Biografie i autobiografie to istotna część nie tylko
polskiego rynku księgarskiego. Sięgamy po nie, by zgłębić tajemnice sukcesów
sławnych ludzi, by zajrzeć w miejsca dotąd szczelnie ukrywane. Kieruje nami
przede wszystkim ciekawość. Mniejszą uwagę poświęcamy stylowi wypowiedzi,
stosunkowo łatwo wybaczamy minoderię czy kokieterię. Chyba wiedział o tym
Marlon Brando, przystępując w ostatnich latach życia do wynotowywania
najważniejszych epizodów ze swojego życia. Ale pisanie, jak potem przyznał,
nie szło mu najlepiej; czuł, że nie zdoła wypowiedzieć tego, co go zawsze
trapiło. Stąd jego decyzja i prośba o pomoc, którą skierował do Roberta
Lindseya, doświadczonego korespondenta „New York Timesa” w Los Angeles.
Rozpoczęły się sesje i wielotygodniowe spotkania. Lindsey notował i
nagrywał. Tak powstała książka Piosenki, których nauczyła mnie matka,
napisana w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Jest to zatem rodzaj
zwierzenia, ale z anegdotami, szczegółowymi opisami ciekawszych zdarzeń, z
dialogami, z serią zdjęć prywatnych, teatralnych i filmowych.
We wstępie Lindsey wyjaśnia, że musiał przyjąć kilka zastrzeżeń i warunków
wielkiego gwiazdora amerykańskiego i światowego kina. Obaj umówili się, że w
książce nie będzie mowy o dzieciach i byłych żonach Marlona, a imiona i
nazwiska innych kobiet, z którymi aktora coś bliższego łączyło, zostaną
zmienione, no chyba, że chodziło o te, które już nie żyją. Albo – dodajmy od
siebie – których nazwisk nie można było ukryć, bo były znanymi aktorkami (to
przypadek choćby Marilyn Monroe). I rzeczywiście – nic lub prawie nic nie
dociera do nas z życia małżeńskiego Brando. Jedynie gdzieś pod koniec
książki aktor opowiada o przykrym incydencie, jaki zdarzył się na jego
prywatnej wyspie Teti`aroa, na Tahiti. Jeden z jego gości wyśmiewał się z
dziecka Marlona. Ale nie dowiadujemy się, kim była matka chłopca i czy była
żoną aktora. Wiemy tylko, że była Tahitanką. Gdzieś między wierszami
dochodzi do nas, że tych dzieci, spłodzonych w różnych okresach życia i z
różnymi kobietami, musiała być spora gromadka. Ale szczegółów nie poznamy. I
nie poznamy żon aktora ani okoliczności, w jakich dochodziło do rozstań czy
rozwodów.
Powie ktoś: jakaż dyskrecja, jakiż takt, to niepodobne do obyczajów
panujących w Hollywoodzie, którego notabene Brando szczerze nie cierpiał.
Ale to tylko pozór, raczej wynik dziwactwa czy natrętnego przekonania, że
słowa mogłyby wyzwolić jakieś ciemne siły, a te prawdopodobnie dzieciom by
zaszkodziły. Tak jak jemu „zaszkodziło” dzieciństwo, bo o rodzicach (i dwóch
starszych siostrach) mówi się tu bodaj w każdym rozdziale tej opasłej
księgi. No i ciągle mówi się o kobietach, o miłosnych podbojach, o |
|

Marlon Brando, Robert Lindsey:
„Piosenki, których nauczyła mnie matka”. Świat Książki, Warszawa 2007, s.
346.
Tylko
dla pieniędzy
nieskończonej
ilości partnerek seksualnych, które na ogół wieczorami pojawiały się w życiu
aktora tylko po to, by nad ranem gdzieś na zawsze zniknąć. Ba, te rejterady
erotyczne pachną kabotyństwem i jakimś takim męskim popisywaniem się, niczym
przed kumplami przy kuflu piwa. Brando nie ukrywa jednak, że ten stan
emocjonalnego rozpasania właściwie mu ciążył i że był wynikiem jakiegoś
defektu, który nie pozwalał mu nie tyle „ustatkować się”, co wyciszyć i
odnaleźć radość w miłości i życiu rodzinnym (być może, dopiero ostatnia
dekada życia przyniosła rodzaj wewnętrznego uspokojenia i harmonii; Brando
żył 80 lat, zmarł w roku 2004).
Lindsey przekonuje nas, że Brando był człowiekiem bardzo inteligentnym, z
otwartą głową, oczytanym. Pewnie tak było, choć wśród jego lektur musiały
dominować prace z obszaru psychologii i psychoanalizy, skoro tak często w
tej książce powracał do rodziców i toksycznego wpływu, jaki wywarli na całe
jego życie. Brando skarży się, że małżeństwo jego rodziców trwało w ciągłym
rozpadzie. Matka, choć w dzieciństwie „śpiewała mu piosenki”, to jednak nie
potrafiła obdarzyć go ciepłem i miłością. Była alkoholiczką. Nieraz cała
rodzina musiała ją szukać po knajpach i pubach. A ojciec? Też pił i
łajdaczył się. Był surowy dla dzieci, jakby pozbawiony uczuć. Brando po
latach wypomina rodzicom te wszystkie chwile, gdy czuł się samotny, niemal
opuszczony. Czy nie przesadzał, właśnie pod wpływem psychoterapeutów, z
których usług |
|
całymi latami korzystał, by wreszcie na starość dojść do
przekonania, że go doili i oszukiwali? Tak czy owak, musiały to być związki
i relacje dość dziwne, bo Brando, już jako gwiazdor i człowiek majętny,
zatrudnił starzejącego się i owdowiałego ojca w roli swego finansowego
menedżera. Dlaczego powierzał mu pieniądze, wiedząc, że ojciec ekspertem
inwestycyjnym nie jest? Trudno dociec. To musiało się skończyć bankructwem.
Ale Brando zdawał sie nie przywiązywać wielkiej wagi do pieniędzy. Albo
inaczej – chętnie je wydawał, bywał rozrzutny, czasami wspaniałomyślny i
wiarygodnie brzmią jego deklaracje udziału w akcjach pokojowych czy na rzecz
ratowania Indian. Wielokrotnie powtarzał, że grał w filmach tylko dla
pieniędzy. A potrafił podbijać stawki. Bardzo mu się podobało, że po kilku
tygodniach pobytu na planie pęczniało jego konto i pozwalało mu czasem przez
następnych kilka lat nic nie robić. Tym tłumaczył, że tak niewiele grał w
późnych latach życia. Miał tyle pieniędzy, że nie odczuwał już potrzeby
występowania w filmach.
Dziwne to deklaracje, tym bardziej że bardzo często powtarzane, podkreślane
wręcz. To wygląda tak jakby Brando chciał zamanifestować, że był zwykłem
chłopcem z prowincji, który dość przypadkowo trafił do zawodu i w pewnym
momencie miał dużo szczęścia, bo trafił na dobrą koniunkturę artystyczną,
ekonomiczną i gwałtowne zmiany w estetyce kina. I teatru, bo od niego
zaczął, edukując się w słynnej nowojorskiej New School i Group Theatre, pod
okiem takich sław jak Erwin Piscator, Elia Kazan czy przede wszystkim Stella
Adler – żydowska emigrantka z Rosji, która swego czasu studiowała u
Konstantego Stanisławskiego. Tak powstała legenda Actors Studio, którego
Brando po latach stał się symbolem. Pojawiła się nowa dramaturgia (choćby
przełomowy nie tylko dla tego aktora Tramwaj zwany pożądaniem Tennessee
Williamsa) i nowa technika gry, penetrująca psychologiczne wnętrza
bohaterów, szukająca bezpośredniego kontaktu z rzeczywistością).
Ale w teatrach mimo sukcesów grał tylko przez kilka lat, bo nie lubił
porannych prób i męczącej konieczności nieustannego „spinania się” przed
wyjściem na scenę. Kino było wygodniejszego, no i płaciło nieporównywalnie
więcej. Brando po latach zamanifestował dystans do wielu ról, które zagrał.
Tych wczesnych (choćby w przełomowym dla niego Dzikim) i wielu późniejszych
(na przykład w Ostatnim tangu w Paryżu). Twierdzi, że wiele tych filmów nie
wytrzymało próby czasu. Jest w tym szczery i surowy wobec siebie. To jeszcze
jedna próba zdjęcia gorsetu zakochanej w sobie hollywoodzkiej gwiazdy. Tej
roli najbardziej nie znosił. |