Swoje obrazy malował na podkładzie z ziemi, którą nabierał z
terenów dawnego getta. Zdzisław Lachur był człowiekiem równie niezwykłym jak
jego obrazy, które można znaleźć w muzeach i galeriach na całym niemal
świecie. Oto opowieść o malarzu, którego uwielbiali hokeiści...
Chciałem napisać o pierwszym filmie bielskiego Studia Filmów
Rysunkowych. 11-minutowa bajka zatytułowana Czy to był sen? powstała
dokładnie 60 lat temu. Kopii brak – czytam na stronie bielskiego Studia.
Niektórzy z moich rozmówców, fachowcy od filmu animowanego, zastanawiali
się, czy ten film w ogóle istniał. Z twórców podobno żyje tylko Zdzisław
Lachur, reżyser i pomysłodawca bielskiego Studia. Ale gdzie go szukać? Nikt
tego nie wie. W Katowicach ostatnio widziano go 30 lat temu, z internetu
wnioskuję, że może być na Pomorzu, a może ze swoją partnerką wyjechał do...
Indii – podpowiada dawny znajomy rodziny. To wszystko błędne tropy. Po
długich poszukiwaniach na ślad Lachura naprowadza mnie Witold Giersz, znany
reżyser, przed dekadami jego uczeń. – Jest pod Warszawą. Mieszka w Aninie –
usłyszałem w telefonie.
Mędrzec w słomkowym
kapeluszu
Willowa, spokojna okolica w podwarszawskim Aninie. Jeden z otoczonych
drzewami budynków to dom opieki. Nagle furtkę otwiera przygarbiony, ale
dziarski staruszek. To on 60 lat temu tworzył pierwszą w Polsce wytwórnię
filmów rysunkowych w Bielsku-Białej, przekształconą później w słynne na
całym świecie Studio Filmów Rysunkowych. Stoi przede mną człowiek o twarzy
mędrca, jakby wyjęty z baśni – poorane zmarszczkami czoło, długie wąsy i
broda, silne ręce z palcami wybrudzonymi farbami. Na głowie słomkowy
kapelusz.
Niecałe trzy lata po zakończeniu wojny w Katowicach powstało Studio Filmów
Rysunkowych. „Organizatorem i przywódcą grupy zapaleńców-amatorów, którzy
zafascynowani animacją, postanowili jej się poświęcić, był plastyk Zdzisław
Lachur” – pisze w książce Polski film animowany Andrzej Kossakowski. Studio
najpierw funkcjonowało w Katowicach, potem w willi w Wiśle, a następnie
przeniosło się do Bielska. Pierwszy film, w którego istnienie niektórzy
wątpią, powstał naprawdę. Lachur mimo upływu sześciu dekad pamięta go
doskonale. Zza brody prawie nie widać ruchu warg, ale słowa słychać
wyraźnie. – To było moje rozliczenie z okupacją. Dziewczynka idzie pasać
gąski, a nagle nadlatuje motyl. Gdy machnie skrzydełkiem, pokazuje się świat
zła, pełen potworków, w czarnych barwach. Atakują dziewczynkę, ona ucieka,
gubi buty – opowiada z przejęciem. – Ale zakończenie jest dobre. Pojawiają
się cztery krasnoludki i one przepędzają demony. Dziewczynka wraca i pięknie
na koniec śpiewa.
Opowieść o pastereczce Marysi (pierwowzorem bajkowej postaci jest córka
Maria) i kolejne pierwsze filmy bielskiej wytwórni powstawały w dość
niecodziennych warunkach. – Ciężkie to były początki. Wszystkiego brakowało.
Moja mama Stanisława pracowała w Nysie, z tamtejszego szpitala zdobywała
klisze rentgenowskie do prześwietlenia płuc, sama je myła, a my potem
mieliśmy celuloidowe plansze, na których powstawały filmy! – opowiada Lachur.
Pod jego okiem warsztatu uczyli się Władysław Nehrebecki, który potem
stworzył Bolka i Lolka, Leszek Kałuża, późniejszy artysta ze słynnej
wytwórni Hanna Barbera oraz Witold Giersz, wybitny reżyser.
