„W utworach Polaka bije gorące serce jego narodu”
– pisała niemiecka prasa


Gdy w roku 50-lecia katowickiej PWSM ówczesny rektor prof. Henryk Mikołaj Górecki ogłaszał obranie Karola Szymanowskiego za patrona tej najstarszej wyższej uczelni katowickiej, wskazywał na wymowny ciąg faktów: oto uczeń Szymanowskiego Bolesław Szabelski stał się w roku 1929 członkiem grona Państwowego Konserwatorium Muzycznego w Katowicach właśnie dzięki rekomendacji Szymanowskiego złożonej organizatorowi tej placówki Witoldowi Friemannowi; sam Górecki zaś – jako uczeń Szabelskiego i od młodości admirator Szymanowskiego – dokonał symbolicznego utrwalenia w swej uczelni ideologii artystycznej „Karola Wielkiego” wyrażanej ongiś słowami: Niech będzie „narodową” w rasowej swej odrębności, niech jednak dąży bez lęku tam, gdzie wznoszone przez nią wartości stają się już ogólnoludzkimi; niech będzie „narodową”, lecz nie „prowincjonalną”...

Jeśli akt ten dokonał się już w pełnej świadomości profesjonalnego uznania znaczenia Karola Szymanowskiego dla muzyki polskiej, to warto w „Roku Szymanowskiego” przypomnieć fakty, jakie zaistniały w naszym regionie za życia tego kompozytora, kiedy to on sam walczył „dźwiękiem i słowem” o swe racje artystyczne i jako taki jeszcze nie był znany w szerokich kręgach społecznych – zwłaszcza na Śląsku.
Oto 5 grudnia 1927 roku w sali konserwatorium Teodora Cieplika w Bytomiu odbył się koncert kompozytorski Karola Szymanowskiego z jego osobistym udziałem w roli pianisty towarzyszącego Irenie Dubiskiej – niespełna trzydziestoletniej wschodzącej gwieździe polskiej wiolinistyki.
W ówczesnej sytuacji stosunków polsko-niemieckich na Górnym Śląsku koncert ten miał znaczenie ważnego politycznego posunięcia na drodze wygaszania poplebiscytowych konfliktów narodowościowych. Ze strony polskiej przygotował go Konsul Generalny RP w Bytomiu Aleksander Szczepański, sprawujący jednocześnie funkcję przedstawiciela Polski w Górnośląskiej Komisji Mieszanej i Trybunale Rozjemczym Polsko-Niemieckim. Na dobro ówczesnych władz polskich należy przypisać fakt, że do reprezentowania polskiej kultury muzycznej w Bytomiu – mieście wyróżniającym się od dawna najbogatszym życiem muzycznym spośród miast niemieckiej wówczas części Górnego Śląska – poproszono Karola Szymanowskiego; właśnie w tym roku został on dyrektorem Konserwatorium Warszawskiego i przez to uzupełnił swą rangę wybitnego kompozytora o oficjalną funkcję stawiającą go na czele największych polskich autorytetów muzycznych.
Polityczne znaczenie koncertu kompozytorskiego Karola Szymanowskiego w Bytomiu zostało należycie zdyskontowane przez udział w nim oficjeli tej miary co prezydent Górnośląskiej Komisji Mieszanej Calonder, prezydent Górnośląskiego Trybunału Rozjemczego Kaekenbeck, Konsul Generalny w Katowicach Ilmen, nadburmistrz miasta Bytomia Knakrick, goście z Genewy, Berlina i Warszawy, przedstawiciele miejscowego społeczeństwa – niemieckiego i polskiego. Po koncercie odbył się w hotelu „Keiserhof’” uroczysty bankiet wydany na cześć artystów polskich przez konsula Szczepańskiego dla wysoko postawionych gości.
Zarówno prasa polska jak i niemiecka przyjęły koncert bytomski z wyrazami najwyższego uznania. W oficjalnym komunikacie PAT opublikowanym w „Gońcu Górnośląskim” jak i w „Nowinach Codziennych” znalazły się słowa: Artyści zdobyli wielkie powodzenie u publiczności i krytyki jednomyślnej w oświadczeniu, że koncert ten stanowił prawdziwe wydarzenie artystyczne w życiu Śląska niemieckiego.
Recenzent „Ober/Schlesien Zeitung” (6 XII 1927) okazał się w swych opiniach bardziej wylewny: … z wewnętrzną satysfakcją powinniśmy podziękować tym, którzy przyłożyli serca i rąk do zrealizowania tego koncertu. Było to na pewno coś więcej niż zwykłe spotkanie ludzi ze środowiska kultury i sztuki. Gościnny występ warszawskiego kompozytora na ziemi niemieckiej, w Bytomiu, na najbardziej wysuniętym skrawku ziemi niemieckiej, stał się zwycięstwem nad politycznym urągowiskiem i ciasnotą umysłową, ponieważ zaapelował do serc. (…) Tak więc dzisiejszy wieczór był tym, czym przede wszystkim powinien dla nas być: w pełni udaną próbą dopuszczenia wreszcie do głosu tej wysokiej pośredniczki, jaką jest sztuka, ażeby przemówiła jako wysłanniczka pokoju, wysoko ponad narodowymi i partyjnymi nienawiściami i sympatiami. (Za kilka lat, po dojściu Hitlera do władzy, takie pojednawcze sformułowania – zacytowane tu wg przekładu J. Bronowicza – nie miały prawa ukazać się w prasie niemieckiej...).
Obszerny program koncertu mógł dać publiczności bytomskiej należyte wyobrażenie o skrzypcowej twórczości Szymanowskiego i kunszcie wykonawczym Ireny Dubiskiej. Złożyły się nań bowiem: Sonata na skrzypce i fortepian op. 9, Mity op. 30, Berceuse d’Aitacho Enia op. 52, opracowane przez kompozytora Kaprysy Paganiniego nr 20 i 24 op. 40, Nokturn i tarantela op. 28; wobec nadzwyczajnego aplauzu Irena Dubiska wykonała na bis Pieśń Roxany z op. Król Roger w opracowaniu Pawła Kochańskiego.
Wspomniany recenzent wychodząc naprzeciw publiczności uznał za stosowne przybliżyć polskiego kompozytora, rozpoczynając swe relacje słowami: Przy fortepianie zasiadł nie znany nam przybysz: Karol Szymanowski. Kim jest? Czego chce? Zaraz w następnym zdaniu przytoczył obiegową opinię niemieckich krytyków o nim jako o czołowym reprezentancie polskich nowatorów muzyki współczesnej, a w szerokim wywodzie wymienił Szymanowskiego w jednym rzędzie wśród plejady takich sław śmiałej moderny jak m.in. Skriabin, Debussy, Ravel, Strawiński, czy Prokofiew, dodając w zapale, że w utworach Polaka mimo owych tonalno-harmonicznych nowości bije gorące serce jego narodu – serce, którego żar, jak jakaś niezniszczalna magia, wciąż płynie z dzieł Chopina i Moniuszki. Wyszukanymi słowami niekłamanego zachwytu skomentowane były też poszczególne kompozycje programu. Zapewne Karol Szymanowski w swoim życiu rzadko spotkał się z tak pochlebnymi recenzjami, jakie pozostały po jego koncercie w Bytomiu.
Z podobnym zachwytem przyjęto grę Ireny Dubiskiej, której interpretację i wirtuozerię recenzent „Ostdeutsche Morgenpost” nazwał wielkim artystycznym wydarzeniem, dodając: Mistrzostwo, z jakim panna Dubiska opanowała swój tryskający niczym źródło instrument, temperament, z jakim interpretowała muzykę Szymanowskiego, energiczne, niemal męskie prowadzenie smyczka i rodzaj dźwięku, sposób, w jaki wykonała przyprawiające o zawrót głowy „Kaprysy” Paganiniego, nosiły w sobie tak bardzo indywidualne cechy artystki, że mimo rozmiarów jej występu słuchacz nie czuł się zmęczony.
