– Minęło już kilka miesięcy od momentu, gdy objął Pan
kierownictwo artystyczne Teatru Śląskiego. Czy zdążył się Pan już przyjrzeć
zespołowi i strukturze organizacyjnej katowickiej sceny?
– Większość aktorów poznałem wcześniej, bo robiłem tu przed laty dwa
przedstawienia. Z ciekawością przyglądam się młodym, bo w ostatnim czasie
przyjęto sześciu nowych aktorów. Struktura zaś jest podobna do innych
teatrów, choć są chwile, gdy łapię się na tym, że tu jest czasem „trochę
inaczej”. Ale mój wpływ jest i będzie ograniczony, bo naczelnym dyrektorem
pozostaje Krystyna Szaraniec.
– Czy zatem będą korekty?
– Mogę mówić tylko o tym, co przypisane jest do mojej funkcji. Zmiany już są
widoczne – gramy więcej niż w tym samym okresie ubiegłego roku i z lepszą
frekwencją. W sposób ewolucyjny, nie – rewolucyjny, będę dążył do tego, co
ogłosiłem, gdy zjawiłem się w Katowicach: za trzy lata, na koniec mojego
kontraktu, Teatr Śląski ma grać codziennie, i to wieczorem, na trzech
scenach. Przy pełnej widowni.
– Zamierzenie ambitne, ale – chciałoby sie powiedzieć – naturalne. Niewiele
jest w Polsce teatrów tak znakomicie położonych – w samym centrum miasta i
regionu. Nikomu nie trzeba wyjaśniać, jak do niego trafić.
– Tego nie jestem pewien. Wie Pan, jak nazywa się ten plac z krzyżującymi
się torowiskami tramwajowymi?
– Kiedyś był to Rynek.
– To nadal jest Rynek. W godzinach wieczornych ten plac jest pusty. Tego nie
da się porównać z innymi podobnymi miastami w naszym kraju. To szokuje. Może
to jest ta „śląska specyfika”, przed którą wielu mnie przestrzegało?... W
każdym razie nie mam poczucia, że jest to środek miasta...
– Słyszałem, że to się ma zmienić. Ale Pan zmiany musi wprowadzić zanim
przebudowane zostanie śródmieście... Spotykamy się w godzinach
popołudniowych, bo dzisiaj od rana bynajmniej nie dyrektorskie funkcje Pan
pełnił. Przygotowuje Pan spektakl ryzykowny, skoro ma być grany w śląskim
dialekcie.
– Na czym miałoby polegać ryzyko grania po śląsku na Śląsku?
– Bo to się rzadko udaje. Nawet gdybym umiał wskazać spektakle, które
przyniosły sukces, to i tak uznałbym, że były to wyjątki potwierdzające
regułę. W dalekiej przeszłości takich pozycji było więcej, ale to są
teatralne ramotki. Pan sięgnął po tekst nieznany...
– Tak, debiutanta dobiegającego czterdziestki. Rdzennego Ślązaka, poety,
człowieka nieśmiałego i wrażliwego. Ten tekst powstał wcześniej. To nie była
moja inicjatywa. Ale konkretnych planów nie było. Dotarłem do niego i niemal
od razu podjąłem decyzję. Tak, nie ma na co czekać – pomyślałem. Dlaczego
ja? Bo były takie oczekiwania. Jest pewne ryzyko, bo tekst jest liryczny,
nawet tragiczny. Opowiada dzieje ostatnich stu lat Śląska. A te losy wcale
śmieszne nie były. To ma charakter ni to lamentu, ni to elegii. To pisał,
powtarzam, poeta, który ukrył się pod pseudonimem Jorg Mutz. Sztuka nosi
tytuł Polterabend (Wieczór kawalerski bądź panieński). To zwyczaj germański,
obecny także na Śląsku. Tego dnia pod domem panny młodej tłucze się talerze.
– Czy aktorzy nie będą mieli problemów z gwarą? Tylko niektórzy z nich są
rodowitymi Ślązakami.
– Można byłoby się uprzeć i zebrać z zewnątrz obsadę złożoną wyłącznie ze
Ślązaków. Ale ja przyszedłem do teatru zespołowego i muszę sobie radzić.
Tylko jedna osoba jest z zewnątrz. To Ewa Leśniak, która przecież jednak
wiele lat występowała w Katowicach. Mam też urodzonego w Gliwicach Macieja
Wiznera. No i jestem... ja, urodzony w Zabrzu, do matury wychowany na
śląskich podwórkach. Byłem zdumiony, że tak wiele zapamiętałem z gwary,
czytając ten tekst. Pojawił się zatem też motyw sentymentalny. To jasne –
dla innych będzie to trudne, tym bardziej że autor napisał to w gwarze
„mazurzącej”. Zobaczymy, na razie na próbach ten język za bardzo nam się
przechyla w stronę... gwary góralskiej.
– Polterabend będzie zatem szczególnym rodzajem przywitania się ze śląską
publicznością. Można sobie jednak wyobrazić jeszcze inne rozwiązanie. Mógłby
Pan na „dzień dobry” wystawić jakąś swoją rzecz..
– Moje teksty ukazały się wtedy, kiedy się ukazały... Tu i ówdzie były |
|

|
Z
TADEUSZEM BRADECKIM
dyrektorem artystycznym
Teatru Śląskiego
im. St. Wyspiańskiego, rozmawia
KRZYSZTOF KARWAT
|
Trzy
lata
– trzy sceny
wystawiane. I tyle. Powstanie coś nowego, wtedy zobaczymy. Nie ja jestem
tematem numer jeden. Moją ambicją jest dotarcie do publiczności. To mój
główny cel. Od trzydziestu lat robię przedstawienia w wielu polskich
miastach. W każdym dużym ośrodku najistotniejszą i najliczniejszą częścią
publiczności jest młodzież studencka. A w Katowicach tak nie jest, mimo że
studiuje tu 80 tysięcy ludzi. Ja do nich muszę dotrzeć, choć wiem, że to się
nie uda z premiery na premierę, z miesiąca na miesiąc.
– Wiem, że chce Pan także wystawić nieznaną w Polsce sztukę Brytyjczyka
Davida Hare`a.
– To Stuff happens – trudno przetłumaczalne słowa wypowiedziane przez
sekretarza stanu Rumsfelda na konferencji prasowej już po zdobyciu Bagdadu.
Padły one jako odpowiedź na pytanie o gwałty i rabunki, do jakich doszło w
stolicy Iraku („stuff” to złagodzone slangowe „shit”). Hare napisał tę
sztukę cztery lata temu. Grana jest na całym świecie. To rodzaj teatru
paradokumentalnego. Na scenie mamy żyjących polityków: Busha, Blaira,
Chiraca, Powella, Rice`a... 28 postaci. Reżyseruje Amerykanin Andrew Paul,
który wcześniej sztukę tę wystawił w Pittsburgu. Widziałem tę realizację, bo
wystawiałem tam Ibsena. Wzbudziła wielkie zainteresowanie i kontrowersje.
Niektórzy uznali Stuff happens za sztukę antyamerykańską. Stąd okrzyki na
widowni, protesty i niekończące się dyskusje po spektaklach. A przecież Hare
nie dodaje do swojej pointy niczego, czego byśmy już dzisiaj nie wiedzieli:
inwazja miała być reakcją na arsenały broni masowego rażenia i na koneksje z
Alkaidą. Te powody okazały się fikcją. Także w polskim dyskursie publicznym
powraca wojna w Iraku jako ważny temat. Mam nadzieję, że tak też oceni to
nasza publiczność.
– Laco Adamik zdołał się już w ostatnich latach w pełni zaadaptować na
Śląsku, realizując serię widowisk w Teatrze Rozrywki i Operze Śląskiej. Co
zrobi w Katowicach?
– Ubu Króla Alfreda Jarry. Jak wiemy, rzecz, która znowu z polityką (i
Polską) się kojarzy. Z Lacem znam się od lat, występowałem w jego
spektaklach telewizyjnych. Tym łatwiej się nam rozmawia. To będzie Ubu Król
„śpiewany”. Z nową muzyką Stanisława Radwana.
– Katowicki zespół zawsze tęsknił do spektakli muzycznych. Aktorzy
narzekali, że tak rzadko tego typu widowiska się tu przygotowuje.
– To odpowiedź na te potrzeby. Poza tym już we wrześniu zadeklarowałem
publicznie, że będą konstruował repertuar różnorodny.
– Czy nazwisko Stanisława Radwana jest sygnałem, że „posiłków” szukał będzie
Pan głównie w Krakowie? Dzisiaj wydaje się, że ze Śląska do Krakowa jest
bliżej niż kiedyś...
– Tak, to dzięki A 4 niemal jedna aglomeracja. Związki Katowic z Krakowem są
naturalne i trwałe. Ale to nie jest tak, że – na przykład – Radwana trzeba
tylko z Krakowem kojarzyć. Teatr to instytucja wędrowna. Jeździmy z miasta
do |
|
miasta, z kraju do kraju. Tak było i tak będzie.
– Powiada Pan: „z kraju do kraju”... A czy Pan wie, o czym się plotkowało
zanim Pan przyjechał do Katowic?
– ???
– Byli tacy, którzy nie podważając Pańskiej nominacji, mówili, że jako
teatralny globtroter potraktuje Pan Katowice tylko jako przystanek. I będzie
jak na katowickim Rynku. Tu tylko połowa wysiada, reszta się przesiada i
jedzie dalej. A zatem jako tako poukłada Pan robotę i wyjedzie do innych
miast i do innych
krajów...
– Chcę być odpowiedzialny. No i niech Pan pamięta: to był konkurs! Pytanie o
stopień związania się z miejscem, w którym miałem pracować, było jednym z
pierwszych i najważniejszych. Zadeklarowałem, i to podtrzymuję, że
przyjechałem do Katowic po to, by tu być, a nie po to, żeby mnie tu nie
było.
– Pojawił się niepokój, że Pan wypali gdzieś za Ocean...
– Nie sądzę, by na to pozwolił mi Urząd Marszałkowski... A wobec zespołu
byłoby to nieodpowiedzialne i brzydkie. Tak, musiałem swoje projekty
odsunąć, a miałem robić w Kanadzie Cabaret, a w Stanach Zjednoczonych dużego
Szekspira. Ale w życiu zawsze tak jest: coś za coś. Nie znaczy to jednak, że
na zawsze ktoś mi zakazał pracy poza Katowicami.
– Grać codziennie wieczorem na trzech scenach... To wielkie wyzwanie.
– To wiąże się nie tylko z publicznością, ale i z pieniędzmi. Na przykład
potrzebna byłaby dodatkowa ekipa techniczna.
– W przeszłości bywało różnie. Gdy jedna ze scen rwała do przodu, to na
drugiej wiało nudą. I odwrotnie.
– Malarnia na przykład jest sceną bardzo potrzebną. Ale budynek przy
Teatralnej czeka na gruntowny remont. Nadal jednak będzie działała, podobnie
jak Kameralna, na której przygotowujemy tragikomiczną sztukę Petera Nicholsa
Jeden dzień. To też będzie polska prapremiera. Reżyseruje Bogdan
Hussakowski, wieloletni dyrektor teatrów w Opolu, Łodzi i Krakowie. A na
Malarni Katarzyna Deszcz sięgnie po kolejną sztukę irlandzką. Po Martina
McDonagha, po Czaszkę z Connemary. Obie premiery w połowie grudnia. Grzegorz
Kempinsky – także na Kameralnej – wystawi tekst niemiecki. Zdobycie bieguna
południowego Manfreda Karge to historia, która mogłaby się zdarzyć na każdej
polskiej ulicy, w każdym blokowisku. To rzecz o grupce bezrobotnych, którzy
rozpaczliwie szukają jakiegoś pomysłu na życie. Sztuka drapieżna, pełna
humoru, myślę, że silnie korespondująca z rzeczywistością. Nieco później –
kolejna polska prapremiera. Koperta, szparagi i seks Tomasza Mana w
autorskiej reżyserii. Rzecz dzieje się współcześnie w dziesięciu stolicach
europejskich, od Warszawy po Rzym. Będzie jeszcze Panna Julia w reżyserii
Krzysztofa Babickiego. I jakaś sztuka w reżyserii Barbary Wysockiej, prawie
debiutującej, bo ubiegł mnie Mikołaj Grabowski w Starym. U nas pojawi się na
wiosnę.
– Plany ciekawe, ale będzie Pan musiał też odtworzyć zdrową atmosferę w
zespole. Pan wie, że ostatnio różnie bywało... Czy ślady tego kryzysu Pan
wyczuwa?
– Takie aluzje do mnie docierały. Popatrzmy na fakty. Kontrakt mojego
poprzednika, Henryka Baranowskiego, skończył się w grudniu ubiegłego roku.
Wtedy nawet nie przypuszczałem, że stanę do jakiegokolwiek konkursu. To
wszystko jest zatem dawno minioną przeszłością. Tamte napięcia i przesilenia
mnie nie dotyczą. Ktokolwiek widział Wesele w reżyserii Rudolfa Zioły i
jakkolwiek by je nie oceniał, to musi przyznać, że w tym spektaklu pokazał
się solidny zespół, który z podniesionym czołem może podejmować kolejne
wyzwania i bez lęku stawać przed publicznością. Nie widzę w tym zespole
niepotrzebnych i niezdrowych podziałów. Nie słyszę kłótni.
– A czy sam będzie Pan wychodził na scenę jako aktor?
– Nie. Tę decyzję świadomie podjąłem wiele lat temu, kiedy zadebiutowałem
jako reżyser. Musiałem wybrać. Oczywiście, to miłe, gdy ktoś zadzwoni i
zaproponuje mi dwa–trzy dni zdjęciowe w filmie czy telewizji. Ale to jakby
inna sprawa.
– Dziękuję za rozmowę. |