– Leszku, chciałabym porozmawiać z Tobą o Marku Hłasce.
Tak się złożyło, że znałeś go w czasach kiedy był on już znanym pisarzem, a
ty redaktorem nnaczelnym „współczesności”. Potem wyjechałeś z Polski i przez
Indie, Filipiny i Anglię trafiłeś do USA. I tu w Los Angeles spotkaliście
się ponownie po latach w roku 1966. Marek Hłasko jest wymieniany w różnych
opracowaniach jako członek grupy założycieli „współczesność” i jaką pełnił
wtedy funkcję?
– Marek nie był współzałożycielem naszego pisma i od naszej grupy się
dystansował. Natomiast, udzielił nam ważnego poparcia dzięki Romanowi
Śliwonikowi. (Roman Śliwonik był blisko związany z Markiem. Nawet w Los
Angeles, często rozmawialiśmy o Romku. Markowi szczególnie utkwiła w pamięci
ich wyprawa do Kazimierza nad Wisłą).
Za „nasz” sąd nad Markiem wstydzę się do dziś dnia. Było to wyreżyserowane
przez Józefa Lenarta, oczywiscie na zlecenie partii.
Jednak Hłasko był i jest najbardziej znanym przedstawicielem Pokolenia
współczesności. Jest nota bene, z tego samego rocznika co ja tj. 1933.
Nasze pismo, jak stwierdził Jurek Siewierski, który dał mi inspirację
założenia „współczesności”, wpadło do literatury jak śliwka w kanalizację –
przez przypadek. Podobny przypadek pomógł Markowi, choć analogia nie jest
zbyt ścisła. Czasem, historyczny moment nadaje wagę książce, czy pisarzowi „our
of proportion”. Czasem, rzadko, taki „wybuch” jest głównie fenomenem
literackim. Tak było ze Zbigniewem Uniłowskim, Sergiuszem Piaseckim i
Stanisławem Przybyszewskim, a historyk literatury pewnie by dorzucił kilka
innych nazwisk.
– Czy znałeś Marka Hłaskę w czasie kiedy rozpoczynał karierę literacką
przedstawiając się Bohdanowi Czeszce i Igorowi Newerlemu jako
niewykształcony szofer, który w wolnych chwilach próbuje opisać swoje życie?
– Opowiadania Marka Hłaski nie byłyby odebrane jako coś niezwykłego, gdyby
się nie ukazały w okresie wrzenia przedrewolucyjnego tj. chyba w 1955. Wtedy
też „Po prostu” odegrało niezwykłą rolę. Nie dlatego, że byli tam polityczni
geniusze, ale że to było pismo ZMP i miało monopol druku. „współczesność”
przełamała ten monopol, a częściowo i cenzurę.
Marek jest najbardziej znanym pisarzem epoki/okresu „współczesności”, ale
były i inne talenty: Andrzej Brycht, Marek Nowakowski i nawet ja. A mówimy
zasadniczo o prozie.
W poezji poemat Ważyka o Nowej Hucie był wstrząsem, bo stwierdzał, że król
jest nagi. Wiersz Romana Śliwonika „MY” (a nie zapominajmy o Wojtku
Albińskim) w poezji był odpowiednikiem „Pierwszego kroku w chmurach”.
Starsi pisarze odgrywali role dziewic uwiedzionych przez Stalina. Głośno
bili się w piersi i kajali niczym dzisiejsi kaznodzieje telewizyjni, którzy
popełnili GRZECH, na którym ich przyłapano. Stanisław Grochowiak był tą
niepełnoletnią uwiedzioną przez PAX.
– Czy w czasach „współczesności” Hłasko przeżywał rozterki spowodowane
namiętnościami znanych pisarzy jak Mach czy Andrzejewski i czy to była
przyczyna jego ucieczki w alkoholizm?
– O Marku i jego protektorach krążyły różne pogłoski, prawdy nie znam, a w
Los Angeles na ten temat nigdy nie rozmawialiśmy. Marek pil wtedy akurat
tyle co i ja, czyli do alkoholizmu było bardzo daleko, choć było parę
wybryków/anegdotek. W czasie mniej więcej, naszej rocznej przyjaźni
właściwie nie byłem świadkiem żadnych ekscesów alkoholowych ze strony Marka.
W barach byliśmy może tylko ze dwa razy, na niewinnym piwie, nie tylko dla
zdrowia kieszeni, ale ponieważ amerykańskie bary, ciemne i ponure, tak różne
od angielskich pubów, przygnębiały Marka... i mnie.
– W niektórych opracowaniach można przeczytać, że legenda Marka Hłaski
powstała również dzięki jego niekonwencjonalnemu zachowaniu i ubiorowi?
Marka znałem z „Po prostu” i wyczekiwań u Wilhelma Macha, który redagował
dział prozy w tygodniku „Nowa Kultura”. Marek nie ubierał się oryginalnie
ani nie zachowywał niekonwencjonalnie. W Los Angeles nosił przeważnie
wiatrówkę i jeansy. Pamiętam, że bardzo mu się podobał mój „jacket”
mundurowy policyjny, bo pracowałem jako wartownik i mój mundur był łudząco
podobny do policyjnego. Raz mnie policja zatrzymała i pytała skąd mam to
odzienie. Naszywki wtedy były już odprute.
– Z jakiego powodu Marek Hłasko wybrał emigrację?
– Przypominam sobie, że Marek mówił, iż jedną z przyczyn pozostania na
emigracji była obawa, że go wezmą do wojska, do kopalni węgla. Podejrzewam,
że namówił go do emigracji Jerzy Giedroyc.
Z wypowiedzi na tematy pisarskie pamiętam, że kiedyś wyraziłem się, że na
całym świecie ludzie są tacy sami. A Marek się ze mną nie zgodził,
twierdził, że w Polsce ludzie są inni, że pisarz musi pisać w swym języku i
być w swoim kraju. Więc głębszą przyczyną musiały być sprawy polityczne. Nie
mówiliśmy o tym, bo to było zrozumiałe dla nas samo przez się.
– Czy mógłbyś przytoczyć anegdotę o Marku Hłasce i pałacu Gubernatora w
Santa Monika?
– Wydarzenie to pamiętam przez mgiełkę ubiegłych lat, zawodnej pamięci. No i
alkoholu. Więc nie ręczę za naukową ścisłość faktów. Po tym „caveat”
przystępuję do opowieści.
A zaczęło się to u Marka Nizińskiego na „przyjęciu” z okazji objęcia przez
niego zaszczytnej funkcji „menadżera” domu prawie, że na „Miracle Mile”
(Cudownej Mili) w pobliżu, słynnego muzeum w La Brea, gdzie utopiły się, ale
jednocześnie zakonserwowały się w smole (dziegciu) niezliczone przedpotopowe
zwierzęta.
Niziński wysoki i chudawy blondyn, poeta-pisarz, „menadżerował” przedtem
jakąś ruderę w Hollywood. Nastrój był wesoły. Trunki lały się oficie, był
zwykły gwar. Gospodarz zaprosił naszą całą „ferajnę”.
Były zwykłe kłótnie na tematy polityczne i literackie. Mazurki i oberki, a
Marek Hłasko poszedł solo w kozackie „prysiudy”. Od czasu do czasu wydawał
przeraźliwy gwizd warszawskiego żulika z Powiśla. Nie pamiętam ani imion,
ani nazwisk żon i nie żon. Ale wszystko było bardzo przyzwoicie i względnie
cicho, nawet nie o spóźnionej porze. Jednak biesiada nie spodobała się
któremuś z paru dostojnych lokatorów.
W pewnej chwili, gdy obudziłem się z chwilowej drzemki, zobaczyłem kilku
policjantów. Wyglądali groźnie z rewolwerami na pasach i pałkami w rękach.
Ale byli grzeczni. Nie wiem z jakiej racji zaczęli nas wypytywać o
narodowość. Marek Hłasko przedstawił się jako Izraelita, Niziński bodaj jako
Szwed, Andrzej Krakowski jako „Native American”, Henryk Grynberg był
mieszkańcem Kaukazu, a ja oczywiście Australian Aborigine. Policjanci kiwali
głowami i pałkami, ale niegroźnie i poprosili o paszporty... bardzo
uprzejmie. Widać ta zawodowa grzeczność zwiodła Marka Hłaskę, gdyż w pewnej
chwili sięgnął do kabury jednego z przedstawicieli prawa.
Nim się spostrzegliśmy, mieliśmy kajdanki na rękach i znaleźliśmy się w
karetce policyjnej.
– Przepraszam, że przerywam, ale cały czas nie mogę w twojej opowieści
doszukać się Pałacu Gubernatora?
– Zawieziono nas na komisariat w Santa Monika, który się mieścił w pięknym
pałacyku jakiegoś dostojnika z czasów hiszpańskich, czyli popularnie mówiąc
w Pałacu Gubernatora.
Marek zapadł w jakiś trans, bo nie podnosił powiek, nawet gdy nas wyładowano
z wozu. Tym razem mniej uprzejmie. W pewnej chwili otworzył oczy i krzyknął
ze zdumieniem, „Wreszcie jesteśmy w należnym miejscu... w pałacu!”
Wszystko skończyło się dobrze. Po kilku godzinach nas zwolniono. Chyba w
wyniku interwencji Stefana Pasternackiego, czy też doktora Otto Lauterbacha.
Nie Leonidasa Ossetyńskiego, bo ten był z nami. Pamiętam, że przedstawiał
się policji jako rabin, gdyż grał taką rolę w jakimś filmie.
A najważniejsze, że Marek Niziński nie stracił posady. W domu mieszkało
wielu jako tako znanych aktorów, artystów i tym podobnej bohemy, więc
właściciel zawyrokował, że pasujemy do budynku, ale niech się to nie
powtórzy, bo „menadżer” ma być tym właśnie, który daje przykład dobrego
zachowania.
– A co oznacza przytaczany często w związku z Markiem Hłasko „Gwizd l |
|

|
Z dr
Leszkiem SzymaŃskim
rozmawia
Jurata Bogna SerafiŃska
|
Mój
Hłasko
okomotywy”?
– Gwizd był podwójny. Raz Marek zagwizdał na bardzo dostojnym przyjęciu
polonijnym, bo wszyscy byli tak dystyngowani i wyfraczeni, że go szlag
trafił i chciał zaszokować naszych nadętych dostojników. Nota bene Marek był
nieśmialy. Unikal zebrań i spotkań autorskich.
Ze mną się założył, że wypije szklankę spirytusu i gwizdnie głośniej niż ja,
po takim samym wyczynie. Działo się to w moim mieszkaniu w centrum Los
Angeles, na Union Drive, wtedy w śródmieściu jeszcze nie wypiętrzonym i
szklanym, gdzie normalni ludzie mogli znaleźć tanie mieszkania. Spirytusu
nie mogliśmy kupić, bo jest nielegalny w Kalifornii. Dostaliśmy jednak rum,
chyba 90%. Marek wypił szklankę i gwizdnął niczym lokomotywa. Jak przyszła
na mnie kolej szklanicę wychyliłem, świsnąłem cichutko i spadłem pod stół.
Nie pamiętam co się dalej działo.
– Czy utrzymywałeś kontakt z Hłaską przez lata 1958-1966?
– Nie mieliśmy kontaktu na emigracji. Marek był protegowanym Giedroycia, a
ja nie. Prócz tego, a to chyba najważniejsze, ja byłem w Australii, a on w
Paryżu i Izraelu. Spotkaliśmy się ponownie w Los Angeles w ostatnim roku
jego życia.
– Czy wiedziałeś wcześniej o planach Romana Polańskiego ściągnięcia Marka
Hłaski do Los Angeles w roku 1966?
– Na odwrót! O tym, że Romek Polański ściągnął Marka do Los Angeles
dowiedziałem się właśnie od Marka. Dokładnie nie pamiętam kiedy i jak, ale
Marek pokłócił się z Romkiem, któremu miał pisać scenariusz.
– A w jaki sposób doszło do waszego spotkania?
– Zaraz po moim przyjeździe do Los Angeles, Danusia Zawadzka poinformowała
mnie, że Marek tam mieszka i dała jego adres na Wilshire.
Wilshire zaczyna się w samym sercu miasta i idzie w prostej linii przez
Santa Monica, do Pacyfiku. Jest to główna arteria Los Angeles długa na
kilkanaście mil. Wzdłuż niej, wtedy były głównie banki, hotele, rozmaite
oficjalne budynki i luksusowe kondominia. Adres na tak ważnej i drogiej
ulicy zadziwił mnie, ale wiedząc, że Marek jest pisarzem o międzynarodowej
sławie myślałem, że odpowiada to jego kieszeni. Jak się później okazało,
jego kieszeń była jeszcze bardziej dziurawa niż moja.
Po przeszło godzinnej jeździe autobusem dotarłem wreszcie w pobliże jego
numeru i okazało się, że to był jeden z bardzo juz nielicznych starych
budynków, prawie rudera. Marka już tam nie było. Nowi i gościnni lokatorzy,
jacyś studenci – hipisi z UCLA, Westwood, znali Marka, ale nie jego adres,
obecnie gdzieś w Hollywood.
– Z tego wynika, że znalazłeś Marka Hłaskę dopiero w Hollywood?
– Nie, było inaczej. Mieszkałem w starym czynszowym domu w pobliżu
śródmieścia i centralnej miejskiej biblioteki i Domu Polskiego założonego
gdzieś na początku dwudziestego stulecia przez polskich socjalistów.
Pozostały po nich stempelki na książkach bibliotecznych. Dziś funkcje tego
domu sprawuje polski kościół na Adams, do którego powstania przyczyniła się
hojność pani Apolonii Chałupiec, znanej jako Pola Negri.
Właścicielem „mojego” domu był niejaki pan Świątek, milioner, ale skąpiec,
który gnieździł się w jednym pokoiku wraz z siostrą, jak mnie zapewniał
nieoceniony gawędziarz (i plotkarz) Bohdan Brym. Budynek był bez windy i gdy
wreszcie wspiąłem się na ostatnie piętro, któż siedział na schodach pod
drzwiami mojego apartamentu? – Marek Hłasko! Marek nie zmienił się, raczej
odmłodniał i wyglądał wręcz chłopięco, zwłaszcza z krótko ostrzyżonymi
włosami. Ubrany po sportowemu. Padliśmy sobie w objęcia i zaczęliśmy się
sobie spowiadać z tego co się z nami działo w ciągu ostatnich lat. Ale
zaczęliśmy opowieści od ówczesnego ranka. Od tego spotkania zaczęła się
nasza przyjaźń i współpraca literacka.
– Więc właściwie dziwnym zbiegiem okoliczności dowiedzieliście się
jednocześnie o tym, że znaleźliście się na emigracji, na tym samym
kontynencie i w tym samym mieście?
– Wedle Marka, obudził go tubalny glos Leonidasa Ossetyńskiego, który stał
pod oknem jego mieszkania na Pointsettia i wykrzykiwał na całe Los Angeles,
że Szymański przyjechał do tego słynnego miasta Aniołów. Marek wsiadł w swój
samochód i wkrótce już całował klamkę drzwi mego apartamentu. Postanowił
poczekać, no i doczekał się.
Marek był bez pracy i pieniędzy. Zaprosił go do Los Angeles Roman Polański.
Chciał od Marka scenariusz. Chyba zapłacił za przyjazd i pokrył koszta
utrzymania przez pierwsze dni. Ale rychło się poróżnili i ze współpracy nic
nie wyszło. Odniosłem wrażenie, że Marek jest poróżniony z wieloma osobami.
Miał też jakieś zatargi z Sakowskim z Londynu. Wyglądało na to, że miał
rozmaite pretensje do Romana, ale nie wypytywałem go o szczegóły. W
konkluzji Marek stwierdził, że gdyby nie te ich nieporozumienia, to pewnie
zostałby zamordowany wraz z żoną Polańskiego i Wojtkiem Frykowskim.
Pamiętam, że określił Sharon Tate jako wysoką „gidiję”.
– Czy Marek Hłasko znał w Los Angeles kogoś poza tobą i Romanem Polańskim?
– W owym okresie od „oficjalnej” Polonii trzymał się raczej na uboczu.
Zasadniczo „opiekował” się nim Leonidas Dudincew Ossetyński, aktor i poeta.
Dyrektor szkoły aktorskiej, gdzie uczył pupilków metodą Stanisławskiego i
Grotowskiego. Miewał jakieś podrzędne role w rozmaitych filmach. Finansowo
dawał sobie radę jako tako. To Leonidas wystarał się Markowi o to mieszkanie
na Pointsettia. Bardzo obszerne, staromodne i na spokojnej ulicy w pobliżu
Hollywood. Fizyczne zdrowie Marka było pod dozorem doktora Otto Lauterbacha,
przyjaciela pisarzy, człowieka typu Mieczysława Grydzewskiego. Przez pewien
okres Marek kolegował się z Henrykiem Grynbergiem.
Mój przyjazd trochę pomógł Markowi bo ja dzięki doktorowi Michałowi
Zawadzkiemu i jego żonie Danusi, miałem poprawne stosunki z „oficjalną”
Polonią, zasadniczo tą wojenną. Leonidas, ekscentryk i aktor to była
„bohema’! Ja – ni pies ni wydra, podobnie jak w Polsce, nigdzie nie
pasowałem. Dla „bohemy” byłem zbyt burżujski, dla burżujów zbyt cygański! W
Polsce dla partyjniaków zbyt buntowniczy i niezależny, dla innych zbyt
oportunistyczny i ugodowy.
Ale wracając do rzeczy. Markowi zaczął pomagać Szczepan Zimmer, autor
książki „Z chałupy na Parnas” o Kasprowiczu. Zimmer był dyrektorem
biblioteki szpitalnej, gdzie też wystarał się o pracę dla mnie. Pamiętam jak
kiedyś u mnie siedzieli, na parapecie okna z Markiem, oświetleni promieniami
zachodzącego słońca, tak jak by pozowali dla potomności.
Samopomoc oferowała Markowi pożyczkę. Danusia Zawadzka wystarała się mu o
pracę u Wnurowskiego, nie pomnę imienia, weterana i właściciela fabryczki w
sienkiewiczowskim Anaheim.
Marek zaczął się interesować Różą Piłsudską.
– Jakie zajęcie znalazł sobie Marek Hłasko w Los Angeles?
– Dziwiłem się, że Marek nie próbuje jakiejś pracy biurowej i ubiega się o
pracę „helpera”, tj. niewykwalifikowanego robotnika. Na co on odpowiadał, że
do pracy biurowej się nie nadaje.
W końcu Wnurowski dał mu pracę w swej fabryce w Anaheim. Pamiętam, |
|
że chciał wziąć Marka do „offisu”, ale Marek odmówił. Więc
przenosił blachy z jednego miejsca w drugie. Ciął sobie dłonie i
dezynfekował czerwonym środkiem odkażającym, Te prawie ukrzyżowane ręce
pisarza robiły straszliwe wrażenie. Symbol pisarstwa emigracyjnego. Na
proste pytanie, dlaczego nie używa rękawic odpowiedział, że blacha się
wyślizguje.
– Czy spędzaliście razem dużo czasu?
– Często wtedy jeździliśmy na plażę (Marek jak się wyrażał był „wodniakiem”)
wraz z moją pierwszą małżonką Jadwigą (Marek twierdził, że jest to jedna z
nielicznych osób, które nic złego o innych nie mówią. Uczył ją też jazdy
samochodem) i Leonidasem, wtedy jeszcze nieżonatym. W związku z tym
pamiętam, że któregoś upalnego dnia wyraziłem zdziwienie, że tylu
mieszkańców naszej ulicy spędza czas piekąc się na chodnikach, zamiast
pojechać nad ocean. Na co Marek odpowiedział, że większość z nich nie ma
samochodów. Dojazd autobusem ze śródmieścia jest kosztowny i długi. Prócz
tego może się lepiej czują w mieście, niż na łonie natury.
Prawdy oczywiste, ale jakoś nie przyszły mi do głowy.
– Czy znasz powody przebywania Hłaski w latach 1963-65 łącznie przez 242 dni
w niemieckich klinikach psychiatrycznych?
– Nic na ten temat nie wiem.
– Czy znałeś żonę Hłaski sławną niemiecką aktorkę Sonię Ziemann?
– Soni nie znalem. Po tylu latach trudno mi przypomnieć sobie luźną rozmowę,
ale Marek chyba winił ją za rozrzutny styl życia. Mówił, że doszło do
rozłamu między nimi, gdy on przestał zarabiać dobre pieniądze, a ona stała
się sławną i dobrze zarabiającą aktorką. Mówił, że miał porządnego
niemieckiego wydawcę, który mu wszystko ułatwiał. Ale po śmierci tego
czlowieka, dobra pasa Marka sie skończyła. No i zaczynał wychodzić na
Zachodzie z „mody”. Dla tych ludzi trzeba bylo siedzieć w Polsce i tam się
buntować. Tak jakby to było możliwe na większą skalę! Ciągle muszę
przypominać, że to były inne czasy.
Tak jak gdzieś pisałem, fantazjując, dziś takie pismo jak „współczesność”
nie byłoby żadnym przełomem. Prawdopodobnie było by wydawana w Internecie i
nie czytane przez nikogo.
– Czy kłopoty psychiczne Hłaski wynikały m.in. z nie do końca sprecyzowanej
orientacji seksualnej?
– Gdy znałem Marka był zdecydowanie heteroseksualny. Przy mnie zalecał się
do Róży Piłsudskiej. Dochodziły mnie słuchy, że jego kochanką była niejaka
Chylińska, czy tez Chilecka. Wiem od Leonidasa Ossetyńskiego, że ta osoba,
po śmierci Marka załadowała wszystkie jego rzeczy do starego samochodu
Hłaski i trzymała w garażu.
Czy tam była ta olbrzymia powieść o markowym alter ego? Powieść, którą
bardzo pobieżnie przejrzałem. Nie wiem. Nie pamiętam nic z tej powieści,
poza tym, że pisana była na papierze europejskiego formatu i wyglądała na
stary utwór z pożółkłymi stronami. A może tylko papier był stary?
– Czy wiesz coś więcej na temat jego próby osiedlenia się w Izraelu?
– Wiem, że Marek miał sentyment do Izraela. Kiedyś się nam zgadało o moim
sentymencie do Australii i Marek wyraził się coś w tym rodzaju, że to był
okres jego młodości (obaj byliśmy bardo młodzi podczas tej rozmowy), że mu
tam pomagano i odnoszono się do niego z sympatią. Ogólnie biorąc w USA mu
się podobało, choć nie brał tego kraju bezkrytycznie. Z Los Angeles nie miał
zamiaru się ruszać. Głównie trzymał go tu Pacyfik. Podobnie jak mnie. Dziwił
się mym planom powrotu do New Yorku.
– Marek Hłasko zmarł w Wiesbaden w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach.
Jedna z hipotez mówi, że przyczyną śmierci mogło być zmieszanie alkoholu i
środków nasennych. Czy Twoim zdaniem jest to możliwe, a jeśli tak to czy
miała tu znaczenie wcześniejsza tragiczna śmierć Krzysztofa Komedy?
– Wiem, że Marek cierpiał na bezsenność i brał środki nasenne. Wiem też, że
ciężko odczuł śmierć Krzysztofa Komedy i to wkrótce po sukcesie filmowym,
który przyszedł po ciężkich czasach. Nie pamiętam, kto mi to mówił, czy
Marek Niziński, czy ktoś inny; że podobno Marek i Krzysztof podpici spadli z
jakichś stromych schodów. Krzysio już się nie podniósł i Marek miał się
winić za jego śmierć.
– Podobno znasz tajemnice jego zaginionej powieści?
– O tej powieści już wspomniałem. Podobno matka Hłaski usiłowała odzyskać ją
oraz inne rzeczy Marka. Przed przyjazdem do L.A. pisała do mnie parę razy.
Pamiętam, że Marek wyrażał się o swej rodzicelce ambiwalentnie, ale
troszczył się o jej los. Powieść próbował odzyskać także Leonidas Ossetyński.
Ja nie, bo nie znałem tej Chileckiej. Nawet nie jestem pewien nazwiska.
Pracę nad naszą powieścią przerwał nagły wyjazd Marka do Izraela. Napisał mi
krótki list – „Stary, wyjeżdżam do Izraela. Płacą!”
Skąd się wziął w Niemczech – nie wiem. Śmierć jego mną wstrząsnęła!
Zadzwonił do mnie w nocy jeden z jego przyjaciół z innego stanu. Nawet nie
pamiętam kto!
– Podobno pracowaliście dużo razem?
– Naszym wspólnym planem było napisać po angielsku powieści „Diabły w
deszczu”. Dostać honorarium i wyjechać do Meksyku, by napisać coś
„porządnego”. Bardzo nieokreślone „coś”. Pisaliśmy wspólnie tę powieść, po
angielsku „Devils in the Rain”. Razem ustaliliśmy plan i podzieliliśmy się
pracą. Ja pisałem od razu po angielsku i tłumaczyłem część pisaną przez
Marka. Przypomina mi to, że Marek określił swą powieść „Brudne Czyny” jako
wyrobnictwo. A mnie to się bardzo podobało. Kiedyś z żalem Marek powiedział
do mnie, że miał tylko jedną książkę wydaną w Polsce. O jedną więcej niż ja,
po kilkudziesięciu latach!
W naszej powiesci Marek opierał się na swym opowiadaniu „Małpy”. Opowiadanie
to przyniósł w dużej kopercie odesłanej mu przez „Sokołów Polskich” bodaj z
Pittsburga. Pamiętam jak kiedyś przyniósł też kilka funtów mielonego mięsa
na kotlety i wielką flachę czerwonego wina.
Miał zadziwiającą łatwość pisania, kiedyś przy mnie napisał na kolanach
kilka kartek. Dobrnęliśmy chyba do sześćdziesięciu stron. Co nie pocięły
myszy wysłałem do Biblioteki Narodowej. Jest to też w „Księdze
współczesności”. Zaznaczam, że celowo piszę „współczesność” z malej litery i
jest to uparcie poprawiane przez redaktorow!
Jak wspomniałem, Marek się żalił, że póki żył w Niemczech jego wydawca, to
finansowo mu się dobrze powodziło. Po śmierci tego wydawcy przestano go
drukować! Pasją Marka było latanie. Właściwie pracował na to, by trochę
polatać. To znaczy płacić za naukę pilotażu. Zamierzał Marek pisać powieść o
pilotach rozpraszających środki owadobójcze nad polami. Praca szalenie
niebezpieczna. Marek umiał opowiadać prawie po aktorsku!
– Na internetowej stronie „Wikipedii” poświęconej Markowi Hłasko jest
zacytowana następująca jego wypowiedź – „ja po prostu nie potrafię wymyślić
opowiadania, które nie kończyłoby się śmiercią, katastrofą, samobójstwem czy
też więzieniem.” Czy możesz to skomentować?
– Pierwszy raz słyszę o takiej wypowiedzi. Wydaje mi się, że jest to próbą
jakiegoś zaszokowania albo nabierania. Coś, á la ten gwizd w wytwornym
towarzystwie. A może to miało odcień polityczny? Może jest to wyjęte z
kontekstu? Takie zakończenie utworu jest łatwizną.
– Czy twoim zdaniem hipoteza o samobójstwie ma realne podstawy?
– Przy tych naszych planach pisarskich, przy nauce pilotażu, wypadach nad
Pacyfik, przy ogólnie dobrym nastroju, Marek nie sprawiał na mnie wrażenia
kandydata na samobójcę. Na odwrót, dbał o swe zdrowie i wedle doktora Otto
Lauterbacha, który nas wszystkich leczył prawie za darmo, Marek był
hipochondrykiem.
Ale, jak wspomniałem, brał środki nasenne. Jeśli się zalał i wziął zbyt dużą
dozę, skutek wiadomy. Oczywiście, nie znam jego ostatnich dni i mogło coś
zajść, co skłoniło go do samobójstwa.
Z mojego punktu widzenia, jest to jednak mało prawdopodobne. „Mój” Marek
jakoś się bardzo różni od jego legendy.
Dodajmy też, że i ja nie przypuszczałem, ze stanę się „legendarnym
założycielem „współczesności” i dość się różnię od własnej „legendy”!.
Dziękuję bardzo za rozmowę. |