Waldemara Krzystka nagrodzono na gdyńskim festiwalu w pełni
zasłużenie! To najlepszy, obok „Czterech nocy z Julią” Jerzego
Skolimowskiego film zrealizowany przez polskiego twórcę w 2007 roku. Wrzawa,
jaką podnieśli krytycy i recenzenci warszawscy, jakoby jury nagrodziło film
pośledni, pożal się Boże, melodramat, mając możliwość uhonorowania dzieła
prawdziwie oryginalnego i wybitnego, czyli „33 scen z życia” M. Szumowskiej,
była – co widać po premierze „Małej Moskwy” – całkowicie pozbawiona racji.
Krytycy i recenzenci przyznali swoją nagrodę – Nagrodę Dziennikarzy –
filmowi Szumowskiej, proszę bardzo. Ale kino prawdziwie profesjonalne, w
którym widać kunszt reżyserski, w którym sceny zostały solidnie napisane,
następnie pewną ręką, ale i z polotem, z talentem wyreżyserowane, wreszcie
wyśmienicie, a w kilku przypadkach doskonale zagrane, to jest ów main stream,
główny nurt; tak było, tak jest i tak będzie. Bo film to jest przede
wszystkim ciekawa historia ciekawie opowiedziana.
I taką historię, ciekawą, zajmującą widza od pierwszej do ostatniej minuty,
znalazł Waldemar Krzystek w swojej rodzimej Legnicy. Jest to historia
prawdziwa. Z prawdziwej historii wcale nie musiał powstać prawdziwy, to
znaczy wiarygodny, wzruszający i poruszający film. A takim filmem jest „Mała
Moskwa”. Sądzę, że niepoślednią rolę odegrał tu pierwiastek osobisty, fakt,
że Waldemar Krzystek opowiada historię – krótką historię tragicznie
zakończonego romansu Rosjanki, żony sowieckiego oficera stacjonującego w
Legnicy, z Polakiem, oficerem polskiego lotnictwa – jaką żyło jego rodzinne
miasto; co więcej, historię, w której pewną rolę odegrała jego matka! Nie
wyobrażam sobie, aby ktoś inny mógł tę właśnie historię wyreżyserować
lepiej, nie sądzę bowiem, aby komuś nie stąd, nie z Legnicy, nie z tej Małej
Moskwy udało się zrobić film w takim stopniu osobisty.
Prawdziwe są nie tylko obrazy miejsc, twarze ludzi, ulice, domy, język,
jakim mówią bohaterowie – Polacy i Rosjanie; prawdziwa jest atmosfera tego
dziwnego skrawka Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich na terenie
Polski, jakąkolwiek ta Polska wtedy była. Ten zamknięty obszar, ten świat,
do którego Polacy nie mieli wstępu, musiał intrygować chłopca urodzonego i
przeżywającego swoje chłopięce lata w Legnicy. Ta ciekawość, jaką zatrzymał
w sobie i |
|
Mała
Moskwa
przechował ją przez kilka dziesiątków lat, unosi się nad
„Małą Moskwą”. Jestem pewien, że pomogła Krzystkowi w wykreowaniu świata
wielowymiarowego, w którym dzieje zakazanego, ba, niemożliwego, całkowicie
wykluczonego romansu, uderzają surową powagą. Nie ma tu nic z
sentymentalizmu, naturalnego przecież w gatunku zwanym melodramatem; jest
natomiast głębokie odczucie tragizmu życia. To prawda, że życia w pewnych
szczególnych okolicznościach, kiedy miłość Polaka i Rosjanki jest niejako
odgórnie wykluczona, choć Wiera i Michał należą do narodów rzekomo
zaprzyjaźnionych (żeby wspomnieć TPPR – Towarzystwo Przyjaźni
Polsko-Radzieckiej z jednej, i Towarzystwo Przyjaźni Radziecko-Polskiej z
drugiej strony!), choć obie armie: radziecka i polska są armiami
sojuszniczymi! Choć przywódcy komunistycznej Polski całują się gorąco – usta
w usta! – z przywódcami Komunistycznej Partii ZSRR, czyli imperium
sowieckiego.
Wiera wzięła chyba zbyt dosłownie hasła o wiecznej przyjaźni obu narodów,
przyswoiła sobie w pewnym stopniu język polski, potrafi śpiewać po polsku
trudne (fonetycznie!) pieśni z repertuaru Ewy Demarczyk. Co więcej, w swojej
naiwności, która dla wojskowego politruka jest objawem niepojętej głupoty,
wierzy, że może rozwieść się ze swoim mężem, oficerem Armii Radzieckiej,
przyjąć obywatelstwo polskie, wyjść za mąż za polskiego oficera i przeżyć
swoje życie u jego boku, gdzieś w Polsce. Politruk i jemu podobni zdają się
żywić głębokie przekonanie, że cała ta przyjaźń i cały ten Pakt Warszawski,
i ci Polacy w roli sojuszników – to czcza gadanina, umowy to zadrukowany
papier. Jest tylko jeden interes, interes ZSRR i trzeba stać na straży tego
interesu. Mała zawierucha w „bratniej” Czechosłowacji, już wojska
„sojusznicze” śpieszą z „bratnią” pomocą. „Wystarczy tupnąć – przechwala się
jeden z oficerów radzieckich – a Czesi podnoszą ręce do góry!” To znowu
wariant przyjaźni radziecko-czechosłowackiej...
Oto świat, w którym zdarzyła się ta miłość! Wiery za to (ale za co
|
|
właściwie, za pohańbienie rasy radzieckiej?) pewnie by nie
ostrzyżono do skóry i chyba by nie przegnano w pokutniczej koszuli po Małej
Moskwie, ale wysłano, by nie rzec: zesłano by ją do takiej dziury w ZSRR,
gdzie różnica między więzieniem a wolnością byłaby sennym majakiem. Wiera
wybrała śmierć samobójczą, co jednak nie stało się dlatego, że melodramat
domaga się śmierci jednego z kochanków. W Legnicy, na zapuszczonym
radzieckim cmentarzu, znajduje się grób rzeczywistej Rosjanki, która
pokochała Polaka. Ten grób przeszedł już do legendy, do mitologii Legnicy,
podobnie jak Mała Moskwa. Promieniowanie tego mitu wyczuwa się w filmie
Waldemara Krzystka.
O talencie reżysera świadczy również trafna obsada. Czy ktoś potrafi
wyobrazić sobie „Popiół i diament” bez Zbigniewa Cybulskiego? Czym byłby ten
film bez osoby, postaci, osobowości tego aktora, bez jego neurastenii, bez
jego, czym dzieło Wajdy promieniowało, bólu istnienia?! Kazimierz Kutz
przytoczył mi kiedyś kapitalne powiedzenie Stanisława Dygata: „Wyobraźmy
sobie, że Maćka Chełmickiego zagrał Józef Nalberczak...”. Nalberczak, aktor
skądinąd bardzo dobry! Ale bez tajemnicy. N.b. Maćka miał zagrać Tadeusz
Janczar, aktor wybitny, ale jedno jest pewne: to nie byłby ten „Popiół i
diament”, który znamy. Podobnie czym innym byłby „Człowiek z marmuru” bez
Krystyny Jandy. Tej samej rangi odkryciem, prawdziwym cudem obsadowym jest
powierzenie roli Wiery rosyjskiej aktorce Swietłanie Chodczenkowej. Artystka
otrzymała na gdyńskim festiwalu nagrodę za najlepszą pierwszoplanową rolę
kobiecą. Nie znam dorobku Swietłany Chodczenkowej, jest młoda, więc to
początek jej kariery, z pewnością wielkiej! Co ciekawe, Chodczenkowa gra
rolę podwójną: matki i córki. Tworzy całkowicie odmienne postaci, obie
równie wiarygodne. Film Waldemara Krzystka, film pierwszorzędny, w pełni
profesjonalny, który zarazem potrafi oczarować, zachwycić widza, bardzo
wiele zawdzięcza kreacji Swietłany Chodczenkowej.
Przewodniczący gdyńskiego festiwalu, Sławomir Idziak, mówił o cudzie, jakim
jest kreacja Chodczenkowej. Tak, w tym filmie zdarzył się cud, dzięki czemu
film, który mógł być solidnym profesjonalnym melodramatem, owszem, nie bez
wyższych aspiracji, jest tworem artystycznym. |