– Śląsk, w opinii reszty Polski, to wielki przemysł,
kopalnie, huty, skażenie środowiska. Tymczasem niedawno usłyszałam
arcyinteresujące zdanie afgańskiego lekarza, osiadłego w Katowicach: na
Dalekim Wschodzie funkcjonuje legenda, że tam, gdzie jest barok, tam jest
Europa. Dlatego wybrał Śląsk na miejsce osiedlenia. Zatem w „szerokim
świecie” nasz region jest postrzegany zupełnie inaczej!
– Muszę powiedzieć, na podstawie kontaktów biznesowych, handlowych, że także
spotkałem się z różnymi, ciekawymi opiniami: Niemcy dostrzegają
reminiscencje niegdysiejszej tu bytności, i to, co było u nich jeszcze
kilkadziesiąt lat temu. Z zainteresowaniem przyglądają się etapom
rekultywacji, restrukturyzacji, wyrażając nadzieję, że to wszystko
zafunkcjonuje, jak na przykład w Zagłębiu Ruhry. Opinia Włocha również była
ciekawa – nie znając wcześniej Śląska i jego problemów, podkreślał
różnorodność terenu – widząc i przemysł i typowe dla środkowej Polski
obszary rolne, z zainteresowaniem postrzegał wielokulturowość regionu:
różnice pomiędzy charakterem Zagłębia i Górnego Śląska, i różnorodność
Śląska – od Podbeskidzia po Częstochowę. A dla mnie? No cóż, stereotypy
mocno nam ciążą... ale z radością widzę, że spora grupa entuzjastów robi
wiele, żeby pokazać Śląsk jako miejsce ciekawe. Mają problem organizacje
turystyczne: nasz region – wielokulturowy, różnorodny, barwny, jest
jednocześnie trudny do zdefiniowania! Ba, trudno coś wyodrębnić, jako
reprezentacyjną pamiątkę turystyczną! Trudno jednoznacznie opisać naszą
ziemię. Ja, kierując fabryką porcelany, zawsze podkreślam, że to właśnie
takie jak nasza porcelana – „inne” przemysły, będą decydowały o przyszłości
Śląska.
– Właśnie Porcelana Śląska przełamuje wszelkie „śląskie” stereotypy! Proszę
przybliżyć jej historię – skąd w Katowicach fabryka porcelany?
– Istniejemy już ponad 80 lat. Datę powstania określa się różnie – 1924,
1925 rok, w zależności od tego, co historycy uznają za początek. Nasza
fabryka powstała na bazie przemysłu wywodzącego się z Dolnego Śląska.
„Przeszczepu” dokonała rodzina Giesche – oni to, dążąc do uniwersalizacji
swojej działalności, tworzyli, oprócz imperium przemysłowego na Górnym
Śląsku - w jego części polskiej a także niemieckiej, „udzielne księstwo” –
przykładem dzielnica Katowic Giszowiec, która jest dla mnie realizacją
dziecięcych marzeń o zamkach z piasku! Jest to przecież próba stworzenia nie
tylko modelowego robotniczego osiedla, ale jakiejś warowni, symbolu
władzy... Giesche stworzył także fabrykę porcelany, zatrudniając
specjalistów, którzy dotąd pracowali w mniejszych zakładach, bo przecież na
terenie Śląska takowe istniały. Zaczęto produkować porcelanę, generalnie w
kilku gatunkach – ekskluzywne produkty (co było dość drogie, choćby ze
względu na dość prymitywną wtedy technologię) a więc zastawy, w ilości
kilkuset sztuk wyrobów dla rodów arystokratycznych, przemysłowych, czy
bogatej finansjery. (Kupowali tę porcelanę na przykład Radziwiłłowie, którzy
sami byli przecież wcześniej współwłaścicielami fabryki porcelany!) Drugi
obszar produkcji, niestety, zaprzepaszczony po wojnie, to była olbrzymia
ilość galanterii, a więc figurek, wazonów, przedmiotów dekoracyjnych z
porcelany – ręcznie zdobionych, malowanych... Trzeci obszar, to była
produkcja „na własne potrzeby”. Otóż koncern Giesche zatrudniał olbrzymią
ilość ludzi, więc porcelanę gorszej jakości sprzedawano pracownikom na
dogodnych warunkach. Wiele wyrobów tu, na Śląsku, trafiało pod przysłowiowe
strzechy. W wielu domach można dziś jeszcze spotkać przedwojenną porcelanę
Gieschego. Porównajmy Śląsk z innymi regionami – w całej Polsce, w
robotniczych rodzinach porcelany w ogóle nie było! Porcelana więc była
symbolem nobilitacji – pracownicy Gieschego żyli na wyższym poziomie
kulturowym, niż pracownicy innych firm, nawet na Śląsku. Porcelana była
synonimem pewnego luksusu – a docierała do przeciętnego pracownika koncernu!
Fabryka, acz w mniejszej skali, pracowała całą wojnę. Stanęła dopiero w 1944
roku, ale tuż po wojnie wznowiono produkcję. Rzecz ciekawa, bodaj do 1953
roku funkcjonowała stara nazwa: Fabryka Porcelany Giesche. Potem nastąpiła
zmiana nazwy na „Bogucice”. Na początku lat pięćdziesiątych zrobiono rzecz
katastrofalną – na bocznicę kolejową, pod fabrykę, podstawiono węglarki i z
okien wyrzucano modele, fasony, rysunki techniczne, rysunki modelarskie...
zniszczono 85% infrastruktury intelektualnej fabryki, w postaci znakomitych
projektów, form, które można było odtworzyć i produkować jako historyczne
serie. Cała ta galanteria, w postaci rzeźb, została bezpowrotnie utracona. A
były to dzieła sztuki! Wszystko to, w ramach „czyszczenia fabryki”,
wywieziono na wysypisko śmieci, a wstawiono tutaj nowe fasony żeby „odciąć
się” od przeszłości. Przez wiele lat Giesche był na czarnej liście. W
Katowicach, przemianowanych w latach 1953 – 1956 na Stalinogród, rozpętała
się histeria antyśląska – Giesche był przedstawiany jako Niemiec. Jego
rodzinie próbowano przypisać działania na szkodę państwa polskiego,
zarzucając jej na przykład to, że Giesche nie zgodził się na zamknięcie
fabryki w czasie wojny. Stalinowski ciemnogród spowodował, więc to, że
dzisiaj mamy zaledwie około 150 pojedyńczych wyrobów, które udało się
uratować, zachować. Są to elementy zestawów albo części form jakiegoś
produktu. Całości, niestety, nie da się już odtworzyć. A proszę pamiętać, że
w okresie międzywojennym fabryka miała około 2400 wyrobów! Koleje losu
fabryki były zmienne – przekształcono ją w przedsiębiorstwo państwowe,
funkcjonujące samodzielnie, później stała się częścią zjednoczenia
ceramicznego. A że była to fabryka dość mała, dość słabo funkcjonowała na
rynku polskim, służąc głównie rynkom zagranicznym. Lata 70. i 80. to były
złote czasy fabryki – eksportowano wyroby ręcznie malowane. Poziom produktów
był znakomity. No a później relacje się zmieniły – na początku lat 90.
fabryka nie wytrzymała zderzenia z wolnorynkową ekonomią. Nie udało się
uratować fabryki, ogłoszono upadłość. Zawiązana spółka: Agencja Rozwoju
Przemysłu i Górnośląska Agencja Przekształceń Przedsiębiorstw kupiły
majątek, czyli to, co pozostało – część główną, produkcyjną fabryki, która
stała się częścią majątku spółki Porcelana Śląska. Po sześciu miesiącach, w
1995 roku, uruchomiono piec i wznowiono produkcję. Ponieważ nasza fabryka ma
bardzo uproszczony cykl przygotowywania masy, wyeliminowaliśmy kilka
elementów przygotowawczych, o ile chodzi o surowce – kupujemy je w dość
zaawansowanej formie – w postaci |
|

|
Z
Markiem PrzybyŁem
– prezesem Zarządu Fabryki
Porcelana Śląska sp. z o.o. rozmawia
StanisŁawa Warmbrand
|
Biały
śląski skarb
granulatu
lub gotowej masy, a po drugie, jeśli chodzi o fasony czy asortymenty,
uprościliśmy cały proces produkcji. Wyeliminowano to, co nie cieszyło się
„wzięciem” na rynku, bądź fasony, które produkowały inne fabryki. Rok 1998,
1999 – to był okres dużych inwestycji – zmiany charakteru produkcji,
technologii – z ręcznego, tzw. mokrego formowania wyrobów przeszliśmy w 70%
produkcji na prasowanie izostatyczne suchej masy. Drugi element zmian to
była wymiana starych, energochłonnych pieców do wypału dekoracji, na
nowoczesny piec. I to był element, który pozwolił w ogóle funkcjonować
fabryce.