Tak wspomina tamte czasy mieszkający w USA Leszek Kałuża: – Przygotowywałem
te celuloidy, moczyłem je w wodzie i coraz bardziej znudzony zainteresowałem
się skaczącymi żabkami. Próbowałem na nie „zapolować”. Nagle usłyszałem głos
Zdzicha. Pamiętam jakby to było dziś: „Panie Leszku, czy nie wstyd panu
zabijać takie piękne stworzenia natury?”. Ten incydent miał ogromny moralny
wpływ na moje życie – przyznaje Kałuża, który pracował w USA przy tak
słynnych animacjach jak The Flinstones, Casper czy Tom & Jerry.
Łyżwy dopiero po wojnie
Kiedy wybuchła wojna świat Lachura zawalił się. Nastolatek, który myślał o
wynalazkach i hokeju, musiał błyskawicznie dorosnąć. Z Zagórza, w którym
mieszkał, zobaczył zagładę getta w pobliskim Będzinie. – To był szok. Z
ogromnej grupy moich kolegów, większość z nich była z rodzin żydowskich,
wojnę przeżyła tylko dwójka! – wspomina. Tamte wydarzenia zaważyły na całym
jego dalszym życiu. Katolik Lachur dwóm swoim córkom nadał żydowskie imiona
– Estera i Noemi, zaś powojenne malarstwo w ogromnej części poświęcił
tragedii Żydów.
Jedna z gazet z lat 70.: „Twórczość Zdzisława Lachura jest bez precedensu w
sztuce światowej (...). Kronikę wielowiekowej obecności Żydów w środkowej i
wschodniej Europie i poetykę umarłej, nazwijmy to cywilizacji – zapisał był
mistrz Marc Chagal, ale i on zatrzymał się przed bramą losu, który dla
milionów zgotował niemiecki faszyzm. Lachur jest więc świadkiem i
kronikarzem niejako ex post, archeologiem wymarłej kultury i plemienia
żyjącego w gorzkiej niewoli diaspory” – pisze Wiesław Rustecki, który swemu
artykułowi nadaje znamienny tytuł: Dziesiąty sprawiedliwy.
– Kiedy w czasie wojny moi koledzy Żydzi ginęli w getcie ślubowałem, że do
końca okupacji nigdy nie założę łyżew! – przypomina artysta. To było
największe wyrzeczenie, jakie ten młody chłopak mógł wtedy podjąć. Izrael
docenił twórczość polskiego malarza. W 1979 roku Lachur został odznaczony
prestiżowym medalem Yad Vashem, na dyplomie czytam uzasadnienie: „W uznaniu
twórczości malarskiej poświęconej narodowi żydowskiemu”.
W swych artystycznych dokonaniach artysta cały czas był bezkompromisowy,
szedł pod prąd. Alfred Ligocki, w książce Plastycy Śląska i Zagłębia: „Lachur
nie ogranicza się do szukania odkryć czysto plastycznych, choć ich w
rzeczywistości dokonuje. Jest przede wszystkim agitatorem, a raczej
oskarżycielem. Atakuje za pomocą środków plastycznych najdrażliwsze problemy
współczesności: alkoholizm, prostytucję, a nade wszystko nieludzkość
faszyzmu”.
Kiedy malował obrazy z cyklów Holocaust i Judaica, do niektórych z nich
stosował specjalne podkłady. Tworząc grubą fakturę nakładał... warstwę ziemi
zmieszanej z bezbarwnym klejem! Potem to zamalowywał. Skąd taki niecodzienny
pomysł? Otóż Lachur głęboko wierzył w symbole – ziemię do tych podkładów
zbierał z terenów dawnego getta warszawskiego, z okolic Pomnika Powstania w
getcie.
Na poddaszu domu opieki, gdzie mieszkał w ostatnich miesiącach życia,
znalazłem setki obrazów, szkiców, rysuneczków – żydowskie rodziny, tragedia
getta, głowy żydowskich mędrców. Obrazy Lachura znajdują się w muzeach na
niemal wszystkich kontynentach, w swoich prywatnych kolekcjach mają je m.in.
Barbra Streisand i Jacqueline Kennedy. Przed laty artysta osobiście zawiózł
dwa swoje obrazy George'owi Harrisonowi, jednemu z Beatlesów!
Maleńki pokoik robi na mnie niesamowite wrażenie – rysunki, szkice, obrazy
są wszędzie, na jednym ze szkiców – ku memu przerażeniu – Lachur stawia
talerz zupy pomidorowej! Rzeczy materialne nigdy dla Lachura się nie
liczyły. On sam poza obrazami, które cały czas malował, nie miał nic.
