UTHEMANN

W 1905 roku tajny radca górniczy Antoni Uthemann zaprasza na spotkanie braci Georga i Emila Zilmannów, architektów z Charlottenburga (dziś dzielnicy Berlina). Ma dla nich niezwykłą propozycję – aby poszukali starych chałup chłopskich na Górnym Śląsku i dokładnie przestudiowali ich proporcje: układ wnętrza, budulec.
Zillmannowie nie dziwią się jednak; Wyższa Szkoła Techniczna w Challottenburgu, którą ukończyli, jest otwarta na nowe prądy. A po rozmowie z Uthemannem już wiedzą, że jego pomysł to rewolucja. Przynajmniej w dziedzinie budownictwa dla pracowników.
Rozmowa trzech dżentelmenów może się odbywać w zarządzie koncernu w Katowicach – Zalenze przy jednym z tych ogromnych biurek lub stołów, przypominających mensy ołtarzowe. Lecz na pewno ma dalszy ciąg w terenie, podczas spaceru po lesie, na południowy wschód od Katowic. Uthemann ma dopiero 43 lata, Zillmannowie są młodsi, turystyka w modzie i wycieczka przez zieloną ziemię obiecaną byłaby dla wszystkich fraszką, gdyby nie fakt, że radca górniczy ma – jak sam określa – półtorej nogi. Nie wiemy w jaki sposób okulał, ale był ułomny już we wczesnej młodości, kiedy to postanowił zostać górnikiem i wybrał, jakby na przekór kalectwu, uciążliwą drogę kolejnych praktyk zawodowych w kopalniach węgla kamiennego Westfalii i Górnego Śląska, w hutach Harzu, w kopalniach soli i minerałów, wstawanie przed piątą rano i zjazd na szychtę. Owszem, skończył także Akademię Górniczą w Berlinie, ale się do studiów nie palił, traktował je raczej jako uciążliwą konieczność.
Dziś, kiedy idą przez las spadkobierców Georga Giesche, Anton Uthemann jest u szczytu kariery – pełnił wysokie urzędy górnicze, poznał zagłębia węgla kamiennego w imperium rosyjskim, wprowadził w kopalniach niemieckich system zraszania węgla, co zapobiega eksplozjom pyłu węglowego, budował kopalnie i osady robotnicze, m.in. w Bleicherode w południowym
Harzu.
Kiedy w styczniu 1905 r. prezes kolegium reprezentantów spadkobierców Georga von Giesche, hrabia Konstantin von der Recke-Volmerstein zaproponował mu stanowisko generalnego dyrektora firmy, Uthemann podpisał umowę niemal bez czytania. Wiedział i bez tego, że będzie to posada podniecających możliwości.
Trzech dżentelmenów, radca górniczy i architekci idą więc leśną drogą. W pewnej odległości towarzyszy im na pewno wygodna bryczka na mocnych resorach, zaprzężona w dwa konie z kopalnianych stajni, które mają to szczęście, że pracują na górze.
