W dyskusji redakcyjnej udział wzięli (wszyscy prowadzą
zajęcia na śląskich uczelniach z zakresu
public relations):
dr ANNA ADAMUS-
MATUSZYŃSKA
z Akademii Ekonomicznej
dr hab. KRYSTYNA
DOKTOROWICZ
– dziekan Wydziału RTV Uniwersytetu Śląskiego
dr BOGDAN
DZIECIUCHOWICZ
– specjalista kreowania
wizerunku osób i instytucji
dr ADAM HAJDUGA
– Wydział Promocji
Regionu Urzędu
Marszałkowskiego
w Katowicach
dr KRZYSZTOF ŁĘCKI
– socjolog
z Uniwersytetu Śląskiego
KRZYSZTOF KARWAT: – Chciałbym, abyśmy się zastanowili, jak należy
promować region śląski i kto ma się tym zajmować. Czy działania powinny być
scentralizowane i koordynowane przez wyspecjalizowane organy władzy? Czy
może raczej chodziłoby o pobudzenie ruchu ogólnospołecznego, w którym główną
rolę odgrywałyby organizacje pozarządowe? Słowo „promocja” jest już dzisiaj
powszechnie rozpoznawalne, ale czy zawsze właściwie rozumiane? Ale przecież
nie tak dawno, bo na początku lat 90., kojarzyło się nam wyłącznie z
telewizyjnymi reklamami proszków do prania i podpasek, które wywoływały
uśmiech bądź irytację. Obecnie chyba wszyscy lepiej rozumiemy, że bez
odpowiedniego opakowania nie sprzeda się nawet dobrej jakości towaru czy
usługi. Także myśli i idei. Niby rozumiemy wagę i znaczenie promocji w życiu
społecznym, a chyba jednak ciągle popełniamy w tym obszarze błędy. Jakie?
Zapraszam do dyskusji...
ADAM HAJDUGA: – Kilka uwag porządkujących... Promocja terytorialna jest
zapisana jako zadanie samorządów. W Urzędzie Marszałkowskim zajmują się nią
dwie komórki organizacyjne: Wydział Promocji Regionu, Turystyki i Sportu
oraz – w strukturach Wydziału Gospodarki – Biuro Obsługi Inwestora. Oprócz
tego działaniami promocyjnymi zajmują się Ars Cameralis Silesiae Superioris
oraz Śląska Organizacja Turystyczna. Oczywiście, poza tym każda gmina, każdy
powiat też „robi swoje”..., i w tym problem, bo działania nie sumują się,
nie ma efektu synergii. Z promocją jest tak, że na niej pozornie wszyscy się
znają. Jako element strategii marketingowej, wyrwana z całości, oznacza
działanie w próżni, w najlepszym przypadku – działanie doraźne.
ANNA ADAMUS-MATUSZYŃSKA: – Na początek też kwestia porządkująca: o czym
mówimy? O promocji czy o kreowaniu wizerunku? Bo to dwie odrębne sprawy.
Promocja kojarzy się, i słusznie, ze sprzedażą. Na przykład chodziłoby o
podejmowanie działań służących zachęcaniu do przyjazdu na Śląsk inwestorów.
Kreowanie wizerunku zaś oznacza budowanie pewnego obrazu w świadomości.
Czyjej? Ślązaków? Polaków? Może jeszcze szerzej?... Rzeczywiście, promocją
zajmują się wymienione już instytucje, a kreowaniem wizerunku powinniśmy się
niejako wszyscy zająć. Do jakiegoś stopnia od każdego mieszkańca regionu
zależy, „jak nas widzą”.
KRZYSZTOF KARWAT: – Proponuję, abyśmy rozmawiali jednocześnie i o promocji,
i o kształtowaniu wizerunku.
KRYSTYNA DOKTOROWICZ: – Potrzebny byłby bilans: co mamy w miastach i
aglomeracji, a to skomplikowana struktura, więc zarówno promocja, jak i
wizerunek wszystkich podmiotów składowych nie są jednolite, choćby ze
względów historycznych. Warto byłoby zatem wskazać dla tych różnych
podmiotów różne zadania. Te struktury, którymi dysponują władze samorządowe,
są często wzorowane na instytucjach unijnych, bo wiążą się również z
unijnymi funduszami. Trzeba umieć je pozyskiwać.
ADAM HAJDUGA: – Na przykład Śląska Organizacja Turystyczna jest kalką
francuskich Domów Turystyki...
