Głosy prasy
Pewną niespodziankę sprawił warszawski chór Cantoes Minores, którym
kieruje Józef A. Herter, prezentując „Missa brevis” Krzesimira Dębskiego.
Dodam, że niespodzianka została przyjęta bardzo życzliwie.
Kazimierz Sobolewski, Kurier Polski,
Warszawa, 6-8 marca 1992 r.
Pięknie śpiewają chóry... osobny atut spektaklu stanowi tu liczny chłopięcy
chór Archikatedry Warszawskiej Cantores Minores, przygotowany przez Josepha
Hertera.
Józef Kański, „Carmen w Romie”, Ruch Muzyczny,
Warszawa, 14 stycznia 1996 r
– Encyklopedia internetowa podaje: „Joseph A. Herter –
muzykolog oraz dyrygent chóralny. Urodzony w Detroit/Michigan (USA) w 1945
roku. Joseph Herter pochodzi z rodziny o polskich krzeniach”. Jak Pana
rodzina znalazła się w Stanach i kiedy to było?
– Rodzice ze strony ojca byli ze Śląska. Dziadek był Niemcem, babcia Polką i
to oni wyemigrowali do Stanów w 1902 roku. Konkretnie do Pensylwanii, gdzie
urodził się mój ojciec. Po I wojnie światowej dziadek wrócił jednak do
Polski z całą rodziną. A później, kiedy wybuchła wielka światowa recesja,
ojciec wrócił do Ameryki, ale już sam, gdzie ja urodziłem się w 1945 roku.
Dziadków nigdy już nie widziałem. Zostali w Polsce i już do Ameryki nie
zdążyli przyjechać.
– Zawsze chciał Pan być muzykiem?
– Chyba tak. Mówili mi, że już w szkole podstawowej byłem tak zwanym
„cudownym dzieckiem” i nieźle grałem na klarnecie w szkolnej orkiestrze.
Potem grałem na perkusji i zacząłem śpiewać w kościelnym chórze.
– Śpiewał Pan gospel?
– Nie, śpiewaliśmy pieśni gregoriańskie.
– Czytam dalej: „Wykształcenie muzyczne uzyskał na Uniwersytecie Michigan w
Ann Arbor, gdzie studiował dyrygenturę u Thomasa Hilbisha i Gustawa Meiera.
Studia dyrygenckie kontynuował w Westminster Choir College w Princeton, New
Fersey (1981) oraz Bershire Music Centre w Tanglewood, Massachusetts (1984).
Był dyrektorem muzycznym w kilku parafiach w Detroit oraz członkiem Komisji
Ekumenicznej Archidiecezji Detroit”.
– Faktycznie, pracowałem w Detroit jako nauczyciel i dyrygent. Na początku
lat siedemdziesiątych, konkretnie w 1974, przyjechałem po raz pierwszy do
Polski. Gdy rządził Gierek.
– Za dwa lata zacznie się kryzys. Wprowadzono pierwsze kartki na cukier.
– Tak, ale wówczas tego nie było widać, tego, że podstawy państwa trzeszczą.
No bo Gierek pożyczał pieniądze z Zachodu i łatał dziury. To wówczas
pojawiła się Coca Cola, Pepsi i inne cudeńka amerykańskie. I wszyscy wokół
mieli nadzieję, że będzie coraz lepiej. Tak mi mówili. A ja nie miałem
powodów, żeby nie wierzyć. Wydawało się, że będzie dobrze. Ale widziałem też
tu czarny rynek. I ludziom, którzy mieli jakieś marne parę dolarów, żyło się
cudownie. Za 25 dolarów człowiek mógł mieszkać jak król przez cały miesiąc.
– Co Pan u nas wówczas robił?
– Pracowałem w szkole amerykańskiej w Warszawie i kontrakt przedłużałem co
roku. Tak pracowałem przez lat 15. Oczywiście wracałem do Stanów na wakacje.
W tej szkole, gdzie uczyłem, było raptem jakieś 200 uczniów i tam właśnie
zacząłem wystawiać opery dla dzieci. Wówczas poznałem Darka Miłkowskiego,
dzisiejszego dyrektora Teatru Rozrywki, który studiował w Krakowie i to on
mi pomagał reżyserować te opery. Między innymi wystawiłem Małego
kominiarczyka i Potop Noego Benjamina Brittena, Amahl i nocni goście Gian
Carlo Menottiego i parę innych rzeczy.
Później założyłem dwa chóry. Jeden był mieszany, to znaczy razem z Polakami,
studentami Akademii Muzycznej, było dużo cudzoziemców. I ten chór
prowadziłem 13 lat, a od 17 lat prowadzę chór, który założyłem w Warszawie w
katedrze św. Jana. Chór chłopięco-męski Cantores Minores. I ciągle z nimi
współpracuję.
– Encyklopedia podaje: „Chór »Canores Minores« założony został przez
obecnego dyrygenta Josepha Hertera w 1990 r. Członkami zespołu są chłopcy ze
szkół podstawowych i średnich z różnych dzielnic Warszawy; wielu z nich
uczęszcza do szkół muzycznych. Na repertuar chóru składają się przede
wszystkim utwory kompozytorów klasycznej literatury chóralnej (Elgar, Lasso,
|
|

|
Z
JOSEPHEM HERTEREM
muzykologiem i dyrygentem
rozmawia
MAREK MIERZWIAK
|
Podatki
płacę
w Polsce
Moniuszko,
Mozart, Rheinberger, Zieleński), jak również współczesnych (Dębski, Moss,
Murray, Schafer, Paciorkiewicz). Zespół występował z wieloma polskimi i
zagranicznymi orkiestrami symfonicznymi oraz uczestniczył w wielu
festiwalach muzycznych krajowych i zagranicznych.” Trudniej się chyba
pracuje z chłopcami niż z dziewczętami, taka przynajmniej panuje opinia.
– Jak chłopcy mają mutację, to niektórzy mówią: „Przestaniecie na jakiś czas
śpiewać”. Nie zgadzam się z tym. Oni śpiewają u mnie przez cały czas tak jak
mogą. Naturalnie. Nie fałszując. No, a jak ich bym odpuścił, to znajdą wiele
zajęć i potem będzie trudno zebrać ich i namówić, żeby w ogóle wrócili do
chóru. Mój chór śpiewał w Międzyzdrojach, ale i w Loreto, Nantes, Wiedniu i
włoskim Lecco, gdzie zajął pierwsze miejsce w konkursie Harmonia Gentium.
Śpiewaliśmy w Holandii, Anglii, Francji, Belgii, Niemczech, Stanach
Zjednoczonych, Kanadzie, Austrii i na Ukrainie. Chyba wymieniłem wszystkie
kraje? Aha, jeszcze Praga gdzie zdobyliśmy sporo nagród za nasz śpiew.
– Wróćmy jeszcze na chwilę do roku 1981. Kiedy wprowadzono stan wojenny, to
na jakiś czas wrócił Pan do Ameryki. Przestraszył się Pan Generała?
– Wróciłem do Stanów na jeden rok, żeby trochę odpocząć psychicznie od tego
stanu wojennego. Jak mieszkałem w Warszawie i Jaruzelski kazał wyłączyć
wszystkie telefony, a Polacy nie mieli prawa chodzić do różnych ambasad
zachodnich, to przychodzili do mnie, abym ja załatwiał im różne sprawy.
Jechałem zatem, chciałem rozmawiać o moim przyjacielu, w ambasadzie nie było
akurat tego urzędnika, zostawiałem gdzieś wiadomość, umawiałem itd. I tak
przez cały rok. W pewnej chwili byłem już strasznie zmęczony. Ta Polska
rzeczywistość, ta szarzyzna mnie dobiły. Musiałem odpocząć. Osobiście nie
miałem żadnych kłopotów, ale zmęczenie psychiczne było duże. Wielu moich
znajomych, wiem to, było regularnie zapraszanych na „rozmowy” z
funkcjonariuszami SB. Mnie zostawiali w spokoju.
W Stanach wówczas skończyłem dyrygenturę i kiedy wróciłem do Polski, nie
tylko uczyłem w szkole amerykańskiej, ale zacząłem współpracować jako
dyrygent z orkiestrami w Szczecinie, Częstochowie, Jeleniej Górze, Łodzi,
wreszcie w Warszawie.
– A kiedy Pan trafił do Teatru Rozrywki?
– Chyba w 1989 lub w 1990 roku. Pierwszy spektakl który dyrygowałem, to był
musical o I wojnie światowej. Rozkoszna wojna – tak się nazywał.
– To w tym spektaklu Jacenty Jędrusik otrzymał Złotą Maskę za rolę
Konferansjera i generała Haiga.
– Tak, no i zagraliśmy go ponad 50 razy. To chyba niezły wynik?
– Czy od tej pory ma Pan stały kontrakt?
– Nie, też mam kontrakt roczny, który muszę ciągle odnawiać.
– No, ale myślę, że dyrektor jest zadowolony ze współpracy?
– To trzeba jego zapytać.
– Jakieś przygody związane z pracą w „Rozrywce” są?
– Pamiętam jak śpiewał Staszek Ptak. Był cudownym człowiekiem i miał piękny
głos. Ale nie potrafił liczyć.
– Co to znaczy?
– No, albo za wcześnie wszedł, albo za późno zaczynał śpiewać i zawsze była
wielka panika w orkiestrze, czy uda nam się równo skończyć. |
|
– Nagrał Pan też muzykę Krzesimira Dębskiego do filmu
Alchemik według scenariusza i w reżyserii Jacka Koporowicza.
– Mogę powiedzieć, że to jest zupełnie inne doświadczenie muzyczne. To był
pierwszy polski film nagrywany w systemie dolby, czyli jakość była
znakomita. W jednej sali miałem tylko kwintet smyczkowy, w innej instrumenty
blaszane i oni mnie widzieli. Natomiast w trzeciej sali była perkusja, ale
muzyk grający na niej, widział mnie tylko na monitorze. To była ciężka i
wyczerpująca praca. Przez cały długi tydzień.
– Propaguje pan dzieła mistrzów nie za bardzo znanych. Szpera Pan, szuka i
wyszukuje utwory związane z Polską.
– No, bo prawie nikt nie wie o tym, że Arnold Bax, wielki angielski
kompozytor, napisał 5 polskich kolęd na chór i orkiestrę. A Benjami Britten
skomponował Krucjatę dziecięcą, czyli utwór o losie polskich dzieci w czase
II wojny światowej. Kiedyś dyrygowałem orkiestrą, która grała utwór Edwarda
Edgara Polonia. Napisany został w czasie I wojny światowej, a kompozytor
zadedykował go Ignacemu Paderewskiemu.
Zacząłem szukać innych utworów poświęconych Polsce. I znalazłem kantatę
Zygmunta Stojowskiego do tekstu Zygmunta Krasińskiego zatytułowaną Modlitwa
za Polskę. Nie była wykonywana od 80 lat. Znalazłem partyturę, przepisaliśmy
wszystkie głosy i wydano już ten utwór w Kalifornii. A zagrano go 11
Listopada ubiegłego roku w Białymstoku.
– A Pan 11 Listopada wykładał o Zygmuncie Stojowskim w Dublinie.
– Był Polakiem, który emigrował do Stanów Zjednoczonych w 1905 roku. Ale
przedtem studiował w Paryżu pod kierunkiem wielu znanych muzyków, jak Louis
Diémer, Léo Delibes i Theodore Dubois. W paryskiej Sali Gerarda w 1891 odbył
się koncert rozpoczynający jego wielką karierę. Później, jak powiedziałem,
pojechał do Ameryki, gdzie w roku 1915 Orkiestra Filharmonii Nowojorskiej
poświęciła cały koncert jego utworom. Był pierwszym polskim kompozytorem,
którego spotkało takie wyróżnienie. Tam też występował z różnymi orkiestrami
amerykańskimi oraz kształcił pianistów. Ale dziś ludzie zapomnieli o nim. A
on był postromantykiem, rewolucyjnym kompozytorem, który zdecydowanie
wyprzedził swój czas. Jego muzyka jest przepiękna. Napisałem o nim książkę.
Po angielsku, ale myślę, że ukaże się ona również po polsku.
– Zygmunt Stojowski – trzeba przypomnieć sobie to nazwisko i jego twórczość.
– Myślę, że tak. Jeżeli Amerykanie poznali się na jego muzyce, tym bardziej
my, Polacy, powinniśmy ją docenić. Muszę jednak powiedzieć, że dla tego
wybitnego kompozytora, pianisty i pedagoga być może nadchodzą lepsze czasy.
Wytwórnia Hyperion wydała płytę z jego koncertami fortepianowymi w wykonaniu
Jonatana Plowrighta i BBC Scottish Symphony Orchestra pod batutą Martyna
Brabbinsa, która przebojem wdarła się do ścisłej czołówki bestsellerów
muzyki klasycznej w Wielkiej Brytanii. Wszyscy rcenzenci przyznali jej pięć
gwiazdek – więcej już nie mogli – zachwycając się zarówno wykonaniem, jak i
samymi kompozycjami. Zygmunt Stojowski nie tylko zatem według mnie zasługuje
na najwyższe uznanie.
– I jeszcze trochę encyklopedycznych informacji o Panu: „Od listopada 2006
roku, Herter działa w Polsce również jako reprezentant nowojorskiej Fundacji
Kościuszkowskiej Inc. Pierwszego września 1999 roku, Prezydent Miasta
Warszawy Paweł Piskorski odznaczył Hertera medalem na cześć 400-lecia
Warszawy jako stolicy Polski. Medal ten zazwyczaj wręczany jest ludziom i
instytucjom, które zasłużyły się Warszawie i jej mieszkańcom. Otrzymał też
liczne wyróżnienia i nagrody, m.in. od polskiego Ministra Kultury, Polskiego
Stowarzyszenia Śpiewaków w Ameryce, Stowarzyszenia Chórów i Orkiestr
Polskich oraz Polskiego Senatu”. Tyle nagród, wyróżnień, odznaczeń – jest
Pan zatem człowiekiem szczęśliwym.
– Człowiek może docenić swoje szczęście wówczas, gdy jest nieszczęśliwy. Ale
myślę, że jestem szczęśliwy.
Mało miałem zmartwień i nieudanych rzeczy w moim życiu. Pracuję chyba
nieźle, mimo wieku i jeszcze chyba parę lat twórczych mam przed sobą. Jestem
zadowolony, że zdrowie pozwala jeszcze pracować.
– Jest Pan bardziej Amerykaninem, czy już bardziej Polakiem?
– Czuję się i Amerykaninem, i Polakiem. Trudno to rozdzielić. Ale podatki
płacę w Polsce. Mam nadzieję, że nigdy nie dojdzie do sytuacji, iż będę
musiał wybierać. |