4 października 1990 roku uruchomiłem w Tarnowskich Górach galerię sztuki „Inny Śląsk”. W tym samym czasie Anna Osadnik rozpoczęła studia na Wydziale Wychowania Artystycznego Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie. Po zaliczeniu pierwszego roku w Cieszynie przeniosła się na Wydział Malarstwa, Grafiki i Rzeźby ASP we Wrocławiu, który ukończyła z wyróżnieniem w 1995 roku. 17-letnia znajomość oraz współpraca z artystką od 1992, kontynuowana do dziś, upoważnia mnie do skreślenia kilku uwag o jej twórczości. Z 23 wystaw indywidualnych, które składają się na dorobek artystki, pięć było realizowanych w mojej galerii (lata 1992, 1993, 1997, 2002, 2006). Widziałem też większość jej wystaw indywidualnych przygotowanych w innych miejscach.
Już wystawy w galerii „Inny Śląsk” w latach 1992 i 1993 odbiegały zasadniczo od studenckich standardów. Wskazywały, że równolegle do intensywnych zajęć na uczelni Osadnik pochłonięta jest własną twórczością, poszukiwaniem swojej drogi i środków wyrazu. Konstruując te wystawy, stawaliśmy przed problemem wyboru. Osadnik przedstawiała setki monotypii, linorytów, dziesiątki rysunków, gwaszy, temper. Ponieważ wystawom towarzyszyły odbijane na kserografie tomiki na poły lirycznej, na poły humorystycznej poezji, budowanie wystawy polegało na stworzeniu klimatu, który byłby wypadkową poezji i formy plastycznej.

Po studiach, na poszukiwanie własnej drogi twórczej, rzutuje twarde lądowanie w rzeczywistości lat 90. Pokolenie Anny Osadnik podejmowało decyzję o wyborze kierunku studiów w przewidywalnej rzeczywistości realsocjalizmu, pełnego zatrudnienia i iluzji, że naszą karierą zawodową ktoś się zajmie, ktoś coś zleci, muzeum zakupi, a związki się zaopiekują. W latach 90., w błyskawicznym tempie zmieniało się otoczenie. Staliśmy się szybko społeczeństwem podlegającym globalnym regułom. Ludzie, którzy w tym okresie kończyli studia, trafiali na „dziki rynek”. Powoli odkrywali, że nie ma przewidywalnych związków między wykształceniem a kwalifikacjami i zatrudnieniem. Nie ma związku między rodzajem pracy a poziomem dochodów. Wielu młodych ludzi w tym okresie porzuca twórczość własną bądź szuka swego miejsca w bardziej stabilnym Zachodzie.
Anna Osadnik, która dzieli wynajęty pokój-pracownię we Wrocławiu ze swoją najbliższą przyjaciółką Małgorzatą Warlikowską, pracuje głównie w technice linorytu. Pracuje niezwykle intensywnie. W tej fabryce linorytu powstają drobiazgi, ekslibrysy, ale też format 200x800 cm, który nigdy nie został odbity na papierze. Ten umiarkowanie racjonalny rozmach wystaw cechuje większość przedsięwzięć artystki. „Zrobiłam pracę (linoryt) składający się z 640 modułów 100x70cm. Można ją okroić do 420 modułów, ale ani jednego mniej. Czy dysponujesz taką


 


Krzysztof Mazik
 

„Fabryka”
Anny
Osadnik 





 ilością antyram, żebyśmy mogli pokazać to w jednej płaszczyźnie?” – to fragment listu Anny Osadnik, który wcale nie jest żartem, do niżej podpisanego. A przecież ostatnie 15-lecie to najgorszy czas dla artystów uprawiających grafikę warsztatową. Mało kto z odwiedzających galerię odróżnia rysunek od grafiki. Jeszcze rzadziej zdarzają się transakcje handlowe. Programy komputerowe i plotery zastępują warsztat tradycyjnego grafika.
Anna Osadnik w poszukiwaniu normalności w 1996 wyjeżdża do Kanady. Po sześciu miesiącach wraca zestresowana nadmiarem normalności Nowego Świata. W recenzji z jej wystawy w Edmonton (Mosaics Gallery) czytamy: „Brak dosłowności w jej pracach może nie przekonywać do tego rodzaju stylu odbiorców o tradycyjnych gustach (...). Ponieważ ten typ grafiki jest obecnie bardzo popularny w Europie, można na tej podstawie wyrobić sobie opinię o aktualnych tendencjach rozwojowych w grafice europejskiej. W Ameryce Północnej mała forma nie jest jeszcze tak

popularna”.

Po powrocie do kraju ujawnia się zupełnie nowy nurt poszukiwań artystki, którego pierwszym publicznym pokazem jest wystawa z 1997 roku. Złożyły się na nią prace wykonane jakby na marginesie działań graficznych w latach 1994-1997. Kiedy zobaczyłem całkiem sporych rozmiarów domek (forma przestrzenna), zbudowany z filtrów wypalonych papierosów, kolaże z papierków po cukierkach, asamblaże z torebek herbacianych, jak echo pamięć przywołała skromniutki rysunek Sławomira Mrożka przedstawiający stado rogacizny przekraczającej rzekę z podpisem: „Woły, które zjadłem w życiu, przechodzą przez wodę, którą w życiu wypiłem.” O ile rysunek Mrożka dosadnie podsumował siermiężność życia w PRL-u, to prace młodej autorki wydają się być dyskretną, autoironiczną rozprawą ze współczesnym konsumpcjonizmem, a domek z niedopałków realną projekcją iluzji, w których wyrastało pokolenie lat 90. To pozorne muzeum osobliwości dopełniały prace z cyklu Szuflady, gdzie w graficznym porządku w ośmiu gablotach autorka przyszpiliła, przykleiła przedziwny zbiór przedmiotów, które każdy z nas odnajduje na dnie szuflad, w koszyczkach na drobiazgi, czy pudłach na strychu. Najczęściej te przedmioty przeżywają nas i dopiero następne pokolenia, bez sentymentu wywalają je na śmietnik. Przejmujące uczucie przemijania, które budzi spotkanie z tymi pracami, łagodzi ich uroda i przebijający się tu i ówdzie dowcip.
Od 1997 roku, od wystawy Osy, bo tak Osadnik sygnuje swoje prace, anektują one coraz większe obszary galerii. Zajmują sufity, schodzą na podłogi, podwieszane są w przestrzeni. Pożądany jest ruch powietrza, który wprawia w falowanie wielkie mozaiki (4x2m) wykonane z pozornie banalnych materiałów. Sama autorka tak mówi o metodzie pracy nad mozaikami: „Są to różnego rodzaju sentymentalne zbiory, gromadzone przeze mnie i przez grono osób wtajemniczonych w moją pracę. Zebrane kolekcje przetwarzam w długotrwałym, żmudnym procesie (segreguję, zestawiam, czasami tnę, zestawiam na nowo, segreguję i sklejam, zadrukowuję matrycami linorytu, zamalowuję, znów tnę, znów segreguję, i znów sklejam) w miarę zmian zachodzących wokół mnie i we mnie”.
Na podłodze stoją ołtarzyki, klatka metalowa z gadżetami, z której każdy może sobie coś wyjąć, a jeszcze lepiej dorzucić. Pod ścianą pojawia się ciągle rosnąca „Silver Collection”, czyli równo ustawione słoiczki z marynatami. Osadnik marynuje wszystko: zaczęło się niewinnie od jabłek, ryżu, poprzez wypalone zapałki, spinacze, pety, po cukier i tulipany. Wszystko w zalewie octowej lekkiej. Przypuszczam, że gdyby nasze pozy, nastroje i złośliwości mieściły się w słoikach, też zalane lekką zalewą octową, opatrzone wysmakowaną etykietką, znalazłyby się w kolekcji.

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA