Kiedy w styczniu 2001 roku zobaczyłem po raz pierwszy jego obrazy na wystawie w Domu Kultury Batory w Chorzowie, urzekły mnie one swoim kolorytem i niebanalnym pokazaniem tematu. Obojętnie co to było – pejzaż, chata stojąca na skraju wsi czy fragment zabudowań - obraz przyciągał nasze spojrzenie i zmuszał do popatrzenia na niego dłużej. Nieczęsto tak się zdarza. W przypadku obrazów Jurka Pitery tak właśnie było.
Dlatego ogromnie ucieszyłem się, kiedy Teatr Śląski w czerwcu zorganizował w swoim foyer wystawę jego prac. Nosiła ona znamienny tytuł: Pozostało, bo Jurka już na wernisażu zabrakło. Odszedł 17 stycznia 2007 roku.
Pozostawił po sobie obrazy, grafiki, fotografie. Ale także tomiki wierszy i zbiory opowiadań.
– Pamiętam ten mroźny styczniowy dzień – wspomina jego szkolny kolega Józef Lubański – kiedy stałem przed kościołem Mariackim otoczony tłumem młodzieży. Kiedy weszliśmy do kościoła, już nie było dla nas miejsca. Kościół był cały zapełniony. Szczególnie dużo było młodzieży.
Ryszard Zaorski, który nie opuszcza żadnego pogrzebu, zrobił mi kawałek miejsca w ławce, w której siedział.
Ksiądz przybliżył wszystkim jego postać. Jurek lubił też dyskutować z proboszczem po mszy, zadając mu trudne pytania, między innymi pytał: „Dlaczego dobrzy ludzie szybciej umierają, a dranie i łobuzy żyją długo?...” Ksiądz powiedział, że chyba teraz tego dowie się tam, gdzie właśnie trafił. Dziękował też młodzieży, że opiekowała się nim do końca jego ciężkiej choroby. Leży na cmentarzu przy ulicy Francuskiej.
– To prawda – ksiądz Andrzej Suchoń, proboszcz kościoła Mariackiego, pamięta doskonale Jerzego Piterę. Nie powodziło mu się najlepiej, ale nie robił z tego problemu. Był pogodzony z życiem i taki pogodny. Ciągle uśmiechnięty. Często robił w kościele szopki na Boże Narodzenie, a ostatnią jego pracą dla nas była scenografia do imprezy plenerowej o księdzu Emilu Szramku. To był dobry i uczynny człowiek.
Przez wiele lat związany był z Telewizją Katowice, dla której projektował scenografie do spektakli i widowisk rozrywkowych.
– Pod koniec lat siedemdziesiątych pracowałem w telewizji i tam go poznałem – Janusz Wegiera właśnie odszedł na emeryturę z Polskiego Radia Katowice. – Spotykałem Jurka na korytarzu, bo czasami zdarzały się sytuacje, kiedy trzeba było przygotować scenografię. Co prawda już niewiele tych programów rozrywkowych było, które by


 


Marek Mierzwiak
 

 Przypomnienie Jerzego Pitery

 wymagały scenografii. Jurek był człowiekiem skromnym i nie umiał walczyć o swoje. Był bardzo pokorny wobec wszystkich, którzy go spotykali, a jednocześnie czekał i na uśmiech, i na propozycje współpracy.
– Wspólnie przygotowywaliśmy program dość znamienny dla Telewizji Katowice. Ernest Bryll wraz z Małgorzatą Goraj, obecną żoną poety, właśnie wrócili z Irlandii i przetłumaczyli razem poezję staroirlandzką. Te wiersze miał śpiewać zespół 2+1, a scenografię zaproponowaliśmy Jurkowi. I on postawił kilka ośnieżonych, jakby chorych, drzewek. Nie wyobrażaliśmy sobie takiej scenografii. Kiedy włączono jednak światła, ta scenografia nabrała innego wymiaru. Ożyła i nas zauroczyła. Ernest Bryll był zachwycony, a zespół 2+1 znakomicie czuł się w tej scenerii i wszyscy podziwiali jego pracę.
Nie powiem, że ode mnie zależało, aby on dostał tę akurat pracę, ale później ile razy Jurek mnie spotykał, to mówił, że bardzo mi dziękuje, że wstawiłem się za nim i mógł to stworzyć.
– Bardzo często spotykaliśmy się gdzieś na ulicy, opowiadał mi o swoim pisaniu. Był bardzo skromny, ale zawsze uśmiechnięty i życzliwy ludziom. Miło się z nim rozmawiało i chciało się z nim jak najdłużej przebywać. Zdarza się tak w życiu, że nieraz znamy kogoś i przechodzimy na drugą stronę ulicy, bo nie chcemy z nim rozmawiać. Nie ma o czym. A jak spotykało się Jurka, to było cudownie. Chciało się z nim gadać o wszystkim. Był człowiekiem, jak to mówią, do rany przyłóż.
Jerzy Pitera współpracował też jako scenograf z Teatrem Zagłębia w Sosnowcu i Teatrem im. Solskiego w Tarnowie. Pisał scenariusze do programów publicystycznych, w tym programu „Magazyn Młodych”, w którym prezentował „galerię prac plastyków amatorów”. Oprócz pasji

malarskiej i graficznej był zapalonym wędkarzem i nawet prowadził program wędkarski w TVP Katowice. Przez wiele lat uczył plastyki w VIII LO im. Marii Curie-Skłodowskiej w Katowicach. Był wykładowcą w Studium Aktorskim przy Teatrze Śląskim im. St. Wyspiańskiego w Katowicach oraz na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego.
– Szalenie spokojny człowiek – Beata Kasztelaniec, reżyser radiowy, pamięta go doskonale – zawsze pogodny, zawsze chętnie rozmawiający ze swoimi studentami. Pamiętam, jak kiedyś mówiliśmy o ostatnio przeczytanych lekturach i on powiedział, że kiedy czyta, nigdy nie pali, bo to go dekoncentruje. Musi być skupiony maksymalnie na słowie.
Może dlatego sam pisał. I to nieźle. Był laureatem Ogólnopolskiego Konkursu na opowiadanie o tematyce piłkarskiej Piłka w Wisłoku, wydał zbiór opowiadań Wędka i Ekran oraz Kapelusz Myśliwski, a także zbiory wierszy W Kręgu Lampy i Poza Nim i Strugi Przestrzeni.
Jerzy Pitera urodził się w Hajdukach Wielkich w 1933 roku. Tak wówczas mówiono o dzisiejszym Chorzowie Batorym. Ale jego miłością był Strzyżów nad Wisłokiem w województwie podkarpackim. Tam mieszkał i tworzył. Te urokliwe miejsca znajdują odbicie w jego poezji i na jego płótnach. Jego ulubionymi technikami malarskimi były akwarela oraz linoryt.
„Strzyżów jest świętem ruchomym – tłumaczył artysta, każda pora roku jest wspaniałym pretekstem i kuszącą zachętą do odwiedzin tego miasta”.
Ostatni raz do Strzyżowa przyjechał na Święta Bożego Narodzenia, był taki szczęśliwy i pełen zapału do dalszej pracy, jak twierdził: „mam dużo do zrobienia, a wiosna za pasem”.

Nie zdążył, ale pozostawił po sobie opisy tego urokliwego miasteczka i obrazy, na których widać wieżę kościelną, most prowadzący do Godowej, zakątki Wisłoka. Uwielbiał malować wschody i zachody słońca, zachwycał się strzyżowską przyrodą. To wszystko widać na jego obrazach. Patrząc na pola czuje się czasami ich zapach, oglądając domy i kamieniczki, które urzekają swoim kolorem, myślimy jak cudownie byłoby w takim domku zamieszkać, podziwiając jego pejzaże jesteśmy pod urokiem i artysty i świata, który on stworzył.
Malował dobrze, bo jego mistrzem był profesor Piotr Potworowski w Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Uczeń nie przerósł mistrza, ale pomny jego wskazówek szedł sam po trudnej drodze sztuki, pokazując swój świat i swoje widzenie rzeczywistości. Kolorowej i radosnej

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA