Przez ponad trzy miesiące, do 6 stycznia tego roku, można
było w Muzeum Historii Katowic oglądać autoportrety i portrety pędzla
zmarłego nie tak dawno Jerzego Dudy-Gracza na wystawie, której nadano
gombrowiczowski tytuł Gęby. To była rzadka okazja, żeby zobaczyć tyle
obrazów należących do tego „działu” jego twórczości, na co dzień bowiem
zdobią one wnętrza muzeów, teatrów (tak, bo portretował osoby z nimi
związane, i to nie wyłącznie aktorów, ale też scenografów, krytyków – np.
portret Jerzego Waldorffa jest własnością Opery Śląskiej w Bytomiu) przede
wszystkim zaś domów samych modeli albo też stanowią część pokaźnej kolekcji
rodzinnej. Jeśli ktoś tę wyjątkową ekspozycję przeoczył, ma i tak szansę
obejrzenia tych prac, ściślej – ich reprodukcji, MHK wydało bowiem
przepiękny album z tekstem Natalii Kruszyny oraz wypowiedziami o
Dudzie-Graczu modeli artysty, jego studentów itd.
Słuchałem niedawno radiowej rozmowy z Krzysztofem Zanussim. Dziennikarz
zapytał go między innymi o Barwy ochronne. Konkretnie: z którym z bohaterów
bardziej się utożsamia? Z cynikiem, czy z idealistą? Znany reżyser,
przywołując znane zdanie Flauberta „Pani Bowary – to ja”, odpowiedział, że z
oboma. To skłoniło mnie do ponownego zajrzenia do tekstu Kruszyny, która
przytoczyła bardzo podobną wypowiedź Dudy-Gracza, po atakach na niego za
karykaturalny „Polaków portret własny” – tych fachowców w beretach,
kufajkach i gumiakach, tłustych księżniczek za ladą oraz zwykłych meneli.
Powiedział wtedy: Moje obrazy są nieustającym, póki żyję, ciągiem
autoportretów, które kształtuje teraźniejszość, (…) utożsamiam się w nich z
mędrkiem i z głupcem, z grubym i z chudym, z humanistą i z bydlakiem, z
perłą i śmieciem, bo jestem tym wszystkim naraz, jak każdy, tyle że usiłuję
to, co we mnie zmaterializować jakoś i uzewnętrznić. Więc może dlatego w
ciągu prezentowanych w MHK autoportretów i portretów osób przeważnie
znanych, cenionych i szanowanych zabrakło mi trochę przynajmniej paru –
cytuję za autorką szkicu – „dzielnicowych Wenus i polnych Hamletów”.
Wprawdzie Duda-Gracz w autoportretach jest bezlitosny, szyderczy, wręcz
okrutny wobec siebie (znacznie łagodniej traktuje portretowanych), ale dwa,
trzy obrazy ukazujące typy PRL-u byłyby świetnym uzupełnieniem tej
ekspozycji. Artysta ten bowiem wyrósł w PRL-u i z PRL-u. Znakomici Holendrzy
dokumentowali życie bogatego mieszczaństwa w pięknych wnętrzach solidnych
rezydencji, Duda-Gracz natomiast – dysponując warsztatem równie świetnym, co
„mali mistrzowie” – pokazywał siermiężność rozwiniętego społeczeństwa
socjalistycznego. Tylko jego Autoportret ślubny wymyka się tamtej
rzeczywistości. Młodzi, piękni stoją na dywanie, za ich plecami widać
zadbane domy otoczone ogrodami pełnymi |
|

„Jestem
tym
wszystkim…”

kwitnących kwiatów. Jednak już następny autoportret z żoną,
zatytułowany A co się będziemy… – obraz, który powstał „w dobrych,
gierkowskich czasach” – już taki sielski nie jest. Widać wnętrze pokoju,
regał z książkami, bardzo ładną lampę i wiszący zegar (zapanowała wtedy moda
na starocie), ale już ta „nasza mała stabilizacja” zaznaczona została
obfitością zwykłego żarcia: owoce, jarzyny, baleron, ryby no i ten kapitalny
ser „z dziurami”… Niedawny „pan młody” siedzi zaś na tym obrazie przy boku
ubranej we wspaniałą, błękitną suknię żony w tzw. podkoszulce (T-shirty,
widać, jeszcze do nas nie dotarły). Kolejne autoportrety „współzawodniczą” w
ukazywaniu malarza coraz bardziej brzydkiego. Trudno rozstrzygnąć, czy
bardziej karykaturalny jest ten z 1986 roku, zatytułowany Autoportret –
donkiszoteria bez górnej protezy, czy wcześniejszy o 4 lata Ora et labora,
na którym artysta w czapce z |
|
„Trybuny Robotniczej” prezentuje monstrualny brzuch oraz
odznaczenia poprzypinane do białego, niechlujnego T-shirta. Nie ulega
natomiast wątpliwości, że najbardziej przejmujący jest autoportret z Łagowa,
z roku 2002; popiersie malarza (siedzi za jakimś stołem) ledwie wyłania się
z tła, malowanego charakterystyczmi dla niego „przybrudzonymi” kolorami – to
chyba jeden z nielicznych wizerunków, w którym Duda-Gracz nie starał się o
jakiś żart, czy kpinę. Bo trzeba powiedzieć, że w tym akurat „dziale” swojej
twórczości bywał często satyrykiem, a przynajmniej humorystą. Nie tylko
dlatego, że jego podobizny własne i innych gdzieś tam przechylały się w
stronę karykatury. Często polegało to na czystej zabawie w malarskie
konwencje, na parodiowaniu obrazów znanych, twórców wyrazistych i
oryginalnych. Trudno np. nie zauważyć, że w 1991 roku namalował córkę
(Portret Agaty XVII bis) w świecie, który wymyślił Salvatore Dali. Wprawdzie
żadna żyrafa tu nie płonie, zegary jeszcze się nie rozpływają, ale tło tego
portretu to oniryczny świat rodem z płócien hiszpańskiego współtwórcy
surrealizmu. Inaczej zabawił się malując znakomitego śpiewaka (Wiesławowi
Ochmanowi w sprawie polskiego pejzażu). Jesteśmy przyzwyczajeni do portretów
„w pionie”, co najwyżej – kwadratowych. Tymczasem Duda-Gracz namalował
Ochmana na prostokącie o wymiarach 140 x 40 cm. Postać śpiewaka w planie
amerykańskim zajmuje jedynie nikłą część prawej strony, 80 procent obrazu to
polski pejzaż, ale jaki! Po prostu nic. Bo to albo równina zasypana
śniegiem, albo też może biały piasek jakiejś długiej, nadbałtyckiej plaży,
gdzie tylko na wąskim paseczku horyzontu majaczą dolne części jakichś drzew.
O PRL-u już wspominałem. Stąd na wielu portretach, zamiast wysmakowanych
detali mieszczańskiego domu, czy też równie estetycznych elementów z
martwych natur, jest po prostu – proszę wybaczyć wyrażenie – bajzel. Puste
puszki, niezakręcone tuby farby, jakieś papiery, fragmenty rzeczy
niepotrzebnych, rupieci. I wszystko tak świetnie namalowane!
Tadeusz Sławek, sportetowany trochę jako anioł, trochę bardziej (bo kto
widział brodatego anioła) jako frasobliwy świątek, zwrócił uwagę na jeszcze
jeden element portretowej twórczości Dudy-Gracza. Malarz nie tylko potrafił
świetnie uchwycić podobieństwo fizyczne modela (nawet jeśli jakoś tam
realistyczny wizerunek deformował), ale ponadto umieszczał portretowanego w
starannie dobranej scenerii, która „dopowiadała” jakąś prawdę o
przedstawianej osobie, np. jej upodobaniach estetycznych, czy literackich. W
przypadku profesora Sławka jest to nawiązanie do malarstwa Blake’a, którego
twórczość zawsze naukowca fascynowała. Te obrazy przekonują, że – pozostając
przy Gombrowiczu – Duda-Gracz wielkim malarzem był. |