– Od premiery Tutam Bogusława Schaeffera minęło już kilka
miesięcy. Jeśli dobrze pamiętam po raz pierwszy pojawiła się ta sztuka na
deskach teatru w Zabrzu 1 marca. I tutaj zaskoczenie. Teatr ciągle pełny.
Jak to mówi się – nabity do ostatniego miejsca. A przecież bywały tu
spektakle premierowe, na których widownia świeciła pustkami. Czym to
tłumaczyć?
– Na premierach faktycznie czasami były puste miejsca. Coś tutaj w
przeszłości działo się dziwnego i za to płacimy po dzień dzisiejszy. Ale czy
to było coś niedobrego? Wystawiano wszak literaturę klasyczną, a ona kojarzy
się z jakimś brykiem lekturowym. Uważano te przestawienia za widowiska
mające mniejszą wartość, co dla mnie jest absurdem kosmicznym, bo przecież
literatura klasyczna, te lektury właśnie – to najwybitniejsze dzieła polskie
i światowe. A może brało się to stąd, że przed laty wystawiało się to tak
mechanicznie. Raz dwa i jest spektakl. Dzisiaj w naszym teatrze Ożenek czy
inne sztuki to jest bardzo wysoki poziom artystyczny, forma osobistej
wypowiedzi reżysera i jego artystycznej wizji. Może dlatego coraz więcej
widzów mamy na naszych spektaklach.
– Ale zdaje pan sobie sprawę, że gwiazdą w tym przedstawieniu jest Renata
Dancewicz i to głównie na nią ludzie przyszli do teatru, a nie na pana,
reżysera, czy nawet autora.
– To jest oczywiste. I uzasadnione. Renata zagrała wiele ról filmowych i
postaci serialowych. Wiele filmów przyniosło jej nie tylko popularność, ale
i uznanie krytyki i widzów. Ja tylko mogę schylić czoło przed jej
dokonaniami. Ale bardzo cieszę się, że taki akurat pomysł miał dyrektor
Jerzy Makselon, żeby zaprosić Renatę, aby gościnnie zagrała ze mną
Schaeffera.
– Pan również od paru lat staje się coraz bardziej popularny. W 2003 roku
pokazał się pan w serialu Na Wspólnej i stał się rozpoznawalny. Można tak
powiedzieć, że film pana wykreował?
– Pytanie trudne, a odpowiedź na nie bardzo złożona. Po drodze oprócz
serialu zdarzyły się takie rzeczy jak choćby nagroda filmowa w Gdyni za rolę
w filmie Benek, gdzie grałem brata głównego bohatera, Eryka Kacika. Bardzo
prestiżowa nagroda, która mi dała ogromną satysfakcję. Były także inne
dokonania artystyczne, jak choćby u Maćka Pieprzycy w Barbórce. Co w takim
kontekście znaczy, że film mnie wykreował? Teatr i film to dziedziny
pokrewne poprzez to, że i tu, i tu próbujemy powiedzieć coś drugiemu
człowiekowi. Wszędzie jest aktor, który musi wykazać się jakimiś
umiejętnościami. Jest reżyser ze swoją artystyczną wizją... Jednakowoż w
pewnym momencie gdzieś te dwa światy jednak rozchodzą się. Wiemy, że film w
dużo większej mierze zależy od wielu ludzi – od reżysera, montażysty,
oświetleniowca, kamerzysty, ale i od tego, czy jest wybrany odpowiedni
dubel, czy film trafi w jakąś modę, w sprzyjającą mu koniunkturę. A teatr
żyje cały czas. Jestem w nim nieprzerwanie od 16 sezonów i te role, które
zagrałem, a jest ich blisko 50 w przeróżnym repertuarze, ukształtowały mnie
aktorsko. Teatr nauczył mnie tego czym muszę wykazywać się na co dzień. I to
się później przydało też w filmie. Ale oczywiście serial i film to jest
popularność.
– Czyli stał się pan aktorem popularnym tak jak Anna Guzik, którą zaczepiano
w Bielsku Białej po jej rolach serialowych, czy po Tańcu z gwiazdami i
pytano – co ona tam robi. „Gram – odpowiadała – od kilku sezonów w teatrze”.
