|
Czarnych ekopunktów w polskiej przestrzeni
ekologicznej nikt nie rejestruje. Posiada je niemal każda gmina. Podobnie
jak każdy region ma swoją, przysłowiową „Dolinę Rospudy”. Tylko że statystki
o nich milczą.
Od siedemnastu lat pisze o nich młodzież. Ma możliwość ich upublicznienia,
dzięki ogłaszanemu przez Centrum Edukacji Ekologicznej Pałacu Młodzieży w
Katowicach – ogólnopolskiemu konkursowi ekologicznemu. Po ostatniej,
roztrzygniętej jego edycji, młodzi reportażyści ze szkół średnich,
reprezentujący jedną z czterech konkursowych kategorii – ujawnili kolejne,
drastycznie i niestety wciąż typowe wyznaczniki zmieniajacego się na
niekorzyść pejzażu ekologicznego Polski.
Wieś Jurgów
Elżbieta Wojtas z I LO im. S. Goszczyńskiego w Nowym Targu, autorka pracy
„Potok zamiast kanalizacji” mieszka pod samymi Tatrami. W gminie Bukowina
Tatrzańska, w niewielkiej wsi Jurgów nad rzeką Białką. Ta z charakteru
„alpejska” rzeczka, którą tworzą źródlane potoczki wypływające z wysokich
Tatr jest czysta tylko w swoim początkowym biegu. Już w Jurgowie zasilają ją
odcieki, dopływające z kikunastu jurgowskich, nieuszczelnionych celowo
szamb. Niektóre domy szamb nie posiadają w ogóle. Bo i po co? Przecież stoją
nad samymi potoczkami, dopływami Białki, które są naturalnymi, darmowymi
odbiorcami nieczystości z domowych gospodarstw. Nic więc dziwnego, że w tej
nieskanalizowanej wsi i w niewielkim tylko stopniu skanalizowanej gminie,
nie raz już dochodziło do zatrucia wody pitnej. Pobliska oczyszczalnia w
Czarnej Górze jest zbyt mała, by przyjmować ścieki z całej gminy.
Najgorsza jest, jak pisze Elżbieta Wojtas, zmowa milczenia mieszkańców i
lokalnych władz. Nie reagują wczasowicze, którzy w upalne suche lata już
niejednokrotnie oddychali tutaj odorem płynących szamb. Niestety – nie
wszyscy tak tłumnie odwiedzający zadeptywane ponad wszelkie normy i miary
Tatry chcą sobie uświadomić, że już w podtarzańskich miejscowościach, m.in.
w Jurgowie, rozpoczyna się niedopuszczalny proceder zatruwania rzek i
pogarszania jakości wody pitnej w wielu miastach kraju.
Chlewnia w lesie
Krzepice, miasto o 650-letniej historii |
|
Czarne
ekopunkty...
to jedno z bardziej malowniczych i
zielonych zakątków województwa śląskiego. Położone w dorzeczu Liswarty
zawsze przyciągało mieszkańców przemysłowej, zanieczyszczonej aglomeracji.
Do czasu, aż dała o sobie znać wybudowana przed ponad trzydziestoma laty,
ukryta w lesie, wówczas z dala od miasta, za to 200 metrów od biegu Liswarty,
chlewnia.
Jej bulwersujacy przypadek znakomicie w swojej pracy opisała laureatka I
nagrody tego konkursu w kategorii prac o charakterze reporterskim – Magda
Bogatko, uczennica IX LO im. C.K. Norwida w Częstochowie. Zatytułowała ją
„Za siedmioma górami, w środku lasu, nad brzegiem rzeki była sobie
chlewnia...”. I nie jest to bynajmniej bajka ze szczęśliwym zakończeniem. Po
swojej zabóczej dla przyrody działalności stara już chlewnia przestała
istnieć, ale ....
Pozostawiła po sobie „wysychające łaki, suche kikuty drzew, dziwne prześwity
w gęstych, pięknych lasach i zbiorniki, wypełnione trudną do
zidentyfikowania, cuchnącą substancją”. I w swoim bliskim sąsiedztwie domy
mieszkalne, które z biegiem lat zbliżały się do zatruwanej rzeki i cuchnacej
chlewni. Bo odpowiedzialne za ochronę środowiska lokalne urzędy nie domagały
się od gospodarzy uciążliwej fermy świńskiej informacji o odpadach –
toksycznej gnojowicy. Zanikanie ryb w Liswarcie, choroby skórne kąpiących
się w rzece, zalewane świńskimi odpadami pobliskie pola i łąki świadczyły,
że odpadowy problem chlewni pozostawiono... przyrodzie.
Na zdjęciach z lotu ptaka, dokumentujących pracę, wyraźnie widać z jak
tragicznym skutkiem. Przyroda przegrała! Pytanie, czy na zawsze, jest wielce
zasadne.
Na prezentację i obronę swojej pracy Magda Bogatko przyjechała do Katowic z
gotową odpowiedzią i wielkim niepokojem o los swojej miejscowości.
Dowiedziała się, że nieczynna chlewnia, która już spowodowała zagładę
krzepickiego środowiska naturalnego, została sprzedana jednemu z czołowych
producentów wędlin w Polsce. Nowy właściciel planuje zwiększyć liczbę |
|
hodowanej trzody chlewnej z czterech
do 20 tysięcy sztuk rocznie. Oznacza to pięciokrotny wzrost produkowanej
gnojowicy do kilkudziesięciu tysięcy ton rocznie. Zgodnie z prawem,
uciążliwość tego typu produkcji ma się „zamknąć” w granicach nowej firmy.
Praktyka jest zawsze inna. Przyroda i zanieczyszczenia nie uznają granic...
Motoryzacja... w Gorcach
Od Turbacza wieje... strach, odkąd Gorce, jedne z najbardziej urokliwych
pasm górskich Polski, wyjątkowe ze względu na swoją bezcenną florę i faunę,
polubili amatorzy ekstermalnych sportów motorowych. Od kilku lat nawet
trudno dostępne miejsca z najlepiej zachowaną gorczańską florą, są
zajeżdżane przez... samochody terenowe, motory, skutery snieżne zimą i
bardzo modne ostatnio kłady.
Co to oznacza dla unikatowej przyrody? Jaki jest „Wpływ sportów
motoryzacyjnych na gorczańską florę”, na to pytanie w swojej konkursowej
pracy tak właśnie zatytułowanej, odpowiedział Piotr Borowicz z I LO im. S.
Goszczyńskiego w Nowym Targu.
To wstrzasający dokument o niszczeniu bezcennej gorczańskiej przyrody w
ostatnich latach. Nie tylko przez motoryzcację terenową, także nielegalne
budownictwo i wysypiska oraz rabunkową gospodarkę leśną.
Na początku XX wieku polskim obrońcom przyrody udało się obalić projekt
budowy drogi przez środek Gorców. Dziś w otwartej zbyt szeroko przestrzeni
tych gór „rządzą” zmotoryzowani niszczyciele wszystkiego, co tam żyje.
Dojadą wszędzie. I możliwie najwyżej i w najbardziej ustronne, bezcenne
przyrodniczo miejsca, skrywające rzadkie chronione rośliny. Te najcenniejsze
o charakterze alpejskim spotyka się także na górskich polanach. Po nich
buszują bezkarnie. Cenne okazy niszczą na zawsze. Jeśli krokusy, storczyki,
szfran spiski czy lilie złotogłowe nie zginą pod kołami samochodów
terenowych czy kładów, ocalone na chwilę nie urosną i nie ukwiecą polan w
następnym sezonie. Miejsca kolein po kołach, z których woda wypłukała
życiodajną próchnicę, pozostaną martwe.
Gorce chronione są tylko w swojej centralnej i północnej części granicą
Gorczańskiego Parku Narodowego. To zaledwie kilkanaście procent ich
powierzchni. Bez Turbacza, przez który biegnie główny szlak beskidzki. I
przyciąga coraz więcej także zmotoryzowanych niszczycieli przyrody. |