– Najwcześniejsze zapamiętane?
– Obraz. To pewnie brzmi nieszczególnie wiarygodnie, ale właśnie obraz
zapamiętałem z najwcześniejszych lat. W moim rodzinnym domu w Moskwie przy
prospekcie Gorkiego wisiał w jadalni pejzaż Isaaka Lewitana, jedna z wersji
jego słynnych „Jesieni”. Ciepłe cynobrązy, łagodny kontur, nostalgia... Ktoś
go zawiesił jakoś wyżej niż powinien wisieć, więc zawsze mimo upływu czasu
trochę zadzierałem głowę. Piękny obraz. No, to był w końcu klasyk
rosyjskiego malarstwa.
– Reprodukcja?
– Najprawdziwszy oryginał. Dosyć sporych rozmiarów.
– Dom zatem miałeś zasobny?
– Jak na tamte czasy w ZSRR. Chociaż prawdę powiedziawszy nie pamiętam
żadnych luksusów. A co znaczy luksus wiedziałem i to nie najgorzej, bo wujek
ze strony ojca miał wtedy w centrum Moskwy jedną z najlepszych restauracji.
Ale mogłem się tylko przyglądać.
– Kto w domu był ci najbliższy?
– Naturalnie mama. Przede wszystkim i najbardziej. Pochodziła z mniej
zamożnej rodziny niż ojciec, za to zdecydowanie bardziej inteligenckiej,
wysublimowanej. Wrażliwość to ona. Od początku popierała mnie w
młodzieńczych marzeniach związanych ze sztuką, bo ojciec jak słyszał
„artysta malarz” to zaraz odwracał głowę. „Niepoważne! Niepewne!”,
oczekiwał, że skończę politechnikę.
– Ale dzieciństwo pod tym obrazem Lewitana upływało, jak słyszę, raczej
błogo?
– Nie do końca, bo ja chorowałem często. Na szczęście w domu panowała
najprawdziwsza harmonia i łagodność, nigdy nie słyszałem żeby ojciec na mamę
podniósł głos, a dzisiaj także z perspektywy własnego życia, w którym bywało
różnie, oceniam ich związek jako idealny. Kochali się. Pamiętam też jak
często i długo rozmawiali ze sobą, zresztą rozmowy to był prawie domowy
rytuał. Na przykład przy kolacji, kiedy rodzice wrócili już z pracy każdy
opowiadał jak minął dzień, z czym się zetknął, co o tym myśli. Cieszyłem się
na te chwile. No i częste wizyty w miejscach związanych z kulturą, a w
Moskwie bez względu na czasy i polityczne klimaty naprawdę jest gdzie pójść.
Ja do Filharmonii zaglądałem po kilka razy w miesiącu, przepiękna sala,
znakomite wprowadzenia do koncertów, pamiętam do dziś recital Palecznego, no
słowem dbano żebym jak najwięcej mógł zobaczyć i przeżyć.
– Talent objawiłeś wcześnie?
– Od wczesnych lat rysowałem, lepiłem, malowałem i śpiewałem.
– ?
– Tak, głos miałem ponoć niezły, a jako 16-latek byłem w nie lada rozterce
czy nie wybrać się na wydział wokalny Akademii Muzycznej. Ci którzy mnie
znali twierdzili, że grzech taką szansę marnować. Nieoczekiwanie mama wybiła
mi to wszystko z głowy, „słaby jesteś, ciągle chorujesz, a to są wieczne
wyjazdy, po nocach powroty, nie dasz rady”... No i nie odznaczałem się
niestety szczególną urodą czy jakąś estradową prezencją. Koniec końców
wybrałem malarstwo.
– Czasy o których rozmawiamy to przełom lat 50. i 60. Twoja młodość z
Chruszczowem w tle.
– Ja jeszcze Stalina pamiętam! Miałem 6 lat i to było chyba jego ostatnie
publiczne wystąpienie, manifestacja z okazji rocznicy rewolucji. Ojciec
zabrał mnie na plac Czerwony i niósł „na barana” przez cały pochód, szliśmy
z jego zakładem pracy, morze ludzi, ogłuszająca muzyka z głośników, krzyki,
ja pod trybuną zacząłem z całych sił też machać i krzyczeć, bo mi się
udzieliło to całe szaleństwo. I zdawało mi się, że on mi nagle odpowiedział,
„odmachał”... Ale to pewnie dziecięca wyobraźnia, ciśnienie tej całej
sytuacji.
– A potem Stalin umarł.
– To też zapamiętałem wyraźnie, ten autentyczny płacz. Płacz dorosłych na
ulicach, w sklepach, dziecko czegoś takiego nie rozumie, dziwi się, a potem
boi. Syreny wyły, ludzie mieli ściągnięte twarze, rozmawiali nagle bardzo
cicho. To też szybko minęło, nastawał Chruszczow. Powroty z gułagów, coś się
zmieniało, jakby na lepsze. W naszej kamienicy mieszkał pewien człowiek,
kucharz lepszej restauracji w śródmieściu, i nigdy nie zapomnę jak mówił na
klatce schodowej półgłosem; „Stalin zabijał ludzi... ciiiichoo... Stalin
zabijał naszych, mnóstwo ludzi... tylko nikomu o tym nie mówcie... nie
wolno!”. No więc takie zdarzenia jak to, dręczyły mnie i nie dawały spokoju.
Długo, bo strach nie minął i za Chruszczowa. Pamiętaj że żyło wciąż
pokolenie, które przeżyło niewyobrażalne. No więc takie jest to moje
dzieciństwo i dojrzewanie w Moskwie. Dobry, bezpieczny dom, a na zewnątrz
dużo groźnego i często niepojętego. Przynajmniej dla mnie.
– Pierwsze kontakty z Polską?
– Tania, moja kuzynka, kończyła wówczas studia na uniwersytecie w Moskwie, a
w 1957 odbywał się u nas Światowy Festiwal Młodzieży. Ona tam ostro działała
organizacyjnie, miała mnóstwo przyjaciół wśród studentów z różnych krajów,
oczywiście także Polaków. Kręciłem się przy nich. To była jednak nie lada
atrakcja, jakiś powiew innego świata, a do Polaków ciągnęło tym bardziej, że
lubiłem wasz język. Regularnie kupowałem sobie „Kobietę i Życie”, wiem
że to zabawne, ale na ostatniej stronie, świetnie zresztą redagowanej, była
przekomiczna „Satyra w krótkich majteczkach”, zaraz obok „Plotki o Paniach i
Panach” naprawdę z wielkiego świata, więc czytałem coraz więcej i coraz
więcej z tych tekstów łapałem. Potem naturalnie „Przekrój”, coraz większa
fascynacja Polską, tym |
|

|
Z
Georgijem
Safronowem
rozmawia
Maciej M. SzczawiŃski
|
Połowa
życia
na Śląsku

jakimś luzem, oryginalnością. U nas tego nie było.
– A Polacy, których poznawałeś w Moskwie?
– Pomijam już naprawdę znakomite rozmowy, rodzaj dowcipu i poziom. Ważne
było jeszcze coś. Otóż często przywozili ze sobą książki, o których my nawet
nie słyszeliśmy, a kończyły się już lata 60., zaczynały 70. Na przykład
Latynosi, Marquez, Cortazar, Fuentes, cała ta polska świetnie redagowana
seria, no i paradoks największy czyli nasza rosyjska literatura. U was jak
się to mówi już kultowa, a tutaj niedostępna, albo zakazana. Ja w ten sposób
przeczytałem, po polsku, „Mistrza i Małgorzatę”. Podobna sprawa z
malarstwem. My na przykład o Modiglianim dowiedzieliśmy się dopiero w latach
siedemdziesiątych! Ja co prawda coś niecoś już liznąłem, m.in. z
„Przekroju”, ale kiedy w Moskwie pokazano jego dwa obrazy /73? 74? / to w
kolejce stało się po 4-5 godzin. Dłuższa była niż te do Mauzoleum Lenina.
Tak, apetyt na poznanie czegoś nowego był w Rosji kolosalny, a obcowanie z
Polakami i wszystkie rozmowy po nocach, to naprawdę rodzaj uczty.
– Twoje studia?
– Oczywiście w Moskwie. Wyższa Szkoła Poligraficzna, prawdziwa wylęgarnia
niepokornych i niespokojnych jak na tamte czasy artystów. Nikt nas tam nie
ograniczał, nie naciskał ani ideologicznie ani estetycznie, natomiast na
innych uczelniach wciąż panował niepodzielnie realizm.
– Z wyraźnie socjalistycznym obrazowaniem.
– W takim czy innym ujęciu Lenin, sierp i młot plus proletariacka tężyzna.
My mogliśmy inaczej. Przede wszystkim istniała ta wspaniała odskocznia,
czyli wielka rosyjska literatura jako super temat do ilustracji. Puszkin,
Lermontow... Zatem coś nie do podważenia, a my mogliśmy urwać się ze smyczy.
Naturalnie wykładano historię WKP(b), odbębnić trzeba było, ale właśnie
odbębnić. Tak to traktowali też wykładowcy, natomiast sprawy artystyczne
sumiennie oddzielano.
– Kto cię wtedy najmocniej fascynował?
– Przede wszystkim Falk. To był rosyjski Żyd, wspaniały, mądry i niezależny
artysta, chociaż zafascynowany francuską sztuką XIX i XX wieku. Była taka
głośna wystawa w Maneżu, m.in. pokazywano też Falka i tę wystawę zwiedzał
Chruszczow. „Afera! Skandal!”... Chruszczow tupał, krzyczał i wściekał się,
że takie obrazy w ogóle ktoś ośmiela się pokazywać, że to są obce i wredne
bohomazy a nie sztuka.
Przy okazji dostało się jeszcze kilku innym artystom
tam wystawiającym, cała prasa, radio i telewizja tym się zachłystywały, taaakie nagłówki: „Chruszczow w Maneżu! Oburzenie! Ideologiczna walka o
umysł człowieka radzieckiego!”... Dzisiaj to już trudno wytłumaczyć czy
nawet pojąć. Więc dla mnie ten Falk od razu był kimś ważnym, intrygującym.
Zacząłem się nim interesować, na ile jego poglądy na sztukę są do przyjęcia,
jakie drzwi otwierają. I tak, to było to! On jest podobny do Cezanne’a,
uwielbiałem jego obraz „Czerwone meble”, też wtedy, nie wiedzieć czemu,
zakazany... Dzisiaj możesz go sobie obejrzeć w Galerii Trietiakowskiej.
– Kto cię uczył?
– Wielkie nazwiska. Malarstwa Zacharow, Gonczarow grafiki. Postaci z
podręczników i encyklopedii.
– Fascynacji artystycznych w życiu miałeś sporo. Ale „twardy dysk” twojej
sztuki jest chyba jednak mocno rosyjski?
– Pamiętasz początek naszej rozmowy? Ten obraz Lewitana w naszej jadalni w
Moskwie? No więc to jest właśnie ta „pestka”, to centralne, co zostało w
podświadomości. Czyli spojrzenie na świat i na sztukę oczami, jednak,
realisty. Kiedyś, będąc we Francji, zwiedzałem słynne dzięki impresjonistom
miasteczko Saint Paul
|
|
Provance. Oczywiście muzeum, galeria, świetna kolekcja z
Picassem i najlepszymi abstrakcjonistami, a na podłodze siedzą albo leżą
5-6-letnie dzieciaki. I słuchają. Wychowawca czy nauczyciel opowiada im o
tych obrazach, o malarzach, a ci słuchają z otwartą buzią... Widocznie jest
jakiś sposób trafiania do dziecka z takimi zjawiskami, albo facet miał po prostu talent, nieważne. Co
innego jest istotne w tej anegdocie. Otóż myśmy tego w ogóle nie znali, ba!
nie wiedzieli, że coś takiego istnieje. Druga połowa XX wieku, Moskwa,
artystyczne kręgi – i zero wiedzy. Założono klapki na oczy, idź tylko
prosto, czyli realistyczne spojrzenie na świat, najlepiej przez szkiełko
ideologii... Akceptowano ewentualnie część impresjonizmu i tylko dlatego, że
z politycznych względów twórcy byli jakoś do zaakceptowania. A tutaj, w tym
Saint Paul Provance, od szczenięcych lat najbardziej wysublimowane formy
sztuki podawano na tacy! Mnie na tacy podano Lewitana. I dobrze, że akurat
jego, bo artystycznie to jest jednak wysoki poziom. Wszystko, co działo się
potem, wszystkie ambicje, moje spóźnione fascynacje, nadrabianie zaległości
zawierało w sobie już ten „grzech pierworodny” ograniczenia. Każdy czerpie
ze swoich zapasów i to go wyposaża na dalsza drogę.
– Uważasz, że twoje zapasy były marne?
– To chyba nie najlepsze słowo. Ważną częścią tego „posagu” był przecież
wściekły głód nowego, innego. Czegoś pod prąd. Dlatego jak dzisiaj patrzę na
swoje obrazy, nawet najnowsze, to ciągle widzę napięcie między czymś co już
wiem i pewnie jakoś umiem, co już „nadrobiłem”, a najwcześniejszym i jednak
bliskim sercu realizmem. Czyli ten Lewitan tam wysoko, na ścianie
dzieciństwa, ciągle się mocno trzyma.
– Kiedy przyjechałeś do Polski?
– W 1978 roku. Do tego czasu zdążyłem być tu kilkakrotnie, no wiesz, z
jednej strony dżinsy, buty, skórzane kurtki, a z drugiej nieobecne u nas
filmy, książki, wystawy. Wszystko zdawało się takie kolorowe i
optymistyczne, bo Moskwa była szara. Naturalnie Wysocki, Okudżawa, znakomici
artyści, niektóre teatry, ale codzienność, czyli coś najbardziej
dojmującego, była szara i szorstka. Przyjechałem do Polski na stałe. Miałem
już żonę Polkę, która studiowała w Moskwie na Uniwersytecie Łomonosowa i
robiła doktorat, w Moskwie urodziła nam się córeczka, zatem klasyczne
„łączenie rodzin”.
– Masz dokładnie 60 lat. Połowę życia przeżyłeś w Polsce, na Śląsku.
Jubileusz, seria wystaw, z tą najważniejszą, czyli retrospektywą w
Bibliotece Śląskiej w Katowicach. I imponujący katalog, prawdziwa
artystyczna dokumentacja twojej twórczości. To sprzyja refleksjom
bilansującym...
– Dzięki Marszałkowi Województwa Śląskiego i Fundacji dla Śląska mam katalog
naprawdę porządny. To dla każdego malarza jest bardzo istotne, ważniejsze
nawet niż same wystawy, które powiszą, powiszą i znikną. To wydawnictwo
potwierdza coś na czym ogromnie zawsze mi zależało: wierność kolorowi.
Kolor, kolor i jeszcze raz kolor. W malarstwie najważniejszy. Tak mnie
uczyli w Moskwie Gonczarow i Zacharow, tak też to czuję dzisiaj. Rysunek
jest cieniutką linią, pajęczynką, najczęściej precyzyjną i jednoznaczną, a
kolor, plama, która się rozlewa, przyjmuje różne formy. Różnie brzmi. Ileż w
tym może być smaku, światła, nawet zapachów, Cezanne, Falk, też Picasso,
albo w rosyjskiej tradycji Wróbel czy Lewitan. Jak oni kochali kolor!
Dostrzegam też u siebie, w tym „bilansującym” nastroju, nutę typowo
rosyjskiego realizmu. Musiał się we mnie zalęgnąć i zostać, bo to jest
jednak coś nieodpartego, to idzie od prawosławia, od ikon, od tych
przestrzeni naprawdę nie do ogarnięcia. I ich spokoju.
– Dużo jeździsz po świecie. Najczęściej ze sztalugami i pudłem farb.
– Bywam często we Francji, we Włoszech, w Niemczech i Hiszpanii. Kocham
Pragę, 4-5 razy w roku muszę tam być i malować. Udaje mi się też wystawiać
za granicą w niezłych galeriach. Ale moje podróże to także Park Kultury i
Wypoczynku w Chorzowie, codziennie rano tam chodzę i fotografuję. Tysiące
zdjęć. Ja wiem, że większości nie wykorzystam, ale to silniejsze ode mnie:
złapać, zatrzymać przemijanie na moich oczach liści, szronu, albo mgły nad
stawem.
– Od kilku lat masz, chyba jedyną w Katowicach, autorską galerię przy
Kochanowskiego. Przychodzą...
– Najmniej przychodzi tutejszych artystów. Odczuwam ich niechęć. Przykre, bo
nikomu przecież nie zagrażam ani nie zawadzam. Ja sprzedaję tylko swoje
prace. Szukam środków na przeżycie, jak każdy.
– Jak ci idzie?
– Pierwszy rok był najlepszy, teraz jako tako. Zaglądają ci, którym wciąż
jest bliska, przynajmniej jako punkt wyjścia, szkoła realistycznego
malarstwa. Albo ci którzy lubią akwarelę, chociaż znakomitych akwarelistów
tutaj jest wielu.
– Największy sukces?
– To że wciąż mogę malować. Od paru lat poważnie choruję, było już źle.
Profesor Sieroń z Bytomia wyciągnął mnie jakimś cudem z tej strasznej
sytuacji w jakiej się znalazłem i – dosłownie odżyłem. Na tyle, że prowadzę
samochód i maluję.
A był moment że dosłownie połamałem pędzle. Więc to jest mój największy
sukces, największa radość. Zrobię wszystko, żeby to trwało jak najdłużej. |