Historia niezwykła, na granicy tego, co możliwe i niemożliwe,
a jednak rzeczywista. Niewidoma kobieta, Jadwiga Stańczakowa, przepisuje na
maszynie z klawiaturą brailowską teksty nagrane przez Mirona
Białoszewskiego, człowieka widzącego. Zdumiewać może to, że dla autora
„Obrotów rzeczy” jest to sytuacja całkowicie naturalna, co wcale nie znaczy,
że był oderwany od rzeczywistości, albo, jeszcze gorzej, że był egoistą,
egocentrykiem. I równocześnie znaczy to akurat to, że był, bo był oderwany
od rzeczywistości, a także że był egocentrykiem i egoistą.
Miron Białoszewski był kimś więcej: to on był rzeczywistością, pełną
niespodzianek, olśnień, zachwytów, pragnień, głodów i cierpienia. Natomiast
tak zwana rzeczywistość, która go otaczała, to były rytuały, rutynowe gesty,
utarte frazesy. Że była to rzeczywistość, a ściślej nierzeczywistość
peerelowska, socjalkomunistyczna, nie miało to większego znaczenia. W każdej
innej, w sensie politycznym, czułby się tak samo obco, równie nie u siebie,
także zamalowałby szyby czarną farbą, spałby w dzień, pracował i „wychodził
na miasto” późnym wieczorem, a najchętniej głęboką nocą.
Gdyby szukać kogoś, kto mniej nadawałby się na bohatera, czyli główną,
centralną postać filmu fabularnego, wybór Mirona Białoszewskiego byłby
doskonale trafiony. Andrzej Barański jest jedynym polskim twórcą (a niewielu
ich na świecie), który o kimś takim potrafi zrobić film fascynujący, ale też
najzwyczajniej ciekawy, z fabułą, którą śledzimy z narastającą uwagą, choć
właściwie nie ma tu fabuły. Są jej błyski, za to o potężnej intensywności.
Pytanie: czy jest konieczne, aby ewentualny widz wiedział kim był/jest Miron
Bialoszewski? Odpowiadam: nie jest to konieczne. I dodaję: jest niemal pewne
w stu procentach, że ktoś taki po prostu nie wybierze się na ten film. Stąd
też owo pytanie jest zbędne. Można nie wiedzieć, że ów starszy pan o
semickich rysach, który w czasie jednego z cotygodniowych „wtorków” w
mieszkaniu poety, wypowiada się z niezachwianą pewnością siebie na temat
tego, co mu się podoba, co nie podoba w dziele Białoszewskiego – to papież
ówczesnej polskiej krytyki, Artur Sandauer. Ale kiedy się to wie, każde
słowo wypowiadane przez owego pana ma wartość podwójną. Albowiem nazajutrz
może się przełożyć – i w rzeczywistości przekładało się! – na opinię, osąd,
wyrok podany do powszechnej |
|
Parę osób,
mały czas
wiadomości
w stołecznym, lub krakowskim tygodniku literackim czytanym przez całą
ówczesną polską inteligencję. Można nie wiedzieć, że obecny w filmie syn
niewidomej bohaterki – to Tadeusz Sobolewski, wybitny polski krytyk filmowy.
A Lech Emfazy Stefański, poddający niewidoma Jadwigę testowi
termoterapeutycznemu, to jeden z trojga, czworga aktorów Teatru na
Tarczyńskiej, tego teatru, o którym obecna w filmie (epizodycznie) Gracja
(Węgierka Gracja Kerényi) napisała pracą doktorską, wydaną po polsku. Można
nie wiedzieć, kim był Adolf Rudnicki, ale gdy się to wie, inaczej się
przyjmuje informację, że mieszkał on przedtem w tym mieszkaniu, a pisał
zwykle w owej malutkiej kuchence...
Jest Mężczyzna i jest Kobieta. Kobieta już przecież niemłoda, mężczyzna
wyraźnie nie zainteresowany jej kobiecością. Mężczyzna z bólem przywołuje
innego mężczyznę, który go porzucił, zerwał z nim, odszedł od niego?
Charakter tego związku nie będzie przed widzem odsłonięty. Homoseksualizm
Białoszewskiego pozostaje poza filmem. Jeśli ktoś jest wtajemniczony, może
sam sobie coś dopowiedzieć, albo nie. W każdym razie ten rodzaj więzi, jaka
bezspornie łączy Mirona i Jadwigę, jest czymś więcej niż przyjaźnią. Nie
wydaje mi się, aby Białoszewski ze swoim gigantycznym egocentryzmem był
dobrym materiałem na przyjaciela. Między nimi istnieje uczucie bliższe
miłości niż przyjaźni. Miłości pozaseksualnej, to oczywiste, lecz nie
pozbawionej pierwiastka erotycznego. Jadwiga jest niewidoma, nie zna rysów
Mirona, ale odbiera go intensywniej niż wszyscy pozostali; chce, żeby był
czysty, żeby pachniał, żeby się dobrze prezentował; innymi słowy Miron jest
dla niej nie tylko wielkim pisarzem; czuje to sama, a upewnia ją w tym
przekonaniu autorytet Kazimierza Wyki, na który się w filmie powołuje.
Jadwiga w pewnym sensie – żeby zachować największą ostrożność – kocha
Mirona. I o tej miłości niełatwej do zdefiniowania (jeśli w ogóle można
zdefiniować miłość) jest film „Parę osób, mały czas”. |
|
Oryginalność tego filmu polega także na tym, że Mirona
Białoszewskiego oglądamy niewidzącymi oczyma Jadwigi Stańczakowej! Także
jego otoczenie, miasto, niebo, drzewa, świat. Także jego wiersze. I jest
tak, że kiedy ona mówi – wchodząc w spór ze swym synem, niewątpliwym znawcą
literatury, sztuki – że „Zawał” jest wybitną książką, jesteśmy skłonni
uwierzyć jej. Taką bowiem rangę nadał twórca Jadwidze i Mironowi,
wyposażając ich oboje, a już na pewno Białoszewskiego w boską nieomylność.
Nie mamy wątpliwości, że Miron jest kimś najgłębiej wtajemniczonym w arkana
poezji, słowa, języka. Nie tylko to, że jest wielki, bo jest, i kiedy
Miłosz, już po Noblu przyjechał do Warszawy, pragnął spotkać się tylko z
jednym (nie licząc dwóch żagarysów) poetą, właśnie Mironem Białoszewskim,
jakby sam na sam chciał oddać mu pokłon w mieszkaniu poety. Miron mówi
Jadwidze, że wiersze, które zaczęła pisać są złe, i ja przynajmniej wierzę
mu, jestem pewien, że mówi to z głębi swojego znawstwa. A kiedy drze papier
ze złymi wierszami, efekt jest taki, jakby darł na strzępy duszę Jadwigi. A
mimo to, wierzę jemu.
Na tej samej zasadzie, w pięknej scenie końcowej z bliską, przeczutą
przezeń, przepowiedzianą z dokładnością do jednego roku śmiercią w tle,
zapytany przez Jadwigę, czy TAM coś jest, odpowiada przeciągłym „Eeee, to
jest podejrzane”. I dodaje: „Jest tylko ciemność” – jestem skłonny uwierzyć
właśnie jemu, tak jak wierzę mu, gdy wydaje sąd o wierszu. I w tej materii
ufam jego znawstwu.
Ufam także Jadwidze, która po miażdżącej krytyce Mistrza, z sercem przebitym
jego szyderstwem, odpowiada hardo: „Mam cię w dupie. I tak będę pisała!”
Film dla wtajemniczonych? A który z prawdziwie poważnych filmów, nie jest
dla wtajemniczonych? Wtajemniczonych w nieusuwalny ból istnienia. W piekło
dzieciństwa. W grozę snu. W wielopostaciowość prawdy. Z takich filmów
emanuje szacunek dla inteligencji widza, dla jego kultury duchowej.
Jest to „mały-wielki” film. Mały, czyli skromny jako produkcja, ale
arcydzielny jako twór artystyczny. Z wielką kreacją Krystyny Jandy,
nagrodzoną w Gdyni. Z równie wielką kreacją Andrzeja Hudziaka, nagrodzoną w
Karlovych Varach. Z doskonałymi zdjęciami Jacka Petryckiego.
Tak zwana branża nie może przyznać, że jest to film wielki, a jest, ponieważ
nie może powiedzieć na głos, że to, co ona produkuje z takim zapałem i
nakładem kosztów, to to najwyżej byle co. |