Ilekroć zastanawiam się, który ze współczesnych aktorów
zasługuje najbardziej na miano śląskiego, zawsze na myśl w pierwszej
kolejności przychodzi mi Bernard Krawczyk. Na scenach Śląska i Zagłębia
występuje nieprzerwanie od 1952 roku.
Urodził się 20 maja 1931 roku w ówczesnej przygranicznej miejscowości
Podłęże Szlacheckie w powiecie częstochowskim, jako drugi syn Wojciecha i
Władysławy z Ciesielskich. Ojciec był strażnikiem granicznym, co zresztą do
1939 roku było powodem stosunkowo częstych zmian zamieszkania całej rodziny.
Ostatecznie tuż przed wojną Krawczykowie zamieszkali w Mysłowicach, gdzie
późniejszy aktor przeżył wojnę, a po jej zakończeniu uczęszczał do szkoły
powszechnej, a następnie do jedynego w tym mieście gimnazjum im. Tadeusza
Kościuszki.
Ze „szkoły Woźnika”
Osadzony mocno w kulturze regionu, w tym zwłaszcza w jej plebejskiej –
śląskiej tradycji narodowej, w listopadzie 1950 roku, niespełna w rok przed
maturą, przyjęty został do działającego przy Teatrze Śląskim Studia
Dramatycznego. W historii miasta i Teatru Śląskiego było to tzw. drugie
studio. Wykładowcami jego byli m.in.: Władysław Woźnik, Gustaw Holoubek i
Roman Zawistowski, a więc artyści kontynuujący tradycję szkoły Juliusza
Osterwy. Szczególnie Woźnik jako „wypróbowany aktor” i współpracownik
Juliusza Osterwy, otaczany był w tym czasie szacunkiem i cieszył się
powszechnym uznaniem. Można zatem przyjąć, że aktorstwo Krawczyka wyrasta z
tradycji teatru psychologizującego, wiernego autorowi i jego literaturze.
Zwłaszcza, że w gronie pozostałych jego wykładowców byli także Zdzisław
Hierowski i Aleksander Baumgardten. Wybór przyjętej do studia młodzieży
okazał się być trafny. Wśród kolegów jego byli m.in. późniejszy wieloletni
dyrektor Teatru Zagłębia w Sosnowcu Jan Klemens, a także ceniony i zasłużony
aktor śląski Wincenty Grabarczyk.
Lata pierwszych kroków scenicznych Krawczyka przypadły na okres szczególnie
trudny w dziejach teatru. Jeszcze jako student debiutował 6 XI 1952 roku na
scenie Teatru Śląskiego w prapremierze radzieckiej sztuki Zagłada eskadry
Aleksandra Korniejczuka, w epizodycznej roli Oficera. Obowiązujący wtedy
normatywny socrealizm, jakkolwiek uczył wydobywania psychologicznej prawdy
kreowanej postaci, to jednak w swym biało-czarnym obrazie świata prezentował
wartości uproszczone, odwoływał się do schematów i sztampy. Zanim Krawczyk
ukończył studium, zagrał jeszcze Wierszniewa w Poemacie pedagogicznym
Antoniego Makarenki i Heiniego w Niemcach Leona Kruczkowskiego. Świadectwo
ukończenia Studium Dramatycznego przy Państwowym Teatrze Śląskim im. St.
Wyspiańskiego w Stalinogrodzie otrzymał w czerwcu 1953 roku.
Obok Holoubka i Wyszomirskiego
Pierwszy angaż otrzymał do teatru katowickiego. Jak większość młodych
zaczynał jako amant, aby stopniowo poprzez role charakterystyczne i dramat
obyczajowy, zagłębić się w psychologię swoich bohaterów. Krystalizacja jego
emploi jako amanta, m.in. w komediach Aleksandra Fredry, była konsekwencją
jego walorów psychofizycznych. Proporcjonalny, szczupłej budowy ciała,
przystojny, o zielonych, lekko skośnych oczach, przy równoczesnym
bezkonfliktowym, pozytywnym stosunku do życia, był od początku znakomitym
materiałem na teatralnego kochanka. Takim publiczność śląska poznała go w
komediach Fredry w roli Edwina w Odludkach i poecie w 1954 roku i Gustawa w
Ślubach panieńskich w 1959 roku.