– Nieraz o tym rozmawialiśmy. Bo ja też spotykałem ludzi, którzy mówili: „O,
jak to miło, że Pan odwiedził nasze miasto, a czy Pan widział to czy
tamto?”. Odpowiadałem, że znam to miasto, bo tutaj urodziłem się i tutaj od
lat pracuję. „A gdzie, mogę spytać?” W teatrze. „Od kiedy?”. Od 16 lat. I
najczęściej jest to taki moment zażenowania i zawstydzenia u tej drugiej
osoby. Jeszcze próbuje się tłumaczyć, że ostatnio nie była w teatrze, a ja
przecież gram od lat i prawie we wszystkich przedstawieniach, więc...?
– Wspomniał pan o nagrodzie w Gdyni, ale przecież tych nagród znaczących
było więcej. Złota Maska, nagroda Leny Starke, były nagrody za
przedstawienie Wampir. One są ważne? Wskazują, że to, co pan robi, robi
dobrze?
– Nagrody są... przyjemne. Czasami jest to zupełne zaskoczenie, tak jak było
z Benkiem na festiwalu w Gdyni, a czasami czujemy, że coś wyszło, że jest
coś wielkiego. Tak było z Wampirem. Nagrodzono spektakl, aktorów, później
dostaliśmy nagrody od ministra kultury. To jest ta satysfakcja, że
zrobiliśmy wspólnie coś wielkiego i dobrego. I to jest ważne. Nagroda
Prezydenta Miasta w dziedzinie kultury. To jest też nagroda istotna, bo
czuję wówczas, że moja praca zostaje zauważona tutaj. W moim rodzinnym
mieście. Natomiast one nie są motywacją do pracy. Jestem nimi ucieszony, ale
pracuję dalej tak samo i nie powodują one tego, że teraz to dopiero będę
starał się być wspaniałym aktorem. Jeszcze lepszym.
– Jest pan aktorem, który coraz częściej reżyseruje. Były widowiska dla
dzieci, była Zemsta, a teraz jest autorski spektakl zatytułowany Musi
przyjść.
– Dzięki mojemu dawnemu dyrektorowi Wincentemu Grabarczykowi te swoje
zmagania z reżyserią zacząłem bardzo wcześnie. Właściwie w czasie pierwszego
roku bycia w teatrze. Ostatnie moje przedstawienie to jest bodaj 17. moja
realizacja, czyli jest tego sporo. Ale to nie jest ucieczka. To jest
dopełnienie. Często mnie pytają, dlaczego zdecydowałem się być aktorem –
trudno na to odpowiedzieć tak z marszu, ale po analizie, którą sobie
przeprowadziłem, doszedłem do wniosku, że to była ogromna chęć rozmowy z
drugim człowiekiem. I to ważnej rozmowy. Właśnie poprzez sztukę. Wówczas ta
rozmowa zaczyna nabierać zupełnie innych barw. I innych sensów. Reżyseria to
jest chęć podjęcia ryzyka, wzięcia na swoje barki większego procentu
odpowiedzialności za dzieło, które wymyśliło się i chce się ludziom pokazać.
Piszę również od lat. Wiersze. I piszę je do tej pory. Współpracowałem też z
rockowym zespołem, ale zawsze przyświecał mi ten sam cel - wyjść do ludzi i
powiedzieć im coś od siebie.
– Z jednej strony muzyka metalowa, a z drugiej Tramwaj nr 3, czyli poezja. |
|

Zbigniew Stryj – aktor i reżyser, pracujący od wielu lat w Teatrze
Nowym w Zabrzu, nie ma w sobie
Grzechu
zaniechania
|
O aktorstwie, ale i o śląskości, poezji i miłości
rozmawia z nim
Marek Mierzwiak
|
Jak
można to pogodzić?
– Przygoda z zespołem to sprawa zamierzchła i na poły amatorska, jednakowoż
wynikająca ze szczerości i prawdy. Jako ciekawostkę dodam, że do tej pory
słucham tylko hard rocka i haevy metalu. I w tym wszystkim jest również
poezja. Nie odczuwałem żadnej sprzeczności. W każdym z nas są takie momenty,
kiedy pragnie się zapachu lasu i śpiewu ptaków, i są chwile, kiedy chciałoby
się stanąć na skalnej turni i doświadczyć halnego. Szedłem za głosem serca.
Miałem ochotę, więc to robiłem. I tak jest do tej pory. Zresztą to ma
odbicie w tych rzeczach, które reżyseruję. To płodozmian. Po sztuce ciężkiej
i mrocznej zawsze szukam oddechu. W tej chwili jest ta sztuka w kaplicy,
mocna i filozoficzna, przedtem była Zemsta, przed nią Dostojewski z Łagodną
w Bielsku Białej, a wcześniej bajka dla dzieci. I tak to układa się i chyba
sprzeczności nie ma. Aczkolwiek moja pani profesor też mnie pytała – „Jak Ty
możesz to pogodzić? Piszesz takie ładne wiersze i nagle tak się wygłupiasz,
i krzyczysz z tymi gitarzystami”.
– Wiersze pisał pan na długo przed pójściem do szkoły tea-
tralnej?
– Dużo wcześniej. Nie lubię takich banałów, jak ktoś mówi: „pisałem od
dziecka”. Nie wiem, kiedy zacząłem pisać. Ireneusz Iredyński nazywał to
-chorobą rymowania, na którą każdy zapada w końcowych klasach podstawówki.
Też zachorowałem, ale te moje wczesne wiersze mogę i dziś bez wstydu każdemu
pokazać. To, że zacząłem pisać, wynikało z różnych przyczyn, może i z tej,
że znalazłem się w klasie, w której było tylko 5 chłopaków, z których jeden,
Roman Nowotarski, jest świetnym malarzem, Darek Drobisz jest koncertmistrzem
w Monachium, gdzie gra na organach, kolejny kolega też malował i w takiej
grupie nagle i ja się znalazłem. Przeżywaliśmy fascynacje, jak wszyscy,
Młodą Polską, byliśmy zbuntowani, szukaliśmy drogi trochę na oślep. To
towarzystwo, w którym obracaliśmy się, było fajne i nastawione na wzajemny
odbiór. Nigdy nie było problemu z przeczytaniem kolejnego wiersza,
obejrzeniem powstałego obrazu. To były wyjazdy w Bieszczady i nocne rozmowy.
I to wszystko mnie budowało. Zawdzięczam dużo kolegom i rodzicom również, bo
w takiej atmosferze dużego szacunku dla sztuki, dla literatury, dla gór
również, wyrastałem.
– A gdzie jechał tramwaj nr 3 i dlaczego stał się on bohaterem wiersza?
– On jeździ z Mikulczyc do Makoszów, czyli łączy dwa krańce miasta. Po
drodze jest przystanek, na którym wsiadałem jadąc do szkoły średniej. Był
przystanek, na którym wysiadałem, żeby iść do mojego przyjaciela, był też
przystanek do mojej dziewczyny, czyli tramwaj, który bardzo wpisał się w mój
życiorys.
– Są też Wiersze z kobietą w tytule.
– To jest zbiór moich wierszy. Nie jest to tomik kolejny, chronologiczny.
Wybór wierszy miłosnych, erotyków, w których oddaję hołd kobiecie, istocie
najwspanialszej na świecie. Jest też dokładna adresatka – moja kobieta,
czyli moja żona.
– Jest pan otoczony kobietami. Żona, dwie córki...
– Jestem w sytuacji zupełnie wyjątkowej, otoczony najcudowniejszym pięknem.
Co jeszcze człowiek może chcieć od życia? Jest piękno, a do tego jeszcze i
zrozumienie, i mądrość. To wszystko mam w domu. I dlatego ten dom jest,
zawsze to podkreślam, absolutnym priorytetem, czymś najważniejszym. Robić
można różne rzeczy, można nauczyć się prawie wszystkiego, natomiast nic nie
jest w stanie zastąpić tego, co daje prawdziwa, kochająca się rodzina. Moja
żona jest kobietą mądrą i inteligentną, ale czasami ma do mnie pretensje o
czas. Sporo bowiem tego czasu wykradam rodzinie. Niestety.
– Pisze pan sztuki gwarą śląską. To ważne doświadczenie?
– Oczywiście. Jest elementem mojego życia. Jestem z dziada pradziada
Ślązakiem. Wychowałem się w bardzo tradycyjnej, nawet mogę powiedzieć,
konserwatywnej rodzinie śląskiej. W dzieciństwie, w Rudzie Śląskiej, miałem
do czynienia z gwarą na co dzień. Z tą piękną gwarą, którą lubię, bez tych
naleciałości germańskich. Przesiąknąłem nią i ona w dalszym ciągu jest dla
mnie żywa. To nie jest Cepelia, po którą sięga się otwierając jakąś
szufladkę. Potrafię w tej gwarze myśleć. Chcemy razem z żoną, która też jest
Ślązaczką z dziada pradziada, żeby dla naszych dziewczynek gwara też nie
była obca. To jest element naszej tożsamości.
– Stary Śląsk odchodzi. Śląska z pana dzieciństwa już chyba nie ma. Jak pan
patrzy na zmieniającą się wokół rzeczywistość?
– To prawda i może stąd te moje realizacje dotykające Śląska. Bo ja wychodzę
z takiego założenia, że czasami wystarczy o czymś przypomnieć, coś
przywołać, po to, |
|
żeby jedna, piąta, jedenasta osoba powiedziała, o... warto o
tym mówić, spotkać się, może warto nawiązać znowu kontakty z kimś z rodziny,
a może spróbować jeszcze raz zrobić taki fajer jak za starej pierwy, tak
przy stole się fajnie pogodać. To są drobiazgi, ale może ktoś popatrzy na
takie przedstawienie i pomyśli – mąż wychodzi do pracy i żona mu mówi: Idź z
Bogiem. I za każdym razem mu to mówi. Co w tym jest? A w tym jest siła. Do
której przez te wszystkie lata odwoływano się, bo bez tego, Śląsk nie
przetrwałby. Mój cel to przypomnieć o tym, ale też staram rozliczać się z
pewnymi stereotypami, które funkcjonują na temat Śląska. A jest ich mnóstwo.
Sięgnę blisko. Nie będę mówić o tych zaszłościach. Wszyscy doskonale
potrafią opowiadać na temat śląskiego Eldorado w latach 70. – najwyższe
zarobki w Polsce, sklepy górnicze i talony na towary luksusowe. Tylko kto
dziś pyta, jakim to było kosztem. Po co to było robione? Jak łatwo było
wówczas ludźmi manipulować. Jak łatwo jest dać, omamić, żeby później mieć z
tego korzyść. A z tymi zarobkami to też nieprawda. W tym czasie, największej
niby polskiej prosperity, górnictwo było na szóstym czy na siódmym miejscu,
jeśli chodzi o zarobki właśnie. To są drobiazgi, które zbudowały fałszywy
obraz Śląska. A co najbardziej mnie boli, to pewne produkcje, nazwijmy je
„artystyczne”, stawiające Ślązaków w roli outsiderów, ludzi nie do końca
douczonych.
– Jest pan kierownikiem artystycznym Sceny Propozycji przy Stowarzyszeniu
„Pro Futuro”. Czym ono zajmuje się?
– To jest stowarzyszenie, które za główny cel ma ratowanie tego, co tutaj
jest poprzemysłowego. Jego zadaniem jest przywrócenie do życia sztolni
dziedzicznej, czyli pięknego obiektu, który za jakiś czas powinien być
udostępniony zwiedzającym. Sztolnia, w której będzie pływało się łodzią,
taką jaką spławiano węgiel. Chcemy pokazać, nie waham się tego powiedzieć,
jedną z największych atrakcji na skalę europejską. Poznałem w tym
stowarzyszeniu Jana Gustawa Jurkiewicza, szefa skansenu Królowa Luiza, który
namówił mnie do zrobienia małej formy teatralnej pod ziemią. Takiej legendy
o Skarbniku, którą napisał nieżyjący już Staszek Bieniasz. Na początku
miałem opory, bo myślałem, że to wyjdzie jakaś niecna chałtura, ale gdy
dowiedziałem się, że tekst jest Bieniasza, zrobiłem tę miniaturę. Potem
zrobiłem kolejne widowisko, a później, siedząc wieczorami z przyjaciółmi,
stwierdziliśmy, że można stworzyć przedstawienie, które dotknie nie tylko
tematów śląskich, ale wpisze się w konkretne miejsca. I tak powstali Żywi
ludzie, czyli przedstawienie, które składa się z trzech aktów i każdy akt
grany jest w innym miejscu. Pod ziemią w szybie Luizy, przy maszynie parowej
i w Sali Witrażowej w Muzeum Górnictwa. A później już się potoczyło.
Powstawały kolejne widowiska, a to w łaźni górniczej, w kopalni Guido i
znowu pod ziemią...
– Czyli przypominanie Śląska. Tak było, tak się mówiło, żyło, pracowało.
Przyjdźcie, przypomnijcie sobie tamte czasy.
– Z jednej strony to właśnie, z drugiej powstało takie przedstawienie
zatytułowane Obraz. To moja jednoaktówka, którą miałem przyjemność zagrać z
wielkimi aktorami, czyli Ewą Kutynią i Bernardem Krawczykiem. Współczesny
dramat o tym, co się dzieje tu i teraz O stosunkowo młodych ludziach i o
człowieku, który jest z tamtego czasu I to nie była podróż w przeszłość, a
znalezienie się w naszej codzienności. Ale powstało też przedstawienie nie o
Śląsku, ale w śląskim miejscu – w starych wyrobiskach kopalni Luiza.
Pokazaliśmy tam spektakl Ducha nie ujrzysz, oparty na poezji Karola Wojtyły.
To była prowokacja. Uciekliśmy z tą filozofią prawdy i miłości właśnie pod
ziemię.
– A teraz dwa słowa o Musi przyjść. To też przedstawienie, w którym zadaje
Pan masę pytań. Trudnych, niewygodnych, rozdrapujących rany.
– Przedstawienie jest grane w starej zdesakralizowanej kaplicy ewangelickiej
w Zabrzu Biskupicach. Dotyczy nieszczęścia na wyciągniecie ręki. Granica
państwa przebiegała przez podwórko. Z tej strony podwórka Polacy, a z tamtej
już Niemcy. Ale to przecież Ślązacy, i tu, i tu. Znają się doskonale,
rozumieją. Były jakieś przyjaźnie, znajomości i nagle, w jednej sekundzie,
jeden strzał, złamanie szlabanu, i stajemy się wrogami. Nagle historia i to,
co dookoła nas, na co nie mamy absolutnie wpływu, zmienia nas diametralnie.
Taki był pomysł. Później zobaczyłem wnętrze tej kaplicy. Niezwykłe,
metafizyczne. I pomyślałem, za namową producenta tego przedstawienia Marcina
Kornasa, że warto je zrealizować. Właśnie tam. Bo to wszystko miało prawo
dziać się w tym małym kościółku. Są zatem postaci kościelnego, pani która
sprząta na farze i w kościele, jest ministrant, jest kierowca hrabiego
Ballestrema, który przyjaźni się z kościelnym, jest Polka i Niemka, są
jakieś dzieci, w końcu są również straszne postaci gestapowca i ubeka. Akcja
rozgrywa się miedzy 1939 a 1956 rokiem. Jedno jest pewne, kiedy patrzę na
reakcje widzów, to wiem, że udało nam się, ze wspaniałymi aktorami, stworzyć
rzecz ważną.
– Czasami aktorzy mówią: „Teatr to moje życie”. Może pan tak o sobie też
powiedzieć?
– Nie. Moje życie to moja rodzina. Bo tam właśnie jest życie, a w teatrze
jest po prostu praca. W teatrze są momenty, kiedy człowiek ma do czynienia
ze sztuką. Jeśli czujemy, że zrobiliśmy rzecz wspaniałą, ocieramy się o coś,
co mogę nazwać artyzmem. To dla tych momentów warto pracować.
– Co pana zatem prowadzi przez to życie?
– Cystersi mają taki napis nad wejściem: „ora et labora”, czyli „módl się i
pracuj“. Mam w domu dzwon z tym właśnie napisem. Czasami, jak na niego
patrzę, to myślę sobie, że jest to takie koło ratunkowe dla szalonego
świata, który jest dookoła, dla świata w którym coraz więcej rzeczy staje
się niejednoznacznych. Wszyscy jesteśmy trochę zagubieni, ale myślę sobie,
ja jako człowiek wierzący i praktykujący, że jest ta ucieczka do czegoś, co
daje poczucie bezpieczeństwa, jest czymś większym i mądrzejszym, czemu wolno
zaufać. W tym jest miłość, rodzina, szczęście, zdrowie, a z drugiej strony
nasza powinność, nasza misja, nasza praca. |