To jest ów rzadki w sztuce przypadek, gdy poszczególne
elementy są najlepszej jakości, ale zastosowane do tej akurat kompozycji,
rozmijają się; w tajemniczy sposób nie chcą się ułożyć w perfekcyjną całość.
Powieść Susan Minot, dostępna w polskim przekładzie, jest ze wszech miar
dziełem udanym: świetnie napisana, mimo skomplikowanej struktury, czyta się
świetnie; psychologia i obyczaj – są jej atutami. Może tylko narracja jest
cokolwiek sophisticated. Jest to opowieść o miłości, z dramatycznym jądrem.
Kino natychmiast rzuca się na taką literaturę. A trzeba dodać, że scenariusz
napisał (przy asyście autorki) Michael Cunnigham, doskonały majster, co
więcej: autor znakomitej powieści Godziny, zresztą sfilmowanej.
Obsada jest nadzwyczajna: Meryl Streep i Vanessa Redgrave, Glenn Close, z
młodszej generacji: Natasha Richardson i Toni Colette, z najmłodszej: Claire
Danes, Marnie Gummer, Patrick Wilson i Hugh Dancy. Spoza ekranu: debiutantka
Marnie Gummer jest córką Meryl Streep, a Natasha Richardson córką Vanessy
Redgrave.
Doskonałą muzykę skomponował J. M. Kaczmarek, vocal – Justyna Steczkowska,
na fortepianie gra Leszek Możdżer. Z poloniców pozaekranowych: Patrick
Wilson ożenił się z Dagmarą Domińczyk (zachwyciła w „Hrabim Monte Christo”),
a oświadczył się w języku polskim!
Reżyserem filmu jest Węgier, Lajos Koltai, przede wszystkim wielki,
światowej klasy operator, który udanie zadebiutował ekranizacją „Losu
utraconego” noblisty, Imre Kertésza. Autorem zdjęć nie mniej sławny Węgier –
Gyula Pados.
Zdjęcia kręcono w przepięknym miejscu na Rhode Island.
Umiera Ann Grant Lord, to umieranie jest na tyle długie, że jej córki –
Constance i Nina zdążyły się już z tym przykrym i uciążliwym faktem oswoić.
Z początku trudno się zorientować, że czas, w którym umiera Ann Grant Lord
nie jest tożsamy z czasem, w którym do zamożnej rezydencji, tuż nad
skalistym brzegiem oceanu, przybywa Anna na ślub swojej przyjaciółki, Lili
Wittenborn, siostry Buda, kolegi Anny jeszcze z high school, i adorowana
przez Buda nawiązuje gwałtowny romans z Harrisem, lekarzem, niegdyś służącym
w domu państwa Wittenborn. Harris jest obiektem żarliwej miłości Lili, która
do ostatniej chwili przed ślubem próbuje poruszyć serce Harrisa, niestety, |
|
Wieczór
zupełnie
bez powodzenia. Co więcej: nie tylko Lily kocha Harrisa, bo oto mocno
podpity Bud, tracąc na chwile kontrolę nad swoimi emocjami, doskakuje do
Harrisa i namiętnie całuje go w usta, ku zdumieniu Harrisa, i konsternacji
Anny, którą, jak się rzekło, adoruje od chwili jej przyjazdu. Z tym, że Bud
adoruje obiekt swojej chłopackiej fascynacji, przechowuje skrawek papieru z
jakimś średniej jakości kalamburem zapisanym przez Annę w czasie lekcji,
niczym relikwię. Ale to znak, że nie umie wyrosnąć z krótkich spodenek. W
każdym razie, tak w tym towarzystwie jest, że wszyscy od zawsze kochają i,
jak się okazuje, pożądają Harrisa.
Z niemałym oporem widz przyjmuje wreszcie do wiadomości, że to, co nam
wydaje się opowieścią równoczesną z umieraniem Ann Grant Lord, zdarzyło się
w latach pięćdziesiątych; o narzeczonym Lili mówi się, że jest bohaterskim
kombatantem z Korei. Minęło od tamtego zdarzenia czterdzieści lat.
Umierająca kobieta wypowiada nie powiązane ze sobą zdania, na pozór bez
sensu, lecz tylko tą drogą, drogą jej zmąconych wysoką gorączką snów,
fragmentarycznych wspomnień uzyskujemy dostęp do jądra dramatu. Albowiem
dwudziestokilkuletni Bud, rówieśnik Anny, zginął śmiercią tragiczną w
przeddzień ślubu swej siostry, Lili, w wieczór, ściślej, w czasie, gdy Anna
oddawała się Harrisowi. Stąd, w majakach umierającej Ann Grant Lord
pojawiają się słowa o winie, umierająca wyrzuca z siebie, że winę za śmierć
Buda ponosi ona a także Harris. Ta śmierć nie pozwoli im połączyć się, mimo
iż czują, że są sobie przeznaczeni.
Opowieść o miłości niemożliwej, o goryczy, czy nawet przekleństwie
niespełnienia, ale i o miłości możliwej, bowiem obie córki Ann Grant Lord,
bardzo się różniące, czerpią z macierzyństwa, z oddania mężów niemało
satysfakcji, choć wyczuwa się, że to też jest jakby „miłość zastępcza”. Że
miało się zdarzyć coś innego, ale się nie zdarzyło.
Tytuł filmu: „Wieczór”, a więc schyłek dnia, zmierzch. Pewien wieczór w
życiu pewnej grupy bliskich sobie i zarazem dalekich |
|
ludzi. Zmierzch młodości. Schyłek epoki, w której błędy
popełnione z tytułu młodości, w imię młodości, na konto grzechów, czy po
prostu głupstw młodości, w sposób nieodwracalny deformują życie bohaterów
filmu. Nie rujnują, to nie ta kategoria losu; coś w nich zniekształcają. Coś
w ich charakterze, we wrażliwości, w umyśle, w sercu, w duszy. To jest
mocniej wyczuwalne w powieści Susan Minot, ponieważ autorka porusza się po
swoim własnym, amerykańskim świecie z naturalną swobodą i pewnością każdego
kroku, każdego wypowiadanego przez bohaterów słowa. Ona ich zna, czuje i
rozumie. Bo jest jedną z nich. Cokolwiek by to miało znaczyć.
Lajos Koltai jest wielkim artystą kina przede wszystkim węgierskiego, bez
jego oka filmy Istvána Szabó (i innych) nie miałyby tej uwodzicielskiej
mocy, jakiej ulega cały świat. A jednak powierzenie Węgrowi, nie emigrantowi
jak Miloš Forman, który wrósł w Amerykę, w jej rozmaite klimaty i obyczaje,
ale Węgrowi, mieszkańcowi Budapesztu, reżyserii dramatu obyczajowego,
dziejącego się nie tylko w ludzkich wnętrzach, ale także we wnętrzach
amerykańskich domów, przy stole biesiadnym, na randce w samochodzie, było co
najmniej nieostrożnością. Ci ludzie mówią językiem, który nie jest językiem
Koltaia. On ich rozumie, ale nie potrafi poddać aktorom właściwej, jedynej
tonacji. Ma gwiazdy, ale nie ma na nie wpływu. Gdy dochodzi do
zainscenizowania spotkania Vanessy Redgrave z Meryl Streep, Lajos Koltai
jest zbyt onieśmielony ich gwiazdorstwem, by cokolwiek im kazać. Ucieka się
do bliskich planów twarzy obu pań, co jest dla widza trudne do zniesienia.
Całkowicie zawodzi para Anna-Harris. O ile Claire Dance jest wiarygodna, to
Patrick Wilson robi wrażenie człowieka, który pomylił plany filmowe. Nie ma
między nimi iskry, czy jak się dzisiaj mówi: chemii. Glenn Close jest
wyraźnie zagubiona. Natomiast młody brytyjski aktor Hugh Dancy „ukradł” film
wszystkim gwiazdom, i w jego tańcu z Anną więcej jest seksu, niż w
rozbieranej scenie Anny z Harrisem.
Ten film nie jest katastrofą, nie! Potrafi wzruszyć, ale błąd strukturalny,
błąd narracyjny sprawia, że wzruszamy się, ale jakby mimo wszystko, no nie
wypada się nie wzruszyć, skoro jest to przecież historia miłosna, z ciemną
stroną, z dramatycznym jądrem. |