Zapoczątkowane w Bytomiu polsko-niemieckie kontakty muzyczne zaowocowały wkrótce odpowiednio znaczącą rewizytą: w grudniu 1928, a więc w rok po bytomskim koncercie kompozytorskim Karola Szymanowskiego, wystąpił w Warszawie niemiecki chór „Meistersche Gesangverein” pod dyrekcją Fritza Lubricha, który wykonał po raz pierwszy w tym mieście „Mszę h-moll” Jana Sebastiana Bacha. Chór ten, działający w Katowicach od roku 1883, wyróżniał się wysokim poziomem i szerokim repertuarem zawierającym wiele dzieł oratoryjnych. Objąwszy kierownictwo tego zespołu w roku 1919 Lubrich nie wahał się przed wzbogacaniem wyjątkowo bogatego


Portret Karola Szymanowskiego znajdujący się w Akademii Muzycznej w Katowicach


Leon Markiewicz
 

 Szymanowski na Śląsku

 repertuaru swego chóru także o dzieła kompozytorów współczesnych tej miary co oratorium Król Dawid Honeggera czy kantata Psalmus Hungaricus Kodaly’a. On to sięgnął także po najnowsze dzieło Szymanowskiego Stabat mater, którego wykonanie przez „Meistersche Gesangverein” nastąpiło w Katowicach w dniu 10 XI 1930 roku. Wydarzeniu temu chciał on nadać odpowiednią rangę, usilnie namawiając listownie kompozytora na przyjazd do Katowic, do czego jednak nie doszło.
Wykonanie sławnego już utworu polskiego twórcy właśnie przez chór niemiecki było poważnym – wręcz „prowokującym” – wyzwaniem dla polskiego ruchu śpiewaczego, w którym przodował przecież swym poziomem artystycznym chór „Ogniwo” prowadzony przez wybitnego działacza muzycznego, kompozytora i dyrygenta Stefana Mariana Stoińskiego. Tenże, konkurując ze skądinąd zaprzyjaźnionym Lubrichem w sferze artystycznej, lojalnie doniósł na łamach „Śpiewaka” (1930 nr 11) o wykonaniu dzieła Szymanowskiego z wielkim powodzeniem. Ale i on także nosił się z zamiarem wykonania Stabat przez swoje „Ogniwo”, o czym zawiadomił kompozytora już w roku 1929 podczas spotkania z nim na poznańskiej prezentacji tego dzieła. Musiało jednakże upłynąć jeszcze kilka lat, nim zamiar Stoińskiego doszedł do skutku.

Wreszcie w kwietniu 1934 roku doszło do wymiany korespondencji z Szymanowskim w konkretnych sprawach: Niezmiernie się ucieszyłem wiadomością o zamierzonym przez Pana wykonaniu „Sabat Mater” – pisał Szymanowski w liście z dnia 11 kwietnia 1934 roku. – Jest to jeden z moich utworów, który osobiście najbardziej lubię, a ze względu na okoliczności najrzadziej słyszę! Słyszałem zaś wiele o wybitnych zaletach Pana chóru i chętnie wierzę, że będzie to najlepsze wykonanie, jakie dotychczas słyszałem. Oczywiście postaram się być obecnym na koncertach zarówno w Katowicach jak i w Warszawie (…). Co do solistów – to bardzo bym pragnął, żeby to mogła być obsada p i e r w s z e g o w y k o n a n i a d z i e ł a…
Mając pisemną obietnicę kompozytora Stoiński starał się poruszyć wszystko, co tylko możliwe, by przyjazd Szymanowskiego znalazł się w centrum uwagi społeczeństwa śląskiego. Również sam fakt wykonania Stabat Mater starał się on wykorzystać także na zewnątrz, myśląc o nagraniu go na płyty, w czym zobowiązał się pomóc sam Szymanowski.
Ale podczas pracy na próbach pojawiły się poważne trudności wynikłe przede wszystkim z amatorskiego charakteru chóru. Pierwszą był nowoczesny język muzyczny oratorium. Jeden z najstarszych członków „Ogniwa” zwierzał mi się, że mimo wręcz entuzjastycznego nastawienia chóru do dzieła spowodowanego entuzjazmem Stoińskiego, wielu chórzystów przyzwyczajonych do klasycznych skojarzeń harmoniczno-melodycznych, nie było wprost w stanie opanować swych partii, powodując okresowe zniechęcenie. Intensywną pracę nad opanowaniem partii chóralnych podtrzymywała jedynie wiara w końcowy efekt, którego świadkiem miał być przecież głośny kompozytor.