– Rynek krajowy się zmienił. A eksport?
– Standardy jakościowe wyznaczały niemieckie fabryki. Musieliśmy więc,
przynajmniej parkiem maszynowym im dorównywać. No i jakością, różnorodnością
kształtów wyrobów. A to zależało od technologii. Bez tego nasz przemysł nie
mógł istnieć.
– Chińska porcelana. Dużo tego i pewnie będzie jeszcze więcej...
– Zalewająca rynki produkcja chińska w ogóle nie jest postrzegana w klasie
wyrobów high-tech, gdzie wymagane są bardzo nowoczesne technologie. Ale
jednocześnie głównie dzięki niskiej cenie wyroby chińskie mają coraz większy
udział ilościowy w rynku
– Przetrwaliście państwo w Katowicach. Nie było próby „ucieczki”?
– Z dokumentów i biznesplanu wczesnych lat dziewięćdziesiątych wynika, że
takie plany były. Analizowano infrastrukturę i zanieczyszczenie środowiska,
co ma wpływ na produkcję porcelany. Przymierzano się do stworzenia małej
fabryki poza Katowicami. Żyjemy, jak pani widzi, w otoczeniu zakładów
zajmujących się przeróbką metalu, co jest niebezpieczne dla utrzymania
czystości masy i parametrów jakościowych procesu technologicznego. Zresztą
sama atmosfera nie jest tu, na Śląsku, korzystna – pył, ciągłe jeszcze
zanieczyszczenie, wszystko to powoduje, że trzeba podwajać starania o
utrzymanie czystości procesu produkcji, żeby nie było „błędów” w wyrobach.
Biznesplan zakładał wiele zmian – najlepiej przygotowaną częścią był element
socjalny. Z satysfakcją mogę powiedzieć, że ponad 400 osób, i to wysokiej
klasy fachowców, wróciło do fabryki. Mało tego, udało się nam stworzyć w
skali województwa najtańsze miejsca pracy. W sytuacji, kiedy inne zakłady na
początku lat 90. upadały, zwalniano nawet 80% ich pracowników, nam udało się
odtworzyć załogę. W ostatnim okresie spółka musiała przeprowadzić wiele
zmian w produkcji, strategii marketingowej i asortymencie. Pogarszające się
warunki handlowe zmusiły nas do zmiany charakteru naszej działalności, co
niestety, wywołało również kilka spięć socjalnych.
– Jak wyglądał powrót na rynki?
– Na rynkach europejskich funkcjonowaliśmy od samego początku istnienia
spółki. Wejście do Unii budziło nadzieje, oczekiwaliśmy pozytywnego efektu.
Niestety, zbiegło się to ze zniesieniem zakazu importu do Unii z krajów
Dalekiego Wschodu. To zderzenie było dla naszej branży bardzo niekorzystne.
Ciekawe, zakupy w Chinach nie były spowodowane tylko tym, że ich produkty
były lepsze, czy tańsze, ale często irracjonalnym przeświadczeniem, że skoro
konkurencja kupuje w Chinach, to ja nie mogę być gorszy! Pojawiła się
chińska „masówka”. W tej sytuacji nie opłacało się kupować mniejszych ilości
w Polsce. Zaczęła się ostra walka. Nawet tu, w kraju, polskie fabryki
zaczęły między sobą konkurować. Jednocześnie wzrosły ceny energii
elektrycznej, gazu... Część fabryk „uciekała” w większą o 30-40% produkcję,
aby masą obniżyć koszt wyrobów, obniżyć zatrudnienie. Ale to błędne koło.
Żeby wyjść na swoje, i wytrzymać konkurencję Chińczyków czy Tajów, trzeba by
zwiększyć produkcję o 100%. My wybraliśmy swoją drogę – utrzymania
potencjału: i socjalnego i wykorzystania maksymalnej zdolności produkcyjnej.
Od połowy 2005 roku próbowaliśmy przekonać udziałowców, że na bazie tego, co
mamy, nie da się przeprowadzić „skoku”. Nasze marże były bardzo niskie, więc
trzeba by zainwestować kilkanaście milionów złotych. Zwiększenie mocy nie
gwarantowało sukcesu. Zmuszeni zostaliśmy do stopniowej redukcji
zatrudnienia, w konsekwencji również zdolności produkcyjnych. Postanowiliśmy
zostać na tych rynkach, które są dla nas najbardziej lukratywne i szukać
sposobów sprzedaży na rynku selektywnym, nie uciekając się do „masówki” –
typu kontenery porcelany dla dużych dystrybutorów, którzy obciążali cenę
swoimi marżami. Dla przykładu: my produkowaliśmy za złotówkę, a wyrób
trafiał do sklepu z ceną 6 złotych. W Niemczech osiągał cenę 4,50-5.00
złotych. Podobne praktyki stosowali Włosi. Zrezygnowaliśmy z wielu klientów,
bo kontrakty były nierentowne. Nastawiliśmy się na rynek krajowy, a 40-50%
sprzedajemy w eksporcie. Ostatnio popyt jest większy niż nasze możliwości
produkcyjne. Plan produkcyjny jest „zapełniony” zamówieniami czy projekcjami
sprzedaży. Jest dobrze. Niestety, inne polskie fabryki ciągle stoją przed
problemami.
– Zechce pan wymienić polskie fabryki porcelany...
– W tej chwili w Polsce funkcjonują trzy grupy fabryk; pierwsza to fabryki
które produkują powyżej 3.000.000 sztuk w skali miesiąca – „Lubiana” w
Kościerzynie koło Gdańska, specjalizuje się w hotelowej |
|
porcelanie (60%), „Karolina” w Jaworzynie Śląskiej – z
olbrzymimi tradycjami, 150 lat istnienia, były zakłady w Książu – niestety
są w stanie upadłości. Grupa średniaków – to fabryka porcelany „Krzysztof”
(była to na początku XX wieku fabryka Rosenthala), zakłady porcelany
Chodzież – też z ponad 150-letnimi tradycjami, i grupa „maluchów” – zakłady
Chodzieży „Stamark”, Ćmielów, „Porcelana Śląska”, Wałbrzych i Włocławek.
– Jaka skala produkcji?
– Rocznie około 40 tysięcy ton. Dla porównania – niemieckie fabryki
produkowały w najlepszym okresie 70 tys. ton, w tej chwili około 15 tys.
ton.
– A ile produkują Chińczycy?
– Łącznie około 850 tysięcy ton, a więc dwudziestokrotnie więcej niż Polska,
która jest największym producentem porcelany w Europie.
– Był pan w Chinach?
– Byłem w jednej z chińskich fabryk porcelany – zobaczyłem rzecz niebywałą:
cała fabryka, zajmująca 8 hektarów powierzchni, była otoczona murem z
ustawionych rzędem i przyklejanych do siebie kubków porcelanowych! Po prostu
ich produkcja była tak ogromna – 20 milionów i to wyłącznie kubków, że nie
sprzedawali produktów z błędami, tylko zatrudnili ludzi i zbudowali
oryginalny mur.
– Katowice mają takie swoje sklepy, których odwiedzanie nobilituje: po
okulary chodzi się do Błażejewskiego, prestiżowym zakładem fotograficznym
jest Holas, dobrze też choćby zajrzeć do Porcelany Śląskiej – firmowego
sklepu w stylowej kamienicy przy alei Korfantego. Gości wybitnych naszego
miasta zaprasza się do restauracji czy kawiarni hotelu „Monopol”. Wnętrza,
które poświadczają śląskość, nasze tradycje i bogactwo kulturowe, uzupełnia
urokliwa i śmiała w prostocie śląska porcelana. Proszę zdradzić – skąd
państwo biorą tak znakomitych projektantów?
– Odkąd przejęliśmy produkcję, jednym z głównych, strategicznych celów było
projektowanie rzeczy nieprzeciętnych. Przez wiele lat udawało nam się i
wciąż udaje wyprzedzać polskie fabryki o dobrych kilka kroków.
Wyprzedzaliśmy modę. Rynek nie nadążał za naszą kreacją. Impulsem byli nasi
przedstawiciele handlowi w Europie – oni byli odważni; stąd wszystkie
fasony, które proponowaliśmy, były kreatywne, były inne!
– Seria „Chopin” jest przebojem!
– Jest również „Impresja” – całkowicie nieregularna, asymetryczna. Może nie
byliśmy największym kreatorem na świecie – do tego trzeba jeszcze kilku
innych cech i możliwości finansowych, żeby taką kreatywność wspierać,
natomiast na pewno na rynku polskim wiele rzeczy wprowadziliśmy. I to, co
najbardziej kreatywne, wprowadzone na rynek kilkanaście lat temu, do dziś
cieszy się powodzeniem!
– Na co jest największy popyt? Na serwisy, czy pojedyncze egzemplarze?
– Klienci kupują serwisy, ale symptomatyczne jest to, że coraz więcej
porcelany sprzedaje się luzem – możliwość kupowania „po egzemplarzu”
sprawia, że przybywa nowych klientów. Nie bez znaczenia jest fakt, że nasze
sklepy są w czołówce tego typu salonów w Polsce. Uzupełniamy naszą ofertę
kolekcją sztućców, przygotowaną przez głównych polskich producentów.
– Ceny?
– W naszych salonach ceny są zróżnicowane i dostosowane do każdego segmentu
rynku. Proponujemy ceny dostępne dla każdego. Serwis obiadowy dla 12 osób
kosztuje od 400 złotych do 3.000. Każdy znajdzie coś dla siebie – filiżanki
w cenie od 5 złotych do 50 złotych, serwis do kawy na 12 osób od 80 złotych
do 500 czy 2.000 złotych za ręcznie zdobiony. Oczywiście wyrobów z
„najwyższej półki cenowej” nie sprzedaje się wiele, mamy świadomość, że
rynek polski nie jest zbyt bogaty, mamy również świadomość, że zderzamy się
w obecnym czasie z wielkimi markami, bo na pewnym poziomie zasobności już
się kupuje Rosenthala, Vileroy&Boch, Wedgwood, Noritake... No cóż, nasze
wyroby i ich postrzeganie w wysokim segmencie rynku nie są jeszcze tak
silne, ale argumentem jest polskość. Wie pani – może w obiegowej opinii nie
kupuję czegoś, co jest najlepszą marką na świecie, ale kupuję coś, co nie
ustępuje jakością, nie ustępuje wzornictwem, ale jest wyprodukowane w
Polsce. Made in Poland zaczyna być niebagatelnym elementem marketingowym. I
owo Made in Poland dokładamy w tej chwili do naszego stempla firmowego.
Pracownice naszego salonu firmowego zwracają uwagę, że klienci gotowi są
zapłacić wyższą cenę za polskie signum.
– Może warto, żeby spece od turystyki zakonotowali sobie, że znakiem
firmowym Śląska jest także wasza porcelana. Przecież to wy nas promujecie w
całym świecie – nazwą fabryki i pięknem produktów!
– Tak naprawdę rynkiem rządzi dystrybucja, a nie producent. Producentów,
którzy mają własne firmy dystrybucyjne, jest zaledwie kilku. My, chcąc
funkcjonować na rynku europejskim, w większości realizowaliśmy zlecenia z
markami, stemplami klientów: praktycznie, z całego eksportu polskiego, około
80% jest realizowane pod czyimiś markami... Niestety, nie jesteśmy jeszcze w
stanie się przebić. Pocieszające, że udaje nam się sprzedawać nasze wyroby
pod marką Pierre Cardin. Niestety, w sieci dystrybucyjnej naszego klienta.
Funkcjonujemy w niszowych segmentach na rynku europejskim. To jest dość
znaczące dla nas źródło dwóch rzeczy: know-how tego, co się w niszowych
segmentach sprzedaje – te same produkty próbujemy sprzedawać w Polsce, a
jednocześnie stanowi to źródło inspiracji twórczej dotyczącej sposobów
dystrybucji wyrobów, na przykład pakowania, co oni mogą nam nieodpłatnie
udostępnić. Mamy gotowe schematy marketingowe. A jednocześnie i nas
inspiruje to do tworzenia nowych, interesujących rzeczy. To buduje również
wysoką kulturę technologiczną. Niestety w Polsce nie mamy jeszcze
profesjonalnych zespołów projektowych, choć muszę przyznać, że wdrażane
projekty, fasony są zaliczane do najbardziej oryginalnych rozwiązań na skalę
światową.
– Bywacie „w świecie”, podpatrujecie...
– Jeździmy na międzynarodowe targi – do Frankfurtu, Mediolanu, do Francji...
nawet, jeśli nie wystawiamy, oglądamy, co inni pokazują. To też mobilizuje.
Ale i w Polsce nie brak inspiracji – mamy kolekcję muzyczną, przygotowujemy
portrety polskie, mamy kolekcję rustico, łączącą metal z porcelaną,
pracujemy nad kolekcją, która będzie łączyła szkło z porcelaną, razem z
Muzeum Narodowym w Krakowie przygotowujemy kolekcję nazwaną roboczo –
galeria.
– Dziękuję za rozmowę. |