Niemniej nie role amantów stanowiły szczytowe osiągnięcie w jego początkowej
karierze aktorskiej. Zbyt wiele było w nim roztropności i ludowego
doświadczenia życiowego, aby czas łatwych sukcesów scenicznych i cząstkowych
prawd, miał określić jego drogę aktorską. Miał swój własny instynkt
teatralny i niezłe wzory. W jego dorobku już na przełomie lat 50. i 60.
zaczęły pojawiać się role, w których dała się zauważyć jego naturalna
skłonność do kreowania postaci ciepłych i dobrych, pełnych pogody ducha i
humoru, lecz niekoniecznie pozytywnych. Takimi m. in. byli: Oktaw w Nie igra
się z miłością Alfreda de Musseta w reż. Jerzego Jarockiego, Milan Stibor w
Dobrych ludziach i miłości Paula Kohouta w gościnnej reżyserii Jozefa Zajica,
a także Orestes w Ifigenii w Taurydzie Johanna Wolfganga Geothe’go w
reżyserii Jana Biczyckiego. Wtedy to do głosu zaczęła dochodzić skrywana
dotychczas jego przewrotność czy może raczej ludowy spryt.
Powołany do tego, aby całym swoim życiem pokazać nam kim jesteśmy, jak
żyjemy i ku czemu zmierzamy, od początku swojej kariery scenicznej nie
unikał postaci złożonych. W jego dorobku do wyjątków należą postaci grane
wbrew sobie, chamskie i brutalne, zbuntowane i wyzbyte skrupułów, zdolne do
każdej podłości w imię spotykającej ich niesprawiedliwości. Przykładem tego
był jego Marcin w Ostatnim odcinku drogi Ireneusza Iredyńskiego w reż. Jana
Biczyckiego w 1962 roku, zrealizowany jeszcze w Teatrze Śląskim. O tej roli
Bolesław Surówka w recenzji zatytułowanej Problem dla milicji, ale nie dla
sceny, pisał: „ostatni cham”, „młody byczek”, „bity w dzieciństwie człowiek”
itp. Podkreślmy zatem, że próby docierania Krawczyka do prawdy o człowieku
od razu rozpięte zostały na biegunach gatunkowych dramaturgii, zarówno
klasycznej, jak i współczesnej.
Po pierwszych dziesięciu sezonach katowickich, kiedy to dały się zauważyć
naturalne predyspozycje Krawczyka do kreowania postaci czarujących, ale i
równocześnie złożonych, było jasne, że oto pojawił się aktor rodzimego
śląskiego chowu, uzdolniony i predysponowany do najtrudniejszych ról
scenicznych. Uczynny, zawsze uśmiechnięty, posiadający wrodzoną umiejętność
nawiązywania bardzo dobrych kontaktów z widownią, a także kolegami aktorami
i reżyserami, m.in. Gustawem Holoubkiem, Romanem Zawistowskim, Zbigniewem
Sawanem, Józefem Wyszomirskim, Jerzym Jarockim czy Janem Biczyckim, zdołał
wypracować sobie pozycję jednego z najpopularniejszych aktorów katowickich
najmłodszego pokolenia.
Swoje postaci od początku obdarzał optymizmem, pogodą ducha i humorem,
wzbogacając je niejednokrotnie wbrew ich literackiemu przesłaniu, w
dodatkowe pozytywne cechy charakteru. Stałym wyróżnikiem jego postaci była i
jest bowiem chęć poszukiwania dobra w drugim człowieku, nawet w kreowanych
od czasu do czasu czarnych charakterach. W miarę jak nawarstwiały się jego
doświadczenie życiowe i pogłębiała wiedza o człowieku, jego warsztat
podlegał również ewolucji. Zaczęły powstawać postaci neurasteniczne,
rozdwojone wewnętrznie. Takimi byli m.in. spokojny i zapatrzony w mistrza
mnich Grigorij, a równocześnie przebiegły i sarkastyczny carewicz Dymitr
Samozwaniec w prapremierze Borysa Godunowa Aleksandra Puszkina w reżyserii
Józefa Wyszomirskiego na scenie Teatru Zagłębia w Sosnowcu, gdzie w sezonie
1962/63 zagrał jeszcze Poetę w Weselu Stanisława Wyspiańskiego, w reż.
Wacława Nowakowskiego. O tej ostatniej pisano, że aktor „zanurzony w
rzeczywistości, łaknął z niebywałą siłą metafizyki“.
Wachlarz ról Krawczyka sprawiał, że od początku był przyjmowany jako aktor
wielostronny. Dlatego też jego kunszt artystyczny trudno dziś zdefiniować za
pomocą jednej formuły. Swoje niekłamane sukcesy odnosił zarówno w sztukach
współczesnych, jak i klasycznych. W repertuarze komediowym i dramatycznym.
Grał z równym powodzeniem postaci bohaterów Aleksandra Fredy, co i Pierre’a
de Beaumarchaise, Carlo Gozziego i Lopego de Vega, a także Witolda
Gombrowicza i Sławomira Mrożka. Przy tej okazji można jednak pokusić się o
tezę, że w komediach Krawczyk jak nikt inny uosabiał odmianę postaci
śląskiego Figara, postaci pełnej lekkości, wyrafinowanego humoru i wdzięku,
postaci obdarzonej ludową mądrością i sprytem, a jeśli potrzeba to i
skutecznie realizującej swoje buntownicze zamiary.
Takiego bowiem Figara stworzył w 1968 roku w Weselu Figara Pierre’a de
Beaumarchaise, w reż. Mieczysława Daszewskiego na scenie katowickiej, na
której po raz wtóry występował w latach 1965-1972. O jego roli Figara
pisano, że był „łobuzerski” i „nicponiowaty”, natomiast Irena Sławińska
popadła wręcz w patos, pisząc że w grze jego wyczuwało się „filozoficzny
|
|
|
Bernard Krawczyk
– 55 lat na scenie
|

W „Na dnie” Maksyma Gorkiego. Teatr Zagłębia w
Sosnowcu.
Śląski
Figaro

Jako Kreon w Antygonie Jeana Anouilha
wydźwięk ponadczasowej mądrości ludowej”. Nieskory do przesady Bolesław
Surówka akcentował z dystansem, że jego Figaro był nie tylko wesoły „pełen
ruchliwości i energii”, ale również bohaterem, „który potrafi dać sobie radę
w każdej sytuacji”. W opinii recenzenta była to postać „buntująca się
przeciw samowoli możnowładczej i tłumiąca w sobie ten bunt, ale tylko do
czasu”. W konsekwencji rolą tą aktor utrwalił ostatecznie swoje emploi.
Wśród ról, jakie kreował w tym czasie w Teatrze Śląskim w latach 1965-1972,
warto przypomnieć jeszcze Bohatera w Kartotece Tadeusza Różewicza z 1965
roku, Żadowa w Intratnej posadzie Aleksandra Ostrowskiego z 1966 roku,
Zbigniewa w Mazepie Juliusza Słowackiego z 1967 roku oraz zabawnego Alojzego
Bąbla w Niezwykłej przygodzie Pana Kleksa Jana Brzechwy z 1967 roku.
Ponownie w Sosnowcu
W 1972 roku po nieporozumieniach z Ignacym Gogolewskim odszedł z Teatru
Śląskiego i zaangażował się ponownie do Teatru Zagłębia. Pozostał w nim do
1982 roku. Czterdziestoletni wówczas Krawczyk swoje postaci w dalszym ciągu
rozwijał, nadając im nie tylko swój porządek estetyczny, ale i sporo
własnych cech osobowych. Nie poddawał się pokusie łatwości, nieprzemyślanej
sugestii reżysera, wynikającej z nie dość wnikliwej analizy tekstu, lecz
poszukiwał takich rozwiązań i motywacji, które najpełniej wyrażałyby jego
osobisty stosunek do kreowanej roli i to niezależnie od jej rodowodu
gatunkowego. Przyznać należy, że temperament gnał go od początku w sytuacje
komiczne, zabarwione delikatnym odcieniem klownady. Takim był z jednej
strony jego romantyczny w swym rodowodzie Grabiec w Balladynie Słowackiego,
w reż. Antoniego Słocińskiego w lutym 1974 roku, a z drugiej strony zrodzony
z poczucia absurdalnego humoru Naczelnik Policji w grotesce Sławomira Mrożka
Policja, w reż. Andrzeja Witkowskiego z 1976 roku.
Ale równocześnie obok tych komediowych ról, w jego dorobku z tego czasu są
bohaterowie głęboko tragiczni, z pogranicza normalności i patologii, i to
zarówno w repertuarze klasycznym, jak i współczesnym. W 1972 roku na scenie
Teatru Zagłębia, jedną z pierwszych jego postaci był Porucznik w Trzech
siostrach Antoniego Czechowa, w reż. Zbigniewa Bogdańskiego, a w rok później
świadomy swojego upadku alkoholik Alf w Lękach porannych Stanisława
Grochowiaka, w reż. A. Słocińskiego w marcu 1973 roku. O poruczniku pisano:
„tragiczny idealista”, a o Alfie: „wzruszający”, „szczery”, „odrażający”,
„prawdziwy”, a równocześnie podkreślano, że postać ukazana została
„oszczędnymi środkami aktorskimi z wielkim taktem i kulturą”. Chwalił nawet
Surówka, pisząc: „Oddał wszystkie stany psychiczne i fizyczne staczającego
się w dół, choć próbującego szukać beznadziejnie ratunku, alkoholika”. Dla
czterdziestoparoletniego aktora był to czas, w którym mógł grać niemal
wszystko. Swoje sukcesy w kreowaniu tragicznych postaci potwierdził
następnie rolą Bricka Pollitt w Kotce na rozpalonym blaszanym dachu
Tennessee Williamsa, w reż. Zbigniewa Bogdańskiego w styczniu 1977 roku,
następnie Satina w Na dnie Maksyma Gorkiego, w reż. Janusza Ostrowskiego w
kwietniu 1980 roku i w tym samym roku w tytułowej roli Henryka IV Luigi
Pirandella, w reż. Jana Klemensa.
Mimo trudnych warunków panujących w Teatrze Zagłębia, wynikających z jego
terenowego charakteru i prowadzonej działalności objazdowej, lata 1972-1982
to dla Krawczyka był dobry czas. Zagrał w dwunastu widowiskach. Okoliczności
zewnętrzne nie paraliżowały jego inwencji. Nawet w drugoplanowej roli
Ferdynanda w sztuce Jarosława Iwaszkiewicza Lato w Nohant, w reż. Józefa
Wyszomirskiego w 1976 roku, zdołał zwrócić na siebie uwagę „prawdziwą
perełką bardzo konsekwentnego i wzorcowego aktorstwa”, kiedy to naiwny,
rubaszny i prowincjonalny wesołek, odrzucony przez wybrankę, nagle na twarzy
odmalował całą prawdę o sobie. Przytaczany tylekroć Surówka pisał: „Tę
przemianę z wesołka w rozbitka Krawczyk ukazał niezwykle wnikliwie i
przejmująco twarzą. Z tego epizodu bądź co bądź uczynił kreację aktorską”.
Dodajmy, że w roli tej ujawniła się charakterystyczna cecha jego aktorstwa:
plastyczna i czytelna twarz, na której z wrodzoną sobie łatwością,
odmalowywał niemal wszystkie stany ducha.
Powrót do „Śląskiego”
Kiedy w 1982 roku ponownie znalazł się w zespole Teatru Śląskiego, miał już
51 lat. W tym wieku zasadnicze dotychczas dylematy dotyczące tego co
pokazywać, ustępują przede wszystkim pytaniu jak pokazywać. W trudnych
miesiącach stanu wojennego pytanie to miało dodatkowo szczególnie znaczenie
społeczne. W tej sytuacji, jedną z pierwszych ról Krawczyka po powrocie do
Katowic, była wbrew tradycji teatralnej dynamiczna i optymistyczna w swej
wymowie postać Estragona w Czekając na Godota Samuela Becketta, w reż.
Jerzego Zegalskiego w grudniu 1982 roku. Ruchliwy i z natury niespokojny,
nie mieścił się w zabarwionych relatywizmem zwolnionych ruchach i gestach
bohaterów Becketta. W odpowiedzi na istniejące realnie zapotrzebowanie
społeczne, Krawczyk zaproponował zgodnie ze swoją plebejską naturą, zmianę
utrwalonego tradycją tempa grania. Estragon, wbrew autorskim sugestiom,
niespodziewanie okazał się być w jego interpretacji postacią niosącą
nadzieję. W tym też kontekście oczekiwanie miało głęboki sens społeczny,
którego granice wyznaczała niezłomna wiara w to, że bohater z całą pewnością
doczeka się swojego Godota. Tym samym w najtrudniejszym momencie społecznym
w aktorstwie Krawczyka do głosu niespodziewanie doszła potrzeba artykulacji
postawy wiary w sens oczekiwania, wiary i nadziei w ludzką solidarność.
Amplituda bodźców, jakimi w latach 80. świat atakował psychikę aktora,
sprawiała, że artysta bronił się przed deklaratywną publicystyką. Obsadzany
w widowiskach muzycznych, uciekał się do afirmacji życia. W czasach lęku
zdawał się nie porzucać myśli o ratunku i nadziei. Jego Fior w Operetce
Gombrowicza, w reż. Jerzego Zegalskiego we wrześniu 1983 roku, był
przykładem postaci uwikłanej w konwencję i formę muzyczną, postaci będącej
nośnikami absurdu i sprzeczności, źródłem efektów groteskowych. Z kolei jako
Stefan w Daczy Ireneusza Iredyńskiego, w reż. Bogdana Toszy w kwietniu 1984
roku, manifestował powszechne w owym czasie zwątpienie i znużenie
zaangażowanego kiedyś intelektualne czterdziestolatka. Jego zapał nie wygasł
jeszcze zupełnie, ale zwątpienie stopniowo skutecznie po latach oczekiwania
neutralizowało wiarę w sukces. W tej sytuacji niemal |
|
jak ostrzeżenie zdawało się pobrzmiewać przesłanie, że
pozostaje jedynie koniunkturalizm i zbudowana w ten sposób kariera.
I jeśliby ten etap jego życia artystycznego potraktować jako wyraz
panujących w społeczeństwie śląskim nastrojów, to uwagę zwraca zrealizowana
w lutym 1985 r. postać Henryka z Wyszedł z domu Tadeusza Różewicza, w reż.
Jana Maciejowskiego, w której wydobywał przede wszystkim głęboko ludzki
dramat człowieka powracającego do świata ludzi i rzeczy, które kiedyś
utracił. W dwa lata później w listopadzie 1987 roku w postaci Króla Ignacego
w Iwonie, księżniczce Burgunda Gombrowicza, w reż. Józefa Czerneckiego,
manifestował przede wszystkim swoje znudzenie pompą i rytuałem życia
dworskiego. Natomiast na koniec epoki Polski Ludowej do swojego dorobku
scenicznego dorzucił postać tragiczną, wręcz brutalną. Była to rola zżartego
przez beznadziejną egzystencję i alkoholizm Phila Hogana w sztuce Eugene
O’Neilla Księżyc świeci nieszczęśliwym, zrealizowana w lutym 1989 roku, o
której pisano, że aktor zdołał mimo prostackiego i ordynarnego charakteru
bohatera, ukazać jego rozpaczliwą walkę o osobiste szczęście córki.
W nową rzeczywistość społeczno-polityczną u progu lat 90. śląski Figaro
wkraczał z całym bagażem doświadczeń wszystkich pokoleń Polski Ludowej. Miał
wtedy już około sześćdziesięciu lat. Był w pełni twórczy, ale najlepsze lata
zdawał się mieć już za sobą. Rodząca się nowa Polska, otwierająca nieznane i
niedostępne dotychczas perspektywy, zdała się nieoczekiwanie ze zdwojoną
siłą aktywizować jego wysiłek twórczy. W styczniu 1991 roku po raz pierwszy
„Benio” na scenie katowickiej otrzymał szansę zagrania tragicznej postaci
osamotnionego, wegetującego w niemieckim domu starców Ślązaka, Wiktora
Grzesioka w Biografii kontrolowanej Stanisława Bieniasza, w reż. J.
Zegalskiego. Bezbronny i zagubiony, poszukujący swojego Heimatu bohater, z
przerażeniem bilansował swoje życie i z uczuciem beznadziejności oczekiwał
końca. Widownię intrygował nie tylko prostotą środków wyrazu i prawdą
psychologiczną postaci, ale i podjętym po raz pierwszy tematem
polsko-niemieckiej tradycji Śląska. Po raz pierwszy z taką siłą i
szczerością na scenie Teatru Śląskiego zaistniał problem znacznego odłamu
społeczeństwa śląskiego. Jednorodny dotychczas Figaro ukazał swoje drugie
dno.
W latach 80. i w pierwszej połowie lat 90. Krawczyk należał do ścisłej
czołówki zespołu katowickiego. W oparciu m.in. o jego predyspozycje
psychofizyczne budowany był repertuar sceny. Wykorzystywano łatwość
charakterystyki i naturalną żywiołowość aktora. Jego sceniczne postaci pełne
witalności i temperamentu nie reprezentowały jakiejś określonej tradycji,
wobec której buntowaliby się najmłodsi, lecz wyrastały przede wszystkim z
tradycji teatru literackiego, odwołującego się do talentu i umiejętności
aktorskich. Cechą charakterystyczną jego aktorstwa jest ponadto chęć
pokazania całego człowieka, ze wszystkim tym co w nim dobre i złe. W rolach
jego odnajdujemy cechy indywidualne, wyróżniające. Jest bowiem w jego
aktorstwie jakaś charakterystyczna miękkość gestów, którą osiąga momentami
lekko pochyloną i ściągnięta na bok głową, ostrożnym, jak gdyby z drugiego
planu zrodzonym krokiem scenicznym, nadającym jego postaciom znamiona
wrodzonej delikatności. Całość uzupełnia pozbawiona zazwyczaj
charakteryzacji plastyczna - niczym nie osłonięta twarz, lekko zachrypły
atłasowy głos, pozwalający z powodzeniem kreować postaci śpiewające w
widowiskach muzycznych i kabaretowych. I wreszcie cechą wyróżniającą jego
postaci sceniczne jest nie poddające się definicji – jego wewnętrzne ciepło,
dewaluowane zazwyczaj uśmiechem pobłażania w stosunku do własnej osoby.
Jest aktorem na wskroś śląskim. Sam powiada, że zawsze próbuje bronić swojej
scenicznej postaci, a także że lubi grać komedie, lubi się ośmieszać, ale
też uwielbia grać ludzi mocnych i pozytywnych, czystych w swoich intencjach.
Takimi m.in. byli: Gubernator w Ostatniej podróży Jonathana Swifta Grigorija
Gorina w 1985 roku i Kreon w Antygonie Jeana Anouilh’a z 1992 roku, za rolę
którego otrzymał Złotą Maskę, jedną z czterech, jakimi go nagrodzono.
Wyróżniono go też dwukrotnie Srebrną Maską.
Aktor doceniony i „odrębny”
Śląski Figaro jest aktorem docenianym i niepodobnym do nikogo, odrębnym.
Jest osobowością wierną swojej tradycji i obranej drodze artystycznej.
Aktorem, który w swoich postaciach scenicznych ukazał nam najcenniejsze
elementy śląskiej kultury plebejskiej. Z jednej strony wyróżnia je optymizm,
pogoda ducha i humor, a z drugiej wśród jego bohaterów odnajdujemy postaci
tragiczne, poszukujące równowagi emocjonalnej, nigdy nie poddające się złu i
niesprawiedliwości, podejmujące walkę nawet w obliczu nieuchronnej klęski.
Towarzyszy im z reguły głębokie przekonanie o słuszności obranej drogi i
wiara w możliwość zwycięstwa, mimo niejednokrotnie niesprzyjających
okoliczności. Genezy postawy życiowej jego bohaterów scenicznych poszukiwać
należy nie tylko w predyspozycjach psychofizycznych Krawczyka, lecz także w
historii, tradycji i obyczajowości mieszkańców tej ziemi, a zwłaszcza w
obowiązującej tu filozofii życia. Z tych doświadczeń zrodzony był także
wspomniany Wiktor Grzesiok, a także siedem tragicznych postaci śląskich,
ofiar pseudonaukowych eksperymentów medycznych nazistów, we wstrząsającym
monodramie Przesłuchanie wg Józefa Musioła w reż. Kazimierza Kutza, z muzyką
Michała Banasika. Śląski Figaro po latach wojny i czasach PRL-u w nowy etap
swojego życia wkraczał mocno okaleczony.
Długa lista jego kreacji aktorskich z ostatnich kilkunastu lat obejmuje
m.in. tytułową postać Króla Leara w dramacie Williama Shakespeare’a (1995),
a także postaci Rejenta Milczka w Zemście (1991) i Majora w Damach i
huzarach Fredry (1995). Jest bez wątpienia współcześnie najbardziej
popularnym i szanowanym aktorem śląskich scen zarówno dramatycznych, jak i
muzycznych. W Gliwickim Teatrze Muzycznym występuje w popisowej roli
broadwayowskiego reżysera Juliana Marsha w 42 ulicy Harry’ego Warrena oraz
Barona von Rohnsdorfa w Księżniczce Czardasza Emericha Kalmana. Na scenie
Teatru Rozrywki w Chorzowie kreował postać starego Ślązaka Piotra Pakuli w
Odjeździe Freda Apke. Akcentuje tam na zmianę, z grającym tę rolę Wincentym
Grabarczykiem, przede wszystkim polsko-niemieckie różnice kulturowe i
obyczajowe, które nie pomagają w porozumieniu, zwłaszcza gdy do głosu
dochodzą tłumione pretensje i niespełnione ambicje obu społeczności.
W ostatnich latach w Teatrze Śląskim mogliśmy go oglądać w Manekinie czyli
kochanku Hitlera Stanisława Dejczera, w Mein Kampf George Taboriego oraz w
Krzesłach Eugene Ioneski. Występuje także w Teatrze Nowym w Zabrzu, gdzie w
marcu br. odbyła się premiera Krawca Sławomira Mrożka z udziałem Krawczyka w
potrójnej roli Klienta Ekscelencji, Klienta Czeladnika i Klienta Mnicha.
W swoim aktorstwie do dziś ten przysłowiowy sędziwy już śląski Figaro
zachował w sobie coś z dziecka, kilkunastoletniego pogodnego łobuziaka,
którego najbardziej bawią niezbyt złośliwe wybryki i figle. Równocześnie na
przekór losowi zachowuje żywość umysłu i znakomitą kondycję fizyczną. Jest
krzepki i gibki, a na scenie bywa w równym stopniu tkliwy, co i groźny.
Potrafi ze swobodą tworzyć postaci pełne ogłady, co i kawaleryjskiej
fantazji. Nic nie utracił ze swojej żywotności
Jest przede wszystkim człowiekiem teatru, ale osobny rozdział w jego dorobku
artystycznym stanowią postaci w widowiskach telewizyjnych i filmowych, w tym
przede wszystkim w filmach Kazimierza Kutza, z których Sól ziemi czarnej i
Perła w koronie zdają się należeć do jego najwybitniejszych osiągnięć. W
filmach Krawczyk ujawnił nie tylko walory gwary śląskiej i swojej
plebejskiej kultury, ale przede wszystkim wyrastający z doświadczeń wielu
pokoleń Ślązaków etos pracy, filozofię trwania, uporu i niezłomną wiarę w
wyznawane racje. Był także swego czasu jednym z głównych bohaterów
popularnej telewizyjnej telenoweli Sobota w Bytkowie. Ma więc po 55. latach
pracy na scenach Śląska i Zagłębia, nie tylko w historii teatru swoją
liczącą się kartę. |