Las jest ciągle jeszcze wspaniały, łączy się z lasami księcia pszczyńskiego i hrabiego Thiele Winklera. Wprawdzie przecina go już kolej żelazna z paroma bocznicami, i parę prosto wytyczonych dróg, ale ciągle jeszcze więcej tu drzew, niż śladów człowieka. Z gałęzi podrywają się cietrzewie. Piękna mapa, do której zagląda Uthemann, opatrzona gotyckim tytułem Übersichts-Blatt von den Steinkohlenbergwerken Cons. Giesche und Reserve (Karta Orientacyjna Skonsolidowanej Kopalni Węgla Kamiennego i terenów rezerwowych Giesche) nie pozostawia jednak złudzeń, co do przyszłości tego obszaru. Widać na niej wpisane cienką kursywą: Arnold Hütte, Susanna Grube, Carmer Scht, Agnes-Amanda Gr, Jacob Gr, Kaiser Wilhelm Scht, Richthofen Scht – huty, kopalnie i szyby koncernu, przyczajone jeszcze wśród drzew, ale nie na długo.
Pod tym wszystkim leży inny las, czarny. Czasami nawet widać go gołym okiem, wydziera się na powierzchnię wyraźnym fałdem. Ten las podziemny opisał parę lat temu głośny już pisarz polski.
Około 1898 r., bohater jego książki zjeżdża do kopalni. Ciągnie go tam solidarność z ludźmi na dole, niepokój, potrzeba określenia własnego losu.
...podniósł do góry swą lampę i przyglądał się ścianom. Gładkie albo chropawe ich płaszczyzny tu i ówdzie miały na sobie rysy ostrego żelaza, jakby pismo jakieś klinowe pracowicie wyryte. Idąc z wolna obok gładkiej ściany, miał złudzenie jakby je czytał. Ze znaków koślawych, kierujących się to w tę, to w inną stronę, składała się historia tych czeluści.
Zdawało mu się, że stoi w cudownym lesie, w puszczy odwiecznej, nie sianej, przez którą nie przeszła jeszcze stopa człowieka. Rosły naokół olbrzymie paprocie z pniami, jakich nie obejmie trzech ludzi, skrzypy w drzewa wybujałe, straszne widłaki i inne, niewidzianych form, mistycznej piękności albo potwornej brzydoty, jakieś sigillaria, odontopterydy, lepidodendrony... Te wielkie potwory, splecione między sobą łańcuchami lian krzewiły się na pulchnym trzęsawisku, gdzie mchy przepyszne i niewysłowione kwiaty pachniały w czarnym gorącu wieczystych cieniów. Słodkie upalne lata wyciągały z ziemi pod chmury te pnie i gałęzie, dostępne tylko dla wzroku i skrzydeł; wilgotne deszczowe zimy zasilały glebę na wieki. Swobodne wichry, w dalekich stepach i w śniegach łańcuchów górskich zrodzone, przylatywały bić puszczę rycząc jako szczenięta lwie.
Powieść Żeromskiego na pewno dotarła na Śląsk, do polskich lub polsko-niemieckich bibliotek, ale Zillmannowie i Uthemann nie znają polskiego. Można przypuszczać, że wrażenia doktora Judyma byłyby im bliskie – wszyscy trzej panowie mają fantazję, a podziemna puszcza jest bazą ich planów życiowych.
Spacer po piaszczystych ścieżkach w lesie naziemnym jest ściśle związany z tymi planami. Na terenach tzw. rezerwy spadkobiercy Gieschego, zamierzają zbudować kolonię górniczą w sposób, który wszystkich zadziwi. Ten program ma być pomnikowy.
To wcale nie znaczy, że Uthemann lubi pomniki, lub związane z nimi wydatki. W wytycznych dotyczących nowych kolonii nie ma mowy o osobnym pomniku Bismarcka. Wygląda to nawet na niedopatrzenie, oba osiedla mają przecież stosowne przestrzenie publiczne.

