„Najważniejsze jest to, aby nigdy nie opuściła mnie pasja
tworzenia” – powtarza zawsze Maria Adamus-Biskupska, artystka, której
obrazy, jak mówią koneserzy, są niepowtarzalne.
Ale ta pasja twórcza jest w niej od dziecka. Nie pamięta już, kiedy powstał
pierwszy rysunek. Jak miała 3 lata? A może 5? W każdym razie mama, Czesława
Małecka-Adamus, która też jest malarką, zbierała wszystkie jej rysunki do
teczek i dlatego dziś ma pełną dokumentację swojej twórczości od wczesnego
dzieciństwa. Kiedy tylko potrafiła utrzymać ołówek w małej rączce.
Sztuka w domu Marii Adamus-Biskupskiej była obecna od zawsze. Dorastała
wśród suszących się obrazów mamy, dziadek, Feliks Małecki, był rzeźbiarzem,
doskonałym liternikiem i projektantem form użytkowych, brat cioteczny,
Krzysztof Skarbek, jest znanym malarzem, profesorem we wrocławskiej Akademii
Sztuk Pięknych, a jej siostra grafikiem. Dlatego wiedziała, że zapach farb,
terpentyny, oleju lnianego będzie jej towarzyszyć już zawsze.
Nie maluje obrazów olejnych, maluje głównie akrylem, ta technika bardzo jej
odpowiada, także ze względu na temperament. Lubi pracować szybko, a obrazy
olejne schną czasami zbyt długo. Robi też gwasze i rysunki. Kiedy maluje,
zapomina o czasie, może pracować bez wytchnienia przez kilkanaście godzin,
nigdy nie odkłada pędzli, dopóki nie poczuje, że obraz jest w fazie
pozwalającej jej spokojnie zasnąć, bo na każdym etapie płótno powinno
świadczyć o zamyśle artysty, powinno być skończone. Co nie oznacza, że nie
wraca do niego, czasem jeszcze wiele razy zanim przyjmie ono ostateczną
formę.
Który obraz jest dla malarki najważniejszy? Od kiedy może o sobie mówić, że
potrafi malować? To są pytania trudne i nie ma na nie jednoznacznych
odpowiedzi: – Wciąż się uczę i tak będzie już do końca – wyjaśnia. – W
którymś z ostatnich listów do syna stary Renoir pisał, że dopiero teraz
zaczyna pojmować, o co w tym malarstwie chodzi. Ciągle przekraczamy swoje
Rubikony, mam nadzieję, że jeszcze wiele ich przede mną. Ważny jest dla mnie
pierwszy obraz olejny. Namalowałam go w wieku 18 lat i to jest martwa
natura, która teraz wisi w moim domu rodzinnym. Na drugim roku namalowałam
obraz abstrakcyjny, w którym uwolniłam się od konieczności odzwierciedlania
rzeczywistości takiej, jaką widzę. Wciąż malowałam martwe natury i akty, ale
potrzebowałam oddechu, który dał mi ten „skok w bok” od malarstwa
figuratywnego. I jest też ważny obraz z III roku studiów, ten, który wisi u
mnie, i którego do dziś nie sprzedałam i nigdy nie sprzedam. Dostałam za
niego nagrodę od prof. Włodzimierza Kunza, u którego studiowałam, także
dlatego mam do tego płótna sentyment. Profesor uznał je za bardzo dobre w
takim naszym uczelnianym konkursie. Nagrodą był papier litograficzny, czyli
coś bardzo cennego przed laty. Od tego obrazu zresztą maluję bardziej
syntetycznie, nie wdając się w jakieś nic nie znaczące szczegóły. O ile
oczywiście można w ogóle |
|

Maria Adamus-Biskupska na tle swoich prac.
Kobieta
o kobiecie



wyznaczyć taką cezurę, bo przecież tworzenie to proces. Złapałam
jednak wówczas oddech, trochę wolności i wiatr w swoje malarskie skrzydła.
Niezmiennym tematem jej twórczości
|
|
od kilkunastu lat jest kobieta. Na plenerach czasem maluje
pejzaże (rzadko), martwą naturę, a ostatnio też rośliny i zwierzęta, ale jak
sama przyznaje, najbardziej inspiruje ją człowiek.
Dlaczego kobieta? To proste, sama wszak jest piękną kobietą i uważa, że ten
temat jest jej najlepiej znany i najbliższy, i może wykorzystać go w swoim
malarstwie. Świat męski, choć jest bardzo interesujący, to jednak nie jest
dla niej aż tak inspirujący i rozeznany. Jeżeli pojawia się mężczyzna, to
jest on tylko elementem sytuacji, która nagle powstaje przy zetknięciu się z
kobietą.
Stara się być w swoim malarstwie uniwersalna. Mówić o sobie jednocześnie
uogólniając. Nie epatować własną intymnością, ale z niej korzystać, by
pokazać uczucia dotyczące każdego: radość, cierpienie, miłość, samotność,
strach, wahania emocjonalne. Robić sztukę z tego, co przynosi życie.
Pozwalać innym odnajdować w obrazach ich własne doświadczenia.
Jest swoją modelką, bo jest modelką najcierpliwszą, jaką zna. Nigdy nie
skarży się, że jest jej zimno, jeśli pozuje do aktu, czy jest jej
niewygodnie w jednej pozycji przez kilka godzin. Samotność w pracy – jak
powtarza – jest najpiękniejsza. Dla niej te długie godziny przed sztalugami
znaczą ogromnie dużo. Nic nie zakłóca pasji tworzenia. Są tylko pracownia,
lustro, powstający obraz i myśli, które kłębią się w czasie pracy. A jest o
czym myśleć. Wszak trzeba namalować prawdziwe, głębokie uczucia. Nie jest
trudno namalować kogoś, kto jest rozchichotany czy kogoś, kto płacze. To
jest powierzchowność. A trzeba pokazać coś, co jest głęboko ukryte i
ludzkie. To jest dla niej kwintesencja twórczości.
Nie lubi malować doskonale pięknych kobiet, bo one są nudne ze swoją urodą
lalki. Widzi urodę sytuacji. Zastanawia ją cień na policzku, skłon głowy,
pochylenie ciała, ułożenie dłoni. Widzi kompozycje, kolor, refleks światła
kładący się na włosach. Dlatego lubi poprzyglądać się ludziom dłużej,
poobserwować ich. Bo trudno jest namalować kogoś i oddać jego wnętrze, kogo
nie zna się prawie wcale i kto przychodzi tylko na chwilę.
Brała udział w wielu wystawach. Tak indywidualnych jak i zbiorowych. Jej
prace wystawiane były w Hiszpanii, Niemczech, Francji i Szwajcarii.
Podziwiali jej malarstwo w Zurychu, Norymberdze, Krakowie, Burges, Legnicy,
Wolfsburgu, Sopocie, Sankt Moritz, Tarnobrzegu i ostatnio w Jaworznie. Miała
niedawno swoją wystawę w Galerii „Na żywo” Radia Katowice. Teraz
przygotowuje nowe prace, aby znowu zaprezentować je pod koniec roku w jednej
z katowickich galerii.
Ceni sobie dawnych mistrzów holenderskich, zwłaszcza Jana Vermeera,
malarstwo Halsa, Goyi (również grafiki), a także błękitny okres u Picassa,
jego rysunki, grafikę i ceramikę. Podziwia malarstwo zmarłej niedawno Teresy
Pągowskiej – to prawdziwa sztuka – malować tak oszczędnie, a równocześnie
tak dużo powiedzieć. |