Wyjątkowej urody ozdobą placu Wolności był pałacyk
Goldsteinów, a przy Sokolskiej podziwiano willę Louisa Damego. Nad
sklepikami i kawiarenkami kokieteryjnie pobłyskiwały reklamy świetlne. Od
czasu do czasu rozdzwaniał się tramwaj przewożący pasażerów pomiędzy
Królewską Hutą i Katowicami. Wtedy jeszcze na Gliwickiej śpiewały Muzy! O
zmierzchu i przy księżycu opuszczały secesyjne płaskorzeźby przypięte do
barwnych frontonów a potem w łagodnych podmuchach wiosennego wiatru,
przemykały w półmroku filuternie mrugających – gazowych latarenek.
W pół wieku później Gliwicka stała się hałaśliwą i zakurzoną drogą wylotową
wypluwającą setki pojazdów opuszczających centrum wielkich Katowic.
Wielotonowe ciężarówki, autobusy, tramwaje i dziesiątki na wpół
zdezelowanych samochodów zmieniły pejzaż i klimat tego zakątka. Teraz jest
to trasa komunikacyjna jakiejś brudnej, nieustannie dudniącej i zgrzytającej
fabryki. Na ścianach stuletnich elewacji, jak wilgotny liszaj, rozpanoszył
się smog, coraz szczelniej oblepiający architektoniczne cacka zdobiące
ściany starych domów i deformujący ich finezyjne kształty. W zgiełku i
szczęku fabrycznego oręża zamilkły Muzy!
Pod egidą Melpomeny
Do kamienicy pod numerem 9 w 1946 roku trafił Bolesław Mierzejewski. W
lokalu na drugim piętrze spędził ostatnie 34 spośród 93 lat swego życia.
Stąd, najczęściej z wiosną w sercu i Melpomeną pod rękę, sprężystym i
dostojnym krokiem, wychodził na próby i spektakle w Teatrze im.
Wyspiańskiego, od którego dzieliło go jakieś 10 minut spaceru. On i jego
Muza byli ponad zgiełk i przykurzoną szarość ulicy wielkiego, przemysłowego
miasta!
Od południa, okna jego mieszkania wychodziły na Gliwicką a od północy na
obszerne podwórze, przy którym już od początku XX stulecia istniała
Katowicka Fabryka Wyrobów Drucianych. Przed wojną, wytwórnia potocznie zwana
„druciarnią” oraz budynek frontowy, wybudowany przed rokiem 1894, należały
do Otylii Wiesner. Po wojnie dom kupili Jędryczkowie a w oficynie
uruchomiono warsztaty metalowe. Na parterze, od frontu z mniejszym lub
większym powodzeniem funkcjonowały lokale handlowe, a ostatnio – restauracja
o nazwie „Babie lato”. Kilkanaście lat temu – już po śmierci aktora –
zmodernizowano dawne hale „druciarni”. Zaaranżowano je na kawiarnię i
audytorium teatru „Cogitatur”. Od tamtej pory jego artyści kuszą
spektaklami, w których „sen miesza się z rzeczywistością, emocje z
wizualnymi czarami, powaga z ironią” – napisał założyciel tego przybytku.
Wtedy, wraz z grupą ekstrawaganckich histrionów i trubadurów, na dziedzińcu
mieszczańskiej kamienicy, w której wcześniej, przez dziesięciolecia mieszkał
gwiazdor katowickiej sceny dramatycznej, znów zagościła Melpomena!
Pan Bolesław zamieszkał tu ze swą żoną Władysławą z Lazarów, rodowitą
Ślązaczką.
W drodze do Katowic
Przyszłą żonę poznał w okupowanej Warszawie. Pracował wtedy jako kelner w
kawiarni „Znachor”, w której kasjerem był jego serdeczny przyjaciel Karol
Adwentowicz. Pewnego dnia zauważył sympatyczną klientkę. To była pani
Władysława. Tak się zaczęło. Była wdową po staroście tarnogórskim i
pierwszym komendancie Polskich Sił Zbrojnych na Okręg Śląski, Józefie
Korolu, zastrzelonym przez hitlerowców w pierwszych tygodniach wojny.
Wspólnie z Adwentowiczem, ukrywającym swoją żonę Żydówkę, Mierzejewski
opiekował się osamotnioną Władą. Gestapowcy nieustannie deptali jej po
piętach. U znajomych charakteryzatorów zmieniała fryzury i kolor włosów.
Konspiracja i trudy wojenne zbliżyły ich do siebie. Pan Bolesław okazał się
nie tylko czarującym amantem, ale także opiekunem a przede wszystkim
troskliwym ojczymem dla trojga dzieci pani Władysławy, którym okazywał wiele
serdeczności i dobroci.
Po upadku powstania warszawskiego Bolesław i Władysława tułali się po
różnych miejscowościach, a potem pomieszkiwali w Krakowie. Na wieść o tym,
że Katowice są wolne, Włada natychmiast wyruszyła w drogę i udała się do
pułkownika Jerzego Ziętka, ówczesnego wicewojewody śląskiego, który – jako
były przedwojenny naczelnik Radzionkowa – z szacunkiem wspominał jej męża i
swego dawnego przełożonego. Dzięki wpływowej rekomendacji Mierzejewskim
zaproponowano dobrze utrzymane mieszkanie przy ulicy Gliwickiej. Bolesław
jeszcze się wahał, bo w tym czasie Adwentowicz obejmujący dyrekcję teatru
zachęcał go do osiedlenia się w Łodzi lub stolicy. Nie bez znaczenia dla
rozwiania wątpliwości była gaża, jaką Bronisław Dąbrowski, dyrektor
ówczesnego Teatru Śląskiego, zaproponował Mierzejewskiemu, a ta należała do
najwyższych w zespole. Pewne nadzieje wiązał Mierzejewski z zakładaną w
Bytomiu Operą Śląską, organizowaną przez warszawskiego przyjaciela,
legendarnego Adama Didura.
W domu przy Gliwickiej Mierzejewskim urodził się syn Ksawery i to
ostatecznie przeważyło szalę niełatwej decyzji. Od 1946 roku przed każdym
Bożym Narodzeniem pan Bolesław osobiście stroił choinkę a gdy tylko się
ściemniło – zapalał na niej świeczki. I tak działo się aż do 1979 roku.
– Pachnący żywicą świerk tata kupował osobiście – wspomina syn. – Gdy już
podrosłem, zabierał mnie ze sobą i pokazywał jak należy wybierać
najdorodniejsze. Musiały być naprawdę okazałe i mierzyć ponad 3 metry, bo
taką wysokość miał jego gabinet, w którym ustawialiśmy „drzewko”. Za oknami,
na Gliwickiej tańczyły płatki śniegu, pokazywała się pierwsza gwiazdka. Przy
stole siadali dziadkowie, ciotki i wujkowie, rodzeństwo i kuzyni a także
kilkoro przyjaciół domu. Łamiąc się opłatkiem wspominaliśmy tych, których
już zabrakło, a tym którzy się z nami znaleźli, życzyliśmy jak najlepiej.
Ten i ów ukradkiem otarł łzę wzruszenia a potem było kolędowanie. Mama
zasiadała przy fortepianie a tata intonował kolejne pastorałki.
Nie minęło kilka lat, jak pan Bolesław, nad Rawą, pośród hut i kopalń,
odnalazł swoją małą ojczyznę Ze szczerością i wylewnością, jaka cechuje
Polaków z dawnych kresów Rzeczypospolitej, zapewniał swoich przyjaciół: „Kochaneczku!
Ja, warszawiak, pokochałem Śląsk! Wyobrażasz to sobie?!”
Wokół domu Mierzejewskich
Wwyzwolonych Katowicach spotkał dawnych znajomych z Warszawy, Lwowa i
Krakowa; podobnie jak on porozbijanych przez wojnę i poszukujących spokojnej
przystani. Niemal naprzeciwko, na Gliwickiej pod numerem 4, na pierwszym
piętrze, zatrzymał się mówiący z kresowym zaśpiewem – pisarz, prześmiewca i
kalamburzysta – Aleksander Baumgarten, przedtem mieszkaniec podwawelskiego
grodu, a na drugim aktorka – Janina Burke-Bielecka. Tam też wprowadziła się
ówczesna gwiazda katowickiego teatru – Irena Tomaszewska-Młodnicka,
mieszkająca na parterze z dwoma dorastającymi córkami Iwoną (późniejszą
aktorką) i Małgorzatą (później popularną wrocławską karykaturzystką).
Przy Sobieskiego 24 – wraz z żoną śpiewaczką Stefanią Mławską-Różycką –
mieszkał światowej sławy kompozytor i dyrygent – prof. Ludomir Różycki. Był
jednym z czołowych twórców polskiej opery, baletu i poematu symfonicznego.
Tutaj nad Rawą rekonstruował i uzupełniał partyturę Bolesława Śmiałego –
zniszczoną i zdekompletowaną w czasie powstania warszawskiego.
Od Mierzejewskich, którzy prowadzili dom otwarty, jego kamieniczkę dzielił
przysłowiowy rzut beretem, a z Bolkiem lubili się już w Warszawie. Gdy
przyjacielska feta zaczęła nabierać rumieńców, rozbawione towarzystwo
nakłaniało starych druhów do salonowego muzykowania. Mierzejewski gładził i
szczypał krótko przycięty wąsik, Różycki zasiadał przy fortepianie a przez
rozchylone okna, nad dachami Gliwickiej i Sobieskiego, płynęły popularne
arie i melodie operetkowe.
Ludzie wychodzili na balkony, stawali przy oknach, na parapetach kładli
poduchy, wspierali na nich łokcie i słuchali, nucili pod nosem a czasem bili
brawa. Gliwicka przemieniała się w salę koncertową. Kilkoro starej daty
Ślązaków pamiętających jeszcze Reichshallensaal (dziś: Filharmonia Śląska)
oraz uliczne korowody rozśpiewanych i muzykujących melomanów z czasów
kajzera Wilhelma, z uznaniem kiwało głową i mówiło: „Gut, Gut! Kattowitz ist
der Musikstadt!”
– Był uroczym kompanem – opowiadał aktor o swoim przyjacielu muzyku. – Nasza
znajomość datowała się od czasów warszawskich, przed wojną stale
odwiedzaliśmy się. Ludomirek dedykował mi pieśni: Dzwony – do słów Tetmajera
i Kurant. Poza wielkim talentem muzycznym był w życiu rozkosznym medium. Był
uroczym ,,ochlaptusem” często nad miarę, wówczas bawił całe towarzystwo
swoim humorem. Trzeba powiedzieć, że lubił dobre trunki. Ale trzeba mu było
przyznać, że chociaż tych trunków kosztował z wielu butelek w krótkim
czasie, to zasiadając do fortepianu nigdy się nie pomylił. Przy fortepianie
grał jak z płatka. Ilekroć był u nas i zasiadał do fortepianu, zawsze robił
to, jak twierdził, dla mojej żony Włady, która była jego natchnieniem.
Grywał serenady i jakieś inne utwory i tylko |
|

Mierzejewski jako Cześnik w „Zemście” (1958). 50 lat
pracy artystycznej.
Legenda
ulicy Gliwickiej

Mierzejewski jako Papież Grzegorz XVI w „Legionie” Wyspiańskiego 1969.
należy żałować, że nie miałem wówczas magnetofonu.
Na placu Wolności pod numerem 6, na trzecim piętrze, w sublokatorskim
pokoiku u państwa Knapów, odnalazła się Zofia Niwińska-Pichelska, koleżanka
ze scen warszawskich, która w czasie okupacji, podobnie jak Mierzejewski,
pracowała w charakterze kelnera stołecznych kawiarni. Należała do zespołu
aktorskiego Teatru Śląskiego i w tym okresie, jako pani Laura zadebiutowała
w Ostatnim etapie Wandy Jakubowskiej, do którego muzykę wykonywała Wielka
Orkiestra Symfoniczna z Katowic pod dyrekcją Zdzisława Górzyńskiego.
Nieopodal, tuż za rogiem Gliwickiej, u swojej przyjaciółki – Jadwigi
Janiszewskiej, adorowanej jako „kobieta człowiek” – bywał aktor i reżyser –
Edward Zyzman-Żytecki, który własną „kwaterę” miał przy Mariackiej. Był
znajomym pana Bolesława z Teatru Małego w Warszawie. On, w pamięci lokatorów
okolicznych kamienic, przetrwał jako „kroczący z godnością mężczyzna o
wysmukłej sylwetce, z długimi włosami, z tyłu po wolterowsku związanymi
czarną aksamitką i zawsze ze staroświeckim monoklem w oku”.
Obydwaj panowie przeszli do legendy osławionego „Marchołta” – kawiarni
artystycznej zainstalowanej w podziemiach dziewiętnastowiecznej willi von
Kramstów, przy Warszawskiej 37, do której niechybnie trafiał każdy adept
oraz mistrz sztuki, lubiący wypić i dobrze się pobawić. Obydwaj nestorzy
burszowskiego kręgu czcicieli Bachusa, niezmiennie wzbudzali najwyższą
estymę. Łukasz Wyrzykowski notował: „Palmę seniora dzierżył Bolesław
Mierzejewski. Wysoki, prosto trzymający się pan o urodzie markiza lub
hrabiego”. O jego przyjacielu z lwowskiego teatru – Żyteckim, ten sam
dziennikarz napisał: „Pan z monoklem. Bardzo wysoki, jakby nawet nieco
nienaturalnie wyprostowany.”
Bolek, Bolcio a czasem Bolo – miał przyjaciół także poza środowiskiem
artystycznym. Jego częstym gościem bywał hr. Michał Scipio del Campo,
pionier i as polskiego lotnictwa, doc. Jan Masny, internista i kardiolog
Śląskiej Akademii Medycznej, red. Bogusław Pasternak, kierownik literacki
katowickiej rozgłośni Polskiego Radia i teatru „Ateneum”, Stanisław
Wojtkiewicz, miłośnik i wybitny znawca opery, dumny też ze swego rodowodu
(był potomkiem Ludwika Waryńskiego), baron Pilar de Pilar, zapoznany poeta –
autor nigdy nie opublikowanego dzieła zatytułowanego Napoleon oraz plejada
innych oryginałów i gwiazd błyszczących na kulturalnym firmamencie Katowic.
W kamienicy przy Gliwickiej 9 bywały tak pomnikowe postaci rodzimej
dramaturgii jak Antoni Fertner – jeden z najpopularniejszych polskich
aktorów komediowych pierwszej połowy XX wieku, Adam Grzymała-Siedlecki –
pisarz i krytyk, czołowy dziejopis życia teatralnego tamtej epoki, prof.
Henryk Szletyński – reżyser, aktor, pedagog i historyk teatru, wieloletni a
następnie honorowy prezes SPATiF oraz wiele innych osobistości, dziś
zajmujących poczesne miejsce w panteonie kultury narodowej.
Ten adres pamiętały też dziesiątki recytatorów, miłośników żywego słowa i
amatorów sztuki aktorskiej, którzy po zajęciach w szkołach i domach kultury,
już prywatnie i na wpół towarzysko odwiedzali mistrza i korzystali z jego
konsultacji. Mierzejewskiemu do ostatnich lat życia nie brakowało
cierpliwości i serca dla młodzieży szkolnej która pokochała teatr i mowę
ojczystą. Ucząc ich dykcji, gestu czy interpretacji – pamięcią sięgał do
początków własnej kariery i do żarliwości, z jaką po raz pierwszy wchodził
do przybytków Melpomeny.
Na Gliwicką
zstępowały gwiazdy
Dla akustycznej aury katowickich ulic z lat 50. znamienne były tzw.
„kołchoźniki”, czyli głośniki podłączone do miejskiego radiowęzła. Zarówno w
sklepach, restauracjach, zakładach fryzjerskich czy krawieckich a także w
prywatnych mieszkaniach transmitowały ten sam program. Spacerując po placu
Wolności, Gliwickiej lub Sobieskiego, przez uchylone okna lub drzwi, zewsząd
słyszało się to samo. O zmierzchu, po pracy katowiczanie z nabożeństwem
słuchali folklorystycznego chórku „Czelodki radiowej”, który z agitatorskim
zapałem rekomendował uroki miasta nad Rawą:
Stalinogrodzie, Stalinogrodzie,
tyś jest najmilszym
ze wszystkich miast
Dymy kominów nad tobą płyną
Pracy szczęśliwej ożywia cię rytm.
Ta piosenka na długie lata utkwiła w pamięci, wówczas dwunastoletniej Basi
Knapównej. Kiedy dość już miała takiego śpiewania, wychodziła na balkon
secesyjnej kamienicy przy placu Wolności. Wraz z mamą wspierały się na
ozdobnej balustradzie i obserwowały przechodniów. Wtedy mama po raz pierwszy
pokazała jej pana Mierzejewskiego, który wychodził z ulicy Gliwickiej. Potem
wspólnie z koleżankami rozpoznawała inne gwiazdy teatru i filmu.
Dziwne były to czasy – wspomina pani Barbara. – Przesiadując na tym
balkonie, uczyłam się takiego na przykład wierszyka:
Dymią kominy, dym nad Dąbrową
Ponad Sosnowcem, Łodzią,
nad Śląskiem
Dymią odświętnie, dymią na nowo
Jadą pociągi wciąż poprzez Polskę
Idą traktory, idą od świtu
Dzwonią kowadła, grają maszyny
Rośnie piętrami Rzeczpospolita
Dymią kominy! Dymią kominy!
– Dziś bardzo mnie śmieszą te strofki i nie mogę zrozumieć jak ja
wytrzymywałam w huku tych dudniących kowadeł, w kłębach i chmurach dymu! –
dodaje.
Na coraz brzydszej i podupadającej Gliwickiej, już od lat 50. przybywało
sadzy, spalin i decybeli, ale wciąż jeszcze była jednym z bardziej lubianych
zakątków miasta nad Rawą. Pensjonarki i łowcy autografów wiedzieli, że w tym
„salonie”, w jakiejś knajpce, sklepie lub wprost przed domem mogą spotkać
występujących w Teatrze Śląskim a tutaj właśnie mieszkających: Zofię
Truszkowską-Gürtler (przy Gliwickiej 24) albo Mieczysława Łęckiego (przy
Gliwickiej 9).
Pogodną twarz, życzliwie spoglądające oczy i charakterystyczną sylwetkę
Mierzejewskiego, z łatwością i nie bez satysfakcji rozpoznawali bywalcy
teatru, miłośnicy srebrnego ekranu, a przede wszystkim mieszkańcy ulicy
Gliwickiej. Damy w wieku balzakowskim oraz panie nieco starsze, pamiętały go
jako ordynata Michorowskiego, wyciskającego łzy z ich panieńskich oczu,
scenami miłosnymi ze Stefcią Rudecką, czyli Jadwigą Smosarską – w
Trędowatej, który to film od 1926 roku był szlagierem ojczystej
kinematografii okresu międzywojennego.
– Bolcio, to był uroczy mężczyzna i sympatyczny sąsiad – wspominała aktora
pani Bronisława Zagórska, spod „piętnastki”. – Zawsze uśmiechnięty i
dystyngowany. Pamiętam go jeszcze z przedwojennego kina. Gdy pierwszy raz
zobaczyłam go na Gliwickiej, to jakoś nie mogłam uwierzyć, czy to na pewno
on.
Bożyszcze wszystkich
obywateli
Miał wesołe usposobienie i lubił być za pan brat z sąsiadami. W latach 50.
Gliwicka stała się ulicą sproletaryzowaną. Mierzejewscy i wśród tych
prostych ludzi mieli przyjaciół a pan Bolesław niezmiennie cieszył się ich
sympatią. Rozumiał problemy robotników. Już jako osiemnastoletni
aktor-ochotnik bratał się z nimi podczas wieców i strajków 1905 roku.
Potrafił mówić ich |
|
językiem, który przyswoił sobie występując w spektaklach
Warszawskiej Drużyny Dramatycznej, organizującej „lotne przedstawienia,
które zasilały chude kasy strajkujących”. W latach 40. i 50. do katowickiego
teatru robotnicy przybywali gromadami i to decydowało o tym, że ten kapłan
sztuki i aktor o imponującym wyglądzie był dobrym znajomym prawie wszystkich
obywateli miasta nad Rawą, przez kilka lat nazywanego Stalinogrodem.
Propagatorzy subkultury socrealizmu, również i na scenie teatralnej, przy
każdej sposobności wymuszali pokazywanie robotnika z kielnią lub kilofem w
dłoni, ale proletariacka publiczność, bez ogródek stwierdzała, że takie
„przedstawienia”, może oglądać codziennie na fabrycznej hali lub placu
budowy, a w związku z tym chętniej popatrzy na sceny z życia królów,
książąt, hrabiów i innych takich, „którym się w życiu poszczęściło”.
Bolesław Mierzejewski, dorodny potomek dawnej szlachty, jak ulał pasował do
kreowania takich ról. Stawał się uosobieniem cichych marzeń o powodzeniu,
pięknie, mądrości i dobroci. W 1958 roku zagrał Cześnika w Zemście Fredry.
Po jubileuszowym spektaklu wystawionym z okazji półwiecza jego pracy
artystycznej – „śwarnemu artyście, który tak świetnie i tyle już lat
»fedruje« na scenie” – przyszła podziękować delegacja górników i wtedy to
zdarzyło się, że szlachcic w karmazynowym kontuszu i dwaj ludzie w czarnych
górniczych uniformach „ucałowali się szczerze serdecznie, po polsku, z
dubeltówki”.
Wśród kwiatów,
warzyw i owoców
W pejzaż ulicy Gliwickiej wpisał się jeszcze jeden często oglądany obrazek –
Bolesława Mierzejewskiego wsiadającego do „malucha”. Osobiście samochodu nie
prowadził. Jego kierowcą był syn Ksawery.
– Gdy tata wchodził do tego „pudełka”, to zawsze walił głową w sufit –
wspomina pan Ksawery. – Długo, oj, długo trzeba było go namawiać na złożenie
wniosku na talon uprawniający do zakupu poloneza.
Garażu Mierzejewscy nie mieli. Swoje auto parkowali na podwórzu lub na
chodniku przed kamienicą.
– Wychodząc z domu, tata zawsze ubierał garnitur, białą koszulę i przypinał
elegancką muchę – wspomina syn. – Ubierał się tak nawet wtedy, gdy jechał do
swojej „posiadłości”, czyli dużego sadu z altaną na terenie ogródków
działkowych „Wyzwolenie”. Czasem wędrował tam piechotą, ale częściej szedł
do Rynku, tam wsiadał do „szóstki” i podjeżdżał aż pod kościółek Michała
Archanioła. Dopiero w ogrodowej altanie zdejmował eleganckie ubranie i
przebierał się w strój roboczy.
W latach 60. pana Bolesława pochłonęła pasja hodowania kwiatów, warzyw i
owoców, do czego wytrwale zachęcała go żona, z przekąsem nazywana „panią
dziedziczką”. Temu zakątkowi artysta poświęcił kilka akapitów w napisanym
pod koniec życia Maratonie z Melpomeną: „W ogrodzie wybudowałem wspaniałą
altanę z kuchnią i piwnicą oraz dwoma budynkami gospodarczymi, tak więc była
to posiadłość jak się patrzy. Winorośl, przeszło pięćdziesiąt drzew
owocowych, w tym orzech włoski i nie mająca sobie równych jabłoń, krzyżówka
karłowata, której owoce dochodziły do 18 cm średnicy, to tylko nieliczne ze
wspaniałych okazów, które hodowałem w naszym ogrodzie. Śliwy były tak
słodkie, że do konfitur czy powideł, które z nich żona robiła, zużywała
tylko połowę normalnej porcji cukru. Odwiedzali mnie tam moi koledzy oraz
przyjaciele. Miejsce położone za Parkiem Kościuszki, izolowane od zgiełku
wielkomiejskiego, było doskonałym zaciszem sprzyjającym koncentracji przed
występami, rozluźnieniem napięcia lub też dla imprez towarzyskich, drobnych
bibek i spotkań przy kieliszeczku”.
Koleżeńskie wspomnienia
-Wysoki, przystojny, znakomicie wyglądający w mundurze i we fraku,
dysponował wytwornym gestem i wyrazistą mimiką. Miał tenorowy głos o bardzo
mocnym brzmieniu i szlachetną dykcję. Walory te, obok uroku osobistego,
zachował do późnej starości – wspomina jeden z jego najmłodszych kolegów,
Wiesław Sławik, laureat Złotej Maski za 2005 rok.
Twórca teatralnych kreacji: papieża Grzegorza XVI w Legionie, prezydenta w
Wielkim Bobby, kardynała Richelieu w Trzech muszkieterach i filmowej roli –
cesarza Franciszka Józefa w Sanatorium pod Klepsydrą należał do mężczyzn
żywotnych, zadziornych i krytycznie ustosunkowanych do politycznych realiów
PRL. Formułował oryginalne proroctwa dotyczące przyszłości świata.
– W latach 70. pan Bolesław odwiedzał redakcję rozrywkową naszej rozgłośni
radiowej – wspomina red. Bogdan Widera. – Przychodził, aby poplotkować,
pogawędzić i powspominać. Pewnego razu zeszliśmy na politykę. Nie lubił
Ruskich. Zaczął mnie pocieszać: „Ty, kochaneczku masz szansę, bo ja się w
niewoli urodziłem i w niewoli umrę. A ty, to zupełnie co innego, ja tobie
mówię – cała nadzieja w Bogu i w Chinach!”.
Popularny aktor, pieśniarz i reżyser, przed wojną przyjaźniący się z
Wieniawą-Długoszewskim, posturą i sposobem bycia przypominał prezydenta
Mościckiego, podczas jakiegoś jubileuszowego wieczoru, wieńczącego kolejną
rocznicę jego aliansu ze sceną śląską, na baczność przed publicznością
postawił wojewodę gen. Jerzego Ziętka, mówiąc: „Witaj generale, remont by
się przydał w tym teatrze, na co czekasz?”.
To jedna z licznych anegdotek, jakie przetrwały wśród młodszych kolegów,
którzy z synowską czcią i poufałością, do swego mistrza i patrona zwracali
się per Papcio. Ryszard Zaorski – aktor Teatru Wyspiańskiego – z dumą i
satysfakcją wydobywa z szafy starą kamizelkę i mówi: „Papcio miał złote
serce! Kiedyś zabrał mnie do siebie i tak ni z tego, ni z owego, powiada: –
Wiesz kochaneńki, mam taką kamizelę, ona na mnie trochę za ciasna. Ty ją
weź! Na tobie będzie leżała ekstra, pierwsza klasa!”. To moja najcenniejsza
pamiątka po mistrzu! – mówi Zaorski.
– Poznałem Bolesława Mierzejewskiego w roku 1950. Grał wtedy w Balladynie,
podziwiałem go też ponad ćwierć wieku później, gdy w 90. roku życia wcielał
się w dziarskiego majora w Panu Geldhabie. Był wielkim artystą i szlachetnym
człowiekiem – wspomina Bernard Krawczyk, aktor Wyspiańskiego.
We wdzięcznej pamięci katowiczan przetrwał jeszcze jeden wzruszający
wizerunek mistrza utrwalony na kilka dni przed jego nagłym odejściem – 7
października 1980 roku: „Jego śmierć całkowicie mnie zaskoczyła. Zaledwie
tydzień wcześniej widziałem go na pogrzebie Bolesława Surówki. Siedział na
stołeczku tuż przy otwartej mogile swego recenzenta. Nadal postawny i
zadbany, o pięknej twarzy, Nikt nie ośmieliłby się powiedzieć o nim:
starzec. Potem wielkiego aktora żegnały tłumy katowiczan, których był zawsze
ulubieńcem. Trumna ze zwłokami artysty, została wystawiona w katowickim
teatrze” – zanotował Bolesław Lubosz. Miejscem wiecznego spoczynku
zasłużonego artysty scen warszawskich, lwowskich, poznańskich, krakowskich i
śląskich jest rodzinny grobowiec Mierzejewskich na Powązkach w Warszawie.
Grób jego żony znajduje się na cmentarzu przy ulicy Sienkiewicza w
Katowicach.
Pamiątkowa tablica
Dnia 7 października 2007 roku na frontonie domu przy ul. Gliwickiej 9
odsłonięto tablicę pamiątkową poświęconą wybitnemu artyście polskiej sceny
dramatycznej Bolesławowi Mierzejewskiemu. Uroczystość, poprzedziła poranna
Msza Święta. W pobliskim kościele parafialnym pod wezwaniem Przemienienia
Pańskiego odprawił ją tutejszy proboszcz, ks. Grzegorz Grendz.
Okolicznościowym laudacjom, wspomnieniom, modlitwom i przecięciu wstęgi
przed domem aktora, w historii X Muzy uznawanego za „pierwszego amanta
polskiego kina przedwojennego”, przewodniczył Wiesław Sławik, prezes koła
ZASP przy katowickim teatrze, który także przypomniał jego sylwetkę i
zasługi dla kultury narodowej.
„Żołnierzem i bohaterem słowa polskiego” w powstaniu warszawskim i na
powojennym Śląsku nazwał artystę nestor katowickiego środowiska teatralnego
– Ryszard Zaorski. W imieniu Gustawa Holoubka, honorowego prezesa ZASP oraz
Ignacego Gogolewskiego, przewodniczącego Kapituły Artystów Zasłużonych,
mieszkańcom i władzom miasta przekazał podziękowania za ufundowanie
pamiątkowej tablicy.
Wśród gości znaleźli się krewni i przyjaciele Bolesława Mierzejewskiego,
przedstawiciele kurii metropolitalnej, tutejszego urzędu miejskiego,
dyrekcji katowickiego Teatru, liczne grono artystów, publiczność pamiętająca
sceniczne, operetkowe i filmowe kreacje Mierzejewskiego a także grono
dawnych sąsiadów zamieszkujących przy Gliwickiej.
Odsłonięcia tablicy dokonał syn jubilata – Ksawery Mierzejewski, w
towarzystwie wiceprezydenta Katowic Michała Lutego, który zauważył, że
„tablica przypomina nie tylko wybitnego aktora, ale też historię miasta,
współtworzoną przez tak wybitne postaci jak Mierzejewski”. |