ZILLMANNOWIE

Zillmannowie przedstawiają Uthemannowi nową chałupę śląską. Ma spadzisty dach z dużym okapem, otwarty przedsionek, okna ze szprosami. Na dachu gonty – po śląsku szędzioły. To nie odpowiada marzeniu ze starej piosenki:
Posłuchaj górniku:
w swoim pięknym stanie
czy wiesz, jakie ma być twoje
pomieszkanie?
Domek murowany z wielkimi
oknami
przykryty dachówką,
a nie szędziołami
Przy domie wokoło
ładny ogródeczek
w pośrodku czerwony
z kwiatami ganeczek.
Izba wykładana zielonym
marmurem,
łóżko, stół, kanapa przykryte
purpurem.
 
 
Szędzioły, jakie Zillmannowie położą na dachy, będą jednak niewiele gorsze od dachowki, bo impregnowane przez zanurzenie w skomplikowanej kąpieli chemicznej według sposobu Wolmanscha. Ta metoda stosowana przez Schlesische Grubenholz-Imprägnierung G.m.b.H. (Śląską Spółkę Impregnacyjną Drewna Kopalnianego) chroni nie


 


MAŁGORZATA SZEJNERT
 

 Gieschewald
– Czarny ogród



tylko przed grzybem, ale i ogniem. Wykazała się podczas różnych doświadczeń taką skutecznością, że policja uchyliła kategoryczny dotąd zakaz krycia dachów drewnem.
Chałupa występuje w czterdziestu wariantach. Dach jest dwuspadowy, albo naczółkowy, albo łamany, albo brogowy. W dachu tkwią okienka-powieki albo prostokątne okna facjatkowe. Przedsionki mają łuki albo filarki. Belki, na których oparto krokwie, wysunięto mniej lub bardziej, okapy są głębsze, lub płytsze, Te wszystkie różnice wymyślono tak zręcznie, że domy wyglądają jak dzieci od jednej matki, a przy tym można je sobie wyobrazić – bez nudy – w ciągu ulicznym.
Te chałupy są przeznaczone dla robotników. Ma ich być trzysta, dla sześciuset rodzin. Każda jest podzielona pionowo między dwie rodziny, obie połówki są identyczne.
Większość mieszkań składa się z sieni, kuchni, pokoju, komory lub drugiego pokoju – łączna powierzchnia od 52 do 71 metrów. Każda rodzina ma własny duży strych, przesklepioną piwnicę o powierzchni
20 m, wygódkę, obórkę i spory ogród na warzywa, owoce i kwiaty. Ziemniaki dostarczy kopalnia Giesche. Węgiel tak samo.
Chałupa Zillmannów wywodzi się z miejscowej tradycji chłopskiej, ale musi być większa niż jej pierwowzór, solidniejsza i zdrowsza. Dlatego architekci proponują nowszy budulec – zamiast bierwion, uszczelnianych kiedyś gliną lub mchem, mur na półtorej cegły, pokryty tynkiem (to odpowiada marzeniu z piosenki). Zwłaszcza, że GvGE mają niedaleko własną cegielnię przy szybie Kaiser Wilhelm.
Dachówka też będzie, ale na domach urzędniczych, a więc znowu urozmaicenie, tym razem kolorystyczne. A także kompozycyjne i socjalne, bo te domy oflankują uliczki, stając u ich zbiegu, na straży porządku kolonii. Mieszkania będą w nich większe, pokoje mogą mieć nawet po 25 m. Każde mieszkanie z własną pralnią w suterenie. Piece kaflowe, o pięknej glazurze, czasem wielobarwnej. Przy każdym domu urzędniczym – porządny budynek gospodarczy.
Domy dla nauczycieli i sztygarów są większe niż domy drobnych urzędników.
Dom nadsztygara jest większy od poprzednich.
Dom lekarza jest większy od domu nadsztygara. Mieści się w nim gabinet medyczny, oddzielony od jadalni i kuchni doktora obszernym hallem, aby prywatne zapachy i dźwięki nie przeszkadzały pacjentom.
Dom nadleśniczego Gieschewaldu jest większy od domu doktora. Nadleśniczy bowiem sprawuje funkcję zarządcy dóbr dworskich (do których należy także Nickischschacht, też już na deskach kreślarskich Zillmannów). Ma więc obszerne pokoje biurowe, prywatne i gościnne, kuchnię, kredens, spiżarnie. Na dachu nad potężnym szczytem sterczy wieżyczka.
Największy jest dom dyrektora generalnego firmy Giesche. To rezydencja. Nie ma już nic wspólnego z wiejskim charakterem kolonii i mieć nie musi. Według projektu Zillmannów stanie bowiem poza nią (choć w odległości spaceru), przy szosie prowadzącej do Emanuelssegen (Murcki). Architekci wzięli trochę baroku, trochę klasycyzmu, przełamali secesyjną asymetrią i – o dziwo – wyszła z tego prosta, elegancka całość. Budowla przypomina bogate wille wrocławskie i tak być powinno. Wrocław jest nie tylko sentymentalnym gniazdem firmy Giesche, ale i obecną siedzibą jej głównego zarządu. Radca górniczy, który zamieszka w rezydencji, będzie się w niej czuł na swoim miejscu. Obok narysowano ogrodnictwo, ze szkółką na potrzeby prywatnych i ogólnych ogrodów kolonii.
Zillmannowie przedstawiają także Uthemannowi projekty urządzeń i budynków publicznych.
Jednym z najważniejszych jest piekarniok.
Przypomina dużą kapliczkę z wiejskich rozstajów i jest poniekąd kapliczką. Tu się celebruje święty chleb codzienny. Piekarnioki będą stały przy każdej ulicy, tak, by wszystkie rodziny mogły raz na tydzień – pilnując sąsiedzkiego rozkładu zajęć – upiec swoje chleby i kołacze.
Dalej idzie obszerny budynek pralni, suszarni i magla (domy urzędnicze są podłączone do wody i kanalizacji, wyposażone we własne wygodne pralnie, ale robotnicze nie mają wody, ani kanalizacji, przewidziano jedynie studnie i wygódki z pojemnikami do opróżniania). W wielkiej hali pralniczej zmieszczą się 32 stanowiska z kamiennymi nieckami do prania i elektrycznymi kotłami do gotowania bielizny. Dochodzi do nich woda z przepięknej wieży ciśnień z czerwonej cegły, w lesie za osadą. Praczki mają do dyspozycji także wodę gorącą, ogrzaną w ciepłowni. Mokra bielizna pójdzie do elektrycznych wirówek, a potem do szaf z ciepłym nawiewem. Na koniec zostanie wyprasowana w elektrycznym maglu. Jeśli matka zechce zabrać ze sobą dzieci, może zostawić je w poczekalni. Cały proces prania, suszenia i maglowania zajmie około trzech godzin.
Większe dzieci mogą w tym czasie wykąpać się w łaźni, w tym samym budynku.
Raczej jednak powinny siedzieć w którymś z trzech gmachów szkoły powszechnej, sąsiadujących ze sobą w obszernym ogrodzie. Szkoła będzie dobrze przewietrzona i ogrzewana przez wspomnianą ciepłownię, która obsłuży także domy towarowe, urzędy, gospodę, domy noclegowe. W pierwszym etapie powstanie trzynaście klas dla 900 dzieci. Prawie 70 dzieci w jednej klasie! Wygląda na to, że pralnię zaprojektowano z większym rozmachem niż szkołę.
Za to gospoda przewyższa wszystko, co wymieniliśmy do tej pory.
Ten gmach o potężnym łamanym dachu, wielu szczytach, niezliczonych oknach, podcieniach i gankach, pomieści dwie izby szynkowe dla robotników, salę i gabinet restauracyjny dla urzędników, mieszkanie dla gospodarza, pokoje gościnne, dużą salę teatralną ze sceną i zapleczem. Zillmannom tak bardzo zależy na imponującym wyglądzie tej sali, że sami projektują dla niej nowoczesne lampy.
Gospoda powinna mieć także stajnie dla koni, własnch i gości, wozownię, pokoje dla woźniców, chlewy i

