– Blisko trzy lata temu obchodził Pan jubileusz 50-lecia
pracy artystycznej. Za tym półwieczem stoi ogrom doświadczeń, tym
ciekawszych i bogatszych, że swoje artystyczne życie w całości poświęcił Pan
operze i propagowaniu oper polskich kompozytorów. Piękny i bogaty był to
czas dla Pana, prawda?
– Tak, a szczególną rolę odegrał czas spędzony w warszawskim Teatrze
Wielkim, z którym związałem się w 1962 roku, zaproszony przez dyr. Bohdana
Wodiczkę. W teatrze tym, z krótkimi przerwami, jestem do dziś. Mam ciągle
wielu przyjaciół, dobrze się z nimi czuję i oni pewnie też, co w przypadku
dyrektorów teatru nie zdarza się często. Miałem dwie pasje, dwa żywioły:
repertuar polski, Moniuszko i Ryszard Wagner – moja prywatna pasja, od
młodości, dzięki której sezon artystyczny 1974 rozpoczął się inscenizacją
Tannhausera, jeszcze wówczas śpiewanego po polsku, który utrzymał się w
repertuarze kilka sezonów. Zawdzięczam to realizatorom: reżyserem był prof.
Otto Fritz z Wiednia, scenografem Annelis Corrido z Zurychu. Stworzyli oni
wtedy tak nowoczesną inscenizację, że wbrew oporom, tak publiczności jak i
władz, przedstawienie utrzymało się przez cztery sezony. Na pewno ten
Tannhauser utorował drogę Holendrowi tułaczowi, którego w 1981 roku
wystawiłem w oryginalnej wersji językowej. Przygotowałem potem jeszcze
Parsifala, w 1993 roku, po 66 latach od polskiej premiery w Warszawie.
Pojechaliśmy z nim na festiwal do Heilbronn, gdzie odbyło się 11 spektakli a
rok później wyjechaliśmy z nim do słynny festiwal do Bregenz, w Austrii,
gdzie w roli tytułowej wystąpił znakomity Rene Kollo, oklaskiwany m.in. na
festiwalach wagnerowskich w Bayreuth.
– Repertuar Pana był bardzo szeroki. Wagner, liczne opery Verdiego
(Falstaff, Traviata, Aida, Trubadur, Dzień królowania, Rigoletto),
oczywiście opery Moniuszki, oprócz wielkich przedstawień Halki w wielu
miejscach na świecie, były i inne dzieła (Paria, Verbum nobile, Straszny
dwór). Ogromne dokonania tyczą też repertuaru współczesnego…
– Tak, wystawiłem w Teatrze Wielkim Chłopów Witolda Rudzińskiego, także jego
Odprawę posłów greckich, dwukrotnie z powodzeniem Lorda Jima Romualda
Twardowskiego, także w Łodzi i w Operze Gdańskiej, no i wystawiliśmy w
Warszawie, za mojej dyrekcji, w 12 lat po prapremierze hamburskiej, Diabły z
Loudun Krzysztofa Pendereckiego. Na temat tego jak doszło do przedstawienia
Diabłów, w reżyserii Kazmierza Dejmka, w polskiej wersji językowej, można by
napisać książkę. Opory polityczne i religijne wydawały się nie do
przełamania. W końcu uzyskaliśmy zgodę i biskupów, i sekretarzy, w tej
właśnie kolejności, i opera ta utrzymała się w repertuarze warszawskiego
Teatru Wielkiego przez pięć sezonów, co jest wydarzeniem bez precedensu.
Przypomnijmy też sobie, ile Moniuszko miał w Warszawie problemów z
wystawieniem swojej Halki 150 lat temu. Ile musiał dokomponować, bo tenor
powiedział, że bez arii w IV akcie on nie wyjdzie na scenę – w ten sposób
przecież powstała wielka aria Jontka Szumią jodły. Możliwe, że w przeciwnym
razie wystawiono by wtedy tylko o ileż uboższą dwuaktową Halkę, tzw.
wileńską.
– Należy Pan do najwybitniejszych odtwórców dzieł scenicznych współczesnych
kompozytorów. Jak i czym wzbudzał Pan ich zaufanie?
– Z Diabłami było dość prosto, bo zagraniczne sukcesy dzieła w Hamburgu,
Düsseldorfie i Stuttgarcie wręcz nas zmuszały do jak najszybszej polskiej
premiery, choć trwało to i tak 12 lat. To był nasz wielki sukces, sukces
wszystkich – bez wyjątku – artystów i realizatorów, także dyrektora od spraw
organizacji widowni, p. Antoniego Przetakiewicza, który przez pięć sezonów
skutecznie namawiał publiczność do przyjścia na Pendereckiego.
Mieliśmy najlepsze zespoły wykonawcze, chór i orkiestrę, zwłaszcza
najwybitniejszych solistów, których właściwe dziś w Polsce nie mamy… Ładysz,
Pustelak, Paprocki, Klimek, Hiolski, Jamroz, Szostek-Radkowa, Szczepańska,
Ochman, Węgrzyn. Kompozytorzy o tym doskonale wiedzieli.
– Ale wystawił Pan też Króla Ubu w łódzkim Teatrze Wielkim, kiedy Pan
prowadził tę scenę, wspominał Pan o Lordzie Jimie w Łodzi i w Gdyni… Więc i
Pan był gwarantem wysokiej jakości tych wystawień…
– Tam także była świetna grupa realizatorów, miałem dobrego reżysera,
katowiczanina Lecha Majewskiego, świetnego scenografa Franciszka
Starowieyskiego – twórcę bardzo oryginalnych kostiumów. Króla Ubu robiliśmy
w wersji niemieckiej, więc wielokrotnie jeździliśmy z nim do Niemiec, do
Holandii, wykonaliśmy go także na Festiwalu Operowym w Dreźnie a w Polsce
przyznano nam za tę inscenizację i wykonanie nagrodę krytyków „Orfeusz” na
Warszawskiej Jesieni w 1994 roku.
– Czym Pan przyciągał do siebie twórców? Kreatywnością działania, a może
wiernością wobec nie zawsze łatwego do odczytania zapisu? Jak szeroko
spogląda Pan na partyturę?
– Dziś już nie można tylko dyrygować, nie możemy zamykać oczu na to, co
dzieje się na scenie. Naszą rolą jest nie tylko słuchać, ale i obserwować,
czy nie zachodzi jakaś istotna sprzeczność pomiędzy tym, co na scenie a tym,
co w muzyce. Stąd zdarzają się skrajne sytuacje, że dyrygenci wobec tego, co
proponują im reżyserzy – odmawiają współpracy. Mariusz Treliński – na
przykład – unika dosłowności, proponując w Madame Butterfly piękną symbolikę
kultury japońskiej, i to jest akceptowane, co nie często się zdarza. Kiedy
wystawiałem Halkę w Niemczech, po niemiecku, na plakacie narysowano
groźnego, czarnego raka, który gdzieś tam czatuje na Halkę... Czy któryś z
polskich scenografów wymyśliłby coś takiego? Może nam się to nie podobać,
ale to zrobiło jednak niesamowite wrażenie...
– Prowadził Pan w Wiesbaden i w Oberhausen także opery niemieckie, również
te niezbyt dobrze nam znane: Maxa Brucha, Maxa Schilingsa, a i te
sztandarowe, choćby Arabellę Straussa, o Wagnerze już nie wspominając…
A był jeszcze Mozart, także wielkie włoskie opery, potem dzieła
Czajkowskiego, Rimskiego-Korsakowa, Szostakowicza (Katarzynę Izmaiłową),
Strawińskiego (Króla Edypa), także opery Busoniego, Paderewskiego. Wszystko
to świadczy, że jest Pan dziś najbardziej doświadczonym polskim dyrygentem
operowym. Proszę nam zatem umiejscowić naszego Moniuszkę, dziś, na progu 21
stulecia…
– To, że do dziś na Halkę przychodzą w Polsce tłumy miłośników opery,
oznacza, że Moniuszko wciąż jest kompozytorem bardzo nam emocjonalnie
bliskim. Naszym zadaniem jest natomiast przekonać tych melomanów, którzy
Moniuszki jeszcze nie zdążyli poznać. Kiedyś jeździliśmy za granicę z Halką
czy ze Strasznym Dworem, a byliśmy w wielu miejscach, np. dwa tygodnie z
powodzeniem graliśmy Moniuszkę w Operze Królewskiej w Sztokholmie, a także w
Turcji, gdzie Moniuszko był kompletnie nieznany, zaś do Opery w Bukareszcie,
gdzie wraz z Marią Fołtyn wystawiliśmy Straszny dwór, po rumuńsku, musiałem
jeździć potem dwa lata, aby prowadzić moniuszkowskie spektakle, takim
cieszył się powodzeniem. My, w ramach „rewanżu”, wystawiliśmy w Warszawie
Króla Edypa Enescu, bardzo ciekawą operę czołowego ich kompozytora. Halka w
Oberhausen, wystawiona przeze mnie w 1990 roku, również blisko dwa lata była
tam na afiszu, śpiewana po niemiecku (!) cieszyła się bardzo dużym
zainteresowaniem. Podobnie było w Ankarze. Halka po turecku, z tureckimi
artystami, prezentowana była przez dwa sezony. Do dziś zresztą dobrze
zachowała się w pamięci Turków, bo ostatnio znów zaczęto przymierzać się do
jej ponownego wystawienia. Z Operą Śląską byłem w Kanadzie, gdzie Halka po
raz pierwszy pokazana została w Montrealu, po polsku, a potem prowadziłem
trzy przedstawienia w Nowym Jorku oraz uroczysty koncert moniuszkowski w
katedrze św. Patryka z okazji jubileuszu 10 – lecie pontyfikatu naszego
papieża.
Kiedy moja żona śpiewała Wagnera w Metropolitan Opera podeszła na
pospektaklowym przyjęciu do dyrektora teatru, Jamesa Levine’a, i zapytała
go, dlaczego nie śpiewa się tam Moniuszki a śpiewa opery czeskie.
Odpowiedział, że on zna Halkę, że mu się podoba, ale |
|

|
Z
Antonim Wicherkiem
rozmawia
Adam Rozlach
|
To
dziecko
pójdzie w świat…
powiedział
też, że Czesi sami finansują sobie przedstawienia w MET, więc i my możemy to
zrobić... Warto dodać, że w 2007 roku amerykańska Opera w Sarasocie
doprowadziła do wystawienia Halki po polsku, na swój koszt, odbyło się aż 7
wysprzedanych spektakli – wiele więc mamy do zrobienia. Nb. w partii
tytułowej wystąpiła jedyna Polka, Maria Knapik z Kanady.
– Gdyby miał Pan przekonać Jamesa Levine’a do Moniuszki – co by Pan mu
powiedział?
– Podkreśliłbym przede wszystkim uniwersalne walory libretta, które zawsze i
wszędzie zrobi wrażenie na operowej publiczności, a muzyka nie tylko nie
jest gorsza od tej granej tam wciąż czeskiej, ale o wiele lepsza… Brak Halki
w Ameryce jest niedopatrzeniem obu stron.
– A czy powiedziałby mu Pan, że jest to łatwa czy trudna muzyka?
– Powiedziałbym, że na pewno jest dużo łatwiejsza od Borysa Godunowa i od
innych wielkich oper. Największą przeszkodą jest nasz język, ale przykład
Sarasaty, gdzie Amerykanie zupełnie dobrze poradzili sobie z polskim,
wzbudza nadzieje, a błędy językowe pojawiają się też, gdy Amerykanie
śpiewają po czesku. Przecież to jest język jeszcze trudniejszy od naszego…
– Jak Pan sądzi, dlaczego muzyka Moniuszki jest tak trudna dla naszych
śpiewaków? Byłem niedawno komentatorem kilku naszych konkursów operowych.
Wszystko działa, dopóki nie nadejdzie jakaś aria moniuszkowska...
– To muzyka napisana bardziej po polsku niż w wokalnej manierze włoskiej.
Może dlatego jest trudniejsza do zaśpiewania? Jeśli śpiewaczka ma duży głos,
dobrą dykcję, gdy głos jej jest dobrze prowadzony – bez trudu poradzi sobie
z każdą arią Moniuszki. Problemem są głoski szeleszczące czy nosowe, jak:
psz, szcz, ś, ść, ę, ą – one przeszkadzają w śpiewie. A nie ma ich np. w
języku rosyjskim, łatwiejszym i śpiewniejszym – dlatego rosyjski jest przez
śpiewaków bardziej lubiany. Już nie mówię o włoskim…
– No to Levine może powiedzieć: ja nie chcę takiej „chrząszczowej opery”…
– Ale Janaczka, Smetanę, Dworzaka wystawia i te opery – mimo podobnych a
może i jeszcze większych trudności – mają powodzenie. Nie jest to więc tylko
kwestia języka.
– Kolekcja zrealizowanych przez Pana oper jest ogromna. Czego Panu jeszcze
brakuje?
– Wielu… Brakuje Tristana, Śpiewaków norymberskich, dobrze byłoby wrócić do
Pierścienia Nibelunga… Teraz przygotowuję Włoszkę w Algierze z reżyserem
Michałem Znanieckim w Teatrze Wielkim w Łodzi, następnie we Wrocławiu będę
realizować 5-aktową operę Ludomira Różyckiego Eros i Psyche. Jest to dzieło
22-letniego kompozytora, napisane na zamówienie Breslauer Oper i wystawione
tam w 1917 roku. Tam zaczęła się wielka kariera tej opery, która potem
wystawiana była w Belgii, Holandii, Szwecji, ale i w 1918 roku w Warszawie.
Wystawienie więc dziś tego dzieła właśnie w Operze Wrocławskiej nadaje temu
wydarzeniu specjalny smak. Różycki to jest w pewnym sensie taki polski
Richard Strauss, studiował w Berlinie, był na wszystkich premierach oper
Straussa – nic zatem dziwnego, że słychać te wpływy. Emil Młynarski,
największy po Kurpińskim dyrektor warszawskiego Teatru Wielkiego, doskonale
przeczuł, z kim ma do czynienia i zaangażował Różyckiego na dyrygenta (choć
nie był on aż tak dobrym dyrygentem), ale przede wszystkim zaproponował mu
napisanie muzyki do baletu Pan Twardowski, która do dziś ma wielkie
powodzenie. Jest pierwszym polskim baletem, do tego znakomicie
zinstrumentowanym. Nagrałem całość tej muzyki w 1973 roku – niedawno Polskie
Nagrania wydały ją na płytach.
– W ostatnich kilku latach prowadził Pan z okazji jubileuszu wiele
przedstawień, ale i koncertów symfonicznych, m.in. prezentował Pan operę
Paria Moniuszki, w wersji koncertowej w Filharmonii Śląskiej a w Operze
Śląskiej – dwa spektakle Halki. Urodził się Pan w Żorach. Maestro, dziś w
dobie globalizacji nie ma już chyba tak wielkiego jak kiedyś znaczenia, skąd
kto pochodzi, jakie ma korzenie, jakie wyniósł z dzieciństwa
przyzwyczajenia, jakie wniósł w to, co robi przekonania, tradycje. Tym
niemniej chciałbym zapytać Pana: co to znaczy być Ślązakiem, co to oznacza
dla muzyka?
– Widzę odrębności między Śląskiem a resztą Polski. Wyraźne są wpływy
kultury i szkoły niemieckiej. Ja uczyłem się po polsku i po niemiecku, ale
moi rodzice wyłącznie po niemiecku. Kiedy chcieli coś powiedzieć, abyśmy z
bratem tego nie słyszeli, mówili po niemiecku. To są istotne różnice, które
odegrały zasadniczą rolę w odebraniu szerokiego, ogólnego wykształcenia
humanistycznego, z bliskim poznaniem literatury, poezji, muzyki…Mnie do dziś
imponuje, że np. w Bawarii podczas tradycyjnych świąt nie tylko pije się
piwo, ale i śpiewa. I to jak… A jeśli ktoś nie potrafi czysto śpiewać, jest
wręcz wypraszany z towarzystwa. To robi wrażenie. Mają to również Rosjanie,
Gruzini… Może dlatego, że tam w kościołach nie ma organów ? U nas –niestety
– organy dominują, jakby zwalniają ze śpiewania… Dopiero w późnym wieku
dochodzi się do tego, jak ważne były te wpływy. Bardzo ważne dziś są filmy,
teksty, felietony Kazimierza Kutza - on to wszystko, całą tę specyfikę
znakomicie wyczuwa.
– Pochodzi Pan z rodziny o bogatych muzycznych tradycjach…
– Moja mama, Maria, była organistką w kościele polskim, także w kościołach
gliwickich, i to dzięki niej nasze nazwisko zaczynało pojawiać się na
afiszach. Ojciec, Sylwester, chociaż był maszynistą pociągów pośpiesznych
(była to posada pewna, doskonale opłacana), miał cały czas kontakt z muzyką.
Dużo grał, śpiewał a nadto prowadził jeszcze na kolei orkiestrę mandolinową,
potem uczył się grać na puzonie. Wszyscy więc byliśmy niejako skazani na
muzykę, choć ja z młodszym o dwa lata bratem bardzo się opieraliśmy.
Graliśmy na skrzypcach, co zwłaszcza z początku jest zajęciem strasznie
trudnym i mało wdzięcznym, tak bardzo nam się nie podobały te pierwsze
wydobywane z instrumentu, fałszywe najczęściej tony. Przezwyciężenie tych
problemów wymaga jednak 2–3 lat pracy, dopiero potem można coś dobrze
zagrać. A jeszcze ojciec przed pójściem spać przepytywał nas o tonacje, no
ale i to później zaowocowało. Jeden z synów mojego brata jest dyrygentem w
Warszawskiej Operze Kameralnej, już dyryguje w Teatrze Wielkim, a drugi gra
na skrzypcach w Filharmonii Śląskiej. Nb. brat był długoletnim chórmistrzem
w Operetce Śląskiej. Tak to bywało i bywa na Śląsku. To też jest specyfika
tego regionu, że zainteresowania muzyczne przechodziły z pokolenia na
pokolenie.
– Jak Pan pamięta dziś Żory? Lata swojego dzieciństwa, swojej młodości…
– Mieszkaliśmy przy głównej ulicy, ale od Rynku dzielił nas kilometr. Kiedy
miałem trzy lata, sam wybrałem się na Rynek i dopiero ktoś tam mnie |
|
odnalazł i przyprowadził do domu. Dostałem lanie, ale babcia
miała wtedy powiedzieć: to jest znak, to dziecko pójdzie w świat… To, że
nawet w Kairze zostałem dyrektorem tamtejszej Opery i Filharmonii, nabiera
jakiegoś znaczenia... Żory to było małe miasteczko, które pod koniec wojny
zostało zniszczone. Front był już blisko Berlina, a otoczone przez wojska
polsko- radzieckie Żory wciąż były w rękach niemieckich. Pierwszy atak się
nie udał, Niemcy bronili się zaciekle. Z czołgu rosyjskiego mój ojciec
został ranny w brzuch. W nocy wraz z matką i bratem przenosiliśmy go w tym
stanie kilkaset metrów na wieś. Nic nie jadł, ale pił świeże, krowie mleko i
chyba to go uratowało. Żył potem jeszcze 15 lat z tymi odłamkami w brzuchu.
Żory przestały istnieć, dopiero potem zostały odbudowane, są dziś pięknym
miastem, ze szkołą muzyczną, której kiedyś tam nie było… Do szkoły, jeszcze
przed wojną, jeździłem pociągiem do Katowic, do Śląskiego Konserwatorium.
Zarabiałem też już wtedy – uczyłem na akordeonie syna kierownika mleczarni.
Grałem wtedy tylko na skrzypcach i na pianinie – sam się wtedy uczyłem grać
na akordeonie. Co tydzień, poza honorarium, dostawałem od niego pół
kilograma masła, a wiele to wtedy znaczyło.
Ta tradycja muzykowania na Śląsku podparta była potem powstaniem Filharmonii
Rybnickiej, z piękną siedzibą – Teatrem Ziemi Rybnickiej, no i jakże bogatą,
jeszcze przedwojenną działalnością braci Szafranków, a i dziś istnieje tam
bardzo dobra orkiestra. Z tej rybnickiej ziemi pochodzą nasi znakomicie
pianiści – Lidia Grychtołówna, Piotr Paleczny czy kompozytor Henryk Mikołaj
Górecki.
– Rodzina Pana zaraz po wojnie przeniosła się do Gliwic, prawda?
– Tak, bo nasz dom w Żorach przestał istnieć. W Gliwicach mieszkała ciocia,
która miała tam piękne mieszkanie, a że wyjechała do Niemiec, przenieśliśmy
się tam. Do dziś mieszka w nim mój brat – absolwent krakowskiej PWSM. W
Gliwicach ukończyłem liceum o kierunku humanistycznym, z łaciną, a
równolegle uczęszczałem do szkoły muzycznej. Potem wyjechałem do Wrocławia,
gdzie podjąłem studia prawnicze. Grałem na skrzypcach, więc zaproponowano mi
egzamin do orkiestry Opery Wrocławskiej. Przesłuchiwał mnie tam prof.
Kazimierz Wiłkomirski, późniejszy mój profesor dyrygentury. Rano grałem na
próbach a wieczorem studiowałem i studia prawnicze skończyłem. Jednak to, że
zostałem muzykiem, zawdzięczam nie tylko prof. Wiłkomirskiemu, ale i
znakomitemu krakowskiemu prawnikowi prof. Janowi Gwiazdomorskiemu, który
swoim autorytetem wycofał mój nakaz pracy; miałem być podprokuratorem w
Kłodzku, w zamian – oprócz gry w Operze – grałem w prowadzonym przez niego
kwintecie smyczkowym. W ten sposób służę muzyce po dziś dzień…
– Swoją artystyczną, dyrygencką działalność łączy Pan z zaszczytnym, ale i
zobowiązującym prezesowaniem Stowarzyszeniu Polskich Artystów Muzyków.
– Tak, to już druga kadencja, siódmy rok – znakomicie więc widzę, jak bardzo
potrzebne jest to Stowarzyszenie, ponieważ sytuacja muzyki w naszych mediach
wymaga stałej troski i nieustających reakcji. Tej tzw. muzyki poważnej jest
przecież w radiu i w telewizji bardzo mało, mimo że mamy radiową Dwójkę i
telewizyjny kanał tematyczny poświęcony kulturze. Po prostu kiedy słuchamy i
oglądamy inne ogólnodostępne europejskie telewizje, w których nie ma reklam
a stale prezentowane są w całości spektakle operowe czy koncerty
symfoniczne, w najlepszych wykonaniach, bez przerw, to ogarnia nas zazdrość.
Dlaczego my nie mielibyśmy mieć czegoś podobnego? Dlatego walczymy o to,
głośno się upominamy. Upowszechnienie i popularyzacja muzyki, to są kwestie
kluczowe. Czego nam jeszcze brakuje w naszym życiu muzycznym? Przed wojną, w
warszawskim Lasku Bielańskim, odbywały się regularne koncerty Orkiestry
Polskiego Radia, m.in. pod dyr. Zdzisława Górzyńskiego, przychodziły na nie
tłumy ludzi. A dziś?… Warto pójść śladem innych wielkich europejskich miast,
gdzie istnieją takie miejsca, choćby słynna Waldbuehne w Berlinie. Marzy mi
się, aby i w Polsce odbywały się koncerty z udziałem 10-20 tysięcy
melomanów, które będą transmitowane przez radio i telewizję.
– Sztandarową sprawą SPAM-u stało się stworzenie Fundacji Budowy Domu
Muzyka-Seniora.
– Z tą piękną inicjatywą wyszli państwo Zofia i Antoni Witowie. Do dziś
stworzony został całkiem już poważny kapitał, który pozwoli nie tylko ruszyć
z budową, ale i wystąpić o środki UE. Budowa Domu Muzyka-Seniora ma poparcie
całego naszego środowiska. Niedawno byłem na poranku Narodowej Orkiestry
Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach, z którego dochód przeznaczony był
na cele SPAM. To może być zachęta, aby na tak bogatym muzycznie Śląsku i
inne znakomite tutejsze instytucje wsparły nasz Fundusz. Istnieją przecież
na Śląsku dwie znakomite orkiestry, Opera Bytomska, dwa teatry muzyczne itd.
– Apelujemy więc o wspieranie Funduszu...
– Wydajemy biuletyny, w których opisujemy cel zbiórki, podajemy numer konta.
Szczególnie apelujemy o przekazanie 1% podatków, apelujemy o to także do
melomanów. Podobną akcję zapoczątkował kiedyś we Włoszech sam Giuseppe Verdi
i z takiego domu muzyka-seniora w Mediolanie do dziś korzystają emerytowani
muzycy. Mamy więc fantastyczny wzór do naśladowania. Wspierają nas także
trzy wielkie autorytety muzyczne: Henryk Mikołaj Górecki, Wojciech Kilar i
Krzysztof Penderecki, którzy zgodzili się przyjąć niedawno członkostwo
honorowe SPAM i ich portrety zdobią nasz salon muzyczny. Jestem im ogromnie
wdzięczny za to, że w ten sposób doceniają nasze Stowarzyszenie.
– Jaka jest dziś w Pańskiej ocenie sytuacja polskiego muzyka…
– Nasze trzy orkiestry: Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia w
Katowicach, Filharmonia Narodowa i Orkiestra TW-ON funkcjonują na
specjalnych prawach instytucji narodowych i jest to bardzo korzystne
zjawisko. Natomiast położenie dobrych a często i bardzo dobrych orkiestr, np.
Filharmonii Śląskiej czy Filharmonii Krakowskiej, działających od ponad 60
lat, jest bardzo trudne – delikatnie rzecz nazywając. Prowadzenie tych
zespołów przez władze samorządowe i Ministerstwo Kultury wymaga nie od dziś
nowego spojrzenia. Wiele pracowałem za granicą, zwłaszcza w Niemczech, i
muszę przyznać, że ranga tamtejszych artystów-muzyków, tak radiowych jak i
filharmonicznych, jest nieporównanie wyższa od naszej.
– Co może zrobić SPAM?
– Mamy dostęp do sejmowych i senackich Komisji Kultury, ale znacznie
mniejszy możemy mieć wpływ na samorządy wojewódzkie i urzędy marszałkowskie.
Często sięgają one po naszą opinię, ale nie są tymi opiniami obligowane.
Będziemy jednak wpływać na te władze, aby jakoś pomóc tym znakomitym
orkiestrom, no i muzykom. Chcemy uzmysłowić władzom, że zakres umiejętności
i kompetencji absolwentów naszych akademii muzycznych jest dziś bardzo
wysoki, ale nikt z absolwentów nie chce iść pracować do tych orkiestr, bo
nie są właściwie wynagradzani. Podnośmy więc przede wszystkim rangę polskich
muzyków – od tego zacznijmy.
– Jak możemy pomóc Filharmonii Śląskiej?
– Dotychczasowa historia tej Orkiestry, począwszy od dyrektora Karola Stryji,
i historia organizowanych przez tę instytucję Międzynarodowych Konkursów
Dyrygentów im. G. Fitelberga, doskonale pokazują nam, jak wysoki poziom
reprezentuje ta Orkiestra, jak wysoką dyscyplinę wykonawczą posiedli muzycy
tego zespołu, że młodzi, znakomici dyrygenci z całego świata byli orkiestrą
i jej postawą tak zachwyceni. Za ten wielki wyczyn, już nie mówię o całym
sezonie artystycznym, w którym obok wielkiej orkiestry z wielkim
zaangażowaniem występują jeszcze i Chór i Śląska Orkiestra Kameralna, należą
im się słowa najwyższego uznania, ale też wyższy status. Oni swoją klasą
pokazali, jak ogromnie trudny jest to konkurs, ile trzeba poznać dzieł,
także nowych, współczesnych. Konkurs im. Fitelberga sprawia, że o Katowicach
mówiło się niedawno na całym świecie.
– Bardzo dziękuję za spotkanie. |