„W utworach Polaka bije gorące
serce jego narodu”
– pisała niemiecka prasa
Gdy w roku 50-lecia katowickiej PWSM ówczesny rektor prof. Henryk Mikołaj
Górecki ogłaszał obranie Karola Szymanowskiego za patrona tej najstarszej
wyższej uczelni katowickiej, wskazywał na wymowny ciąg faktów: oto uczeń
Szymanowskiego Bolesław Szabelski stał się w roku 1929 członkiem grona
Państwowego Konserwatorium Muzycznego w Katowicach właśnie dzięki
rekomendacji Szymanowskiego złożonej organizatorowi tej placówki Witoldowi
Friemannowi; sam Górecki zaś – jako uczeń Szabelskiego i od młodości
admirator Szymanowskiego – dokonał symbolicznego utrwalenia w swej uczelni
ideologii artystycznej „Karola Wielkiego” wyrażanej ongiś słowami: Niech
będzie „narodową” w rasowej swej odrębności, niech jednak dąży bez lęku tam,
gdzie wznoszone przez nią wartości stają się już ogólnoludzkimi; niech
będzie „narodową”, lecz nie „prowincjonalną”...
Jeśli akt ten dokonał się już w pełnej świadomości profesjonalnego uznania
znaczenia Karola Szymanowskiego dla muzyki polskiej, to warto w „Roku
Szymanowskiego” przypomnieć fakty, jakie zaistniały w naszym regionie za
życia tego kompozytora, kiedy to on sam walczył „dźwiękiem i słowem” o swe
racje artystyczne i jako taki jeszcze nie był znany w szerokich kręgach
społecznych – zwłaszcza na Śląsku.
Oto 5 grudnia 1927 roku w sali konserwatorium Teodora Cieplika w Bytomiu
odbył się koncert kompozytorski Karola Szymanowskiego z jego osobistym
udziałem w roli pianisty towarzyszącego Irenie Dubiskiej – niespełna
trzydziestoletniej wschodzącej gwieździe polskiej wiolinistyki.
W ówczesnej sytuacji stosunków polsko-niemieckich na Górnym Śląsku koncert
ten miał znaczenie ważnego politycznego posunięcia na drodze wygaszania
poplebiscytowych konfliktów narodowościowych. Ze strony polskiej przygotował
go Konsul Generalny RP w Bytomiu Aleksander Szczepański, sprawujący
jednocześnie funkcję przedstawiciela Polski w Górnośląskiej Komisji
Mieszanej i Trybunale Rozjemczym Polsko-Niemieckim. Na dobro ówczesnych
władz polskich należy przypisać fakt, że do reprezentowania polskiej kultury
muzycznej w Bytomiu – mieście wyróżniającym się od dawna najbogatszym życiem
muzycznym spośród miast niemieckiej wówczas części Górnego Śląska –
poproszono Karola Szymanowskiego; właśnie w tym roku został on dyrektorem
Konserwatorium Warszawskiego i przez to uzupełnił swą rangę wybitnego
kompozytora o oficjalną funkcję stawiającą go na czele największych polskich
autorytetów muzycznych.
Polityczne znaczenie koncertu kompozytorskiego Karola Szymanowskiego w
Bytomiu zostało należycie zdyskontowane przez udział w nim oficjeli tej
miary co prezydent Górnośląskiej Komisji Mieszanej Calonder, prezydent
Górnośląskiego Trybunału Rozjemczego Kaekenbeck, Konsul Generalny w
Katowicach Ilmen, nadburmistrz miasta Bytomia Knakrick, goście z Genewy,
Berlina i Warszawy, przedstawiciele miejscowego społeczeństwa – niemieckiego
i polskiego. Po koncercie odbył się w hotelu „Keiserhof’” uroczysty bankiet
wydany na cześć artystów polskich przez konsula Szczepańskiego dla wysoko
postawionych gości.
Zarówno prasa polska jak i niemiecka przyjęły koncert bytomski z wyrazami
najwyższego uznania. W oficjalnym komunikacie PAT opublikowanym w „Gońcu
Górnośląskim” jak i w „Nowinach Codziennych” znalazły się słowa: Artyści
zdobyli wielkie powodzenie u publiczności i krytyki jednomyślnej w
oświadczeniu, że koncert ten stanowił prawdziwe wydarzenie artystyczne w
życiu Śląska niemieckiego.
Recenzent „Ober/Schlesien Zeitung” (6 XII 1927) okazał się w swych opiniach
bardziej wylewny: … z wewnętrzną satysfakcją powinniśmy podziękować tym,
którzy przyłożyli serca i rąk do zrealizowania tego koncertu. Było to na
pewno coś więcej niż zwykłe spotkanie ludzi ze środowiska kultury i sztuki.
Gościnny występ warszawskiego kompozytora na ziemi niemieckiej, w Bytomiu,
na najbardziej wysuniętym skrawku ziemi niemieckiej, stał się zwycięstwem
nad politycznym urągowiskiem i ciasnotą umysłową, ponieważ zaapelował do
serc. (…) Tak więc dzisiejszy wieczór był tym, czym przede wszystkim
powinien dla nas być: w pełni udaną próbą dopuszczenia wreszcie do głosu tej
wysokiej pośredniczki, jaką jest sztuka, ażeby przemówiła jako wysłanniczka
pokoju, wysoko ponad narodowymi i partyjnymi nienawiściami i sympatiami. (Za
kilka lat, po dojściu Hitlera do władzy, takie pojednawcze sformułowania –
zacytowane tu wg przekładu J. Bronowicza – nie miały prawa ukazać się w
prasie niemieckiej...).
Obszerny program koncertu mógł dać publiczności bytomskiej należyte
wyobrażenie o skrzypcowej twórczości Szymanowskiego i kunszcie wykonawczym
Ireny Dubiskiej. Złożyły się nań bowiem: Sonata na skrzypce i fortepian op.
9, Mity op. 30, Berceuse d’Aitacho Enia op. 52, opracowane przez kompozytora
Kaprysy Paganiniego nr 20 i 24 op. 40, Nokturn i tarantela op. 28; wobec
nadzwyczajnego aplauzu Irena Dubiska wykonała na bis Pieśń Roxany z op. Król
Roger w opracowaniu Pawła Kochańskiego.
Wspomniany recenzent wychodząc naprzeciw publiczności uznał za stosowne
przybliżyć polskiego kompozytora, rozpoczynając swe relacje słowami: Przy
fortepianie zasiadł nie znany nam przybysz: Karol Szymanowski. Kim jest?
Czego chce? Zaraz w następnym zdaniu przytoczył obiegową opinię niemieckich
krytyków o nim jako o czołowym reprezentancie polskich nowatorów muzyki
współczesnej, a w szerokim wywodzie wymienił Szymanowskiego w jednym rzędzie
wśród plejady takich sław śmiałej moderny jak m.in. Skriabin, Debussy,
Ravel, Strawiński, czy Prokofiew, dodając w zapale, że w utworach Polaka
mimo owych tonalno-harmonicznych nowości bije gorące serce jego narodu –
serce, którego żar, jak jakaś niezniszczalna magia, wciąż płynie z dzieł
Chopina i Moniuszki. Wyszukanymi słowami niekłamanego zachwytu skomentowane
były też poszczególne kompozycje programu. Zapewne Karol Szymanowski w swoim
życiu rzadko spotkał się z tak pochlebnymi recenzjami, jakie pozostały po
jego koncercie w Bytomiu.
Z podobnym zachwytem przyjęto grę Ireny Dubiskiej, której interpretację i
wirtuozerię recenzent „Ostdeutsche Morgenpost” nazwał wielkim artystycznym
wydarzeniem, dodając: Mistrzostwo, z jakim panna Dubiska opanowała swój
tryskający niczym źródło instrument, temperament, z jakim interpretowała
muzykę Szymanowskiego, energiczne, niemal męskie prowadzenie smyczka i
rodzaj dźwięku, sposób, w jaki wykonała przyprawiające o zawrót głowy
„Kaprysy” Paganiniego, nosiły w sobie tak bardzo indywidualne cechy
artystki, że mimo rozmiarów jej występu słuchacz nie czuł się zmęczony.
Zapoczątkowane w Bytomiu polsko-niemieckie kontakty muzyczne zaowocowały
wkrótce odpowiednio znaczącą rewizytą: w grudniu 1928, a więc w rok po
bytomskim koncercie kompozytorskim Karola Szymanowskiego, wystąpił w
Warszawie niemiecki chór „Meistersche Gesangverein” pod dyrekcją Fritza
Lubricha, który wykonał po raz pierwszy w tym mieście „Mszę h-moll” Jana
Sebastiana Bacha. Chór ten, działający w Katowicach od roku 1883, wyróżniał
się wysokim poziomem i szerokim repertuarem zawierającym wiele dzieł
oratoryjnych. Objąwszy kierownictwo tego zespołu w roku 1919 Lubrich nie
wahał się przed wzbogacaniem wyjątkowo bogatego |
|

Portret Karola Szymanowskiego znajdujący się w Akademii
Muzycznej w Katowicach
Szymanowski
na Śląsku
repertuaru
swego chóru także o dzieła kompozytorów współczesnych tej miary co oratorium
Król Dawid Honeggera czy kantata Psalmus Hungaricus Kodaly’a. On to sięgnął
także po najnowsze dzieło Szymanowskiego Stabat mater, którego wykonanie
przez „Meistersche Gesangverein” nastąpiło w Katowicach w dniu 10 XI 1930
roku. Wydarzeniu temu chciał on nadać odpowiednią rangę, usilnie namawiając
listownie kompozytora na przyjazd do Katowic, do czego jednak nie doszło.
Wykonanie sławnego już utworu polskiego twórcy właśnie przez chór niemiecki
było poważnym – wręcz „prowokującym” – wyzwaniem dla polskiego ruchu
śpiewaczego, w którym przodował przecież swym poziomem artystycznym chór
„Ogniwo” prowadzony przez wybitnego działacza muzycznego, kompozytora i
dyrygenta Stefana Mariana Stoińskiego. Tenże, konkurując ze skądinąd
zaprzyjaźnionym Lubrichem w sferze artystycznej, lojalnie doniósł na łamach
„Śpiewaka” (1930 nr 11) o wykonaniu dzieła Szymanowskiego z wielkim
powodzeniem. Ale i on także nosił się z zamiarem wykonania Stabat przez
swoje „Ogniwo”, o czym zawiadomił kompozytora już w roku 1929 podczas
spotkania z nim na poznańskiej prezentacji tego dzieła. Musiało jednakże
upłynąć jeszcze kilka lat, nim zamiar Stoińskiego doszedł do skutku.
Wreszcie w kwietniu 1934 roku doszło do wymiany korespondencji z
Szymanowskim w konkretnych sprawach: Niezmiernie się ucieszyłem wiadomością
o zamierzonym przez Pana wykonaniu „Sabat Mater” – pisał Szymanowski w
liście z dnia 11 kwietnia 1934 roku. – Jest to jeden z moich utworów, który
osobiście najbardziej lubię, a ze względu na okoliczności najrzadziej
słyszę! Słyszałem zaś wiele o wybitnych zaletach Pana chóru i chętnie
wierzę, że będzie to najlepsze wykonanie, jakie dotychczas słyszałem.
Oczywiście postaram się być obecnym na koncertach zarówno w Katowicach jak i
w Warszawie (…). Co do solistów – to bardzo bym pragnął, żeby to mogła być
obsada p i e r w s z e g o w y k o n a n i a d z i e ł a…
Mając pisemną obietnicę kompozytora Stoiński starał się poruszyć wszystko,
co tylko możliwe, by przyjazd Szymanowskiego znalazł się w centrum uwagi
społeczeństwa śląskiego. Również sam fakt wykonania Stabat Mater starał się
on wykorzystać także na zewnątrz, myśląc o nagraniu go na płyty, w czym
zobowiązał się pomóc sam Szymanowski.
Ale podczas pracy na próbach pojawiły się poważne trudności wynikłe przede
wszystkim z amatorskiego charakteru chóru. Pierwszą był nowoczesny język
muzyczny oratorium. Jeden z najstarszych członków „Ogniwa” zwierzał mi się,
że mimo wręcz entuzjastycznego nastawienia chóru do dzieła spowodowanego
entuzjazmem Stoińskiego, wielu chórzystów przyzwyczajonych do klasycznych
skojarzeń harmoniczno-melodycznych, nie było wprost w stanie opanować swych
partii, powodując okresowe zniechęcenie. Intensywną pracę nad opanowaniem
partii chóralnych podtrzymywała jedynie wiara w końcowy efekt, którego
świadkiem miał być przecież głośny kompozytor.
Drugą trudnością było skompletowanie orkiestry, zwłaszcza związane z tym
środki finansowe. W przeciwieństwie do finansowej opieki organizacji
niemieckich nad „Meistersche Gesangverein” – „Ogniwo” zdane było na własną
inicjatywę w zdobywaniu funduszów. Doraźnie znaleziono protektora. Była nim
„Liga Obrony Przeciwlotniczej i Przeciwgazowej”. Wykonanie Stabat Mater
przewidziano w programie koncertu poświęconego pamięci Żwirki i Wigury. W
końcu komunikaty prasowe i afisze obwieściły termin koncertu, zawiadamiając
społeczeństwo o przyjeździe Karola Szymanowskiego. Przybył on do Katowic 13
maja w nocy zatrzymując się w hotelu „Monopol”, gdzie go rano, jeszcze przed
Stoińskim, pośpieszył przywitać jego uczeń Bolesław Szabelski.
Jak wynika ze wspomnień najstarszych członków „Ogniwa”, zawartych w księdze
pamiątkowej „50 lat w służbie pieśni” pojawienie się Szymanowskiego na
próbie generalnej zmobilizowało wszystkich do najwyższej uwagi i wysiłku.
Przez cały czas pierwszego prezentowania dzieła siedział z głową spuszczoną
w dół, opartą na rękach. Następnie – ku radości zebranych – wyraził w
najgorętszych słowach uznanie dyrygentowi i chórowi za świetne przygotowanie
całości. W rozmowie ze Stoińskim prosił o jak najwolniejsze tempa, zwłaszcza
w części ostatniej. Zaakceptował także przetransponowanie całej czwartej
części o półtonu wyżej.
Koncert odbył się w dniu 15 maja 1934 roku w Sali Teatru Polskiego,
przepełnionej do ostatniego miejsca. Solistami byli: siostra kompozytora
Stanisława Korwin-Szymanowska, Halina Leska i Eugeniusz Kossakowski. Oprócz
Stabat Mater zostały wykonane fragmenty Requiem Berlioza oraz Wielka
Modlitwa Stoińskiego. Chórowi i solistom towarzyszyła orkiestra Towarzystwa
Muzycznego pod dyrekcją Stefana M. Stoińskiego.
Po wykonaniu „Stabat Mater” – wspominał ówczesny sekretarz „Ogniwa” Edward
Mazurek – rozległy się takie brawa, że nie wierzyliśmy własnym oczom i
uszom. Wprost nie było im końca. Spotęgowały się one, kiedy Szymanowski,
prowadzony przez ówczesnego prezydenta Katowic doktora Kocura, wszedł na
estradę. Z zażenowaniem dziękował za gorące przyjęcie i zrozumienie dzieła
przez publiczność. Kiedy zaś zwrócił się do chóru, spadł na niego deszcz
kwiatów, które chórzystki miały przypięte do bluzek. Po wielu trudnościach,
jakie mieliśmy do pokonania, nikt z nas nie spodziewał się aż tak wielkiego
sukcesu wykonawczego, ani też tak gorącego przyjęcia ze strony publiczności.
Po koncercie odbył się uroczysty bankiet wydany na cześć Szymanowskiego i
solistów przez władze miasta Katowic z udziałem marszałka Sejmu Śląskiego
Konstantego Wolnego. W zastępstwie nieobecnego wówczas w Katowicach
prezydenta Kocura kompozytora przywitał Stefan M. Stoiński jako członek
Komisji Teatralnej Magistratu.
Była sposobność wypowiedzenia całego mego dlań uwielbienia – wyznał w swym
wspomnieniu Stoiński – uczyniłem to w długim gorącym przemówieniu z radością
w sercu, wpatrzony w twarz ubóstwianego kompozytora i człowieka, nieco
zakłopotanego z słów, które go wywyższały na najwyższe szczyty współczesnej
twórczości polskiej. Szymanowski wstał i podziękował ucałowaniem, ściskając
długo dłoń, którą trzymał oburącz.
Niedługo potem nastąpiła wymiana listów między Stoińskim a Szymanowskim. W
liście dnia z 19 maja Stoiński znów wyraża uwielbienie dla Mistrza i radość
z tego, że i on przyczynił się do sukcesu dzieła, deklarując w zapale: |
|
W jesieni pójdzie „Stabat Mater” w Warszawie. Drogi Mistrzu!
M u s z ę m i e ć j a k n a j p r ę d z e j „V e n i C r e a t o r”. P a r t
y t u r a m n i e w y s t a r c z y – g ł o s y c h ó r o w e s a m i s o b
i e o d p i s z e m y. Proszę spełnienia pragnienia nie odkładać. G d y b y
„L i t a n i a” była do września gotowa – odłożę przyjazd „Ogniwa” o miesiąc
lub dwa miesiące później i wykonam ją także. Gdyby Fitelberg chciał ją
dyrygować chętnie oddam batutę – chodzi o rzecz, a nie o batutę – lub o
mnie. Nauczę chór tak, że Warszawa plackiem padnie przed Szymanowskim – a z
zazdrości wszystkie kompozytory się rozchorują.
W odpowiedzi Stoińskiemu Szymanowski w liście z dnia 27 maja pisał m.in.:
Szanowny i drogi Panie dyrektorze, Przede wszystkim najserdeczniej Panu
dziękuję za przysłane krytyki a zwłaszcza za tak miły list, który mię
prawdziwie wzruszył. Rzadko mi się zdarza w Polsce słyszeć tak szczere i
ciepłe słowa uznania od mych kolegów-muzyków, tym bardziej więc umiem to
ocenić! Pełen jestem jeszcze wspomnień ze świetnego wykonania „Stabat” i
prawdziwie się cieszę na myśl powtórzenia go w Warszawie. Obiecuje też
przesłać informacje o partyturze Veni creator – oraz
zapewnia o nadesłaniu swego
zdjęcia.
Recenzje zamieszczone w prasie katowickiej z pewnością satysfakcjonowały
Szymanowskiego, przejawiał się bowiem w nich szacunek tak dla dzieła jak i
jego twórcy. I tak np. recenzent ukrywający się pod kryptonimem „L” pisał:
Spłacenie długu przeszłości, kontemplacja religijna na tle kościelnego
tekstu łacińskiego otworzyły słuchaczowi drogę do tych najgłębszych bram
religijności wewnętrznej, żarliwej; rozpamiętywania przeżyć Matki bolejącej:
„Stała Matka bolejąca”, w modlitwie polskiej, słowami i każdym tonem muzyki
natchnionego wieszcza Karola Szymanowskiego. Arcydzieło jego, tylekroć
wykonywane w kraju i na całym świecie, nie potrzebuje ani pochwał, ani
komentarzy. Potęgę natchnienia tej muzyki odczuli słuchacze i w lot
podchwycili to, co w tej muzyce jest nowego, a tak bezpośrednio
działającego. „Stabat Mater”, wykonana po raz pierwszy po polsku w
Katowicach, odniosła wielki sukces i podbiła od razu całe audytorium. Chór
„Ogniwo” pod swoim znakomitym dyrygentem pokonał mistrzowsko niesłychane
trudności wokalne i muzyczne, toteż nic dziwnego, że nie tylko kompozytor,
ale i wykonawcy spotkali się z przyjęciem wprost entuzjastycznym. („Polonia”
17.V.1934)
W podobnym duchu utrzymana była opinia jednego z najbardziej autorytatywnych
pedagogów Śląskiego Konserwatorium Tadeusza Prejznera, który uznał Stabat
Mater za najwartościowsze dzieło prezentowane na tym koncercie,
podkreślając, że Głębia myśli muzycznej, osiągnięcie wyżyn wyrazu
artystycznego kojarzy się genialnie z tekstem religijnej ekstazy. Pewną ręką
artysty nadaje Szymanowski dziełu zwartą i logicznie występującą formę,
poddając ją służbie głównej idei utworu („Polska Zachodnia” 18 V 1934).
Wkrótce po wymianie korespondencji ze Stoińskim Szymanowski spełnił daną
obietnicę i nadesłał swe zdjęcie z wymowną dedykacją: Katowickiemu chórowi
„Ogniwo” z głęboką wdzięcznością za przepiękne wykonanie Stabat Mater na
uroczystym koncercie w Katowicach w dniu 15 maja 1934 roku. Stało się ono
jedną z najcenniejszych pamiątek „Ogniwa”, do dziś pieczołowicie
przechowywanych. Nie jest to jednak już oryginał, ponieważ autentyczny
egzemplarz został zniszczony w pierwszych dniach wojny, kiedy to bojówki
hitlerowskie zdemolowały salę prób i siedzibę chóru. Dzisiejsza kopia –
identycznego formatu – pochodzi z odbitki, jaką otrzymał każdy członek chóru
na pamiątkę owego wielkiego koncertu.
Na tej wymianie listów i fotografii z dedykacją zakończyły się kontakty
Szymanowskiego ze śląskimi muzykami, tym bardziej, że niestety, z bliżej
nieznanych przyczyn nie doszło ani do zamierzonego przez Stoińskiego
powtórzenia Stabat w Warszawie, ani do planowanego wykonania przez „Ogniwo”
Veni creator i Litanii do Marii Panny.
Ale po kilku latach znów pojawił się problem związku Szymanowskiego ze
Śląskiem. W ostatnim okresie jego życia, w związku z długotrwałym
przebywaniem w sanatorium w Grasse i nie najlepszymi perspektywami na pracę
twórczą zaszła pilna konieczność zapewnienia sobie stałego źródła
utrzymania. Z inicjatywy jego przyjaciół, zwłaszcza hrabiny Emilii
Borkowskiej-Diehlowej, Szymanowski oswaja się z myślą powrotu do zaniechanej
w Wyższej Szkole Muzycznej w Warszawie pracy pedagogicznej. Zatroskana o
jego przyszłość można przyjaciółka rozwiązanie widziała we wznowieniu
profesury – i to właśnie w Śląskim Konserwatorium w Katowicach, pod
warunkiem zamiany surowego klimatu Zakopanego z kosztowną „Atmą” na łagodny
klimat Wisły. Korzystając ze znajomości z ówczesnym wojewodą śląskim
Michałem Grażyńskim hrabina zyskuje jego wstępną akceptację i – możemy tego
być pewni – gotowość dyrektora Konserwatorium Faustyna Kulczyckiego do
zaangażowania sławnego kompozytora od jesieni 1936 roku.
Szymanowski długo się waha, ale w końcu oswaja się z tą myślą, czego daje
wyraz w liście do swej kuzynki Marii Machnickiej z dn. 5 II 1936 r.: ...
chciałbym Cię prosić, żebyś z Panią Diehlową pomówiła o tym, że ja
pragnąłbym bardzo tę sprawę z Katowicami (profesury czy coś w tym rodzaju) –
która ona tak doskonale zaczęła, ciągle uważać za aktualną. (...) Oczywiście
o jakiejś regularnej, uciążliwej pracy pedagoga, a nawet o stałym
zamieszkaniu w Katowicach nie może być mowy – a raczej o jakimś dojeżdżaniu
raz na miesiąc czy coś w tym rodzaju.
Cieszę się – pisze znów w liście z 28 II – że ta sprawa z Katowicami
pomyślnie się układa i z wielką niecierpliwością będę oczekiwał dobrych
wiadomości. (...) A w jesieni, jeśli mi zdrowie pozwoli i jeśli się załatwi
sprawa z Katowic, to przeniosę się gdzieś do Wisły, czy już nie wiem gdzie.
Niestety – zgon w Lozannie wycieńczonego długotrwałą chorobą kompozytora
zniweczył nadzieje na objecie przez Karola Szymanowskiego profesury w
Śląskim Konserwatorium. Mimo to liczne grono pedagogów i studentów tej
uczelni uznało za oczywiste uczestniczenie w pogrzebie swego niedoszłego
profesora; jednym z niosących wieniec w ich imieniu był Bolesław Szabelski,
niegdysiejszy uczeń Karola Szymanowskiego, który odtąd stanie się głównym
kontynuatorem jego idei artystycznych jako współtwórca tzw. śląskiej szkoły
kompozytorskiej. Odnotujmy też wzruszający fakt: w kondukcie żałobnym szła
też ulicami Krakowa olbrzymia, bo aż 600-osobowa delegacja śląskiego
śpiewactwa, składając swój szczery, spontaniczny hołd twórcy Stabat Mater –
dzieła, które wykonane przez „Ogniwo”, ukazało temu ruchowi nieznane mu
dotąd walory muzyki współczesnej.
Karol Szymanowski w końcu pozostał w śląskiej muzycznej Alma Mater. Jako
Wielki Patron jest dla pedagogów i studentów symbolem pobudzającym ich
ambicję do twórczych wysiłków. Można być pewnym, że w pobudzaniu tych
ambicji ma też swój udział śpiewactwo śląskie wyróżniające się niegasnącym
umiłowaniem amatorskiego muzykowania. Ten ruch ma także coś do zawdzięczenia
Szymanowskiemu; w swej wręcz rewolucyjnej rozprawie „Wychowawcza rola
kultury muzycznej” poświęcił mu przecież wiele miejsca określając chór jako
wręcz idealną społeczną komórkę, w której tkwi najgłębszy symbol stosunku
jednostki do ogółu i której genezą jest pozornie tylko e s t e t y c z n e
hasło, która jednak – w miarę wspólnej pracy – wypełnia się najczystszą
etyczną treścią.
Czyż ktokolwiek inny lepiej określił społeczną ideę chóralnego muzykowania,
niż uczynił to Szymanowski? |