Od 16 do 25 listopada odbywał się w Filharmonii Śląskiej VIII Międzynarodowy Konkurs Dyrygentów im. Grzegorza Fitelberga. Dyrekcja Filharmonii, sprawująca zarazem dyrekcję Konkursu, zadbała o pozyskanie szacownych osób z grona władz rzą-
dowych, samorządowych i miejskich jako patronów imprezy. Konkurs zyskał nowoczesną oprawę reklamową. Wiele starania włożono w obwieszenie wszystkich kątów Katowic afiszami i pobudzenie zainteresowania mediów. Na użytek dziennikarzy i publiczności codziennie przygotowywano gazetkę informacyjną, na łamach której Adam Rozlach na bieżąco komentował występy kandydatów.
Impreza „obrosła” kilkoma ciekawymi wydarzeniami towarzyszącymi. Były wśród nich wystawy plakatów, ekslibrisów i fotografii (Juliusz Multarzyński wydał piękny album z wyborem portretów dyrygentów), a także ciekawe przeglądy filmowe (m.in. filmów radzieckich z muzyką Prokofiewa i Szostakowicza oraz premierowy pokaz filmu o Fitelbergu w reżyserii Stanisława Janickiego). Ale najważniejszą imprezą towarzyszącą był, przynajmniej dla mnie, konkurs kompozytorski, będący kontynuacją Konkursu im. G. Fitelberga zainicjowanego niegdyś przez WOSPR. Nowa edycja opiewała skomponowanie 15-minutowych utworów orkiestrowych przez młodych polskich kompozytorów. Nadesłane prace oceniało jury pod przewodnictwem Eugeniusza Knapika. Laureatami zostali dwaj wychowankowie Akademii Muzycznej w Warszawie: Bartosz Kowalski-Banasewicz (I nagroda) oraz Jakub Opałka (II nagroda). III nagrodę przyznano Radosławowi Łuczkowskiemu – studentowi Akademii Muzycznej w Gdańsku.

Zwycięska kompozycja – Symphony No. 2 „Dies irae” Kowalskiego-Banasewicza zabrzmiała podczas koncertu inaugurującego Konkurs Dyrygentów. Cały program tego koncertu – dyrygował Mirosław Jacek Błaszczyk – poświęcono premierom nowych utworów. Wysłuchano Muzyki koncertującej na kwartet smyczkowy i orkiestrę symfoniczną Stanisława Moryty oraz V Symfonii „Adwentowej” Wojciecha Kilara. Partię kwartetu w utworze Moryty wykonywał Kwartet Wilanów, któremu Musica concertante jest poświęcona. W dziele Kilara Filharmonikom Śląskim towarzyszył chór tejże instytucji, przygotowany przez Waldemara Sutryka. Ponieważ nie mogłam być na koncercie inauguracyjnym, poniższe uwagi formułuję na podstawie „odsłuchu” nagrania archiwalnego, uprzejmie udostępnionego mi przez Marka Skoczę z Biura Koncertowego Filharmonii Śląskiej. A więc – po pierwsze Kowalski-Banasewicz: kompozytor, który od kilku lat nieustannie „kosi” nagrody na konkursach kompozytorskich i nie bez słusznej dumy powiada, że można się z tego w Polsce utrzymać. Symfonia „Dies irae” świadczy o doskonałym opanowaniu przez niego medium orkiestrowego.
Muzyka koncertująca Stanisława Moryty zawiera najważniejsze walory twórczości tego wybitnego kompozytora: świetne rozplanowanie formy, umiejętność naturalnego łączenia elementów różnych estetyk w całość niezwykle ujmującą i komunikatywną. Nowy utwór Kilara – od pierwszych dźwięków rozpoznawalny jako jeszcze jeden sakralny „plakat”. Wyciszenie, kontemplacyjność charakteryzujące partię chóru „zderzają się” z wibrującym podskórnie witalizmem orkiestrowego towarzyszenia. Wszechobecna symbolika muzyczna i modlitewna żarliwość.

A teraz czas już przejść do przebiegu samego konkursu. Oceniało go międzynarodowe Jury, któremu przewodniczył Tadeusz Strugała. Miało ponadto w swym składzie czterech Polaków: Mirosława Jacka Błaszczyka, Marka Pijarowskiego, Jerzego Salwarowskiego i Piotra Gajewskiego (występującego jako obywatel USA) oraz po jednym przedstawicielu: Litwy (Juozas Domarkas), Francji (Patrick Fournillier), Chin (Jin Wang), Niemiec (Andreas Weiss) i Ukrainy (Victoria Zhadko). W gronie jurorów zasiadało sześciu niegdysiejszych laureatów katowickiego konkursu.
W tegorocznym konkursie wzięło udział 35 młodych dyrygentów w wieku do 35 lat. W grupie Polaków byli: Marzena Diakun – absolwentka klasy Mieczysława Gawrońskiego w Akademii Muzycznej we Wrocławiu, Marcin Dobrzański – absolwent krakowskiej Akademii Muzycznej w klasie Tomasza Bugaja, Maja Metelska – absolwentka klasy Antoniego Wita w Akademii Muzycznej w Warszawie, Sebastian Perłowski – absolwent uczelni katowickiej w klasie Jana Wincentego Hawela i Barbara Szarejko – absolwentka klasy Marka Pijarowskiego w uczelni wrocławskiej.

Konkurs był trzyetapowy. W I wymagano poprowadzenia przez kandydata dwóch utworów klasycznych wylosowanych spośród odpowiednio zestawionych grup utworów Haydna, Mozarta, Beethovena, Webera, Rossiniego i  


 


MAGDALENA DZIADEK
 

 VIII „Fitelberg”

 Moniuszki. Ten etap był – moim zdaniem – najtrudniejszy, ponieważ klasyczna muzyka orkiestrowa, o „cienkiej”, lecz niesłychanie precyzyjnie projektowanej fakturze, w całości „odkrywa się” przed słuchaczem. Problemów nastręczają także – i dyrygentowi, i orkiestrze – żwawe tempa klasycznych utworów. Regułą było potykanie się uczestników właśnie o dzieła naznaczone polotem i wirtuozerią. Lepsze wrażenie sprawiali ci, którzy wylosowali na przykład Beethovenowskiego Egmonta – zresztą ten rodzaj muzyki wyraźnie lepiej „leży” Śląskim Filharmonikom (zwłaszcza skrzypkom), niż, dajmy na to, Rossiniowska Sroka złodziejka.
Tu nasuwa się pytanie, które zawsze pada a propos konkursów dyrygenckich: w jakim stopniu zależał sukces czy porażka kandydatów od jakości współpracy orkiestry? Słuchacze spoza branży (w tym i krytycy muzyczni) zwykle wyolbrzymiają znaczenie tego elementu, ponieważ przywykli obserwować jedynie efekt dyrygowania – brzmienie muzyki, zaś powstawanie tego brzmienia na styku dyrygent – orkiestra pojmować na zasadzie psychologicznej, jako coś w rodzaju empatii. Działanie dyrygenta ocenione na tej zasadzie Karol Stromenger określił niegdyś trafnie jako zdolność do „unerwiania” orkiestry za pomocą batuty. Dzisiejszy żargon młodzieżowy zbyłby ją krótkim „to działa”. Jurorów interesuje jednak bardziej zagadnienie „jak działa”, czyli warsztat. Podstawowe elementy warsztatu dyrygenta to znajomość tekstu muzycznego – także od strony zawartych w nim intencji kompozytorskich, związków stylistycznych i dotychczasowych konwencji wykonawczych oraz opanowanie techniki dyrygowania, na którą składa się wyuczony, ale w jakiejś mierze indywidualny repertuar gestów i umiejętność audytywnego weryfikowania tego, co się tymi gestami chce przekazać. Po to, by trafnie i kompetentnie ocenić warsztat dyrygencki, trzeba przede wszystkim doskonale znać utwór, który jest przedmiotem wykonania, albo mieć przed sobą partyturę i potrafić z niej wyczytać, jakie problemy dyrygent ma w danej chwili do rozwiązania.
Oczywiste, że kandydaci baczyli przede wszystkim na to, by w pełni zaprezentować swój warsztat. Mieli z góry zaplanowane elementy występu: pokaz pracy z orkiestrą na specjalnie dobranym fragmencie muzyki, a następnie koncert, czyli prezentacja własnej koncepcji interpretacyjnej. W ramach tego scenariusza obierano różne strategie: jedni chcieli w ciągu paru minut dokładnie nauczyć orkiestrę swojej interpretacji (w skrajnych przypadkach, na przykład u Rosjanki Kseni Jarko, która odpadła w pierwszym etapie, działania muzyczne zdominował słowny instruktaż – orkiestra została zasypana uwagami, których nie sposób było w tak krótkim czasie w pełni zrealizować). Drugą skrajnością było skupienie się na prezentowaniu własnej interpretacji utworu przy nielicznych zatrzymaniach orkiestry i uwagach, ryzykowne dla wielkich indywidualności, gdyż siłą rzeczy bazujące w dużej mierze na już nabytych nawykach orkiestry. Ten sposób zagospodarowania występu sprawdził się najbardziej w II etapie konkursu, w którym były do wykonania: któryś z romantycznych utworów symfonicznych (Berlioz, Brahms, Czajkowski, Dworzak, Karłowicz) oraz koncert solowy również utrzymany w stylistyce romantycznej.

Tak jak w poprzednich konkursach, do wykonywania fragmentów słynnych koncertów zaproszono wybitnych polskich artystów. Koncerty skrzypcowe grali Piotr Pławner i Kuba Jakowicz, wiolonczelowe – Tomasz Strahl i Rafał Kwiatkowski. Po zakończeniu drugiego etapu (wystąpiło w nich dwunastu dyrygentów: Lin Chen, Marzena Diakun, Luke Dollman, Ghun Kim, Stanislav Kochanowsky, Shizuo Kuwahara, Sasha Makila,

Maja Metelska, Sean Newhouse, Dainius Povilionis, Visva Subbaraman i Eugene Tzigane) publiczność miała już swoich zdecydowanych faworytów. Gromkimi oklaskami nagrodzono żywiołowego Eugene’a Tzigane Mcdonough (słuchacze docenili skuteczność jego pracy nad Symfonią fantastyczną), Dainiusa Povilionisa, reprezentującego bardzo cenioną w Polsce dyrygencką szkołę Juozasa Domarkasa (z ogromną wrażliwością wykonał od poemat Odwieczne pieśni Karłowicza), uroczą Chinkę Lin Chen, która z zaangażowaniem poprowadziła Symfonię fantastyczną Berlioza i koncert skrzypcowy Sibeliusa (solistą był Piotr Pławner), świetnie pracującego z orkiestrą Shizuo Kuwaharę, który zaprezentował III Symfonię Brahmsa, a z Kubą Jakowiczem – pierwszy koncert skrzypcowy Szymanowskiego, niezwykle profesjonalnego Seana Newhouse’a (dyrygował utworem Berlioza, nadto – koncertem skrzypcowym Sibeliusa, w którym partię solową grał Piotr Pławner), skupionego i precyzyjnego Ghun Kima (wykonawcę Berliozowskiej Symfonii fantastycznej i Wariacji na temat rokokowy Czajkowskiego – z Tomaszem Strahlem).
Co do naszych kandydatek, które wystąpiły w II etapie, publiczność podzieliła się na fanów Marzeny Diakun i Mai Metelskiej. Ta ostatnia wypadła bardzo dobrze w pracy z orkiestrą, dając trafne uwagi, świadczące o muzykalności i precyzyjnym słuchu, mniej szczęścia miała jako autorka interpretacji Symfonii patetycznej Czajkowskiego i tegoż kompozytora Wariacji na temat rokokowy (solo – Rafał Kwiatkowski).
Ostatni, najbardziej emocjonujący dzień przesłuchań, w którym uczestnicy mierzyli się z wykonaniami muzyki XX wieku (w tym jednego z utworów kompozytorów polskich: Szymanowskiego, Panufnika, Pendereckiego, Lutosławskiego, Szabelskiego) rozpoczął występ Lin Chen. Chinka wylosowała utwory bardzo trudne: Morze Debussy’ego i II Symfonię Szymanowskiego, którą sam kompozytor nazwał „harmoniczno-kontrapunktycznym monstrum”. I to właśnie kompetentne odczytanie owego „monstrum” przyniosło jej konkursowe laury – II nagrodę i nagrodę za wykonanie II Symfonii. Po Lin Chen występował Ghun Kim. I jemu przypadło w udziale nie lada zadanie – poprowadzenie IV Symfonii Lutosławskiego. Tu publiczność była trochę zdezorientowana – opus magnum Lutosławskiego nie jest na Śląsku dobrze znane. Shizuo Kuwahara przebił się łatwiej do serc słuchaczy komunikatywną Symfonią Bożonarodzeniową Pendereckiego. Ujął ich jednak najbardziej migotliwym wykonaniem Morza Debussy’ego. Sean Newhaus wylosował także Morze oraz IV Symfonię Lutosławskiego, pokonując jej trudności z tym samym, co w poprzednich etapach, profesjonalnym opanowaniem. Dainius Povilionis błyskotliwie poprowadził Concerto grosso Szabelskiego, a jego wykonanie Suity „Miłość do trzech pomarańczy” Prokofiewa świadczyło o znajomości rosyjskiej tradycji wykonywania tej muzyki. Jako ostatni wystąpił w przesłuchaniach finałowych Eugene Tzigane Mcdonough, czyniąc błyskotliwy fajerwerk z prezentacji Straussowskiego Dyla sowizdrzała. Zakończył udział w konkursie jako zdecydowany faworyt publiczności. Jury podzieliło opinię słuchaczy, przydzielając artyście I nagrodę. Drugą otrzymała Lin Chen, trzecią – Sean Newhouse, wyróżnienia przypadły Shizuo Kuwaharze, Ghun Kimowi i Dainiusowi Povilionisowi. Nagrody dodatkowe zostały rozdzielone pomiędzy laureatów. Dwóm najlepszym Polkom dostały się: nagroda starosty bieruńsko-lędzińskiego dla najlepszego polskiego półfinalisty (Marzena Diakun) oraz nagroda TVP (Maja Metelska). Konkurs zakończyły dwa koncerty laureatów: pierwszy odbył się w siedzibie Filharmonii Śląskiej w połączeniu z ceremonią rozdania nagród, drugi – dwa dni później w Warszawie – w radiowym Studiu Koncertowym im. Lutosławskiego.

Tegoroczny konkurs pozostawił bardzo dobre wrażenie – bezbłędny od strony organizacyjnej, wartościowy w aspekcie artystycznym. Czy brak polskich laureatów źle świadczy o naszej młodej kadrze dyrygenckiej? Myślę, że nasi kandydaci przegrali głównie z powodu nieporównywalnie mniejszego doświadczenia w pracy z orkiestrą. Będąc świeżo po studiach i mając za sobą niekiedy po kilka występów z orkiestrami (i to przeważnie szkolnymi), konkurowali z osobami, które pracują z orkiestrami od lat. Zabrakło im po prostu rutyny. To był konkurs zawodowców.
Orkiestra Filharmonii Śląskiej także okazała się ciałem profesjonalnym, chociaż nie perfekcyjnym. Na szczęście nie wszyscy zwracali uwagę na niedoskonałości intonacji, nierówne wejścia, „zamazaną” artykulację smyczków. Z drugiej strony, Filharmonicy pokazali, że potrafią pracować nad swoim brzmieniem i techniką. I czynili to z godną podziwu cierpliwością.

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA