– Ratownicy zawsze idą do akcji szukać żywych ludzi – mówi
Jacek Wicher, ratownik, a teraz doradca prezesa Zarządu Centralnej Stacji
Ratownictwa Górniczego w Bytomiu. – Akcja w górnictwie polskim trwa do
momentu, aż nie zostaną wszystkie osoby wyprowadzone ze strefy zagrożenia.
Jeżeli nie żyją, to też szukamy ciał i wywozimy je na powierzchnię. Wówczas
dopiero jest koniec akcji.
To może jest tylko przypadek, mówią czasami górnicy, ale pod koniec roku,
szczególnie w okolicach Barbórki, wypadków i katastrof w górnictwie jest
szczególnie dużo. I są to wypadki, które pochłaniają wiele istnień ludzkich.
Tak było rok temu, kiedy cała Polska zamarła słysząc o tragedii, która
wydarzyła się w kopalni „Halemba” w Rudzie Śląskiej. Doszło tam do wybuchu
metanu, który następnie zainicjował eksplozję pyłu węglowego. W wyniku tej
katastrofy zginęło 23 górników. Była to jedna z najtragiczniejszych
katastrof górniczych w Polsce w ostatnich latach. Podobna, również w
„Halembie”, miała miejsce przeszło 30 lat temu. Wówczas śmierć poniosło 19
górników.
W chwili tragedii nie pytaliśmy – kto zawinił? Człowiek, czy znowu dała o
sobie znać natura, która broni swych skarbów. Ogłoszono żałobę narodową,
flagi zostały spuszczone do połowy masztów, a przed kopalnią gromadziły się
zapłakane rodziny i przyjaciele. Zapłonęły setki zniczy i lampek. W jesienne
dni 2006 roku wszyscy łączyliśmy się w bólu z tymi, którzy stracili swych
bliskich. Dopiero po jakimś czasie przyszło pytanie – kto jest
odpowiedzialny za ich śmierć? I dziś już wiemy. Człowiek, a właściwie
ludzie, którzy dla zysku, dla wzbogacenia się, a może z czystej głupoty,
posyłali w tereny zagrożone swoich pracowników. I przyroda srogo ukarała
śmiałków, którzy lekceważyli jej ostrzeżenia.
Ci, którzy są winni śmierci tych 23 górników będą oskarżeni i dostaną
sprawiedliwą karę.
Ale czy te wyroki wrócą mężów i ojców? Czy pozwolą zapomnieć i wybaczyć?
... nie mieli szans
Górnictwo to bardzo niebezpieczny zawód. Od zawsze, od kiedy powstał, ludzie
wdzierali się do wnętrza ziemi i umierali przysypani węglem, rudą, uduszeni,
spaleni. Czasami jednak udawało się przeżyć ludziom, którzy poważyli się na
wejście w głąb ziemi, bo chcieli po prostu zapracować na chleb.
– W ciągu tych kilkudziesięciu lat – mówi Jacek Wicher – miałem do czynienia
z takimi przypadkami, kiedy wydawało się, oceniając warunki górnicze, że nie
ma szans, aby ktoś przeżył, a jednak...
Pamiętam zdarzenie w kopalni „Bobrek”. Tam był zawał ponad 110 metrów
wyrobiska i wszyscy myśleli, że te 2 osoby, które tam właśnie były, nie
miały szans na przeżycie. A tu po kilku godzinach słyszymy sygnały
dźwiękowe. Myśleliśmy, że to druga grupa ratowników, z drugiej strony, daje
te sygnały. Ale to byli ci zasypani. Półtorej doby trwała walka o uratowanie
tych ludzi. I udało się. Oni zostali podmuchem wrzuceni pod obudowę
przenośnika i w zasadzie bez żadnych obrażeń dotrwali tam aż do chwili,
kiedy ich wyciągnęliśmy. A na początku wydawało się, że nikt nie ma prawa
przeżyć.
Drugie zdarzenie miało miejsce w kopalni „Kazimierz Juliusz” gdzie w
drążonym chodniku nastąpił zawał. Też wszystkim wydawało się, że pracujący
tam górnicy nie mają żadnych szans. Po wykonaniu pomiarów, po kilku
godzinach, dotarł do nas sygnał dźwiękowy od żyjących. Z jeszcze większym
zaangażowaniem ruszyliśmy do nich i wyprowadziliśmy ich na powierzchnię. A
wydawało się, że przeżyć nikt nie ma prawa.
Ofiary „Złotego Osła”
Dziś oczy wszystkich zwrócone są na górnictwo węglowe.. Ale przecież od
wydobywania rudy, i to rudy złotonośnej rozpoczęła się historia kopalnictwa
na ziemiach polskich. W Złotym Stoku, małym miasteczku przy granicy z
Czechami, zaczęto kopać rudę, z której później uzyskiwano złoto. Pierwsze
ślady eksploatacji wskazują, iż było to już w X wieku. Ale głośno o Złotym
Stoku zrobiło się dopiero w XVI wieku, gdy wokół miasta czynnych było 145
kopalń i kilkanaście małych hut. Dwadzieścia lat później liczba kopalń
wzrosła do 190, a ilość wydobywanej rudy przekraczała 30 tysięcy ton.
Wówczas roczna produkcja złota w Polsce osiągnęła 60 kg, co dawało ok. 8%
produkcji złota w Europie. Było to jednak wszystko okupione śmiercią i
cierpieniem ludzi. Ginęli w szybach niezbyt dobrze zabezpieczonych.
Największą, udokumentowaną katastrofą z tego czasu jest śmierć 59 górników w
polu górniczym „Złoty Osioł”.
Wiek XIX przyniósł ze sobą dwie ogromne katastrofy. W kopalni „Renard”
(później zmieniono jej nazwę na „Sosnowiec”) śmierć poniosło około 200 osób,
a w kilkanaście lat później w kopalni „Kleofas” w Katowicach gazami zatruło
się 104 górników.
Wiek XX to ciągłe wypadki w kopalniach. Bo zawód górnika – mówił mi będący
już na emeryturze Jan Mokry z Dąbrowy Górniczej – to ciągłe igranie z losem.
Kiedy wychodziłem z domu, to zawsze żegnałem się z rodziną tak jakbym
widział ich po raz ostatni. Kto wie, jaki mi był los pisany. Czy wrócę
jeszcze do domu, czy zobaczę żonę i moich trzech synów? Dlatego patrzyłem na
nich długo i z takim smutkiem. I zadawałem sobie zawsze pytanie, kiedy już
winda wiozła mnie na dół – Czy wywiezie mnie z powrotem na powierzchnię. To
piękny, męski zawód, ale tam mogą się sprawdzić tylko ludzie z charakterem.
Nie ma miejsca dla mięczaków. Nawet jak się coś stanie, to trzeba zacisnąć
zęby i walczyć. I wierzyć, że przyjadą i uratują. Nie zostawią samego na
pastwę losu, jak to się mówi. Brać górnicza jest silna i mądra. Wierząca.
Nie opuści górnika Bóg, który z nim jest od początku. Czasami jest do końca.
Ale On jest. Zawsze.
– Każdy ratownik – uzupełnia Jacek Wicher – ma aparat regeneracyjny, który
go chroni przed szkodliwą atmosferą. To jeśli chodzi o pożar na dole.
Ratownicy mają też sprzęt kontrolno pomiarowy do pomiaru gazów Jeden
przyrząd pozwala mierzyć 4-5 gazów naraz, aby też wiadomo było w jakiej
atmosferze pracujemy. Mamy sprzęt łącznościowy, który umożliwia
porozumiewanie się zastępów |
|

Zdjęcia: Agnieszka Łuczakowska
Zawsze
idziemy
po żywych
ratowniczych,
kiedy wchodzą do akcji. Mamy sprzęt do rozkruszania bezdetonacyjnego skał.
Mamy przenośny sprzęt do szybkiego usuwania metanu, jak również do szybkiego
poszukiwania zasypanych górników. Każdy ma w lampie nadajnik, który nadaje
sygnał radiowy, a my mamy odbiorniki. Szybko możemy zlokalizować zasypanych.
Mamy wreszcie podnośniki pneumatyczne i hydrauliczne, które podnoszą
elementy o wadze nawet do 100 ton. Są różnego rodzaju piły oraz kamery
termowizyjne. Mamy kamery wziernikowe, które pozwalają przez zaciśnięte
przestrzenie przełożyć przewód i widzieć z odległości paru metrów, co się
dzieje z zasypanymi ludźmi. Mamy też przyrządy stacjonarne, które przez
kilka dni mierzą atmosferę w polu pożarowym i pozwalają nam ocenić czy pożar
zanika, czy opanowaliśmy go. Pozwala nam to ocenić, czy atmosfera jest
wybuchowa, czy już możemy bezpiecznie pracować.
„Ale od władz nic”
Tuż przed stanem wojennym, wspólnie z Krystyną Bochenek napisaliśmy reportaż
do „Panoramy” o katastrofach górniczych, które socjalistyczna, mieniąca się
robotniczą, władza przemilczała. Tygodnik ukazał się z datą 13 grudnia, ale
ile osób go wówczas przeczytało? Pisaliśmy o tragediach, które wydarzyły się
w październiku 1979 roku.
W wyniku wybuchu pyłu w bytomskiej kopalni „Dymitrow” (dziś ta kopalnia nosi
nazwę „Centrum”) zginęły 34 osoby . Kiedy przyjechał ówczesny I sekretarz KW
PZPR w Katowicach, towarzysz Zdzisław Grudzień, to dla dyrekcji kopalni
ważny był on, a nie akcja ratownicza. „Szedł taki pewny – wspominała jedna z
wdów – z podniesionym kołnierzem przez plac, a za nim kupa goryli. Kłaniał
się i pozdrawiał, a nam nie powiedziano, ile osób zginęło, kto zginał, nic.
Stałyśmy stłoczone jak kury pod bramą kopalni, aby wieczorem usłyszeć w
telewizji, że „rodziny ofiar zostały otoczone troskliwą opieką”. Ani nie
było tej opieki, ani tym bardziej troskliwej. Przywieziono mi furę pniaków
na opał i to wszystko. Górnicy składali się sami i czasami dostawałam jakieś
pieniądze w kopercie. Ale od władz nic.”
20 dni później następna tragedia. Pożar, który wybuchł w kopalni „Silesia” w
Czechowicach-Dziedzicach pochłonął 22 ofiary. Wielu zostało dotkliwie
poparzonych.
A Barbórka była tuż, tuż. Starano się zatem wyciszyć informacje na ten
temat. Skupiano się na tym, aby jak najmniej prawdy powiedzieć o tych
wypadkach, zlekceważyć je i zagrożenie, na które narażeni są cięgle górnicy,
ponieważ liczyło się wówczas tylko wydobycie. Wszak byliśmy 10 potęgą
gospodarczą świata – jak usiłowano nam to wmówić.
Do poparzonych górników nie wpuszczono biskupa Herberta Bednorza. Stał on,
ze swoim kapelanem, przed szpitalem i pocieszał strapione kobiety, polecając
je Bogu i modląc się za tych, którzy odeszli.
„Troskliwa opieka” tak zatytułowaliśmy ten tekst. Wiele razy miałem przed
oczyma zapłakane wdowy, które opowiadały nam o tym, że górnik jest dobry
tylko do czasu, gdy zdrowy, gdy fedruje. Kiedy ma wypadek, kiedy zginie,
traktuje się go jak powietrze.
Był człowiek, nie ma człowieka. No i co wielkiego stało się? Wszak liczy się
Polska i jej dobrobyt! – powtarzano to jak wyświechtany frazes.
Przypomniałem sobie słowa tych wdów, kiedy słyszałem tłumaczenia ludzi
odpowiedzialnych za życie innych w kopalni „Halemba”. Też nie poczuwali się
do winy. Byli ludzie i już ich nie ma. Czy coś wielkiego się stało?
Tak! Zdecydowanie tak! Umarli na stanowiskach pracy, czasami przez ludzką
głupotę. Przez cwaniactwo i pazerność. I żadne kary nie zwrócą im życia.
Musimy pracować
bezpiecznie
Czasami też ginęli ci, którzy nieśli pomoc w potrzebie. Ratownicy górniczy.
W roku 1982 w wyniku wybuchu pyłu węglowego w kopalni „Dymitrow” zginęło 18
osób – sami ratownicy górniczy i lekarz Okręgowej Stacji Ratownictwa
Górniczego z Sosnowca.
– Nigdy nie zastanawiamy się – kiwa głową w zadumie Jacek Wicher – czy
wrócimy z akcji. Trzeba jechać, aby pomóc. Każdy z nas jakąś bojaźń odczuwa,
bo gdybyśmy się nie bali to może byłoby więcej ofiar śmiertelnych wśród
ratowników My wchodząc w strefę zagrożenia oceniamy je przy pomocy
specjalistycznego sprzętu. Wiemy w co wchodzimy. Ryzyko oczywiście jest,
tylko na tyle jesteśmy przygotowani, na tyle potrafimy ocenić to ryzyko, by
pomóc innym, a sobie nie zrobić krzywdy. Ale jedno jest pewne – kiedy
idziemy do akcji, bardziej myślimy o tych, którym mamy pomóc niż o swoim
bezpieczeństwie. Wpaja nam się jedną rzecz – musimy pracować w bezpiecznych
warunkach. Bo jeżeli my nie będziemy bezpiecznie pracowali, to innym tej
pomocy nie udzielimy. Czujemy się ze sobą pewnie. Znamy po kilkanaście lat,
wiemy, że na siebie możemy liczyć. Często rozumiemy się bez słow. Czasami
przekazując polecenia pojedynczymi słowami. Bo każdy wie, co ma robić. To
jest najbardziej istotne. Nasz profesjonalizm, to zawodowe przygotowanie.
Pozwala nam pracować w tych najtrudniejszych miejscach, w największym
zagrożeniu. Pamiętamy zawsze, że to zagrożenie występuje i z |
|
pokorą do tego podchodzimy. Niedocenianie niebezpieczeństwa
zawsze przynosiło skutki tragiczne i niejednokrotnie kończyło się śmiercią
ratowników.
Pożar na „Sośnicy”
Wypadki wpisane są w życiorysy górników. Ale też nikt się na co dzień nie
zastanawia, czy aby dziś wróci z pracy do domu. Może gdzieś w podświadomości
drzemie to jak zadra, ale przecież nie można ciągle o tym myśleć. Idą do
pracy i wierzą, że wrócą. Do domów, do rodziny. A nawet jeżeli by się coś,
nie daj Boże, stało, to ufają, że im się uda, że wyjdą obronną ręką i
koledzy przyjadą z pomocną. Tak myśleli zapewne i górnicy kopalni „Sośnica”,
którzy zostali na dole, bo pożar odciął im drogę ucieczki. Zostało ich tam
42.
Marian Klyszcz był w drużynie ratowników, która jako pierwsza zjechała z
pomocą uwięzionym górnikom. Po latach tak wspomina tamten czas:
– Ponaglano nas, aby szybko ubrać aparaty ratownicze i wejść do akcji.
Trzymaliśmy się jeden za drugim dotykając ręką aparatu kolegi. W pewnej
chwili poczułem gryzący dym, zaszczypało w oczy. Szliśmy po omacku. We znaki
dawała się wysoka temperatura, której wówczas nie mieliśmy czym pomierzyć.
Po kilkunastu minutach byliśmy wszyscy słabi i zlani potem. Było słychać,
jak ci, którzy zostali uwięzieni, co chwila dawali znać o sobie uderzeniami
po rurach. Odgłos było słychać daleko. Dym był coraz bardziej gęsty. Nie
mogliśmy iść już dalej. Usiedliśmy na taśmie, a ja rozpłakałem się jak
dziecko. Było nas kilku i każdy z nas miał nietęgą minę. Osłabieni,
czekaliśmy właściwie na śmierć. Ale następny zastęp dotarł do nas szybko.
Starczyło mi jeszcze tlenu i nie straciłem świadomości. O własnych siłach,
powiązany linką z kolegami, dotarłem do bazy ratowniczej. Zdjąłem maskę i
wówczas dopiero uwierzyłem, że żyję. Lekarz dał mi zastrzyk wzmacniający, a
wszyscy pytali się, jak żeśmy się zgubili w tym dymie. Zabrali nas do izby
chorych, ale nie mieliśmy tam należytej opieki. Chciało nam się pić i jeść,
ale nikt już się o nas nie troszczył.
Tak było w roku 1955. Wówczas ratownicy przegrali walkę o życie swoich
kolegów. Częściej jednak wygrywają, mimo że wydawać by się mogło, iż szans
wielkich nie mają. A jednak zjeżdżają na dół, tam gdzie dosłownie przed
chwilą miał miejsce zawał, wybuch, trwa pożar.
W wigilię 1971 roku w kopalni „Jankowice” Ignacy Brych spieszył się z
robotą. Wszak za chwilę usiądzie do wigilijnego stołu ze swoją pięcioosobową
rodziną, a tu jeszcze tyle miał do zrobienia. Pośpiech jest jednak złym
doradcą kilkaset metrów pod powierzchnią. Chwila nieuwagi i nieszczęście
gotowe.
Zatrzęsło chodnikiem. Oberwały się skały stropowe, przewróciły obudowę i
powstał zawał. Przysypało dwóch górników. Jednego koledzy odkopali, wobec
drugiego byli bezradni. O 12.30 rozpoczęła się akcja ratownicza. Dokonano
pomiarów: stężenie metanu 1%, upał 40 stopni, spągiem płynie woda. Nie ma
światła, ani sprężonego powietrza. Ratownicy odrzucali kamień po kamieniu,
aby dotrzeć do poszkodowanego.
– Żył – wspomina Gerard Mały, który wówczas brał udział w tej akcji – nad
nim wisiała pokrzywiona obudowa i lutnie wentylacyjne. Miał przywalone nogi
lutnią, stojakiem i gruzem. Leżał w wodzie, której ciągle przybywało.
Próbowaliśmy podnieść lutnie lewarkiem. Nic z tego. Wyginała się, a gruz
osypywał. Górnik przekazywał nam polecenia dla rodziny. Powoli żegnał się z
życiem. Pocieszaliśmy go, że jeszcze chwilka i będzie wolny. I ktoś nagle
krzyknął: utnijmy nogę! To proste, tylko co potem? Pozostała jeszcze jedna
szansa. Przebrać zawał pod stojakiem, który go przywalił i ciąć ten stojak
piłką. Leżeliśmy w wodzie i cięliśmy to drewno. Podparliśmy lutnie i
wreszcie jedną nogę miał wolną. Jeszcze odwaliliśmy gruz z drugiej i chłop
był wolny. Był nasz. Żył ...
W każdej akcji najważniejszy jest człowiek. Bez jego determinacji, ale
również bez fachowego przygotowania akcje ratowania kolegów niejednokrotnie
nie można by było przeprowadzić.
– Jakie cechy powinien mieć ratownik górniczy? – Jacek Wicher wolno cedzi
słowa. – Przede wszystkim musi umieć pracować w zespole. U nas nie ma
miejsca dla indywidualistów, a tym bardziej takich kozaków, którzy raz, dwa,
niby potrafią zrobić wszystko. To praca szalenie odpowiedzialna, więc
ratownicy powinni być zdyscyplinowani i przestrzegać wszystkie procedury,
które są po to, aby ratować ludzi i samemu nie zginąć. To ludzie odważni i
mężni, nie bojący się byle czego. Ale to też ludzie, pracujący latami na
szacunek, który ich otacza. Oni zdają sobie sprawę, że czasami oczy całej
Polski zwrócone są na nich. Wszyscy z niecierpliwością i strachem śledzą ich
akcje i życzą im, aby się udało. Aby wyprowadzili z zagrożonej strefy
górników, aby dotarli do uwiezionych, aby oni zwyciężyli w walce z tą
czasami okrutną przyrodą.
I w tym roku zastępy górnicze wyruszały kilkakrotnie do akcji. Nie zawsze
wyprowadzali z zagrożonych terenów wszystkich. Ginęli górnicy w Radlinie,
Rydułtowach, Jastrzębiu, Katowicach. Zawsze kiedy rozpoczyna się akcja, mówi
się tylko o tym, że trzeba wyprowadzić żywych. I z takim nastawieniem
ratownicy zjeżdżają na dół. Ci, którzy zostali przysypani, odcięci przez
pożar lub zawał wierzą, że ratownicy do nich dotrą. Tak jak wierzył w roku
1971 Alojzy Piontek. Siedem dni czekał na pomoc żując drewno ze styliska
łopaty i pijąc swój mocz. Wierzył jednak, że przyjdą. I nie przeliczył się.
Przyszli. Po 7 długich dniach w ciemnościach wywieziono go na powierzchnię.
Żywego.
W górnictwie polskim był jeden przypadek, kiedy zakończono akcję przed
znalezieniem górnika, który już nie żył. To było w kopalni „Brzeszcze”. Nie
pozwalał na to pożar i bardzo wysoka temperatura. Dopiero po kilku
miesiącach ratownicy wyciągnęli ciało. Ale ciągle powtarzają: „Akcja jest
prowadzona bez względu na koszty do końca. Wszyscy, którzy zostali pod
ziemią, muszą znaleźć się na powierzchni. I my zawsze idziemy po żywych”.
„My żywi składamy hołd tragicznie zmarłym górnikom kopalni...”
Ten napis na wielu pomnikach stojących w śląskich miastach świadczy o naszej
pamięci. O tym, że ci, którzy zginęli, zostaną zawsze wśród nas, a ci,
którzy im pomagają przeżyć, zasługują na nasz szacunek po wsze czasy. |