Wyjątkowo celnie siermiężne dekoracje Andrzeja Sadowskiego
wpisują się w przestrzeń Sceny w Malarni. Po obu stronach umownej rampy
scenicznej odrapane ściany, z zaskakującym w tych warunkach krzyżem na
jednej z nich. No, bo jesteśmy w katolickiej Irlandii, ale jakby nie tej, ku
której tęsknie wznoszą wzrok Polacy. To zapyziała, zapijaczona prowincja.
Nie ma czego zazdrościć. W rozpadającym się, także i przede wszystkim
moralnie domu, jakieś skromne sprzęty, sfatygowany stół, podniszczony
przypadkowy fotel i mrugający wątpliwym ciepłem żelazny piecyk. Obok równie
szaro i beznadziejnie. Z nieba leje się prawdziwy deszcz. To zapewne aluzja
do wcześniejszej a bardzo udanej, zrealizowanej przez tę samą reżyserkę parę
lat temu na Scenie Kameralnej Królowej piękności z Leenan. To jest ten sam
świat, może też ci sami ludzie. Albo ich sąsiedzi. To nieważne, drugorzędne.
Oni tu wszyscy jakby z jednej gliny ulepieni. Najlepiej i najdokładniej wie
o tym Mick Dowd, miejscowy grabarz, który od czasu do czasu otrzymuje
zlecenie przekopania tutejszych grobów. I wtedy może się nieboszczykom
przyjrzeć. A kto wie, czy jeszcze czegoś więcej nie robi? Czy – na przykład
– nie rozbija młotkiem kości i czaszek, by je potem wrzucić do gnojowiska
bądź utopić w pobliskim jeziorze. Tak przecież uczyni, gdy w robocie
towarzyszyć mu będzie wyraźnie zapóźniony w rozwoju młodzieniec Martin
Hanlon. W katowickim spektaklu jest to scena brutalna, aż do absurdu. No bo
właściwie, po co Mick to robi? By się zemścić, odegrać, w pijackim szale
zabawić, odreagować stresy, poczuć panem życia i śmierci?
Cieszy powrót Wiesława Kańtocha do dobrej formy aktorskiej. Sporo włożył w
tę rolę pracy. To widać. Zrezygnował z łatwych „zagrywek”, rutyniarskiego
modulowania głosu, prostych, niby pijackich „sztuczek”. Chyba nawet stonował
ekspresję, możliwą do wydobycia z tej postaci. Nie za często odwołuje się do
krzyku, klnie niemalże z umiarem, jakby mimowolnie. Niejeden z nas nabiera
podejrzenia, że – być może – przed laty, przed tajemniczą śmiercią swej
żony, Mick, był lub przynajmniej mógł być kimś innym. Utwierdzi nas w tym
scena finałowa, niespodziewanie liryczna, gdy z czaszką swej żony, o której
morderstwo jest podejrzewany przez sąsiadów, wejdzie w strugi deszczu, jakby
próbując zakląć obrazy przeszłości, przezwyciężyć niewyrażalną traumę, która
w nim tkwi. Kańtoch broni Micka sporą |
|

W katowickim spektaklu jest to scena brutalna, aż do
absurdu bezsensowna. No bo właściwie, po co Mick rozbija kości i czaszki
nieboszczyków? By się zemścić, odegrać, w pijackim szale zabawić, odreagować
stresy, poczuć panem życia?
Kusząca
brzydota
dawką
sarkazmu, czarnego humoru zdradzającego wrodzoną inteligencję, momentami
nawet tonem zgorzkniałej autoironii. Leniwie, ale z rozmysłem popija bimber,
bacząc by się zupełnie nie upić, by kontrolować rzeczywistość przynajmniej w
takim stopniu, w jakim ona na to sobie „zasługuje”. Jest abnegatem, to, co
wokół, nie budzi jego zainteresowania ani silniejszych emocji. Odnosi się
wrażenie, że takiego właśnie dokonał wyboru. Mick nie ma wielkich potrzeb.
Niczego dobrego od życia nie oczekuje. Tłamsi w sobie gorycz, pozwalając, by
czas płynął tak jak chce. Albo wolniej, albo szybciej. To bez znaczenia.
Partneruje mu przedwcześnie postarzała Maryjohnny, wyraziście zagrana przez
Bogumiłę Murzyńską. Oboje popijają, gawędzą o niczym, jak stare małżeństwo,
trochę sobie dokuczają, ale – zapewne – częściej wspierają rozmową, która
łączy ich ze światem zewnętrznym i ocala przed odczuciem pełnej samotności i
wykluczenia. Można powtórzyć ploteczki albo banalne historyjki sprzed lat,
wymienić uwagi o pogodzie, choć ta, jak zwykle, pod psem. Można się też
pokłócić. Na przykład o Pana Boga i jego wpływ na bieg rzeczy w tej
zapomnianej przez Boga i ludzi dziurze... |
|
Solidne aktorstwo jest wielkim atutem tego przedstawienia.
Dość niespodziewanie tę dwójkę aktorów dzielnie wspiera młody Michał
Rolnicki w niełatwej roli przygłupa Martina. Ciągle rozkołysany, w
odwróconej bejsbolówce na głowie, jakby za chwilę miał ruszyć w hip-hopowe
tany. Rozedrgany, znerwicowany, gotowy do nagłego ataku, ale i do
błyskawicznej ucieczki. Przypomina kundla, który będzie łasił się bądź
ujadał póki ktoś głośniej nie krzyknie. Śmieszny, żałosny, godny raczej
politowania niż pogardy, mimo że zupełnie emocjonalnie i moralnie
rozchwiany.
Jego brat, Thomas Hanlon (Wiesław Kupczak), tylko pozornie jest znacznie
bardziej rozwinięty. Stroi miny, chełpi się mundurem, udaje ważniaka. Ale
dotkliwie cierpi, bo jest zaledwie zwykłym stójkowym, a marzy o sławie i
karierze detektywa z telewizyjnego serialu. Czy może nas dziwić, że to
właśnie Thomas przyspieszy, a zatem i naruszy naturalny ciąg wypadków,
nieopatrznie prowadząc do rozlewu krwi? Chce zdemaskować mordercę, a sam o
mały włos do morderstwa nie doprowadza.
Kryminalna zagadka zdaje się reżyserkę Katarzynę Deszcz najmniej obchodzić.
I słusznie. To tylko jedna z, być może, wielu tajemnic, jakie skrywają
mroczne domostwa i takież dusze mieszkańców Leenan. Bo tutaj żyją tylko
„ludzie zbędni”, jak ich czasem określają współcześni socjolodzy, a zatem
„zdrowa część” społeczeństwa nie wnika w ich przestrzeń, także tę duchową.
Są pozostawieni niejako sami sobie, a ich losy normują kodeksy moralne,
które znajdują się w stanie rozkładu. Ale ten rysu socjologiczny i, by tak
rzec, socjalny jest tu ledwie naszkicowany, a w każdym razie ten spektakl
nie chce być społecznie „zaangażowany”. Bieda i ubóstwo (także moralne)
raczej nęcą i kuszą, a nie obrażają czy oburzają. Behawiorystyczna siła
poruszająca postaciami z tego klaustrofobicznego świata odsłania zło i
brzydotę. A one – o, dziwo i o, zgrozo – są ponętne. Oto lep, na który
McDonagh tak skutecznie, i to nie tylko na Wyspach, łapie widzów. A
Katarzyna Deszcz potrafi jego dramaty czytać.
Martin McDonagh: Czaszka z Connamary. Przekład:
Klaudyna Rozhin. Reżyseria: Katarzyna Deszcz. Scenografia: Andrzej Sadowski.
Muzyka: Krzysztof Suchodolski. Premiera 14 grudnia 2007 roku na Scenie w
Malarni Teatru Śląskiego im. St. Wyspiańskiego w Katowicach. |