kurniki.
To jednak nie koniec. Kolonia Gieschewald musi mieć sklepy, piekarnie, rzeźnictwo. Uthemann nie ma zamiaru zdać tego na żywioł. Zillmannowie lokują usługi i rzemiosło w pięknym, na pół miejskim ciągu handlowym. Sklep mięsny sąsiaduje z nowoczesną chłodnią, a rurociąg pompujący do niej zimne powietrze będzie połączony podziemnym kanałem z fabryką lodu.
W fabryce tej wykorzystana zostanie metoda profesora Linde z Technische Hochschule München (Wyższej Szkoły Technicznej w Monachium) – w grę wchodzi zanurzanie pojemników z wodą z ochłodzonym roztworze soli, a potem w ukropie, w procesie biorą udział pary amoniaku, pompy kompresorowe, parownik z kutej stali i tak dalej. W każdym razie Gieschewald będzie mógł wytwarzać 800 kg lodu na dobę.
Przechodząc do spraw mniej skomplikowanych – będzie poczta z dwoma listonoszami. Będą telefony w budynkach publicznych i u ważniejszych urzędników; zapewni to centralka przy szybie Carmer należącym do kopalni Giesche. Będą domy noclegowe dla robotników z Galicji, Rosji, Polski i Węgier. A skoro będą takie domy, musi też być niewielkie więzienie. Wystarczą trzy cele.
Na razie nie będzie kościoła. Jest zbyt drogi. Chyba, żeby zrezygnować z gospody. Nie wydaje się jednak, by Uthemann brał to pod uwagę.
A oto jak wygląda cała ta przestrzeń:
Rzut kolonii to prostokąt o bokach 750 na tysiąc metrów. Uliczki znajdujące się w jego ramach mają jednak płynny, swobodny bieg. Domy posadowiono tuż przy ulicach, ogrody uciekają w głąb parceli, by spotkać się z tylnym płotem sąsiada. W środku osady znajduje się centrum wspólnego życia – park, w którym stoi gospoda, muszla koncertowa, latem stoły i ławy; skwer miejski, przy którym ciągnie się pierzeja sklepów i usług; nadleśnictwo i szkoła. Blisko tego centrum, lecz o krok dalej, jest pralnia i domy dla robotników napływowych. W samym rogu, od strony Katowic ulokowano mały budynek komory celnej (stąd krok do tak zwanego trójkąta trzech cesarzy, zbiegu granic pruskiej, rosyjskiej i austriackiej). Przy prostokącie kolonii widzimy pętelkę drogi do osobnej willi dyrektora. Cały prostokąt otoczony jest lasami. Nie wszystko wykarczowano pod budowę, w centrum osady pozostawiono wiele starych drzew.
Z czasem cała kolonia ma być jedną wielką zielenią, to przecież idealne miasto-ogród, zdrowe, wygodne, przyjemne, dobrze usposabiające do życia i pracy.

AMERYKA

Pierwszy szpadel zagłębia się w ziemię w czerwcu 1907 r.
W dwa lata później projekt Zillmannów jest niemal całkowicie zrealizowany. Profesor Reuffurth, wykładowca Kgl. Baugewerkschul, Kattowitz (Królewskiej Szkoły Rzemiosł Budowlanych w Katowicach) pisze: Tempo budowy od podstaw nowego osiedla, w którym w okresie letnim pracowało codziennie ponad 2000 robotników, wykorzystując niezliczone ilości materiałów budowlanych dostarczanych na budowę furmankami, samochodami ciężarowymi i pociągami towarowymi przypomina żywiołowe powstawanie niektórych miast w Ameryce Północnej. Zresztą nasz górnośląski okręg przemysłowy ma wiele wspólnego z amerykańskim rozmachem, nie tylko, jeśli myślimy o rozwoju gospodarczym w ciągu ostatnich 20 lat, lecz także gdy chodzi o wykorzystywanie bogactw naturalnych ziemi i tworzenie możliwości dla osiedlania się ludzi.
Profesor zafascynowany Gieschewaldem, nie zauważa, że obok wrze praca nad budową miasteczka Nickischschacht, prowadzona z równie amerykańską brawurą.
O ile jednak Gieschewald wszystkich intryguje, bo czegoś takiego – wiejskiego skansenu dla robotników wielkiego przemysłu, jeszcze nie było, przynajmniej na Śląsku, a chyba i w Europie, a na dodatek panuje moda na etnografię, przybierająca nieraz postać chłopomanii, o tyle Nickischschacht idzie starym tropem ceglanego budownictwa robotniczego. Ale tylko pozornie. On też jest absolutnie wyjątkowy.
Czerwone miasteczko składa się z kamienic, czy raczej bloków wielorodzinnych zestawionych w czworoboki, z wielkimi wewnętrznymi dziedzińcami. Frontony bloków stanowią zwartą ścianę ulicy. Z tego muru,wyłożonego licówką, wychylają się wykusze okienne, owalne, prostokątne, lub w formie trapezu. Przez ściany biegną pasy klinkierowych wzorów, każdy z nich jest inny. Do dziedzińców i poza obręb miasteczka prowadzą bramy (wszyscy mówią do dzisiaj ainfarty) o rozmaitych ceglanych detalach. Tutaj wzorem Gieschewaldu, drobne różnice nie naruszają jednolitości całego zespołu, a sprawiają, że jest on ciekawy, wibrujący, bogaty. Wszystko starannie wymyślono i starannie doprowadzono do końca. Z lotu ptaka Nickischschacht wygląda niezwykle – jak czerwony szybowiec.
Na razie i tutaj nie ma kościoła. Ale przy szybie Carmer, należącym do kopalni Giesche powstanie coś na kształt zamku lub świątyni, potężny gmach z wysoką wieżą. Pod jej ośmiokątnym dachem umieszczono balkon, z którego mogłaby spuszczać włosy jakaś Lorelei. Okna gmachu, ujęte w łuki wielkie jak bramy, podzielono w poprzek na dolną część przysadzistą, składającą się z czterech arkad (w każdej zmieściłaby się przekupka z kramem) i górną – strzelistą z dwoma filarami. Za drobnymi witrażowymi szybami dniem i nocą pełgać będzie światło, jakby ktoś palił żywy ogień w ogromnych salach. To nowe centrum kopalni Giesche, łaźnia, cechownia, główny magazyn, stacja ratownicza. Tak jak cały Nickischschacht – czerwone, z cegły klinkierowej, zdobione cegłą glazurowaną, tutaj – turkusową.
To także projekt braci Zillmannów. Przygotowany w Charlottenburgu na wielkich płachtach cienkiego luksusowego papieru, podklejonego naturalnym jedwabiem. Każdy z tych miękkich, śliskich arkuszy jest dziełem sztuki, nie tylko kreślarskiej. Wszystkie łuki, zworniki, rozety, portale rozrysowano cegła po cegle; można by sądzić, że robił to mnich średniowieczny. Lecz specjaliści od architektury widzą w formach tej budowli nawiązanie do myśli wielkiego nowatora Gropiusa.
Szyb Carmer nosi swe imię na cześć grafa Friedricha Wilhelma Reinharda Carmera reprezentanta spółki Giesche, zręcznego negocjatora, który przyczynił się walnie do tego, że graf Franz Hubert Tiele Winckler odstąpił spadkobiercom Gieschego pole górnicze Reserve na korzystnych warunkach.

Śląskie mapy zamieniają się stopniowo w almanach gotajski – coraz więcej na nim nazwisk nowych panów tej ziemi – są nimi nie tylko właściciele koplań, hut i obszarów dworskich, ale także inżynierowie, budowniczowie, zarządcy.
 
Dwie ostatnie nazwy to Gieschewald i Nickischschacht. Skąd pierwsza – wiadomo. Druga upamiętnia osobę Friedricha Nickischa von Rosenegka z linii von Pogrell, urodzonego w Gross-Glogau (Głogowie), oficera kirasjerów, rycerza zakonu Joannitów, od 1897 roku wicereprezentanta Kolegium Georg von Giesche's Erben.
W 1908 roku wprowadzają się pierwsi mieszkańcy. 

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA