Moim najlepiej zapamiętanym i pewnie najintensywniejszym
wspomnieniem z dzieciństwa są półki pełne albumów z reprodukcjami światowego
malarstwa. Albumy były stare, wydane bardzo starannie, miały solidne, twarde
okładki. Reprodukcje na ogół były czarno-białe, zaś podpisy pod nimi –
najczęściej obcojęzyczne.
Z tego to powodu ilustracje docierały do młodocianej odbiorczyni jakby
wyrwane z kontekstu, tajemnicze i nieodgadnione – bo pozbawione tytułów.
Były więc bezimienne. Ale drzewo wyglądało na nich jak drzewo, lew jak lew
(bez względu na to, czy towarzyszył św. Hieronimowi czy też podtrzymywał
tarczę herbową), a koń – jak koń. Choć owo drzewo, lew czy koń oznaczały
zazwyczaj coś zupełnie odmiennego od ich zewnętrznej, materialnej powłoki. A
cóż dopiero mówić o wszelakich akcesoriach z natury wieloznacznych – o tych
wszystkich otwartych na nieskończoność oknach, tajemniczych mapach, perłach,
promieniach, uciekających w dal horyzontach i wysokim niebie... O marmurach,
kamieniach nagrobnych, błędnych ognikach, górach i chmurach... W taki oto
sposób przeszłam kurs rozpoznawania i rozróżniania realizmu jako stylu i
jako konwencji.
Ów kurs i wyniesione z niego umiejętności przydawały mi się i przydają
wielokrotnie. W różnych okolicznościach i sytuacjach. Na przykład przy
zagłębianiu się, wchodzeniu, a może wręcz wnikaniu w Księgę Labiryntów
Józefa Stolorza.
Myślę, że Józef Stolorz dzieciństwo a pewnie i lata najwcześniejszej,
pierwszej młodości (ach, ta magia wspomnień – rzeczywistych i wyobrażonych,
przeżywanych i przeczuwanych) spędził w domu z ogrodem. W dużym domu
otoczonym rozległym ogrodem. Tylko że – niestety? na szczęście? – dom był
stary, a ogród zaniedbany.
Był to bardzo stary dom, miał uskokowy, łamany dach kryty gontem, dziwne,
nierówne okna – ich szyby w promieniach wschodzącego lub zachodzącego słońca
mieniły się wszystkimi barwami tęczy – i obszerny ganek. Wchodziło się na ów
ganek po trzech stopniach. Środkowy od niepamiętnych czasów skrzypiał
głucho, głośno i przejmująco. Ogrodem nie zachwyciłby się Le Notre, a
Dolille pewnie uciekłby na jego widok z głośnym krzykiem. A w każdym razie
odwróciłby się z niesmakiem, dezaprobatą i ostentacją.
W deskach ogrodowego parkanu były dziury. Takie sobie zwyczajne dziury po
sękach. Chociaż – może nie zwyczajnie, bo wyjątkowo duże. Przez jedną z nich
widać było sąsiedni ogród. Wyglądał jak ilustracja do Laury i Filona. To nie
było ciekawe – gładkie, proste i pastelowe. A może w kolorze sepii?
Ale nie był to przecież jedyny widok, jedyny krajobraz rozpościerający się
poza ogrodem dzieciństwa. Bo w innym miejscu widać było drogę. Droga była
zdradliwa – grząska i kamienista równocześnie. Nie miała początku ani końca.
Ciągnęła się po horyzont. Stworzona była tylko dla wytrwałych. Bo tu każdy
krok wymagał wysiłku. Ale też rozpalał wyobraźnię. Bo – co jest, co może być
za horyzontem? Za tą dziwną |
|

Z
tajemniczego ogrodu

linią, której nie ma?
Nie trzeba chyba dodawać, że tę właśnie drogę wybrał chłopiec błądzący
dotychczas po pełnym niespodzianek ogrodzie.
Tutaj krajobrazy są jak duchy. Albo – lepiej – wampiry. Bo mamią, wabią i
wciągają w otchłań. Wciągają w niezmierzone głębie, w przestwór bez końca.
Chwilami wygląda to tak, jakby ziemia i niebo wymieniały się miejscami.
Jakby cień wyprzedzał światło.
Chmury bywają różne. Czasem kłębią się, zbijają w gromady, jakby pośpiesznie
naradzały się nad czymś, gorączkowo poszeptywały. Mogą wyglądać jak stare
koronki, jak śmiertelny całun a nawet jak zgrzebne płótno. A zawsze mają
kolory ze snu. Albo ze starego wiersza.
To niebo – a raczej te nieba – potrafi być groźne. Ale pozwala się też
oswoić. Gdy staje się spokojne i łaskawe, w sam środek kamiennej pustyni
spada spon światła piękniejszego niż śpiew aniołów. W tym świetle drżą i
pozwalają się podziwiać perły, rubiny o regularnych kształtach, szlachetne i
tajemnicze klejnociki porzucone czy rozrzucone wśród ciemności. Może mają
wskazywać drogę. A może tylko są lśniącym i mieniącym się,
tęczowo-opalizującym dowodem na czyjąś tutaj obecność. Czyją? Kiedy?
Ktoś tu był przed chwilą. Przed wiekiem. Przed tysiącami lat. A może dopiero
nadejdzie?
Zresztą może nie jest to roztrwoniony skarbiec, ale takie sobie szkiełka.
Białe, szafirowe, karminowo-czerwone. Zwykłe zguby w niezwykłym świecie.
Wypadły z torby wędrowca. I teraz mienią się w tajemniczych ogniach
nieustannego zachodu czy wschodu słońca i księżyca równocześnie. W dodatku
nie wiedzą nic o swej urodzie, barwie i tajemniczości. Ani o swoim
przeznaczeniu.
Kamienie tęsknią, myślą i modlą się. |
|
Bywa, że wędrują. A może nawet wznoszą się w powietrzu? Jeśli
uda im się poszybować na szczyt stromej góry, zamieniają się w zamek.
Warownię templariuszy? Siedzibę kasztelanki ze starej ballady? A może
mieszkanie Śpiącej Królewny?
Ale najczęściej kamienie układają się w kształt grobowca. Milczą wtedy lub
medytują.
Drzewa – bo są tu drzewa, a także krzewy, trawy, a nawet egzotyczne
kwiaty-nie-kwiaty – pochodzą chyba z pracowni norymberskich złotników. Mają
liście ze szlachetnego metalu roztopionego w retorcie alchemika. Ale być
może przywędrowały tutaj z dzieła natchnionego botanika piszącego w
tajemnicy przed światem dzieło o piątym dniu stworzenia.
A nad wszystkim unosi się Oko Opatrzności. Także wtedy, gdy jest
niewidoczne. Zwłaszcza wtedy, gdy jest niewidoczne.
Jest to świat piękny, wzniosły i potężny. Dostojny. Majestatyczny.
Wzbudzający podziw, a może i lęk.
W tym świecie mogliby się poruszać sumeryjscy kapłani. Albo celtyccy
druidzi. Sfinks mógłby zadawać Edypowi swe dziwaczne zagadki. Antonius Bloch
mógłby grać w szachy ze Śmiercią, a Ojsan – odprowadzać do Walhalli
generałów Republiki. Ale też wędrowiec z obrazów Spitzwega wcale nie czułby
się zagubiony. Przeciwnie – patrząc na brabanckie koronki
cynobrowo-ugrowo-karminowych chmur uznałby, że właśnie doszedł do celu.
Księgę Labiryntów odczytywać można na tysiąc różnych sposobów. Bo takie jest
jedyne prawo tych, którzy błądzą i gubią się we wszystkich labiryntach
świata. A błądzi każdy z nas. Tyle jest małych codziennych niezwykłości,
które, ustawione obok siebie, zamieniają się w Kosmos, Wszechświat i
Przeznaczenie.
Ale strach przed utajoną tajemniczością nie może i nie powinien stłumić
ostrości widzenia. Dlatego patrzeć trzeba badawczo, odważnie i przenikliwie.
Korowód form niezwykłych mierzyć twardym spojrzeniem, aby dostrzec rzeczy w
ich właściwych kształtach i wymiarach. Bo świat jest piękny, tajemniczy, a
może nawet groźny. Ale wiadomo, że całe jego bogactwo pozwoli się bez trudu
przekształcić w formy najprostsze, najzwyklejsze, najłagodniejsze.
Więc jaki jest świat? Prosty.
I po tę mądrość warto było wyjść z zaczarowanego ogrodu w obszar
halucynacyjnych, wampirycznych pejzaży.
* * *
Z kronikarskiego obowiązku dodać powinnam, że Józef Stolorz jest
katowiczaninem, absolwentem tutejszego Państwowego Liceum Sztuk
Plastycznych. Później studiował konserwatorstwo i zabytkoznawstwo na
Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz
historię sztuki na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Dlatego tyle wie o
kolorach, świetle, fakturze i laserunkach.
Józef Stolorz: Księga Labiryntów, czyli notatki z podróży mistycznych.
Muzeum Archidiecezjalne, Katowice, styczeń 2008 |