Żadnych fotografii, dokumentów, przedmiotów.
– Uwierzy pan, że kiedy się przeprowadzali, wszystko mieli zapakowane w dwie
reklamówki! Mi się to wtedy w głowie nie chciało pomieścić – opowiada Witold
Giersz, który w ostatnich latach był jedną z nielicznych osób,
kontaktujących się z Lachurem i pomagających mu.
Szalony Zdzichu na lodzie
W młodości uwielbiał konstruować, ciągle myślał o nowych wynalazkach,
budował modele samolotów z balsy. Jeszcze przed wojną prenumerował pismo
„Lot Polski”. Zdobył tam pierwsze miejsce w jednym z konkursów z lotniczej
wiedzy. Wertuję rocznik tego miesięcznika z 1938 roku.
„Pierwsza nagroda przypadła za wyjątkowo staranne opracowanie rozwiązania
konkursu p. Zdzisławowi Lachurowi z Zagórza. Redakcja przyznając pierwszą
nagrodę reprodukuje okładkę i jedną ze stron nadesłanej odpowiedzi, jako też
i rysunek samolotu przyszłości, dołączonego do rozwiązania” – napisano w
czasopiśmie. Lachur zaprojektował wtedy samolot, pięknie go narysował,
rozpisał wszystkie jego parametry. |
|

Chciał
zbawić świat
W nagrodę dostał przelot
samolotem z Warszawy do wybranego miasta. Ten bilet na samolot uratował go
przed aresztem. Wybrał się kiedyś w góry bez żadnych dokumentów, przeszedł
granicę czechosłowacką i złapali go pogranicznicy. – Dzięki tej gazecie z
wygranym konkursem wyszedł z opresji bez szwanku – opowiada kuzyn Janusz
Dobrzelewski.
W czasie wojny przez swoje lotnicze fascynacje Zdzisław omal nie stracił
życia. Pewnego wieczoru, w porze rozpoczynającej się godziny policyjnej,
został zatrzymany przez niemiecki patrol. Hitlerowcy wylegitymowali go, a
zza pazuchy wyciągnęli mu... plany samolotu. Wzięto go za szpiega! Wtedy
pomogła mu dobra znajomość niemieckiego i być może wrodzony spryt. Cudem
udało mu się przekonać Niemców, że jednak nie jest szpiegiem.
Hokej to pasja, niespełniona miłość, która przewijała się przez całe jego
życie. – Hokej zawsze był jego fascynacją. Podczas wizyty w Warszawie na
początku lat 70. widziałem ciekawy obraz z hokeistą. Pamiętam orła na piersi
sportowca, a w dynamicznej kompozycji nawiązanie do szarży husarii. Wujek
lubił ten sport i opowiadał, że brał udział w treningach narodowej kadry,
chodził na pobliski Torwar. W jakimś ostrym starciu stracił nawet dwa zęby!
– opowiada sosnowiczanin Ryszard Będkowski, bratanek Lachura, jednocześnie
poeta z zamiłowania, który poświęcił wujkowi jeden ze swoich wierszy.
Lachur znał osobiście hokejowych reprezentantów, którzy za nim też
przepadali. Bramkostrzelnemu napastnikowi Baildonu Katowice, trzykrotnemu
olimpijczykowi Tadeuszowi Obłójowi wręczył ufundowaną przez siebie kamerę.
Ma swoją listę najlepszych hokeistów. – Kanadyjczycy są poza zasięgiem. To
geniusze hokeja. W Polsce numerem jeden wszech czasów jest dla mnie
znakomity Andrzej Wołkowski z Cracovii, rewelacyjny napastnik reprezentacji
w latach trzydziestych – wzdycha.
Warszawskie mieszkanie Lachura miało niesamowity klimat. Ściany wymalowane
były napisami, hasłami, które kłuły w oczy każdego gościa. „Fantazja jest
ważniejsza od wiedzy, bo wiedza jest ograniczona” – dewiza Alberta Einsteina
zdobiła fragment jednej ze ścian. „Czy oddałbyś oczy za wszystkie skarby
świata?” – w innym miejscu. – To ostatnie zdanie było moje – przyznał mi
Lachur.
– To była piękna, niesamowita tapeta. Napisy były różnej wielkości, w
różnych kolorach, dotyczyły ważnych myśli albo przypominały o ekstremalnych
sytuacjach na świecie – głodzie, konieczności ochrony środowiska – córka
Maria Lachur mieszka teraz we Wrocławiu, ale tamten okres pamięta doskonale.
Przeglądam stare roczniki gazet. I znowu zaskoczenie: pod koniec lat 50.
Lachur odmienił dziecięcy oddział szpitala powiatowego w Makowie
Podhalańskim! Kazimierz Dziewanowski tak pisał w tygodniku „Świat”: „W
szpitalu istniał oddział dziecięcy. Mieścił się w dwóch tylko kiepskich i
ponurych salkach, w których dzieci musiały z pewnością czuć się, jakby
zamknięto je w więzieniu (...). Doktor Józef Jagielski ściągnął z Katowic
swoich znajomych plastyków: Lachura i Osadczego. Kiedy dowiedzieli się o co
chodzi, odmówili przyjęcia zapłaty (...)”. Po wizycie śląskich plastyków
szpital był jak z bajki, 60 lat temu to było jak lądowanie kosmitów. „Na
ścianach przemyślny lis przebrany dla niepoznaki w chustkę grabi trawę
udając gospodynię. Pewnie chce się zakraść do kurnika. Obok koza niesie na
plecach wielki worek z owocami. Po ścianach uwijają się namalowane zwierzęta
(...). Tu szkoła, tablica, ławki – tylko że w tych ławkach siedzą ważki,
myszy, biedronki, gdzie indziej – postacie ze znanych bajek”.
Kto wie, czy nie najlepszy artystycznie okres życia malarza przypada na czas
mieszkania w Katowicach. O mieszkaniu na Plebiscytowej bratanek artysty
napisał wiersz, a Henryk Waniek zainspirowany atmosferą w pracowni Lachura
jeden z rozdziałów swej książki Finis Silesiae umieszcza na... Plebiscytowej
37.
Tadeusz Kijonka Lachura zapamiętał doskonale: – To była lawa, wulkan,
artysta pełen ekspresji. Wszędzie go było pełno. Swoje rysunki publikował w
piśmie Przemiany, dyskutował w Klubie Międzynarodowej Prasy i Książki,
działał w Klubie Młodych Twórców. Był artystą nawiedzonym, człowiekiem z
misją – barwnie kreśli sylwetkę Lachura.
Waniek: – Szkoda, że opuścił Katowice. Na Śląsku był kimś, a w Warszawie
rozpuścił się w tłumie uprzywilejowanych miernot.
Czemu wyjechał? – Katowice stały się dla niego za małe, za ciasne. Znał tu
już wszystkich i to mógł być powód wyjazdu – zastanawia się Tadeusz Kijonka.
Kiedy Lachur przeprowadził się do Warszawy, mieszkańcy stolicy często mogli
spotkać ekstrawagancko ubranego mężczyznę biegnącego ulicami Czerniakowa czy
Mokotowa.
– Myślę, że wielu warszawiaków zapamiętało sylwetkę biegnącego w
charakterystycznym kapeluszu artysty. Z tego co wiem, zawsze dbał o tężyznę
fizyczną, uprawiał gimnastykę. Pamiętam jak w Rewalu pokazywał jakiejś
chorej na serce dziewczynie technikę dobrego oddechu. Mnie też nauczył kilku
prostych ćwiczeń „na klatę” – wspomina bratanek z Sosnowca.
W tym samym czasie do Warszawy przeprowadził się wraz z rodzicami Jurek
Owsiak, który kilka razy spotkał wtedy Lachura. – To było na przełomie lat
60. i 70., gdy przeprowadziłem się na warszawski Czerniaków. Miałem wtedy
niewiele więcej niż siedem lat i na zawsze zapamiętałem sylwetkę człowieka,
który chodził po naszej dzielnicy. Nie sposób było go nie zauważyć – długie
włosy, kurtka budrysówka, dżinsy. Na owe czasy jak człowiek z innego świata.
Czerniaków to było takie ciemne miejsce, żulowska dzielnica, a on wtedy
pomagał tam „trudnej” młodzieży, pracował z 16., 17-latkami. To wymagało
wielkiej odwagi, siły ducha. On im pomagał, uczył grać w swego ulubionego
hokeja. To człowiek niezwykły – Owsiak barwnie kreśli postać znajomego przed
lat.
Rodzina rozbita na lodzie
Obraz Lachura ma w swojej kolekcji Stan Borys, znany polski wokalista i
kompozytor. – Poznałem pana Zdzisława podczas jednego z koncertów. On
pięknie malował, ale potrafił też niesamowicie tańczyć. Fascynowałem się
nim, życie w nim pulsowało, była to barwna i radosna postać. Mam podarowaną
przez niego ikonę wykonaną na płycie paździerzowej bardzo interesującą
techniką. Niedawno myślałem, żeby się z nim spotkać, a tymczasem nadchodzi
wiadomość o jego śmierci – kręci głową muzyk.
W poszukiwaniu wieści o malarzu docieram na Wybrzeże. Edmund Hulsz to w
Gdyni postać legendarna. W 1970 roku był przywódcą gdyńskich robotników
podczas strajku. – Późnym latem 2004 roku Zdzisław nie miał się gdzie
podziać i zamieszkał w moim domu. Był przez ponad rok. To był prawdziwy
artysta. Nie tylko jeśli chodzi o obrazy, ale także w niezwykłym zachowaniu,
sposobie mówienia. To był wielki filantrop bez grosza w kieszeni. Proszę
sobie wyobrazić, że jak tylko usłyszał o krzywdzie jakiegoś człowieka, to
natychmiast malował obraz, a potem ten obraz darował tej osobie – kreśli tę
nietuzinkową postać Hulsz. – Chciał zbawić świat. Miał nadzieję, że
wszystkie religie połączą się w jedną. W swoim malarstwie często w jednym
obrazie zawierał wątki z wielu religii. Zajmowały go narody ginące – Żydzi w
getcie, Indianie, narody, które znikły w ZSRR za komuny. W każdym człowieku
zwłaszcza biednym, widział króla. Każda kobieta, zwłaszcza uboga, to była
dla niego księżniczką.
Miał ogromną rodzinę. Pięć córek z pierwszą żoną i trójkę dzieci z następną
partnerką. Tymczasem sędziwy staruszek w ostatnich latach
|
|
życia co najmniej kilkanaście razy zmieniał miejsce
zamieszkania, czasami widziano go nocującego na klatkach schodowych, innym
razem w obskurnej piwnicy. Ja jesienią 2007 roku znalazłem go w maleńkim
pokoiku domu opieki z ledwie 700 złotową rentą. Kto winien? Czemu nikt z
rodziny nie pomógł? Zdarzało się, że konkubina Anna (poznana podobno dzięki
hokejowej pasji na Torwarze) wyjeżdżała do Indii, a w tym czasie starzec był
zdany wyłącznie na siebie. Bywało, że bezwzględnie eksmitowano go na bruk.
Bywało, że nocował na ławce w parku.
Córki z pierwszego małżeństwa uwielbiały ojca, kiedy jednak dowiedziały się,
że porzucił ich matkę Władysławę poślubioną jeszcze w czasie wojny, stanęły
murem po jej stronie. On sam odkąd poznał nową towarzyszkę życia, odwrócił
się od rodziny.
W Ameryce mieszkają dwie córki – Ewa i Noemi. Obie są znanymi artystkami. Ta
pierwsza pięknie maluje, jest projektantką i realizatorką kostiumów w
teatrze szekspirowskim, Noemi jest malarką i dekoratorką wnętrz, niedawno
miała wystawę w Nowym Jorku. Próbuję się z oboma umówić, porozmawiać. Kiedy
tylko dowiadują się, że chodzi o ojca, zapada cisza i temat jest skończony.
Ironia losu – w Bibliotece Śląskiej znajduję tygodnik „Panorama” z maja 1958
roku. A tam na zdjęciach szczęśliwa rodzinka, wspaniały ojciec, który
uwielbia swą żonę i dzieciaki. Dziennikarz stawia nawet Lachura za przykład
umiejętności powiązania pracy artystycznej i szczęścia rodzinnego!
Lachur na przełomie wieków borykał się z dramatycznymi kłopotami finansowymi
i jednocześnie wielkim problemem ze wzrokiem. Wiosną 2000 roku operacja oczu
była konieczna, bo malarz niewiele już widział. – W grę wchodziła spora
wówczas kwota, gdyż operacja miała być płatna. Artysta bowiem nie otrzymywał
wówczas emerytury, a więc i nie miał prawa do bezpłatnych świadczeń
medycznych. Postanowiłem mu pomóc na zasadzie: pożyczam 3 tysiące złotych na
operację, a odbiorę je w postaci obrazów lub temper, gdy poprawa wzroku
pozwoli mu wrócić do normalnego malowania. Nie znając realiów życia
Zdzisława popełniłem błąd. Zamiast pójść z nim do okulisty i zapłacić za
operację, dałem mu pieniądze do ręki. Tymczasem jego ówczesna rodzinka
uznała, że są pilniejsze wydatki, niż operacja rogówek starca. Zabieg
odwlókł się więc o wiele miesięcy. A jego efekty, być może w rezultacie
nieprzestrzegania przez pacjenta wszystkich zaleceń lekarza, okazały się
mniejsze, niż można było oczekiwać. Chociaż w warunkach i stresie, w jakich
żył Zdzisław, i tak poprawa wzroku była znaczna – opowiada Cezary Rudziński,
dziennikarz i przyjaciel Lachura.
Malarz o swoich dzieciach mówił mi wyłącznie ciepło. – Wszystkie są
wspaniałe, pięknie malowały, zrobiły kariery. Staruszek radzi jednocześnie,
jak wychowywać dzieci. – Broń Boże, nigdy nie bić! Nie wydzierać się na
dziecko! W latach 80. Lachur odizolował się prawie zupełnie od rodziny.
Kiedy umarł jego brat Maciej (również malarz) oraz siostra Jadwiga, on o tym
nie wiedział. Na rozmowę ze mną z najbliższego kręgu rodziny godzi się tylko
córka Maria, najstarsza z rodzeństwa, 62-letnia wrocławianka. Ojca nie
widziała kilkadziesiąt lat, wzrusza się, gdy o nim rozmawiamy. Za wiele
jednak mówić nie chce. Ale to ona przekazała mi koperty listów, jakie
wysyłał jej przed laty tata. Wszystkie pięknie ozdobione, wymalowane,
mieniące się kolorami. Maleńkie wspaniałe dzieła sztuki!
O hokeju nikomu ani słowa
Rozmawiam z Dieterem Kauffmannem. 74-letni emeryt, przed laty jako biznesmen
pracował w naszym kraju. Teraz Niemiec zauroczony Lachurem pisze w swoim
języku jego biografię. – Kiedyś kupiłem od niego jakiś obraz. Ułożyłem
banknoty według nominałów na jednym stosiku. Tymczasem on nagle wziął te
pieniądze, rozłożył na dwie kupki i jedną część bez wahania wręczył
dziewczynce siedzącej koło niego. Zdziwiłem się wtedy, pytam go, czemu dał
dziewczynce więcej niż zostawił sobie. On mi na to: matka tego dziecka
bardziej potrzebuje pieniędzy ode mnie, musiałem jej pomóc. Zaniemówiłem –
kończy Kauffmann.
Ale nie wszyscy byli dla Lachura jak wspomniany Niemiec. Ludzie, którzy go
nie znali, często źle się do niego odnosili. Stary artysta w stosunku do
każdego był otwarty i przyjacielski. W zamian nieraz spotykały go szykany.
Delikatniejsi pukali się w czoło, ale niektórzy posuwali się do wyzwisk i
nawet rękoczynów.
Malarz nie miał zwyczaju narzekać, w jednej z rozmów ze mną nie wytrzymał
najwyraźniej i wspomniał: – Panie Piotrze, źle mnie niektórzy czasami
traktują. A co ja im zawiniłem?
– To przez tematykę, którą malował. Zdzisław nie miał łatwego życia, wielu
ludzi, często młodych traktowało go jak kogoś najgorszego. Próbowali pobić,
wyzywali, często słyszało się słowo „Jude” – opowiada Anna Kolumpar,
towarzyszka malarza przez ostatnie ponad dwadzieścia lat jego życia.
W Polsce jedną z największych kolekcji prac Lachura ma Krzysztof Stawikowski,
były pięcioboista, potem pracownik hotelu. – Udało mi się, gdzieś kupić jego
rysunki jeszcze z lat 50. Spotykam pana Zdzisława i pokazuję mu je, a on
chwyta za farbę i zaczyna je przerabiać. To przecież moje, mogę to zmieniać.
Tamte prace nie były zbyt doskonałe – wytłumaczył mi. Lachur przez większość
swoich dni wiódł życie na skraju ubóstwa. Wielokrotnie zwracał się do
znajomych z prośbą o pomoc finansową, by mógł utrzymać rodzinę. – Moja mama
dziwiła się, po co mi tyle obrazów Lachura. On sam wytłumaczył jej, że nie
będę żałował, że zbieram jego dzieła. – Jestem jak Chagall. Zobaczy pani,
kiedyś pani syn będzie bardzo bogatym człowiekiem – relacjonuje słowa
Lachura Stawikowski.
Lachur w wieku 88 lat u progu nowego roku postawił przed sobą nowe zadanie:
wykonać nową wersję Pocztu Królów Polskich! Ponad sto lat temu Jan Matejko
uwiecznił we wspaniałych portretach wszystkich polskich władców. – To była
genialna praca. Chciałbym, by grupa artystów ze Śląska i Zagłębia opierając
się na dziele Matejki, stworzyła na nowo Poczet Królów Polskich. Według
własnych wizji, każdy po swojemu – zaproponował na łamach katowickiego
dodatku „Gazety Wyborczej”. Chce, by całość została wystawiona na Zamku w
Będzinie. Dzień później zmarł. We śnie. Zostawił po sobie portret jednego z
królów – Kazimierza Wielkiego.
Jurek Owsiak przypomina, jak przed kilku laty wiekowy ten artysta odwiedził
jego siedzibę. – Rozmawiamy, a on nagle ni z tego ni z owego zaczyna...
robić pompki. Niesamowity gość!
Kiedy z kolei ja spotkałem Lachura podczas jednego krótkiego spaceru
zaskoczył mnie trzykrotnie: najpierw nieoczekiwanie poderwał się do biegu
(wyobraźcie sobie galopującego przygarbionego blisko 90-letniego staruszka),
chwilę potem ku zdumieniu przechodniów ucałował drzewo (bo w nim tkwi
energia życia), a po chwili zaczął wymachiwać rękami niczym rasowy
gimnastyk. – Niech pan zgadnie ile wynosi mój rekord w takich wymachach? –
powiedział mi wtedy. – Sześć tysięcy! Nieźle, prawda?
Marzył, że zostanie zawodowym hokeistą i zagra w Kanadzie. Czy mu się to
udało? On sam opowiada, że krótko przed wojną był tam i grał w jednym z
klubów. Na Czerniakowie mówili o nim nawet Kanadyjczyk. W Niemczech powstaje
książka o nim. Autor pisze, że Lachur grał w Kanadzie w Kolumbii
Brytyjskiej. Kiedy rozmawiam z Owsiakiem, pierwsze pytanie twórcy Wielkiej
Orkiestry brzmi: – On faktycznie był tym hokeistą w Kanadzie?
Legenda, którą stworzył wokół siebie malarz niesamowicie łączy się z równie
bajkową rzeczywistością i trudne je oddzielić... W rozmowie ze mną artysta
kilka razy wspomniał o hokejowym epizodzie w kraju klonowego liścia.
– Ale niech to pozostanie naszą tajemnicą – zastrzegł i mruga
ostrzegawczo...
16 stycznia 2008 roku w położonym na krańcach Warszawy Cmentarzu Komunalnym
Północnym odbywa się pogrzeb Lachura. Na pogrzebie artysty ledwie
dwadzieścia kilka osób. Brakuje władz gminy, przedstawicieli bielskiego
Studia. Nie ma fanfar, zabrakło nawet nekrologu przy cmentarnej kaplicy, a
ksiądz, który odprawia mszę ani słowem nie wspomina, kim Lachur był. W
dodatku po dwóch stronach kaplicy podzielona jakby niewidzialnym murem
rodzina – z jednej strony córki z pierwszego małżeństwa (dotarły trzy z
nich), a z drugiej konkubina Anna ze swoją rodziną.
Rzeczy materialne nigdy dla Zdzisława Lachura się nie liczyły. On sam poza
obrazami, które cały czas malował, nie miał nic. Żadnych fotografii,
dokumentów, przedmiotów. |