KRYSTYNA DOKTOROWICZ: – I to, co jest ważne – powinniśmy rzeczywiście
wszyscy dbać o wizerunek naszych miast. Wystarczy spojrzeć z okien redakcji
„Śląska”, by zobaczyć, że tak się nie dzieje. Gdybyśmy mieli ulicę Dworcową
pokazać jakimś ważnym gościom zagranicznym, to zapewne ze wstydu
zapadlibyśmy się pod ziemię... To nie jest tylko wina prezydenta tego miasta
czy samorządu. To wina każdego z nas, bo na przykład w Szwajcarii widzimy,
jak ludzie dbają o obejścia swych domów, szorując nawet chodniki. Szwankuje
zatem świadomość społeczna, bo ludzie kojarzą promocję i wizerunek na
przykład z darmowymi czekoladkami rozdawanymi w supermarketach. Nasze
myślenie o otoczeniu, w którym przyszło nam żyć, wiąże się z kaskadą zadań,
ogromnym wysiłkiem, a to kosztuje. Za chwilę ma tu powstać wielka
aglomeracja, mamy brać fundusze, mają przyjeżdżać ludzie z zewnątrz, a
tymczasem my nadal nie zdołaliśmy jako region zdecydować, co my właściwie
mielibyśmy pokazać innym.
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – Nasza dyskusja nie powinna być akademicka. Niechby
miała znaczenie praktyczne. Najpierw musimy stworzyć przychylny klimat i
sympatię dla Śląska. I to jest podstawa nowego wizerunku. Promocja zaś
kojarzy się z ośmioma puszkami piwa sprzedawanymi w jednym opakowaniu. Mówmy
zatem o celach, jakie powinny sobie stawiać poszczególne miasta i
województwo śląskie jako całość. Inaczej powinniśmy podchodzić do problemu,
gdy chodzi nam o stworzenie dobrych warunków do inwestowania, a inne atuty
(bądź wady, które trzeba starać się jakoś ukryć) należy wydobyć, gdy chcemy,
by do Katowic i na Śląsk przyjeżdżali turyści, choć to akurat zadanie
utopijne. Innych metod należy zaś użyć, gdyby chodziło nam o zachęcenie
ludzi kultury do osiedlania się na Śląsku. Mam wrażenie, że to, o czym
mówię, wielu samorządowców uzna jako niepoprawne metodologicznie. Widzę
raczej chaos i mieszanie pojęć, co przynosi negatywne skutki.
KRZYSZTOF ŁĘCKI: – Odwracając zdanie pana Hajdugi, należałoby powiedzieć, że
skoro wszyscy znają się na promocji, to znaczy, że nikt się nie zna. W
miastach „pospolitość skrzeczy”, a wiem o tym, bo moi studenci piszą prace
na temat działań podejmowanych w samorządach. No, bo co to jest „wydział
promocji” w tym czy innym mieście? Miejsce dla osób, z którymi nie wiadomo
co począć, więc się ich w tych wydziałach upycha. Nic dziwnego więc, że
wielu studentów ma problemy z podjęciem praktyk w wydziałach promocji, bo
nikt nie chce, by zobaczyli, jak się przelewa z pustego w próżne.
KRZYSZTOF KARWAT: – Zła polityka kadrowa?
KRZYSZTOF ŁĘCKI: – Ale ona z czegoś wypływa. Skoro nie rozumie się pojęcia
„promocja” albo je lekceważy, to można w tak „nieważnym” wydziale zatrudnić
pociotka bądź na przykład absolwenta szkoły fryzjerstwa, wszak dobrze
uczesana kobieta promuje się sama.
ANNA ADAMUS-MATUSZYŃSKA: – Urzędnik nabiera cech urzędnika... W tym
negatywnym sensie, a poza tym wkracza w tę sferę polityka. Kadry mogą być
dobrze przygotowane, ale nic to nie znaczy, gdy się je upartyjnia.
KRZYSZTOF KARWAT: – Ja zaś odnoszę wrażenie, że w tym regionie nie ma
prezydenta, burmistrza czy wójta, który w wywiadach prasowych nie podnosiłby
kwestii promocji i jej wagi w rozwoju miasta czy gminy. Kończy się na
deklaracjach?
ADAM HAJDUGA: – Często na promocji własnej osoby, a nie subproduktów
regionalnych, która dana jednostka terytorialna posiada.
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – Widzę to inaczej. To nie kwestia fachowości.
Dlatego, że żadnego urzędu nie stać na zatrudnienie bardzo dobrego
profesjonalisty w tej dziedzinie. A jak jest gdzie indziej? Rozmawiałem z
szefem dużej londyńskiej agencji PR, a wiedziałem, że firma ta zajmuje się
promocją produktów turystycznych. Pytałem o głównych klientów. „Rząd
węgierski” – padła odpowiedź. Kilkusetmilionowy budżet został przekazany
podmiotowi zewnętrznemu, by ten promował Węgry na całym świecie.
ADAM HAJDUGA: – Znam temat. Budżet nie został „przekazany”. Ta firma wygrała
przetarg.
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – To drugorzędne, jaką drogą prawną transferowano
środki. Ważne, że skutek jest świetny. Władze wojewódzkie i samorządy dużych
miast powinny zatem zlecać tego typu zadania firmom zewnętrznym, jedynie ich
działania kontrolować i koordynować.
KRZYSZTOF ŁĘCKI: – Ciekawi mnie, na czym polegał sukces tego
przedsięwzięcia.
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – Mimo wielkiego zainteresowania takimi miastami jak
Praga (także w jakimś stopniu Kraków), na Węgry i do Budapesztu nie
przyjeżdża mniej gości. Choćby tylko tyle...
KRZYSZTOF ŁĘCKI: – Mało... Budapeszt jest takim miejscem, które niejako samo
się broni. Pamiętajmy zatem o proporcjach. Jesteśmy na Śląsku...
ADAM HAJDUGA: – Przywołajmy fakty. Śląsk jako region, obok 15 innych,
doczekał się nie urzędniczej, lecz profesjonalnej strategii komunikacji
marketingowej w zakresie promocji turystycznej i gospodarczej. Posługuję sie
pojęciem „subprodukt regionalny”, bo używają go fachowcy z dziedziny
marketingu terytorialnego. Co to jest? Oferta turystyczna miasta, oświatowa,
kulturalna, atrakcyjność inwestycyjna itp. Promować nie można „ogólnie”,
lecz konkretne produkty. A skoro tak, to i cel jest prosty. Chodzi o
zwiększenie sprzedaży albo zwiększenie znajomości danej marki na rynku. Nie
doczepiłem się do słowa „przekazanie”, którego użył dr Dzieciuchowicz. Rzecz
w tym, że każda struktura administracyjna jest uwikłana w prawo zamówień
publicznych. Bardzo często jedynym albo najważniejszym kryterium wyboru jest
cena usługi. I to jest powodem tego, że często otrzymujemy produkt czy
usługę kiepskiej jakości.
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – Przepisy krępują...
ADAM HAJDUGA: – Krępują, zwłaszcza gdy przypomnimy sobie dwie podstawowe
cechy promocji: elastyczność i szybkość reagowania oraz profesjonalizm. One
po prostu nie pasują do struktur administracyjno– biurokratycznych. Zgadzam
się: najlepszym rozwiązaniem jest wyrzucenie promocji na zewnątrz. Tak
dzieje się w przypadku promocji kulturowej i turystycznej. Nie wymyślamy nic
nowego.
KRZYSZTOF KARWAT: – Apeluję o przywoływanie kon-
kretów.
KRZYSZTOF ŁĘCKI: – Proszę bardzo... Jechałem niedawno przez Polskę i
zobaczyłem serię |
|
„Za wizerunek regionu
odpowiedzialne są władze.
Ale nie tylko...”
|
Rozmowę przygotował red. KRZYSZTOF KARWAT
|
„Śląskie
jest fest?”
billboardów,
na których zachęcano, by jadąc nad morze, zatrzymać się w Poznaniu i
zobaczyć słynne koziołki. Uważam, że każda złotówka wydana na tę „akcję”,
została zmarnowana. Para poszła w gwizdek. Czy chodziło o to, by
przypomnieć, że takie miasto jak Poznań w ogóle istnieje? Nie, chodziło o
„odfajkowanie” zadania i spożytkowanie finansów przeznaczonych na promocję
miasta. Przykład działania bezsensownego. Korzyść odnieśli tylko ci, którzy
wzięli za to pieniądze.
KRZYSZTOF KARWAT: – Mała pociecha, że inni też robią to źle. Bo jeszcze inni
– robią to znacznie lepiej od nas.
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – Pan Hajduga mnie nie przekonał, bo nie usłyszałem,
czy wysiłek władzy samorządowej kierowany jest przede wszystkim w stronę
zmiany nastawienia do Śląska. Jakiś czas temu czytałem wyniki badań, z
których wynikało, że wśród 20 największych polskich miast Katowice uznane
zostały za najbardziej prowincjonalne. W tym negatywnym znaczeniu tego
słowa. I to nie „warszawka” o tym zadecydowała, a nawet gdyby, to z punktu
widzenia reklamy nie ma to większego znaczenia. Jeżeli jest tak źle, to
musimy zmienić ten wizerunek i przestać się łudzić, że przyjedzie do nas
turysta z Łomży. Bo nie przyjedzie, choćby także dlatego, że go na to nie
stać. Ci, których stać na wyjazdowy weekend, też nie wybiorą Katowic, bo
będzie im zależało na przyjemnym spędzeniu wieczoru. Tymczasem o zmierzchu
to miasto jest wymarłe. I nie chodzi tylko o to, że nie ma wykwintnych
restauracji najwyższej kategorii, bo kilka jest. Raczej chodzi o brak małych
kawiarenek i knajpek dla klientów o umiarkowanej zasobności portfeli. Trzeba
zatem zacząć od rzeczy podstawowych. A miasta śląskie wydają pieniądze na
promocję tylko po to, by temat zbyć.
