rywalizacji i są
zależne od powtarzalności sukcesów czy rekordowych wyników, w przypadku
medialnej wziętości profesora Zbigniewa Religi decydowały inne elementy i
wartości. On zawsze z pasją a przy tym gotowością do największych,
osobistych poświęceń walczył o życie innych, ponosząc bezpośrednio ryzyko
zwycięstw nad śmiercią, ale i starć przegranych w tej ostatecznej
konfrontacji. No i był w tych zmaganiach sam, bo autoryzował swoim imieniem
i nazwiskiem każdy ostateczny wynik, choć oczywiście w sali operacyjnej
asystowali przy tym lekarze i personel pomocniczy. A już szczególnie w
początkach w tej swojej medycznej i życiowej misji – kardiochirurgii, bo
jednak ktoś jako pierwszy musiał się tego w Polsce podjąć.
Można rzec, że znaliśmy go wszyscy, choć zdecydowana większość spośród nas
nie miała nigdy okazji z nim się zetknąć. Jego zapadająca w pamięć twarz,
głos, spojrzenie, gesty i spontaniczne reakcje człowieka, który zawsze był
sobą, nastawiony na niestrudzoną służbę dla innych bez względu na ponoszone
osobiste koszty w walce o życie ludzi zagrożonych wyrokiem śmierci ze
względu na stan serca. Lecz nie tylko dlatego kojarzony był jako
najsławniejszy polski kardiochirurg z sercem, ale i jako człowiek wielkiego,
ofiarnego serca, pozbawiony przy tym bez reszty interesowności i
wyrachowania. To niezwykłe, że nigdy w życiu nie prowadził prywatnej
praktyki zaś jako jedyna rekompensata wystarczała mu wdzięczność uratowanych
od śmierci. Nie było bowiem i to od lat tajemnicą, że akurat z „kopertą” nie
wolno do niego podchodzić. Dla wszystkich, którzy zetknęli się z nim w
klinice, czy przeszli przez operacyjną salę był człowiekiem świętym. To
właśnie słowo pojawia się teraz najczęściej w wypowiedziach licznych osób po
transplantacji: człowiek święty!... A jest ich wielu, tych którzy o tym
świadczą swoim uratowanym życiem po przeszczepie serca, ale i pamięcią o
osobistym stosunku profesora Zbigniewa Religi do każdego pacjenta,
niezależnie kim kto z nich był i jak się znalazł w klinice.
Był pierwszym polskim kardiochirurgiem, który w jakże prymitywnych warunkach
przeprowadził w Polsce transplantację serca. Stało się to 5 listopada 1985
roku, w rok po tym jak znalazł się w Zabrzu, by objąć |
|

Z
sercem
dla wszystkich
kierownictwo Katedry i Kliniki Kardiochirurgii w powstałym tu
wówczas Wojewódzkim Ośrodku Kardiologii. Miał lat 46 i opinię znakomitego
chirurga, który jeszcze jako student wykonał 130 operacji. Niezwykle ważnym
okazał się jego wyjazd na staż podyplomowy do USA w 1975 roku, gdzie miał
okazję współpracować ze sławnym kardiochirurgiem z Sinai Hospital w Detroit
Adrianem Kantrowitzem, którego ledwo o kilkadziesiąt godzin wyprzedził
Christian Bernard z Kapsztadu w pierwszej na świecie operacji
przeszczepienia serca u człowieka. Było to w roku 1967 i od tego momentu
przez kolejne lata transplantacje serca, jako operacje pionierskie, związane
z wielkim ryzykiem, fascynowały i skupiały powszechną uwagę.
To, że Zbigniew Religa trafił na Śląsk, do nieznanego mu bliżej Zabrza, było
wynikiem niemożności otrzymania szansy na wykonanie pierwszego przeszczepu
serca w Warszawie. Tu uzyskał pełną samodzielność, a przy tym warunki do
skupienia wokół siebie licznego grona młodych, utalentowanych chirurgów,
spośród których wywodzą się w większości czołowi polscy kardiochirurdzy,
jego uczniowie – dziś profesorowie o sławnych nazwiskach. To także wielkie
spełnienie jego życiowej misji – wybitni następcy, podobnie jak utworzone
przez Religę Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu, czy powołanie Fundacji
Rozwoju Kardiochirurgii, kontynuującej od lat zaawansowane prace nad
stworzeniem sztucznego serca. Wielkim osiągnięciem tej fundacji są już teraz
powstałe w Zabrzu sztuczne komory wspomagania serca, umożliwiające chorym
przetrwać czas do przeszczepu. Już w tym okresie docent Zbigniew Religa
staje się człowiekiem – instytucją o wielkiej medialnej sile oddziaływania.
Skupia i |
|
fascynuje.
Docent Religa na czołówkach gazet i telewizyjnym ekranie: pojęcie i
zjawisko. W kilka lat później w 1990 roku, już jako profesor Zbigniew
Religa, obdarzony wyjątkową charyzmą i darem przekonywania wizjoner, staje
się niemal wielopostaciowym zjawiskiem angażując całą energię i wyobraźnię w
akcje i działalność na rzecz serca, by pozyskać niezbędne środki – a chodzi
o wielkie pieniądze! Jaki rozgłos zyskały chociażby słynne koncerty
organizowane w Zabrzu pod wezwaniem „Serce za serce”. Tamte sławne wieczory
z Placido Domingo czy Montserrat Caballe… Co roku magnetyzujące wydarzenie
kulturalne!
W roku 2001 wrócił do Warszawy po 17 latach życia poza domem – a nie dbał o
siebie ani nie oszczędzał niespożytej zdawało się energii. Do Zabrza stale
będzie jednak wracał – tu stworzył najwięcej, jego miejsce w historii
polskiej medycyny określa historyczna data pierwszej transplantacji serca
dokonana 5 listopada 1985 roku przy której zapisane jest Zabrze, pierwsza z
ponad 400 operacji, które zawiera rejestr przeszczepów genialnego
kardiochirurga. O mierze jego zasług dla Śląska tego Ślązaka z wyboru
świadczy 8 pozycja Zbigniewa Religi w plebiscycie Gazety Wyborczej z roku
2000 na 100 najwybitniejszych Ślązaków w XX wieku: 1 miejsce zdobył Wojciech
Korfanty. Jak przyjął profesor Zbigniew Religa to świadectwo społecznego
uznania na Śląsku zapamiętali wszyscy obecni tego wieczora w Teatrze
Rozrywki, gdy nie mógł powstrzymać łez.
Dwa wizerunki profesora Zbigniewa Religi szczególnie zapadły w moją pamięć.
Ten upowszechniony po śmierci na zdjęciach, gdy usiadł na chwilę na
taborecie podczas wielogodzinnej operacji – i ten widok pełnego pasji
naznaczonego piętnem walki z nowotworem jakże odmienionego człowieka, który
podjął z trybuny sejmowej kolejne starcie w kampanii o stan polskiej służby
zdrowia. Ani walki o życie, ani sporu o kształt reformy powszechnego
lecznictwa już nie wygra. Zresztą akurat jako polityk zawsze więcej
ryzykował niż zyskiwał. Okazało się, że przeniesienie zasad i posłannictwa
ze świata medycyny do polityki nie rokuje sukcesu i na tym gruncie
poturbowany będzie raz po raz.
Z chorobą nowotworową walczył mężnie do końca – rzec można na naszych
oczach. Był przekonany, że nie ulegnie i jeszcze się podniesie. Nie bał się
śmierci, choć odczuwał lęk przed cierpieniem i bólem. Postanowił umierać
pośród najbliższych, a więc w domu. W jego odczuciach, jak to wyznał w
ostatnim wywiadzie, śmierć była snem, tyle że wiecznym. Używając tego
pojęcia można stwierdzić, że Zbigniew Religa zasnął w otoczeniu rodziny w
niedzielę po południu 8 marca 2009 roku. W ostatnim hołdzie szczególnie
mocno dało o sobie znać wdzięczne i wierne Zabrze. |