Drugą trudnością było skompletowanie orkiestry, zwłaszcza związane z tym środki finansowe. W przeciwieństwie do finansowej opieki organizacji niemieckich nad „Meistersche Gesangverein” – „Ogniwo” zdane było na własną inicjatywę w zdobywaniu funduszów. Doraźnie znaleziono protektora. Była nim „Liga Obrony Przeciwlotniczej i Przeciwgazowej”. Wykonanie Stabat Mater przewidziano w programie koncertu poświęconego pamięci Żwirki i Wigury. W końcu komunikaty prasowe i afisze obwieściły termin koncertu, zawiadamiając społeczeństwo o przyjeździe Karola Szymanowskiego. Przybył on do Katowic 13 maja w nocy zatrzymując się w hotelu „Monopol”, gdzie go rano, jeszcze przed Stoińskim, pośpieszył przywitać jego uczeń Bolesław Szabelski.
Jak wynika ze wspomnień najstarszych członków „Ogniwa”, zawartych w księdze pamiątkowej „50 lat w służbie pieśni” pojawienie się Szymanowskiego na próbie generalnej zmobilizowało wszystkich do najwyższej uwagi i wysiłku. Przez cały czas pierwszego prezentowania dzieła siedział z głową spuszczoną w dół, opartą na rękach. Następnie – ku radości zebranych – wyraził w najgorętszych słowach uznanie dyrygentowi i chórowi za świetne przygotowanie całości. W rozmowie ze Stoińskim prosił o jak najwolniejsze tempa, zwłaszcza w części ostatniej. Zaakceptował także przetransponowanie całej czwartej części o półtonu wyżej.
Koncert odbył się w dniu 15 maja 1934 roku w Sali Teatru Polskiego, przepełnionej do ostatniego miejsca. Solistami byli: siostra kompozytora Stanisława Korwin-Szymanowska, Halina Leska i Eugeniusz Kossakowski. Oprócz Stabat Mater zostały wykonane fragmenty Requiem Berlioza oraz Wielka Modlitwa Stoińskiego. Chórowi i solistom towarzyszyła orkiestra Towarzystwa Muzycznego pod dyrekcją Stefana M. Stoińskiego.
Po wykonaniu „Stabat Mater” – wspominał ówczesny sekretarz „Ogniwa” Edward Mazurek – rozległy się takie brawa, że nie wierzyliśmy własnym oczom i uszom. Wprost nie było im końca. Spotęgowały się one, kiedy Szymanowski, prowadzony przez ówczesnego prezydenta Katowic doktora Kocura, wszedł na estradę. Z zażenowaniem dziękował za gorące przyjęcie i zrozumienie dzieła przez publiczność. Kiedy zaś zwrócił się do chóru, spadł na niego deszcz kwiatów, które chórzystki miały przypięte do bluzek. Po wielu trudnościach, jakie mieliśmy do pokonania, nikt z nas nie spodziewał się aż tak wielkiego sukcesu wykonawczego, ani też tak gorącego przyjęcia ze strony publiczności.
Po koncercie odbył się uroczysty bankiet wydany na cześć Szymanowskiego i solistów przez władze miasta Katowic z udziałem marszałka Sejmu Śląskiego Konstantego Wolnego. W zastępstwie nieobecnego wówczas w Katowicach prezydenta Kocura kompozytora przywitał Stefan M. Stoiński jako członek Komisji Teatralnej Magistratu.
Była sposobność wypowiedzenia całego mego dlań uwielbienia – wyznał w swym wspomnieniu Stoiński – uczyniłem to w długim gorącym przemówieniu z radością w sercu, wpatrzony w twarz ubóstwianego kompozytora i człowieka, nieco zakłopotanego z słów, które go wywyższały na najwyższe szczyty współczesnej twórczości polskiej. Szymanowski wstał i podziękował ucałowaniem, ściskając długo dłoń, którą trzymał oburącz.
Niedługo potem nastąpiła wymiana listów między Stoińskim a Szymanowskim. W liście dnia z 19 maja Stoiński znów wyraża uwielbienie dla Mistrza i radość z tego, że i on przyczynił się do sukcesu dzieła, deklarując w zapale:

W jesieni pójdzie „Stabat Mater” w Warszawie. Drogi Mistrzu! M u s z ę m i e ć j a k n a j p r ę d z e j „V e n i C r e a t o r”. P a r t y t u r a m n i e w y s t a r c z y – g ł o s y c h ó r o w e s a m i s o b i e o d p i s z e m y. Proszę spełnienia pragnienia nie odkładać. G d y b y „L i t a n i a” była do września gotowa – odłożę przyjazd „Ogniwa” o miesiąc lub dwa miesiące później i wykonam ją także. Gdyby Fitelberg chciał ją dyrygować chętnie oddam batutę – chodzi o rzecz, a nie o batutę – lub o mnie. Nauczę chór tak, że Warszawa plackiem padnie przed Szymanowskim – a z zazdrości wszystkie kompozytory się rozchorują.
W odpowiedzi Stoińskiemu Szymanowski w liście z dnia 27 maja pisał m.in.: Szanowny i drogi Panie dyrektorze, Przede wszystkim najserdeczniej Panu dziękuję za przysłane krytyki a zwłaszcza za tak miły list, który mię prawdziwie wzruszył. Rzadko mi się zdarza w Polsce słyszeć tak szczere i ciepłe słowa uznania od mych kolegów-muzyków, tym bardziej więc umiem to ocenić! Pełen jestem jeszcze wspomnień ze świetnego wykonania „Stabat” i prawdziwie się cieszę na myśl powtórzenia go w Warszawie. Obiecuje też przesłać informacje o partyturze Veni creator – oraz
zapewnia o nadesłaniu swego
zdjęcia.
Recenzje zamieszczone w prasie katowickiej z pewnością satysfakcjonowały Szymanowskiego, przejawiał się bowiem w nich szacunek tak dla dzieła jak i jego twórcy. I tak np. recenzent ukrywający się pod kryptonimem „L” pisał: Spłacenie długu przeszłości, kontemplacja religijna na tle kościelnego tekstu łacińskiego otworzyły słuchaczowi drogę do tych najgłębszych bram religijności wewnętrznej, żarliwej; rozpamiętywania przeżyć Matki bolejącej: „Stała Matka bolejąca”, w modlitwie polskiej, słowami i każdym tonem muzyki natchnionego wieszcza Karola Szymanowskiego. Arcydzieło jego, tylekroć wykonywane w kraju i na całym świecie, nie potrzebuje ani pochwał, ani komentarzy. Potęgę natchnienia tej muzyki odczuli słuchacze i w lot podchwycili to, co w tej muzyce jest nowego, a tak bezpośrednio działającego. „Stabat Mater”, wykonana po raz pierwszy po polsku w Katowicach, odniosła wielki sukces i podbiła od razu całe audytorium. Chór „Ogniwo” pod swoim znakomitym dyrygentem pokonał mistrzowsko niesłychane trudności wokalne i muzyczne, toteż nic dziwnego, że nie tylko kompozytor, ale i wykonawcy spotkali się z przyjęciem wprost entuzjastycznym. („Polonia” 17.V.1934)
W podobnym duchu utrzymana była opinia jednego z najbardziej autorytatywnych pedagogów Śląskiego Konserwatorium Tadeusza Prejznera, który uznał Stabat Mater za najwartościowsze dzieło prezentowane na tym koncercie, podkreślając, że Głębia myśli muzycznej, osiągnięcie wyżyn wyrazu artystycznego kojarzy się genialnie z tekstem religijnej ekstazy. Pewną ręką artysty nadaje Szymanowski dziełu zwartą i logicznie występującą formę, poddając ją służbie głównej idei utworu („Polska Zachodnia” 18 V 1934).
Wkrótce po wymianie korespondencji ze Stoińskim Szymanowski spełnił daną obietnicę i nadesłał swe zdjęcie z wymowną dedykacją: Katowickiemu chórowi „Ogniwo” z głęboką wdzięcznością za przepiękne wykonanie Stabat Mater na uroczystym koncercie w Katowicach w dniu 15 maja 1934 roku. Stało się ono jedną z najcenniejszych pamiątek „Ogniwa”, do dziś pieczołowicie przechowywanych. Nie jest to jednak już oryginał, ponieważ autentyczny egzemplarz został zniszczony w pierwszych dniach wojny, kiedy to bojówki hitlerowskie zdemolowały salę prób i siedzibę chóru. Dzisiejsza kopia – identycznego formatu – pochodzi z odbitki, jaką otrzymał każdy członek chóru na pamiątkę owego wielkiego koncertu.
Na tej wymianie listów i fotografii z dedykacją zakończyły się kontakty Szymanowskiego ze śląskimi muzykami, tym bardziej, że niestety, z bliżej nieznanych przyczyn nie doszło ani do zamierzonego przez Stoińskiego powtórzenia Stabat w Warszawie, ani do planowanego wykonania przez „Ogniwo” Veni creator i Litanii do Marii Panny.
Ale po kilku latach znów pojawił się problem związku Szymanowskiego ze Śląskiem. W ostatnim okresie jego życia, w związku z długotrwałym przebywaniem w sanatorium w Grasse i nie najlepszymi perspektywami na pracę twórczą zaszła pilna konieczność zapewnienia sobie stałego źródła utrzymania. Z inicjatywy jego przyjaciół, zwłaszcza hrabiny Emilii Borkowskiej-Diehlowej, Szymanowski oswaja się z myślą powrotu do zaniechanej w Wyższej Szkole Muzycznej w Warszawie pracy pedagogicznej. Zatroskana o jego przyszłość można przyjaciółka rozwiązanie widziała we wznowieniu profesury – i to właśnie w Śląskim Konserwatorium w Katowicach, pod warunkiem zamiany surowego klimatu Zakopanego z kosztowną „Atmą” na łagodny klimat Wisły. Korzystając ze znajomości z ówczesnym wojewodą śląskim Michałem Grażyńskim hrabina zyskuje jego wstępną akceptację i – możemy tego być pewni – gotowość dyrektora Konserwatorium Faustyna Kulczyckiego do zaangażowania sławnego kompozytora od jesieni 1936 roku.
Szymanowski długo się waha, ale w końcu oswaja się z tą myślą, czego daje wyraz w liście do swej kuzynki Marii Machnickiej z dn. 5 II 1936 r.: ... chciałbym Cię prosić, żebyś z Panią Diehlową pomówiła o tym, że ja pragnąłbym bardzo tę sprawę z Katowicami (profesury czy coś w tym rodzaju) – która ona tak doskonale zaczęła, ciągle uważać za aktualną. (...) Oczywiście o jakiejś regularnej, uciążliwej pracy pedagoga, a nawet o stałym zamieszkaniu w Katowicach nie może być mowy – a raczej o jakimś dojeżdżaniu raz na miesiąc czy coś w tym rodzaju.
Cieszę się – pisze znów w liście z 28 II – że ta sprawa z Katowicami pomyślnie się układa i z wielką niecierpliwością będę oczekiwał dobrych wiadomości. (...) A w jesieni, jeśli mi zdrowie pozwoli i jeśli się załatwi sprawa z Katowic, to przeniosę się gdzieś do Wisły, czy już nie wiem gdzie.
Niestety – zgon w Lozannie wycieńczonego długotrwałą chorobą kompozytora zniweczył nadzieje na objecie przez Karola Szymanowskiego profesury w Śląskim Konserwatorium. Mimo to liczne grono pedagogów i studentów tej uczelni uznało za oczywiste uczestniczenie w pogrzebie swego niedoszłego profesora; jednym z niosących wieniec w ich imieniu był Bolesław Szabelski, niegdysiejszy uczeń Karola Szymanowskiego, który odtąd stanie się głównym kontynuatorem jego idei artystycznych jako współtwórca tzw. śląskiej szkoły kompozytorskiej. Odnotujmy też wzruszający fakt: w kondukcie żałobnym szła też ulicami Krakowa olbrzymia, bo aż 600-osobowa delegacja śląskiego śpiewactwa, składając swój szczery, spontaniczny hołd twórcy Stabat Mater – dzieła, które wykonane przez „Ogniwo”, ukazało temu ruchowi nieznane mu dotąd walory muzyki współczesnej.

Karol Szymanowski w końcu pozostał w śląskiej muzycznej Alma Mater. Jako Wielki Patron jest dla pedagogów i studentów symbolem pobudzającym ich ambicję do twórczych wysiłków. Można być pewnym, że w pobudzaniu tych ambicji ma też swój udział śpiewactwo śląskie wyróżniające się niegasnącym umiłowaniem amatorskiego muzykowania. Ten ruch ma także coś do zawdzięczenia Szymanowskiemu; w swej wręcz rewolucyjnej rozprawie „Wychowawcza rola kultury muzycznej” poświęcił mu przecież wiele miejsca określając chór jako wręcz idealną społeczną komórkę, w której tkwi najgłębszy symbol stosunku jednostki do ogółu i której genezą jest pozornie tylko e s t e t y c z n e hasło, która jednak – w miarę wspólnej pracy – wypełnia się najczystszą etyczną treścią.
Czyż ktokolwiek inny lepiej określił społeczną ideę chóralnego muzykowania, niż uczynił to Szymanowski?

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA