Nawet niezbyt zagorzałym śląskim autonomistom nie zależy na takich jak ja Ślązakach, a współczesnym twórcom wizerunku Dolnoślązaka nie bardzo pasuje mój portret własny. Do dolnych czy do górnych Ślązaków zalicza mnie grono profesorów i rachmistrzów? („Śląsk” Nr 150, kwiecień 2008 patrz: Ankieta: Ile jest dziś Śląsków?)
Wrocławskie gazety, radio, telewizja popularyzują wizerunek Dolnoślązaka, a więc człowieka mieszkającego w regionie, którego stolicą jest Wrocław. Prawdopodobnie chodzi też o mnie, a więc o faceta, który urodził się w tym mieście, wychował, wykształcił, zakochał, został ojcem, ale – i tu jest kłopot z moją tożsamością – prawie całe zawodowe życie reportera spędził na Górnym Śląsku. Ale co tam ja?!
 

A kim są starzy Wielkopolanie, których – wierzyć się nie chce – w powojennym Wrocławiu było najwięcej, bo przyjechali na Dolny Śląsk pierwsi, gdyż mieli tu bliżej do wolnych domów i ziemi niż wilniuki i Iwowiacy, nie mówiąc o milionach przybyszów z Centralnej Polski i Ściany Wschodniej. Co im wpisać na świadectwie życia? Dolnoślązacy?
Chyba jednak nie za bardzo, skoro w 1947 roku 73,5% mieszkańców Wrocławia to byli migranci wewnętrzni. Prawie 15% z Poznańskiego i 14% z Warszawskiego. I dalej: Kieleckie – 8%, Rzeszowskie – 7,6%, Krakowskie – 7,7%, Łódzkie 6,5%, Pomorskie 4,4%, Śląskie 4,4%, Białostockie – 2,85%. Osadnicy przybywający do Wrocławia i na Dolny Śląsk pochodzili przeważnie z przeludnionych wsi i małych miast – 81,2% migrantów.
Wysiedleni z dawnych województw wschodniej Polski stanowili razem 20,5%, z czego najsilniejsza była reprezentacja lwowskiego 9,8%, podczas gdy z wileńskiego 2,8%, stanisławowskiego, tarnopolskiego i wołyńskiego – 6,4%, poleskiego i nowogródzkiego – 1,5%. Zabużanie byli we Wrocławiu szczególnie widoczni; pielęgnowali swą regionalną odmienność, choć władza uważała to za polityczną prowokację, piszą historycy. Brzmi to wyjątkowo absurdalnie nawet teraz, gdy swą regionalną odrębność zachował bez najmniejszej skazy dziadek Jędruś, absolutnie jej nie pielęgnując. Wierny sobie staruszek, po prostu.

Jaki ze mnie Dolnoślązak?
Taż ja spode Lwowa...


Czekał na mnie pod starym dębem i od niego zaczął opowieść: – Nie mówił ja nikomu o tym, ale to we mnie narastało latami, jak słoje tego starego dębu przed domem. Sadził go niemiecki dziadek, o którego zeschłe ciało z czapką na głowie potknął ja się w piwnicy, zaraz jak tu z ojcem my przyjechali w czterdziestym piątym. Ja nie wiedział, co z tym zrobić, więc zapytał ja ojca. A on do mnie: Ta ty nie wisz, co się z trupem robi? No, chowa się, odpowiedziałem. Tak i pochowaj go, a ja się rozejrzę za chlebem – rzekł ojciec i pojechał na koniu do miasta, znaczy do Wrocławia. A ja poszedł w przeciwną stronę. Na cmentarzu, za rzędem grobów, był lej po bombie czyli ruski lotnik już mi pomógł, jako grabarzowi. Wracając po nieboszczyka pomyślał ja o krzyżu na jego grobie. Teraz to sobie tego strupiałego człowieka wyobrażam jako siebie żywego, także dziadka, który może tak jak ja swojej wnuczce tutaj powtarzał: – Umrę, to róbcie co chcecie w tym domu i w ogrodzie za stodołą, ale póki żyję, ja tu rządzę – pan Jędruś otarł łzę, skarżąc się na oko, za wrażliwe na słońce i mówił dalej tak:
– Tamtego pierwszego dnia mojego tutaj życia, ze szpadlem i trupem na taczkach, dojechałem na ten mały cmentarzyk poniemiecki tuż przed zachodem słońca. Owinął ja jego w jakąś starą plandekę, zepchnął ja ciało do dołu, ale nie zasypał od razu. Ja się przeżegnał i powiedział do niego jak do żywego człowieka: – Tyś mi nic złego nie zrobił, ja tobie też nic, więc śpij w spokoju, i niech ci ta ziemia, na której teraz ja z ojcem będę gospodarował, lekką będzie. Zasypał ja lej z tym dziadkiem w czapce, wzgórek przyklepał szpadlem, wbił krzyż, znów się przeżegnał i wrócił do domu. Siadł ja na schodach i czekał wtedy na ojca jak dziś na pana, żeby o tym opowiedzieć. To był zrujnowany, pusty dom. Widzieliśmy z ojcem, jak w sąsiednich, lepszych domostwach jeszcze niemieckie rodziny były, ale już ich wypędzali jak bydło z obory ci pazerni ludzie z centralnej Polski i z Poznańskiego, co po nas przyjechali. Raus, Szwaby jedne, won... – rolnik przerwał swą opowieść, zamyślił się, znów otarł łzę i dla niepoznaki poskarżył się na piekące od słońca oczy: – My na Wschodzie też to słyszeli: Won! Ale ja mam czyste sumienie, bo nikogo z tego ani żadnego innego domu my na tej wsi nie wyrzucili... Prosto od kozy mleko pan woli czy prosto od krowy? – zapytał mnie pan Jędruś, podobny do mego, świętej pamięci, ojca chrzestnego, stryja z mazowieckiej wsi.
Popijając kozie mleko prosto z lodówki, rozmyślaliśmy nad tym, kogo winić za wędrówki ludów w naszej historii. Stary rolnik spode Lwowa pytał siebie i mnie: – Komu mam darować winę za wyrządzoną mi krzywdę? Wszystko co tam miałem w dzieciństwie i młodości przepadło – nawet ten piękny księżyc – kalendarz. Nie taki jak ten tu, nad nami. Czy w pełni, czy nie – żadnych obrazów. I nasz dom, i tamten nasz sad, w którym rosły najlepsze jabłka na świecie – wszystko my tam zostawili. A tu co? Nawet nie taka jak tam woda; tamta z naszej studni była najczystsza, źródlana. Kogo winić? Chyba nie Los – bo jemu wszystko wolno. Pan Jędruś z dolnośląskiej wsi powtarza: – Jaki ja Dolnoślązak, taż ja spode Lwowa jestem. Jak jego żona, która na Ukrainie uratowała starszego brata ubierając go w swoją sukienkę, chustkę i pantofle. Ów brat cudem przeżył mordy i egzekucje na młodych Polakach, urządzane przez banderowców, ale i tak zginął na Wale Pomorskim, o czym już po wojnie dotarła do niej ta wiadomość. Już tu, do wsi Trestno, tuż za granicą miasta Wrocławia. Tu, w maleńkim ewangelickim kościółku wiejskim, prześwięconym na rzymsko-katolicki, brali ślub, jako pierwsza para Polaków. On spode Lwowa, ona spod Kołomyi. Ona powtarza mi któryś raz: Jakby ja mogła, to by ja w każdej chwili tam wróciła.
Opowieść, o tym jak się spotkała ta para (Dolnoślązaków?) jest komiczna i zadziwiająco piękna jak życie, które jest zbiegiem okoliczności.
Nazajutrz po przyjeździe do wsi Trestno, ojciec z synem, młodziutkim poborowym Jędrusiem, jak już się dobrze wyspali, pojechali wozem do stacji Brochów, gdzie pod wieczór miał przyjechać z Kresów kolejny pociąg towarowy z wygnańcami i ich zwierzętami.
– Mój ojciec kazał mi pilnować wozu i konia, a sam szedł wzdłuż pociągu z repatriantami i krzyczał: Ja wdowiec spode Lwowa, szukam kobiety z krową, szukam kobiety z krową!
– A z krową i córką może być? – zapytała i uśmiechnęła się niby żartem kobieta z kolorową chustką na głowie.
– A gdzie one, na Wschodzie? Bo coś ich nie widzę? – też zaśmiał się chłop spode Lwowa, co z niewielkiej odległości obserwował jego syn Jędruś.
– A ło, to i one – wskazała kobieta w chuście na córkę i krowę, które wyszły zmęczone podróżą towarowym pociągiem, tak jak wczoraj on z synem i koniem. Bractwo połączyło się we wsi Trestno nad Odrą i tak powstała kolejna rodzinka – Dolnoślązaków?
By tak o nich powiedzieć nie starcza nawet tych wszystkich lat po wojnie, w której zginęli ich bliscy. Ona, pani Anna, zgarbiona i ledwo chodząca, jak jej mąż, dziadek Jędruś, dziś by wrócili do rodzinnych wsi na Ukrainie. Rodzinę pani Anny oszukał tam proboszcz, do którego pieniądze za ciężką pracę słał z Argentyny jej ojciec, emigrant zarobkowy. Myślał, że ksiądz przekaże dolary jego żonie, ale on skorzystał z okazji, że wybuchła wojna i przepadł bez wieści z pieniędzmi. Nie wiadomo, czy jest w niebie, czy w piekle ten ksiądz. Jeśli Dolnoślązaków odróżniać tylko po miejscu aktualnego stałego zameldowania, to i ich wpisujemy na tę listę. Ale zaraz ich też skreślamy z tej listy, bo takimi się nie czują i jakby mogli, to wróciliby tam jeszcze dziś wieczorem autobusem kursującym na trasie Wrocław – Lwów. Podwiozłem ich trzy lata temu na dworzec autobusowy, bo bardzo chcieli zobaczyć przed śmiercią swoje wsie na Kresach Wschodnich. Wrócili zachwyceni powietrzem, wodą, ludźmi, a nawet księżycem, który tam, według pana Jędrusia, jest kalendarzem z obrazami.
– Jest na księżycu obraz chłopa za pługiem, wiadomo, pora orki – wspomina tę podróż dziadek Jędruś, który wie co mówi, bo całą pierwszą noc przesiedział w domu krewnych spode Lwowa na balkonie.

Wrocławianka z Wilna

Wielu jest takich, którzy ciągle na Dolnym Śląsku nadal czują się wygnańcami z Kresów, spode Lwowa czy z Wileńszczyzny. I wielu też ma z tym problemy, jak moja matka, która już tu, we Wrocławiu, nas troje urodziła i czuje się wrocławianką z Wilna, a nie Dolnoślązaczką. Ale tęskniła całe życie za tym magicznym i słynnym Wilnem, uczyła się tam w gimnazjum przy Ostrobramskiej, a potem tylko rok w liceum, bo wybuchła wojna. Nosiła bibułę dla akowców do lasu, a jak któregoś dnia wracała z tajnych kompletów do domu, była obława i łapanka. Zawieźli ją do obozu pod Rygą, gdzie poznała mego przyszłego ojca, partyzanta AK z Mazowsza. Przeżyła koszmar, ale zawsze jak wspominała swe dzieciństwo i młodość na Kresach, to często powtarzała, że było tam wszystko najpiękniejsze.
Za kulisy matczynych wspomnień z Wileńszczyzny postanowiłem zajrzeć dopiero za środkowego Gierka. Z góry założyłem, że obsadzę ją tam, w Wilnie, w roli głównej, podobnie jak Thornton Wilder swą dziewczęcą bohaterkę w sztuce „Nasze miasto”. Próbuje ona po wielu latach znów zaistnieć w swym rodzinnym mieście, gdzie nikt już jej nie poznaje; miasto nie czekało na nią, żyjąc swoim życiem, bez niej. Wileńszczyzna z lat dzieciństwa i wczesnej młodości mojej matki – to była sceneria najpiękniejszych historii, jakie w życiu usłyszałem z jej ust. Dlatego tam postanowiłem z nią pojechać.
W piękny majowy dzień przyjechałem z Katowic do Wrocławia i powiedziałem matce o naszej wspólnej wycieczce do Wilna, którą wykupiłem w Orbisie za honorarium i nagrodę Polskiego Radia za słuchowisko „Na nowej drodze”. Matka zapytała, o czym to jest, więc jej streściłem; młoda inżynier kieruje budową dwupasmowej drogi, która pod koniec tego odcinka przetnie, a więc unicestwi ogród i przedwojenną chałupę starego, samotnego człowieka, u którego firma budowlana wynajęła dla niej kwaterę. Staruszek już dostał odszkodowanie i


Anna i Andrzej Czuchniccy
z Trestna nad Odrą czy z Kresów Wschodnich?

 


 ZBIGNIEW FIGAT
 

 Dolnoślązacy?

mieszkanko w bloku, no ale do ostatniej chwili nie może się ani ze swym domem rozstać, ani z młodą, dynamiczną dziewczyną, której w radiowym koncercie życzeń, zadedykował piosenkę Czerwonych Gitar „Nie spoczniemy, nim dojdziemy” z życzeniami szczęścia na tej nowej drodze. Radiowy prezenter koncertów życzeń rutynowo, tak od siebie, dopowiedział „życia”, no i wyszło na to, że staruszek z nią chce się żenić. Jakby na potwierdzenie tych mylnych przecież przeczuć, młoda inżynier otrzymuje od starego miłośnika kanarków, zaproszenie na wykupioną już przez niego wycieczkę na Wyspy Kanaryjskie. Dziadek tylko chce tak uczcić ich wspólne życie na kwaterze i pogodne rozstanie. Pragnie, aby mu towarzyszyła, nic więcej. A ona nic z tego nie rozumie – bo ciągle tylko stare burzy i nowe buduje. Temat w sam raz na tamte czasy wielkich inwestycji, chociaż i dziś go polecam reporterom, bo mamy program budowy autostrad, Euro 2012 i tak dalej. Idealny temat w każdym sezonie politycznym.
– To jest cud nad Odrą – mówiła wtedy matka, gdy szliśmy przez Mosty Pomorskie do Rynku. – Ja, po tylu latach, jadę ze swoim pierworodnym synem do Wilna!
Ze łzami w oczach patrzyła na Odrę jakby już wprawiała się w stan zachwytu na tym moście, pod którym płynnie Wilia, a nie Odra. Nie radziła sobie z wyobrażeniami o tej podróży na Kresy. Tylko raz i tylko na Zachód jechała tą trasą do Wrocławia pociągiem wraz z mnóstwem wygnańców. Mało tego – wtedy, gdy zamierzaliśmy jechać do Wilna, moja matka nigdy jeszcze, w żadną inną stronę świata, nie przekroczyła granicy Polski i jak miliony Polaków, nawet nie starała się o paszport. Wtedy oboje, żeby wyjechać, musieliśmy sobie załatwić tak zwane wkładki paszportowe PRL. Gdy w końcu, wyczekując w kolejkach, już ich odbiór pokwitowaliśmy, pozostał nam tylko jeden dzień do wyjazdu. Matka poświęciła go na zakup pięciu parasolek i kilku metrów sztucznego materiału zwanego bistorem, który tam idzie jak woda – do czego namówiła ją sąsiadka, która właśnie wróciła z ZSRR. Mieliśmy to w Wilnie sprzedać, żeby kupić za ruble po złotej obrączce dla mnie i brata. Dla siostry planowaliśmy przemycić złoty łańcuszek, a dla matki pierścionek z rubinowym oczkiem, matki, żeby miała pamiątkę z tej wyprawy do utraconej krainy dzieciństwa i wczesnej młodości. Plan ekonomiczny wykonaliśmy w stu procentach, a sentymentalny chyba w połowie.
Wyjechaliśmy z Warszawy Wschodniej dopiero pod wieczór, więc mieliśmy w stolicy sporo czasu, żeby sobie pospacerować po mieście. Moja matka, wileńska wrocławianka, weszła do księgarni przy Marszałkowskiej i kupiła „Zmartwychwstanie” Lwa Tołstoja, informując mnie, że to będzie prezent dla kogoś, kto nam, tam, w Wilnie, najbardziej się spodoba. Jechała niby spokojnie drzemiąc, ale dobrze wiedziałem, że z wielkim trudem zachowuje spokój. Jak tylko wszedł do naszego przedziału radziecki, wyjątkowo chamski, pogranicznik, matka zwróciła mu delikatnie uwagę, żeby nie unosił głosu, bo tak się w stosunku do niej zachowywali tutaj okupanci, jak jego jeszcze na świecie nie było. No, pomyślałem sobie, mamy przechlapane; za pięć parasolek i kilka metrów bistoru zaraz zajmie się nami KGB. Koniec nie tylko z tą naszą podróżą sentymentalną, ale i z tymi najbliższymi, do Szyndzielni czy Szklarskiej Poręby, że o Ustce nie wspomnę.
Młody pogranicznik, z Wileńszczyzny rodem, nic nie powiedział. Spojrzał matce prosto w oczy, uśmiechnął się, pieczątki postawił na naszych wkładkach paszportowych i wyszedł z przedziału, a ja z uczuciem ulgi wdrapałem się na swoją kuszetkę. Wjechaliśmy na Kresy. Już w Grodnie wpadli do przedziału handlarze i chcieli od nas brać wszystko, ale pouczeni przez współpasażerów, nie daliśmy się wykiwać. W Wilnie, w hotelu Turistas to samo. Jeszcze się dobrze nie rozpakowaliśmy, a już do pokoju weszły dwie tęgie baby i dawaj plądrować nasze dwie walizki. Przegoniłem je, a gdy matka brała prysznic po podróży, zamknąłem pokój na klucz i wyszedłem do miasta. Czyjego?
Ja w tym swoim Wrocławiu byłem takim też trochę chłopcem z Kresów, jak wielu moich rówieśników z powojennego wyżu, którzy mówili z lwowskim akcentem i wileńskim zaśpiewem. Ileż to razy słyszałem w dzieciństwie i wczesnej młodości, że mam kresowy akcent; ja, chłopak w trampkach, jeżdżący rowerem ulicami zgruzowanego Wrocławia, nie dziwiłem się sąsiadkom, które mówiły: – Zaciągasz jak twoja matka.
Nad Wilią kupiłem na targu ogromny bukiet chabrów, a w sklepie niedaleko hotelu butelkę najlepszego jaki tam był szampana. W pokoju było już wszystko uporządkowane, poukładane, a moja szczuplutka matka, przebrana w najładniejszą bluzkę i spódniczkę, w wiśniowych pantofelkach, stała przy oknie i patrzyła w spokojnie płynącą Wilię. To były święte chwile jej życia, więc bezszelestnie przeszedłem w niebyt, żeby ani przez moment nie zakłócić matczynej mszy, podczas której ofiarowanie przenikało podniesienie, a wyznanie wiary mieszało się z radością przyjęcia najświętszego sakramentu wspomnień z dzieciństwa i wczesnej młodości. Dłuższą chwilę to trwało.
– Powiem ci jedno – mówiła tuląc do piersi bukiet chabrów, których zapach wchłaniała, jak opary kadzidła podczas tej wzniosłej mszy – dla kobiety najważniejsze w życiu jest miejsce, w którym urodzi swe dzieci... Ciebie, twego brata i siostrę, ja urodziłam nie tutaj, ale we Wrocławiu, w przedwojennej, poniemieckiej kamienicy, w tej naszej wielkiej sypialni, pod obrazem Panienki z Dzieciątkiem, który znalazłam na gruzach w pobliżu Dworca Nadodrze, tuż przy parku Staszica, gdzie was woziłam w wózeczkach... Uczyłam mówić, chodzić... Tam, a nie tu – podsumowała to wyznanie i uniosła hotelową szklankę z szampanem. – No, na zdrowie, dziękuję ci synu, obyśmy szczęśliwie wrócili do domu.
Już nie zaciągam; sześćdziesiąt lat z dala od Kresów zrobiło swoje z matczynym i moim zaciąganiem. Ale nie z lwowską mową pana Jędrusia, którą tego lata 2008 roku ocalam od zapomnienia i wracam rowerem nie z jego rodzinnej wsi. Pochodzi on przecież spode Lwowa. Wracam rowerem ze wsi nie jego, także nie jego żony, ale już chyba jednak ich dzieci, trzech jego córek. I wnuków. I prawnuka, który tamtego lata urodził się we Wrocławiu, w rodzinie prawników, bo najstarsza wnuczka pana Jędrusia skończyła prawo i wyszła za prawnika, rodem z Gdańska – wrocławianie, tak mówią o sobie ci młodzi ludzie. Pewnie tak kiedyś o sobie powie prawnuczek. A pan Jędruś do śmierci, jak powiada, będzie pochodził spode Lwowa, a nie ze wsi Trestno pod Wrocławiem.
Ależ to Trestno było zalane! Wielka powódź z 1997 roku uczyniła tam najwięcej szkód, a ja do kresek na domach, oznaczających poziom wody tamtego tragicznego lipca, nie potrafię sięgnąć palcami rąk, choć staję na palcach i należę do wysokich facetów. W tym podwrocławskim Trestnie w większości mieszkańcy pochodzą z małych wielkopolskich miasteczek i wsi; stamtąd przyjeżdżają do nich krewni. Po wojnie byli tu szybsi od kresowiaków i zajęli pierwsi co lepsze domy poniemieckie. Mało tego; nawet jak jeszcze niemieccy właściciele mieszkali w niektórych domach, czekając na dzień, w którym mieli opuścić swą ojczyznę nad Odrą, to przybysze z wielkopolskich, przeludnionych wiosek i miasteczek, z Centralnej Polski, złaknieni życia i gospodarowania „wreszcie na swoim” przepędzali niemieckie rodziny z ich własnych domów, bo za bardzo ociągały się z wyjazdem raz na zawsze do Reichu.

Poletko pana Bronka

A na granicy Trestna i Opatowie, gdzie przebiega granica miasta Wrocławia i gminy Święta Katarzyna, od prawie dziesięciu lat przystaję na rowerze przy płocie i pozdrawiam drugiego, mego starego przyjaciela, zza Buga. Poletko pana Bronka i cały on; z bieluśką jak śnieg czupryną i ogorzałą, pomarszczoną, ale zdrową i czerstwą twarzą; coraz bardziej zgarbiony i bliższy umiłowanej ziemi. Ciężko na niej bez maszyn pracuje, a ona mu daje owoce, warzywa i kwiaty, które – aby dorobić do marnej renty rolnej – rozkłada w piątki i soboty na gazecie, przed sklepem. Dzieli się płodami swej ziemi z nami, mieszkańcami Biskupina, sprzedając je taniej, „żeby taka bidna staruszka miała ładniej w domu z moimi kwiatkami na stole i lepiej się czuła po zjedzeniu moich a nie innych ogórków, pomidorów, buraczków i ziemniaczków". Na początku wszystko co zastał było poniemieckie, a gdzieś tam kiedyś piastowskie; potem dopiero, po wielu latach – jego. Czuje się wygnańcem z Kresów; odzwyczaja go od nich mijający Czas, który tej odwykowej kuracji nie skończy za życia pana Bronka. Umrze kresowiakiem, a nie Dolnoślązakiem. Skarżył mi się ostatnio, że jego syn sprzedał ziemię, którą jeszcze za Gierka mu przepisał; teraz popijają sobie z żoną za te pieniądze i śpią do południa. Taki stosunek do tej niby jego dolnośląskiej ziemi mają; teraz warto ją sprzedać byle komu, aby jak najwięcej dał. I kto tu czuje się Dolnoślązakiem na takiej ziemi?
 
Towarowym z Warszawy
do Breslau

 
Po upadku Powstania Warszawskiego piętnastolatek Zbyszek Dołęga, wraz z rodzicami i siostrą, po trzech bezsennych nocach i dniach głodu w obozie pod Pruszkowem, przyjeżdża do Wrocławia, gdzie wraz z tysiącami innych cywilnych jeńców

wojennych, buduje Festung Breslau i... zostaje tu do dziś. Ani Dolnoślązak, ani warszawiak. Jeśli już – to wrocławianin, bo tu zdobył dyplom mechanika, zakochał się w dziewczynie spod Siedlec, pobrali się, mają syna, wnuki i na prawnuki czekają. Zaproponowałem im (nie jemu lecz im, bo staruszkowie nigdy się nie rozstają), w jeden z wiosennych weekendów, udział w warsztatach dziennikarskich, które prowadziłem dla słuchaczy Podyplomowego Studium w wynajmowanej do tego celu szkole. Pan Zbyszek wraz ze swą rodziną i setkami innych więźniów przeżył właśnie w tejże szkole ostatnie, najgorsze miesiące wojny.
Była to jego tutaj pierwsza wizja lokalna po sześćdziesięciu latach. Pierwsze, co powiedział drżącym głosem, nim otworzyliśmy bramę, to było niby proste pytanie: Nie ma żadnej pamiątkowej tablicy?
Piętnastoletniego wówczas Zbyszka Dołęgę przywieźli spod Warszawy wraz z matką, ojcem i siostrą do Breslau z powstańczej Warszawy, po obławie na Ochocie. Wtedy, w tej wojennej szkole przetrwania, ci ostatni niewolnicy Rzeszy, nocowali po całodziennej harówce na podłogach, w klasach i na korytarzach szkoły przy dzisiejszej ulicy Hauke-Bosaka. Ciężko pracowali na dzisiejszym placu Grunwaldzkim, sprzątając sterty gruzów i porządkując teren pod lotnisko Twierdzy Breslau. Byli wycieńczeni i wiecznie głodni w tym znienawidzonym mieście. Nie czuli się wtedy, broń Boże, jego mieszkańcami i marzyli, żeby wrócić do domu. A po wojnie, gdy okazało się, że ich warszawska kamienica legła w gruzach, zostali tutaj. Po kilku latach – proszę bardzo – okazało się, że dla pana Zbyszka Wrocław jest najpiękniejszym miastem. Gdy się słuchało jego opowieści o głodzie, haremie, nalotach, ofiarach i gruzach, chorobach – trudno w to uwierzyć.

Ślepa kiszka

-Tuż przed wybuchem Powstania Warszawskiego miałem atak wyrostka robaczkowego i obłożono mi brzuch lodem – wspomina pan Zbigniew. – Czekam na dzień operacji, a tu na podwórko przy Szczęśliwickiej w Warszawie wpadają piątego sierpnia Niemcy. Raus, schnel, hende hoch. Lokatorów naszej kamienicy, mnie, matkę, ojca i moją dwudziestoletnią siostrę, której mąż walczył w Śródmieściu, pędzą na koniec Grójeckiej, gdzie zwozili rolnicy w hurtowych ilościach kartofle, kalafiory, kapustę i owoce, a sklepikarze i straganiarze warszawscy kupowali je od nich. Niemcy tam właśnie urządzili dla nas obóz przejściowy. Zamiast ogórków, kartofli i kalafiorów zwożono hurtowo warszawiaków wprost z zajmowanych przez Niemców ulic i dzielnic. Z dwa tysiące ludzi nas wtedy było na Zieleniaku. Bez jedzenia, spaliśmy na ziemi, pod gołym niebem trzy noce. Rankiem, jak pędzili nas głodnych na Dworzec Zachodni, niektórzy zdążyli wyrwać z pola buraka i od razu go gryźli, bo nic nie jedliśmy przecież. Pociąg towarowy zawiózł nas do Pruszkowa. Tam wpędzono nas do hali napraw wagonów. Wieczorem otworzono tę halę i usłyszeliśmy strzał na postrach. I krzyki Niemców, żeby szybciej z hali wychodzić i żeby szybciej wsiadać do wagonów towarowych. Wcisnęliśmy się, a mój ojciec, widząc że jest nas wystarczająco dużo, zamknął od wewnątrz drzwi wagonu, żebyśmy się w tłoku nie podusili. Pociąg ruszył przed północą, no i po dwóch godzinach zatrzymał się. Z peronów wołali jacyś ludzie: Gdzie są dzieci, mamy mleko dla nich! Usłyszeliśmy, że to Częstochowa.
W tę sierpniową noc jechaliśmy, nie wiedząc gdzie. Bez jedzenia tyle dni, to i potrzeby fizjologiczne były minimalne, tyle co tego siusiu troszkę w kącie wagonu – pan Zbyszek Dołęga przerywa swą opowieść i z wielkim trudem powstrzymuje wzruszenie, ale tylko przez chwilę... Studentki też mają łzy w oczach, a po chwili już ani pan Zbyszek, ani jego żona, ani co wrażliwsze dziewczyny, nie powstrzymują łez. Słuchacze Studium Dziennikarstwa patrzą na te parę jak na ludzi z innego świata, z jakiejś innej miłości niż ta, którą oni znają...
– Namslau, taki był pierwszy napis, który ujrzeliśmy na jakiejś stacji o świcie – opowiada dalej pan Dołęga. – Dziś wiem, że to był Namysłów na Dolnym Śląsku. Drzwi wagonu szeroko otworzyliśmy, jedziemy i patrzymy na te Niemcy. Koło południa ujrzałem napis Burkweide, dziś wiem, że to podwrocławskie Sołtysowice. Z bocznicy obstawionej niemieckimi żołnierzami z psami szliśmy pod eskortą ulicą obok cukrowni i przez ogrodzenie z kolczastych drutów patrzyliśmy na obóz z setkami uwięzionych tam ludzi, którzy pytali nas, z jakich ulic Warszawy jesteśmy. Chcieli wiedzieć, skąd Niemcy wywożą ludzi i jak blisko są centrum Warszawy, gdzie jeszcze walczą powstańcy. Więc mówiliśmy im: Z Ochoty jesteśmy, ze Szczęśliwickiej.
Weszliśmy na teren obozu i najpierw pod prysznice poszły kobiety. Po nich my, mężczyźni. Rano nas wszystkich wpędzali w wąską obozową uliczkę podwójnych drutów kolczastych, żeby komuś nie przyszło do głowy zawrócić i wziąć drugi kawałek chleba i kubek mięty. To był mój pierwszy od wielu dni posiłek w Breslau, znaczy we Wrocławiu! Wpisali nas na listy, dali niemieckie papiery... Któregoś dnia zapędzili nas aż za dzisiejszą ulicę Cybulskiego. Tam gdzie są teraz Mosty Mieszczańskie, były w pobliżu duże baraki i targ niewolników przy Magazinstrasse. Niemcy raniutko przyjeżdżali i wybierali: ta czwórka ze mną, tamci do mnie i tak dalej. Czekając na to, jaki Niemiec, do jakiej roboty nas dziś weźmie, dostałem znów ataku ślepej kiszki, no i zawieźli mnie karetką do kliniki Wszystkich Świętych. To był szpital przy pl. l Maja. Gdy zoperowali mnie niemieccy lekarze, przed szpitalem czekała moja matka. Po kilku dniach wróciłem do roboty w fabryce przyczep samochodowych na Borowskiej, gdzie ojciec, matka i siostra już pracowali. Wierciłem tam, spawałem, frezowałem, szlifowałem. Gdy Niemcy budowali Festung Breslau i prowadzili nas przez miasto w stronę placu Grunwaldzkiego, po drodze zauważyłem stary wózek na czterech kółkach. Wrzuciłem do niego nasze toboły, no i dociągnąłem ten wózek aż do szkoły przy dzisiejszej Hauke-Bosaka, gdzie nas wpędzano do klas.
Spotkanie (Dolnoślązaków?) Zbigniewa i Ireny Dołęgów z młodymi adeptami dziennikarstwa w tej samej klasie na trzecim piętrze, gdzie kiedyś pan Zbyszek był więziony, przerwał on sam, choć jego opowieść jeszcze się nie skończyła. Zapadła cisza. Były „tutejszy” więzień zaczął rozglądać się po oknach i ścianach. Usiadł przy stoliku i z plastikowej reklamówki zaczął wyjmować po kolei: zardzewiały nóż ręcznej roboty, naszywkę ze znakiem P i teczkę z niemieckim Merkzettel. Vorname – Dolega. Pokazując te dowody swego uwięzienia, opowiadał o nich, a młodzi ludzie słuchając jego historii, widzieli, że gdy on z trudem powstrzymywał łzy, z jego żoną działo się to samo.
Zebrał się w sobie i ciągnął dalej, tę breslauerską opowieść. Jak ich przywieźli do tej szkoły, to niemieccy żołnierze wyłapywali z klas co ładniejsze dziewczyny, żeby na parterze je zamknąć w haremie dla komendantury. Danuta, piękna, dwudziestoletnia siostra Zbyszka zrobiła z siebie brudne czupiradło i do tego burdelu jej nie wzięli. W szkolnym budynku przy Hauke-Bosaka więzieni też byli Francuzi, Rosjanie, a nawet dwie włoskie rodziny. Na migi i mieszaniną słów jakoś się dogadywali, będąc dla siebie ludźmi naprawdę życzliwymi i wyrozumiałymi w tamtych dramatycznych dniach Twierdzy Breslau. Pracowali przy budowie lotniska, oczyszczając z gruzów od rana do nocy plac Grunwaldzki. Gdy tamtego majowego dnia bomby spadały na pobliskie domy, rodzina Dołęgów wpakowała swe tobołki w ten mały wózek Zbyszka. Nie zapomniał wtedy o własnoręcznie zrobionym w Breslau nożu. Teraz każdy może go potrzymać, obejrzeć, proszę bardzo, zachęcał młodych wrocławian stary wrocławianin.
A potem Dołęga obchodził z nami korytarze szkoły, mówiąc że teraz wydają mu się takie obszerne; wtedy były ciasne, pełne leżących na korytarzach i w klasach niewolników Rzeszy. I tak szedł z nami wśród wyobrażonych ludzi, tobołów i legowisk aż do auli, gdzie wtedy modlili się i spowiadali najczęściej sami sobie ci wygłodniali nędznicy. I tak zakończył to spotkanie:
– Byłem od początku, od pierwszego września trzydziestego dziewiątego, święcie przekonany, że przeżyję tę wojnę. Ja nigdy w to nie wątpiłem. Nawet wtedy, gdy padały bomby, a my z tym wózkiem, całą rodziną, po prostu wyszliśmy z tej szkoły, by dojść tam, gdzie nas przywieźli do tego nieznanego wtedy jakiegoś Breslau, na Kowale, w stronę Burkweide. Starsi państwo wzruszyli moich studentów dziennikarstwa, od których otrzymali piękny bukiet kwiatów. Można by rzec, że ci młodzi ludzie, urodzeni na tych ziemiach zwanych odzyskanymi byli bardziej niż oni Dolnoślązakami; oni tu się urodzili, studiują, a ci staruszkowie skądś tu pierwsi od nich przyjechali, żeby co... stworzyć nowe plemię? Gdy już w domu oglądamy albumy ze zdjęciami Dołęgów, ich oczy w tym samych chwilach wilgotnieją. Patrząc na tych starych ludzi, wyobrażałem ich sobie, jak są młodzi, jak ci z tego pożółkłego zdjęcia, gdy tak idą w pięknej młodości swego życia Mostem Zwierzynieckim. On i jego pierwsza randka z nią, z Irą, siostrą kolegi z gimnazjum. Gdy odłożyłem to zdjęcie, dyskretnie odczytałem na odwrocie, co wtedy napisał: „Kochana Iro, ja nie pragnę tego zdjęcia lecz Ciebie”.
W pierwszych tygodniu tamtego wrocławskiego lata 45 roku przebił sobie we Wrocławiu stopę gwoździem tkwiącym w desce. Już nie zajęli się nim niemieccy lekarze jak podczas ataku wyrostka robaczkowego lecz rosyjscy chirurdzy w szpitalu przy dzisiejszej Traugutta. Potem całą rodziną na Toruńskiej weszli do poniemieckiego mieszkania, zaraz jak tylko wyprowadzili się z niego żołnierze radzieccy. Pan Zbyszek Dołęga był już uczniem wrocławskiego gimnazjum z internatem, tuż przy Moście Uniwersyteckim. Zdał maturę pracując w Pafawagu i ożenił się z dziewczyną spod Siedlec, z Irą, śliczną księgową z Akademii Medycznej.
Ona tam pracowała do emerytury, a on w fabryce silników lotniczych zakończył staż pracy. Jak wrocławskie mrówki robili co do nich należało, z dala od polityki, zawsze blisko siebie. Jak inni pracowici mieszkańcy Wrocławia odgruzowali miasto, odbudowali je, tworząc ów niepowtarzalny klimat grodu ludzi zewsząd. Gdy jeszcze syn Dołęgów był na studiach kupili kawałek ziemi za tym miastem, żeby wspólnie z dziećmi i wnukami urządzić tam Ogród Marzeń. Udało im

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA