Na początku była inicjatywa
– powiedzielibyśmy dzisiaj – „oddolna”:
był to piątek, 11 lutego 1927,
prezes Klubu Radjoamatorów
(wtedy „radio” pisano przez „j”),
inspektor Dylla powitał członków klubu zawołaniem
„Cześć, Radjo!”.
Następnie, według dokumentów
„kol. Dyba wygłosił wykład
o antenie i uziemieniu,
posługując się prowizorycznie
umieszczoną anteną w miniaturze.
Wykład nagrodzono hucznymi oklaskami”.

   

Od roku 1925 istniało już Polskie Radio z radiostacją w Warszawie, w stolicy była dyrekcja i redakcja, natomiast stacja radiowa znajdowała się niedaleko Warszawy, w Raszynie. Młoda instytucja wyższej użyteczności publicznej już miała swój organ prasowy pt. „RADJO”, gdzie w kwietniu 1927 ukazała się informacja takiej oto treści: „Przed kilkoma dniami zawarta została w Katowicach umowa pomiędzy skarbem śląskim, Sp. Akc. „Polskiego Radjo” (słowo „radio” przez kilka dziesięcioleci nie odmieniało się!), na podstawie której Tow. „Polskie Radjo” zobowiązuje się wybudować dużą, silną radiostację w Katowicach, w zamian za co skarb śląski udziela spółce pożyczki w wysokości 600 000 złotych. Stacja katowicka ma być uruchomiona najpóźniej do 30 września b.r.”

I raptem wypadki nabierają zdumiewającej dynamiki: pomiędzy tą poczciwą informacją o spotkaniu katowickich radioamatorów, a informacją prasową opatrzoną tytułem „Katowice otrzymują własną stację” minęło zaledwie osiem tygodni!

„Prace przygotowawcze przy budowie stacji zostały już podjęte, zaś właściwe roboty budowlane rozpoczęte zostaną z końcem bieżącego miesiąca. Stacja katowicka będzie co do siły równa stacji warszawskiej, posiadając zasięg detektorowy 75 do 100 klm”.

Nie do wiary, ale już 4 grudnia tegoż 1927 roku o godz. 10.24, w eterze rozległy się słowa: HALLO! HALLO! POLSKIE RADJO-KATOWICE! Poza Warszawą swoje radiostacje miały już dwa miasta – Poznań i Lwów. Katowice wyprzedziły Wilno i Kraków.

Owa inicjatywa „oddolna”, o której wspomniałem, szczęśliwie spotkała się z polityką odrodzonego państwa, które miało świadomość, iż na kresach – zachodnich i wschodnich konieczny jest codzienny, nieustający wysiłek propagandowy. Na pojawienie się Polskiego Radia Katowice, natychmiast zareagowali Niemcy, którzy dysponując nowoczesną radiostacją we Wrocławiu (wtedu Breslau), postanawiają dotychczasową stację przekaźnikową w Gliwicach (wtedy Gleiwitz) przebudować na stację główną.

Walka w eterze zaczęta od chwili, gdy słuchacz śląski usłyszał słowa TU POLSKIE RADIO KATOWICE, trwała do wybuchu wojny. Była to wojna zaciekła, ze strony niemieckiej bezpardonowa, z polskiej (mam na


FELIKS NETZ
 

 Polskie Radio Katowice

myśli warszawską centralę) ostrożna. Nie znaczy to, że pasywna. Powołanie w r. 1936 Stanisława Ligonia na stanowisko dyrektora śląskiej rozgłośni, po wielce zasłużonym dla Radia Katowice Stefanie Tymienieckim, świadczy o tym, że centrala rozumiała, iż na kresach zachodnich nie wystarczy sama obecność w śląskich domach polskiego słowa, okraszonego swojskim, lokalnym żartem czy piosneczką; centrala rozumiała, że to słowo musi mieć szczególną moc, zdolną przeciwstawić się słowu niemieckiemu. Stanisław Ligoń, współpracujący z katowickim radiem od początku jego istnienia, doskonale rozumiał tę szczególną misję śląskiej placówki radiowej! Nie rezygnując z „berów i bojek”, które serwował słuchaczom Górnego Śląska, ku wspólnej zabawie i hucznemu śmiechowi, te same bery i bojki nasycał treścią patriotyczną, umiejętnie czyniąc z tej swojej ludycznej broni oręż walki politycznej. Nie miał bowiem złudzeń: walka szła o wszystko: o Górny Śląsk, o dusze Górnoślązaków, o polskość Górnego Śląska, o Polskę. Nie jeden raz dyrektora katowickiego radia wzywano do stolicy, na dywanik, po interwencjach MSZ-u. „Żeby nie drażnić zachodniego sąsiada”... Ligoń słuchał, wracał do Katowic i robił swoje. Niemcy zapowiadali z wrocławskiej anteny, że Stanisława Ligonia będą obwozić – po „przywróceniu całego Górnego Śląska do Rzeszy” – po całym Górnym Śląsku, w klatce, jak małpę. Na szczęście, w ostatnich minutach Karlik z Kocyndra zdążył się im wymknąć.
 

Lata do wybuchu wojny były czasem krzepnięcia katowickiego radia, które przyciągało wszystko, co na Górnym Śląsku było najlepsze, godne rozsławienia w całej Polsce. Od początku na antenie obecny był Gustaw Morcinek ze swoją twórczością. Nadawano jego opowiadania, gawędy, radiofonizowano powieści. Ale to już była wielkość lokalna, a też uznana sława ogólnopolska. Pamiętano o młodych. Dość wspomnieć, że na rok przed wybuchem wojny dyrektor programowy katowickiego radia Jerzy Tepa, doskonały organizator, ale, co ciekawsze, teoretyk radia, przybyły do Katowic (na polecenie centrali) ze Lwowa, zaangażował na etat redaktorski młodego poetę z Czerwionki, Wilhelma Szewczyka! Najpopularniejszą formą przedwojennego radia była pogadanka. Radio spełniało w bardzo poważnym stopniu rolę edukacyjną, przed mikrofonem Polskiego Radia Katowice zasiadali wybitni uczeni, profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego. Owych kształcących,

znakomitych pogadanek z Katowic słuchała cała Polska. Uczeni chętnie przyjeżdżali do Katowic, wspomagając swój domowy budżet: ledwie kończyli występ przed mikrofonem (na żywo), w reżyserce pojawiał się człowiek z księgowości z kopertą zawierającą honorarium dla znakomitego gościa...

Pięć lat milczenia w czasie okupacji hitlerowskiej. Pracownicy katowickiego radia – wszystkich pionów – byli więźniami niemieckich kacetów i sowieckich gułagów. W budynku Polskiego Radia na rogu ulic Juliusza Ligonia (dziadka Stanisława) i Królowej Jadwigi mieścił się, cóż za okrutyny grymas historii: urząd goebelsowskiej propagandy (Propagandaamt).

Zaraz po wojnie tych kilka słów: „Tu Polskie Radio w Katowicach”, wlewało nadzieję w serca Górnoślązaków. Ulicami Katowic przechadzali się sowieccy żołnierze, nikt nie miał wątpliwości, że ta Polska, która się zaczęła od chwili, gdy w eterze rozległy się słowa obwieszczające odrodzenie Polskiego Radia w Katowicach, nie będzie Polską z marzeń, niepodległą i suwerenną, ale przeważała radość ze zwycięstwa nad Hitlerem. Dawni pracownicy katowickiego radia zlatywali z różnych stron Polski, z całego świata, jak zbłąkane ptaki do gniazda. Z Palestyny, wśród rzeszy repatriantów powrócił Stanisław Ligoń.

Czasy Peerelu miały co najmniej kilka etapów i klimatów, od powojennej euforii, poprzez stalinowską sowietyzację, poprzez odwilż, a zwłaszcza Październik roku 1956, poprzez siermiężne lata Gomułki, małą stabilizację, wstrząs marcowy w roku 1968, poprzez rzeczywisty, ale i pozorny jak się niebawem miało okazać, czas niewielkiej pomyślności w epoce Gierka, po Sierpień roku 1980, poprzez stan wojenny i pacyfikację kopani „Wujek”, a zamiast słowa „pacyfikacja” należałoby użyć słowa dobitniejszego: zbrodnia, poprzez zmarnowaną dekadę lat osiemdziesiątych, jałową i wyzbytą wszelkiej nadziei, po upadek komunizmu i narodziny Polski Niepodległej – każdy rok, każdy dzień, każda chwila minionych czasów miała swoje odzwierciedlenie na radiowej antenie.

Władza komunistyczna chętnie zaprzęgała radio do roboty propagandowej. Budynek katowickiej rozgłośni znajdował się przez cały czas PRL-u blisko, o rzut beretem, wojewódzkich władz PZPR. Pracowałem w katowickim radiu i wiem jak uciążliwa (nie dla wszystkich, o, nie!) była ta topograficzna bliskość. I ile chytrości, przebiegłości i hartu wymagała elementarna zasada „przyzwoitości” – nie służyć kłamstwu. I jak trudno, a równocześnie, jak słodko było (choćby w skromnym zakresie) służyć prawdzie.

Od osiemnastu lat Radio Katowice funkcjonuje w wolnej Polsce. W osiemdziesiątą rocznicę urodzin czegoż można życzyć katowickiej rozgłośni, jeśli nie służby prawdzie i – to nie mniej ważne – trzymania się z dala od wszelkich partii.

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA