Najpierw tytuł; El custodio – to „ochroniarz”, i jest to
psychologiczne studium człowieka wykonującego ten szczególny zawód. Polski
tytuł: „Cień” – cień jest w tym wypadku metaforą obejmującą więcej, niżby
chciał scenarzysta i reżyser Rodrigo Moreno. Cień towarzyszy człowiekowi
stale, ochroniarz ma jednak pewną wytyczoną strefę, jest blisko, ale zawsze
„poza”. Z „obiektem” nie łącza go żadne więzy, poza tym, że obaj są
Argentyńczykami. Ruben – to imię bohatera Cienia – mógłby równie sumiennie
ochraniać politycznego wroga Artemia – takie imię nosi minister
infrastruktury; nazwisk ochroniarza i ministra nie znamy. Nikt właściwie nie
ma w tym filmie nazwiska. 35-letni Rodrigo Moreno, debiutujący Cieniem w
fabule, stworzył świat osobny, pozbawiony głębszych uczuć i refleksji, świat
na pozór normalny, niby zdrowy, a w gruncie rzeczy anormalny i daleki od
psychicznej równowagi.
Świat ów oglądamy wyłącznie oczyma Rubena. Reżyser jest konsekwentny, nie ma
jednego ujęcia, które byłoby filmowane poza polem widzenia Rubena. Cokolwiek
widzimy na ekranie, widzimy to dzięki Rubenowi. I jeśli nam się wydaje, ze
widzimy więcej niż Ruben, mylimy się, ponieważ dramatyczny finał stawia
sprawę jasno: Ruben patrzy na otaczający go świat z okrutną przenikliwością,
z gorzką samowiedzą. Kim jest ten człowiek? Co o nim wiemy? Wiemy niewiele.
Poznajemy go we wczesnych rannych godzinach w trakcie toalety. Co go różni
od milionów podobnych mu ludzi wykonujących te same o tej porze rutynowe
czynności, to ów drobny fakt, że zakłada grubą kamizelkę kuloodporną, na nią
białą koszulę, na koszulę kombinację z pasków podtrzymujących kaburę, po
czym wyjmuje z szuflady krótką broń, wprowadza pocisk do komory nabojowej,
broń zabezpiecza. Wkłada czarną marynarkę od garnituru. Jest gotów do
wyjścia, czyli do pracy.
Jego praca: w drugim samochodzie, w wyjątkowych wypadkach w tym samym, co
ochraniany przezeń minister. Drugi samochód snuje się za limuzyną ministra
jak cień. A w nim ochroniarz i kierowca. Pomiędzy nimi żadnych przyjaznych
relacji, nawet koleżeństwa. Wypadło, że pracują w jednym miejscu (samochód),
ale to nie znaczy, że pracują razem. Żadnych słów poza: „dzień dobry”. „do
widzenia”, żadnych zwierzeń, żadnych komunikatów, poza niezbędnymi, typu:
:Idę po papierosy, zaraz wracam”, „Idę się odlać, zaraz wracam”. Czasami, np.
w pewien weekend, który oglądamy, ochroniarz sam prowadzi samochód. Jego
praca polega na czekaniu. Zawsze kilka kroków za ministrem i jego
paroosobową świtą. W milczeniu. |
|

Cień
Nikt nie
czeka na jego słowa.
Samotny powrót do pustego zwykle mieszkania. Raz czeka nań siostrzenica,
która wysprzątała mu dwa pokoje i kuchnię, ale nawet nie odpowiada na jej
powitanie „Cześć, wujku!”. Za to skarcił ją za grzebanie po szufladach
biurka, ponieważ w oczy rzuciło mu się to, co starannie, jak rozumiemy,
ukrywał: całkiem udane szkice ołówkiem kobiecych aktów, zdecydowanie
artystyczne. To sygnał, że miał talent, lub jego zadatki, że jego życie
mogło się potoczyć inaczej. Ma rodzinę, to znaczy siostrę (matkę owej
nastolatki), osobę głęboko znerwicowaną, często poza granicą równowagi
psychicznej. Odwiedza ją w szpitalu i z jego zachowania wnosimy, że szczerze
kocha swoją siostrę. Widzimy również, że cierpliwie znosi monotonny słowotok
siostry. Ta rodzina jest nieco większa. Jesteśmy świadkami urodzin Rubena,
które odbywają się w chińskiej restauracji. Właściwie miały się odbyć, bo
zanim doszło do zamówień ulubionych dań, wybuchowa siostra oraz jej córka
próbująca zaśpiewać wujkowi piosenkę tytułem urodzinowego prezentu (śpiewa
koszmarnie!). dochodzi do zwady z kelnerami i właścicielem (który nie życzy
sobie podobnej estradowej samowoli) a Rubenem. Koniec urodzin spędza więc
samotnie w barze, hamburgera popijając piwem. Zwieńczeniem owego wyjątkowego
dnia jest wizyta u prostytutki, nawet nie w burdelu, ale w spelunce, za
pięćdziesiąt pesos. Dziesięć osobno dla rajfura. Oto życie zawodowe,
rodzinne i intymne Rubena, mężczyzny pięćdziesięcioletniego.
Wokół ochroniarza/cienia widoczne są duże puste przestrzenie. Niekończące
się korytarze stacji telewizyjnych, hotelowe hole, place z |
|
jednym, dwoma przechodniami. Powracający widok z wysokiego
piętra ministerstwa na rozlegle podwórze z paroma limuzynami. Terytorium
zimne, niemal bezludne, puste.
Pustka. Ona jest treścią tego filmu. Pustka wokół człowieka. Pustka w
człowieku. Aktor Julio Chavez gra niemal nieruchomą twarzą, niemal nie
podnosi głosu, ruchy ma zmechanizowane, żadnego wahania, celowe, ale ciało
Rubena, jego twarz (czy więcej w jej wyrazie obojętności, czy wzgardy?),
czujne i zarazem nieobecne spojrzenie zdają się mówić, że mało jest rzeczy
mniej istotnych niż ów cel! Natomiast to wszystko, co wokół Rubena, minister
i jego świta, ich rozmowy, niezmiennie rzeczowe i pozbawione powabu, kobiety
i mężczyźni, córka (uczennica liceum) ministra („Coraz lepsza z niej
kurewka!” – to jest opinia kierowcy, i jest to jedyne zdanie w filmie,
poprzez które obaj: kierowca i ochroniarz, pierwszy werbalnie, drugi
potakującym ruchem głowy, wypowiadają własną opinię o zewnętrznym świecie),
cały ów zewnętrzny świat, z którym mają fizyczną styczność degraduje ich
człowieczeństwo beznamiętnie ignorując ich osobność, podmiotowość. A
przecież pod koniec filmu otrzymujemy drugi sygnał: Ruben nie był nikim.
Inny ochroniarz pyta go, czy był artylerzystą, otóż tak, czy pamięta, tu
podaje imię swojego brata, odpowiedź być może; służyłeś na granicy, dlaczego
nie poszedłeś w górę, byłeś przecież sławny! Nic więcej. Może to jakaś
aluzja do Falklandów? O jakim rodzaju sławy mowa? Możliwe, że Ruben był
niegdyś człowiekiem obrysowanym wyraźnym konturem. Z jakichś powodów owe
kontury zatarły się. Czy stało się tak wskutek autodegradacji: zgody na
drugorzędność, na bycie cieniem. A stamtąd nie ma już powrotu. I nic nie
zmieni milczący bunt cienia/ochroniarza, zakończony strzałem w czoło
ministra infrastruktury. W niewielkim stopniu jest to desperacki gest sługi
wobec swojego pana. W nieporównanie większym atak na pustkę świata i pustkę
w sobie.
Otrzymaliśmy studium człowieka zbytecznego i równocześnie pozbawionego
jakichkolwiek przymiotów, kogoś rodem z Roberta Musila (ohne Eigenschaften –
znaczy: bez właściwości, ale i: bez przymiotów), a także i Italo Svevo („Zeno”).
Studium w stylu Bressona (czego Rodrigo Moreno nie kryje), film skupiony nie
na masie, ale na jednostce, nie na fabule, ale na esencji, nie na ekscesach
ale na egzystencji.
Świetny debiut! |