ADAM HAJDUGA: – Tak, zgoda: wizerunek to najsłabszy element województwa
śląskiego. Jednocześnie nie traćmy z pola widzenia obecnego kształtu
województwa – od Częstochowy po Żywiec. To jest obszar bardzo zróżnicowany.
W sferze racjonalnej wygląda to jednak inaczej: do województwa śląskiego
przyjeżdża corocznie 3 miliony turystów krajowych. Daje to 4-5 miejsce wśród
16 województw.
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – Pan chce nas pocieszyć.
ADAM HAJDUGA: – Takie są fakty i wiarygodne statystyki.
ANNA ADAMUS-MATUSZYŃSKA: – Chodziłoby o to, by nie przyjeżdżano tylko na
Jasną Górę, ale także do Wisły czy Ustronia.
ADAM HAJDUGA: – Ale także do Tychów, gdzie funkcjonuje jedno z
najnowocześniejszych muzeów browarnictwa albo do kopalni Guido w Zabrzu,
które już teraz ma 80-procentowe „obłożenie” turystami i wycieczkowiczami.
Najmocniejszą stroną jest nasza atrakcyjność inwestycyjna. Ciągle wraz z
Mazowszem uznawani jesteśmy za obszar najlepszy do prowadzenia działalności
gospodarczej. Trzeba tę pozycję utrzymać.
KRZYSZTOF KARWAT: – Tylko czy ta atrakcyjność inwestycyjna przełoży się w
końcu na zmianę wizerunku Śląska?
ADAM HAJDUGA: – Jestem o tym przekonany, choć rynek wewnętrzny trzeba
zmienić. Do kampanii wizerunkowej – a i tym razem musieliśmy ogłosić
przetarg – zgłosiły się tylko trzy firmy. Hasła linii kreacyjnych? „Śląskie
jest fest”, „Nasze Śląskie – nasza siła” i „Śląskie krzepi”. To pokazuje
jakość tych ofert. Do tego doszły błędy formalne. Przetarg został
unieważniony. Trwa kolejna procedura przetargowa. W kwietniu kampania ruszy.
ANNA ADAMUS-MATUSZYŃSKA: – Oferta była tak zgłoszona, że nie było szansy na
rzetelne przygotowanie się do przetargu. Nie było czasu.
ADAM HAJDUGA: – Dwa tygodnie.
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – I to było niepoważne. Mówiąc delikatnie...
Powinniście dać oferentom co najmniej trzy miesiące. Wtedy można byłoby
żądać jakości.
KRZYSZTOF KARWAT: – Tworzenie wizerunku to pewien rodzaj szlachetnego
szalbierstwa. Tym trudniejszego, że na zewnątrz ciągle postrzegani jesteśmy
jako kraina węgla i stali, i jakoś umyka opinii krajowej, że kopalń i hut
coraz tu mniej.
KRYSTYNA DOKTOROWICZ: – Żyjemy obarczeni ciągle silnymi stereotypami, także
politycznymi, kształtowanymi przez dziesiątki lat. Ważne, abyśmy wszyscy z
nimi się zmagali. Pojawił się też nowy stereotyp, który przyniosła
transformacja. Oto widzimy filmy i programy telewizyjne, pokazujące Śląsk
wyłącznie poprzez pryzmat biedy i zacofania, odpraw górniczych itp. To też
jest kształtowanie wizerunku. Śląsk jest źle odbierany. Nasłuchałam się tego
w parlamencie. O niezasłużonych przywilejach, o wygórowanych ambicjach itp.
Ale pojawiły się jaśniejsze barwy. Choćby w obszarze tzw. turystyki
poprzemysłowej. Guido to rzeczywiście jest zjawisko. Ale ciągle jest tego
mało, same zaś Katowice rzeczywiście wieczorami przypominają miasto umarłe.
Nie inaczej jest w Chorzowie czy Bytomiu. Te miasta są brudne i
nieestetyczne. Cóż z tego, że mamy piękną secesję i funkcjonalizm, skoro
brud przysłania to piękno. A przecież w Europie jest wiele miast i
miasteczek, które tych problemów nie mają. Weźmy na przykład
austriacki Graz, który też jest prowincją.
ANNA ADAMUS-MATUSZYŃSKA: – Ostatnio przygotowywałam kampanię dla dużej
firmy. Zawsze zaczynam od pytania o tożsamość. Kim jako województwo
jesteśmy? Potrzebne są badania. Potrzebna świadomość, choćby tej
różnorodności, która w moim przekonaniu jest wielkim walorem województwa
śląskiego. Ważny jest autowizerunek, a potem dopiero zadajmy sobie pytanie o
to, jak nas widzą inni. I czy te obrazy są podobne. Sama nie postrzegam się
jako prowincjuszka.
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – Ja podobnie. Ale inni – niestety – tak nas widzą.
KRZYSZTOF ŁĘCKI: – „Ciemny lud nie wszystko kupi”. Współpracowałem z kilkoma
firmami reklamowo-promocyjnymi, w których działali ludzie inteligentni,
którym jednak kolana się uginały, gdy słyszeli słowo „fokus”.
KRZYSZTOF KARWAT: – Wyjaśnijmy w czym rzecz.
KRZYSZTOF ŁĘCKI: – To jest rodzaj badania i ukierunkowanej rejestrowanej
dyskusji. Pomysły w takich przypadkach rozpadały sie jak piramidy z kart.
KRZYSZTOF KARWAT: – Te firmy boją się konfrontacji, weryfikacji?
KRZYSZTOF ŁĘCKI: – Tak. Firmy lubią się chwalić, że przeprowadziły świetną
kampanię, ale przecież są praktyczne wskaźniki sukcesu bądź porażki. A
wizerunku danego regionu nie da się zmienić w ciągu roku czy dwóch. Szukajmy
porównań i punktów odniesienia. Wrocław! Jestem przekonany, że jeszcze w
latach 80. ocena Wrocławia (Dolnego Śląska) i Katowic (Górnego Śląska) była
mniej więcej podobna. A teraz? Choć Katowice też mają wielu studentów, to
Wrocław uchodzi za miasto akademickie najwyższej klasy. To o nim jako
mieście środkowoeuropejskim znany brytyjski historyk napisał piękną książkę.
ANNA ADAMUS-MATUSZYŃSKA: – Te sukcesy są w dużym stopniu efektem pracy
samorządu i prezydenta tego miasta.
KRZYSZTOF ŁĘCKI: – Coś się tam wydarzyło. Moi studenci, którzy są rodowitymi
Ślązakami, opowiadają mi o Wrocławiu jako o ziemi obiecanej. A u nas?
Symbolem mógłby być róg ulicy Teatralnej i Korfantego w Katowicach, gdzie
jest sklep z ubraniami, a obok ośrodek wag i miar. To jest serce miasta,
które powinno tętnić życiem. A pogłębia się chaos. Nie tylko przestrzenny.
To są miejsca nieatrakcyjne, a powinno być inaczej.
KRZYSZTOF KARWAT: – Z tonacji Państwa głosów wynika, że ostatnich
kilkanaście lat straciliśmy. Nie potrafiliśmy udowodnić sobie i innym, że
się zmieniamy jako region i że radzimy sobie z tymi zmianami.
KRZYSZTOF ŁĘCKI: – Nie mam żadnych wątpliwości. Porównanie z Wrocławiem jest
bardziej niż wymowne. To miasto organizuje niezliczone festiwale. Jeden się
kończy, drugi zaczyna. U nas nie prowadzi się dobrej polityki kulturalnej.
Daje się po kawałeczku każdemu. Aby nikt nie miał pretensji. Żeby się
interes jakoś kręcił.
ANNA ADAMUS-MATUSZYŃSKA: – Zmarnowaliśmy kilkanaście lat, bo mamy wewnętrzne
sprawy nieuregulowane. Każde miasto działa na własny rachunek. Nie ma
działań wspólnotowych, łączenia celów. A Wrocław ciągnie za sobą cały Dolny
Śląsk. W Poznaniu w każdy piątek odbywają się imprezy plenerowe w centrum
miasta, ściągające tysiące uczestników. Ludzie są razem, integrują się. A
obok pracują fundacje charytatywne, powstają cenne inicjatywy społeczne.
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – Nie dojdzie do zmiany wizerunku województwa
śląskiego bez ulepszenia „produktu”. Błędem jest myślenie, że promować się
można poprzez kulturę elitarną. Ludzie nie jeżdżą do Wrocławia, bo tam są
ważne festiwale muzyczne czy teatralne. Jeżdżą dlatego, że tam jest czysto.
Dlatego, że jest wiele małych knajpek, na które ich stać. Bogata jest oferta
kulturalno– rozrywkowa. U nas pod tym względem marnie. Lekceważymy bądź nie
znamy oczekiwań mieszkańców Śląska.
KRZYSZTOF KARWAT: – Parę lat temu były takie badania. Większość katowiczan
chciałoby, aby ich miasto było ważnym ośrodkiem kulturalnym i akademickim.
Ale może to tylko takie deklaracje, które nic nie kosztują a są politycznie
(i kulturalnie) poprawne?
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – Miałem kiedyś zagranicznych gości. Byli taktowni,
milczeli wymownie. Zaprowadziłem ich do dobrej restauracji na obrzeżach
miasta. Poczułem się lepiej. Ale potem widziałem, że śródmieście Katowic
wywołało w nich wstrząs.
ANNA ADAMUS-MATUSZYŃSKA: – A ja pokazuję zawsze wybrane przykłady dobrej
architektury, której w Katowicach nie brakuje.
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – Tak, najlepiej je oglądać z okien samochodu. Nie
rzucę jednak na kolana gości, pokazując im gimnazjum Mickiewicza. Poza tym –
znowu rozmawiamy o elitach i wykształciuchach. A powinniśmy o tzw. zwykłych
ludziach i biznesmenach, którzy bynajmniej nie mają wyszukanych oczekiwań,
gdy idzie o spędzanie wolnego czasu.
ADAM HAJDUGA: – Wrocław to |
|
przypadek specyficzny. O ileż trudniej realizować promocję
całego regionu. Każde z 14 miast aglomeracji widzi problem po swojemu.
ANNA ADAMUS-MATUSZYŃSKA: – Powtarzam: Wrocław „ciągnie” cały region.
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – Tutaj tę rolę mogłyby pełnić Katowice. Budżetu na
cały region nigdy nie będzie. Nie wykorzystywane są Beskidy. Ustroń stał się
przykładem żałosnego braku smaku. Rządzi disco– polo a po ulicach snują się
pijani osobnicy. Tutaj nikt normalny nie będzie chciał przyjechać na wczasy.
ADAM HAJDUGA: – Nikt w Katowicach nie może sięgnąć po telefon i nakazać
Ustroniowi, by organizował imprezy inaczej. Te czasy się już skończyły.
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – Można wyrażać opinię. Ona kształtuje i zmienia
postawy.
ADAM HAJDUGA: – Posłuchają i zrobią swoje... Proszę jednak zwrócić uwagę, że
najważniejsze i największe koncerty rockowe odbyły sie w tym roku w naszym
regionie. Że tutaj z powodzeniem zorganizowano siatkarską Ligę Światową.
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – Czy robiliście coś, by tych ludzi zatrzymać tu na
dłużej albo by zachęcić ich do ponownego przy-
jazdu?
ADAM HAJDUGA: – Katowice taką kampanię zrealizowały.
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – Ja jej nie zauważyłem, choć się tymi sprawami na co
dzień zajmuję. Ludzie tu przyjeżdżający powinni dostać zniżki na hotele, na
gastronomię. Sposobów jest więcej.
ADAM HAJDUGA: – Urząd nie jest od tego...
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – Ale może inspirować.
ADAM HAJDUGA: – „Od góry” można robić inne rzeczy. Choćby Szlak Zabytków
Techniki, turystykę industrialną. Tym się zajmuję. Silesia City Center,
gdzie miesięcznie przewija się milion ludzi, chciało organizować jednodniowe
wycieczki. Zaprosiliśmy wspólnie właścicieli biur turystycznych. A oni nam
podali ceny „z lady”, w ogóle nie dostrzegając swej szansy.
KRZYSZTOF KARWAT: – Przegraliście...
ADAM HAJDUGA: – Nie, pracujemy nad nowymi rozwiązaniami.
KRYSTYNA DOKTOROWICZ: – Musi zmienić się obyczaj. Kiedy przed kilkunastoma
laty mieszkałam w Wielkiej Brytanii, dziwiłam się, że w Edynburgu
organizowane są jednodniowe wycieczki, gdzie ludzie oglądali jakieś stare
mieszkania mieszczańskie, wykreowane wiejskie osady etc. Teraz do nas to
trafia. Proponowałam na przykład, by 300– metrowe mieszkanie przy Kościuszki
47 stało się takim miejscem w Katowicach. Ale na razie bezskutecznie.
KRZYSZTOF KARWAT: – Czy chodzi o kamienicę, w której przez jakiś czas
mieszkał surrealista Hans Bellmer?
KRYSTYNA DOKTOROWICZ: – Tak, choć dziś już nie wiem, co się tam zdołało
jeszcze zachować. Takich miejsc jest więcej. Ale nic o nich nie wiemy.
ADAM HAJDUGA: – Radzionkowskie Muzeum Chleba, prywatny biznes, odwiedza
rocznie 40 tysięcy osób.
KRZYSZTOF KARWAT: – Czy to oznacza, że „akcje medialne” – „Gazeta Wyborcza”
na przykład uporczywie upomina się o Nikiszowiec – mogą być skuteczne, nawet
jeśli grzeszą pewną naiwnością?
KRZYSZTOF ŁĘCKI: – Nie chciałbym, by Śląsk miał wyłącznie twarz Nikiszowca.
ADAM HAJDUGA: – W Częstochowie czy Bielsku nigdy się na to nie zgodzą.
Problem z tożsamością polega na tym, że jest ona w województwie
niejednorodna.
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – Jeśli chcemy wykreować wizerunek Śląska jako
miejsca unikalnego, to musimy liczyć się z konsekwencjami. Ilość osób, które
owa „unikalność” przyciągnie, będzie relatywnie niewielka. Owszem, pojawiła
się na świecie moda na turystykę „niszową”. Ale pamiętajmy: nisza będzie
właśnie niszą. Nie zmienimy sensu tego słowa. Jeśli chcemy, by ludzie tu
przyjeżdżali, to musimy zacząć od spraw elementarnych. Chodziłoby o to, by
móc bezpiecznie poruszać sie po przejściach dla pieszych. Jesteśmy
nieuprzejmi, a media o tym nie piszą. No i jeszcze raz przypomnę, że
bezwzględnie potrzebna jest miła, niezbyt droga, klimatyzowana gastronomia.
A nie tylko hamburgery!
KRZYSZTOF ŁĘCKI: – Turystyka jest ważna, ale nie stanowi głównego problemu
środkowej części województwa śląskiego. W największych miastach jest wiele
uczelni, do których przyjeżdżają młodzi ludzie z rozmaitych zakątków regionu
i kraju. Oni powinni się tutaj dobrze poczuć. Tymczasem nasze śródmieścia
pełne są melin i dziwnych zaułków, które odstręczają.
KRZYSZTOF KARWAT: – Wiele pracy czeka zatem nie tylko samorządowców różnych
szczebli, bo i władza centralna powinna nadrobić zaległości. Powołała
wprawdzie nowy urząd, ale nic o nim nie wiemy ponad to, że człowiekowi,
który stanął na jego czele, najpierw należałoby kupić jakiś dobrze
dopasowany garnitur i jego wypromować. A w Niemczech na przykład znakomicie
funkcjonuje agenda rządowa, która zajmuje się tylko jednym: goszczeniem
polityków i dziennikarzy z różnych stron świata i pokazywaniem im dowolnych
obszarów niemieckiego życia społecznego, kulturalnego, gospodarczego. Kiedyś
byłem ich gościem i wiem, jak to znakomicie działa. Przewodnicy, którzy
zawozili mnie w miejsca wcześniej przeze mnie wybrane i kontaktowali z
ludźmi, których chciałem poznać, poprzedniego tygodnia gościli polskiego
ministra obrony narodowej, następnego zaś – zajmowali sie Afrykanami,
zainteresowanymi widokiem bawarskich krów. To nadzwyczaj skuteczny „eksport
wewnętrzny” niemieckiej gospodarki i kultury. Takie wzorce powinniśmy
podpatrywać i bez uprzedzeń naśladować.
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – Takie działania stosuje się też w innych krajach.
Stąd moje pytanie do przedstawiciela Urzędu Marszałkowskiego. Kiedy i kogo
zaprosiliście ostatnio na takie studyjne wizyty? Czy mieliście kiedykolwiek
gości z angielskich gazet?
ADAM HAJDUGA: – Ostatnio mieliśmy gości z pokładowego pisma „Sky Europe”.
Wizyta ta zaowocowała m.in. okładkowym artykułem o regionie.
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – To się czyta albo nie. Ograniczony zasięg.
ADAM HAJDUGA: – Podałem tylko przykład z brzegu.
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – Raczej należałoby zapraszać dziennikarzy
popularnych dodatków weekendowych dzienników i tabloidów brytyjskich
poświęconych turystyce.
ADAM HAJDUGA: – Czy klient brytyjski to jest ten, do którego w pierwszej
kolejności chcemy dotrzeć?
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – To też był tylko przykład. Pewnie lepiej z
Niemiec...
ADAM HAJDUGA: – Na pewno. Podróże regionalne organizujemy często. Właśnie
teraz odpowiadam za grupę Francuzów i Belgów zainteresowanych turystyką
industrialną. Właśnie trwa na ten temat konferencja w Zabrzu...
ANNA ADAMUS-MATUSZYŃSKA: – Kamyczek do ogródka Urzędu... Najpierw trzeba
było przeprowadzić konsultacje, a potem wydać strategię. A nie odwrotnie...
ADAM HAJDUGA: – I tak było.
ANNA ADAMUS-MATUSZYŃSKA: – Ale gotowe rozwiązania były podawane na tacy.
Promocyjne dodatki „Gazety Wyborczej”, pokazujące mocne strony województwa,
po uzupełnieniach i poprawkach, powinny zostać zebrane i wydane w postaci
książkowej, dostępnej w całym kraju.
ADAM HAJDUGA: – Tę akcję w jednej czwartej wspomógł właśnie Urząd
Marszałkowski. Są kolejne pomysły. Media mają wiele do zrobienia. Proszę
zobaczyć, jak obecny jest Śląsk w stacjach telewizyjnych. Każdy materiał
zaczyna sie od pokazania dymiących kominów, szybów kopalnianych, jakichś
ognisk konfliktów społecznych.
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – Należałoby również zachęcić rozmaite podmioty
gospodarcze do partycypowania w kosztach promocji Śląska i kształtowania
jego wizerunku, bo one też na zmianach mogą skorzystać.
ADAM HAJDUGA: – Szukamy sojuszników nie tylko w gminach i powiatach. Koszty
podróży studialnych są dzielone i przejmowane także przez rozmaitych
gestorów. Niebawem na przykład podejmujemy inicjatywę nakierowaną na
bogatego turystę rosyjskiego. Nasz budżet na promocję turystyki co roku się
zwiększa. W roku 2005 było to 1 200 tys. złotych, w 2006 – 1 300 tys., w
2007 – ponad 3 miliony. W belgijskiej Walonii, podobnej strukturalnie do
naszego województwa, na rzecz promocji turystyki pracuje 120 osób. U nas
sześć. My mamy 3 miliony złotych, oni – 14 milionów euro.
BOGDAN DZIECIUCHOWICZ: – Wiemy, budżety nie są z gumy a Polska nie jest
zamożnym krajem. Tym bardziej potrzebne są działania usystematyzowane,
policzone na lata. Turystyka industrialna powinna być kierowana do tych
zamożnych mieszkańców Londynu czy innych wielkich miast europejskich w
Niemczech bądź Holandii, którzy „byli już wszędzie” i szukają nowych
„dziwnych” miejsc.
KRYSTYNA DOKTOROWICZ: – Nic się nie uda, jeśli nasze miasta nie będą
przypominały swych odpowiedników w Europie Zachodniej. Centra muszą zostać
wyszorowane, odnowione, zrewitalizowane.
Nasze uczucia i pozytywne emocje, które budzi w nas słowo „Śląsk”, na nic
się zdadzą, jeśli nie uda się tego zrobić.
KRZYSZTOF ŁĘCKI: – Byłem niedawno w Nadrenii. Gospodarze zaprosili mnie na
spektakl do przerobionej remizy strażackiej, wcześniej uprzedzając, że
znajdziemy się w bardzo brzydkiej i zaniedbanej dzielnicy miasta. Zobaczyłem
– ta dzielnica byłaby jedną z najbardziej eleganckich i zadbanych w
Katowicach.
ANNA ADAMUS-MATUSZYŃSKA: – A ja na koniec jeszcze raz wskażę przykład
Wrocławia i co za tym idzie – całego Dolnego Śląska. Zanim prezydent
Dutkiewicz podjął działania promocyjne, zrealizowano szczegółowe badania i
do nich się odniesiono. Kreowanie wizerunku zależy nie tylko od wydziałów
promocji, lecz od wszystkich wydziałów czy departamentów znajdujących się w
Urzędzie Wojewódzkim i Marszałkowskim. Poza tym – każdy z nas musi zadbać o
swoje najbliższe „podwórko”.
KRZYSZTOF KARWAT: – Najprawdopodobniej za opóźnienia i zaniechania w
kształtowaniu pozytywnego wizerunku ten region zapłaci pominięciem przy
organizacji EURO 2012. I przestaje być ważne, że jest to region, który ma
Stadion Śląski i najbogatsze tradycje piłkarskie w kraju. Zostaliśmy wszyscy
ukarani. Słusznie czy nie – to inny problem. Dziękuję za udział w naszej
debacie. |