Coraz więcej flag pojawia się z początkiem czerwca w
oknach budynku przy ul. św. Jana 10 w Katowicach. To znak, że organizowany
pod honorowym patronatem Prezydenta Miasta, Piotra Uszoka, przez Śląski
Teatr Lalki i Aktora „Ateneum” Międzynarodowy Festiwal Teatrów Lalek
„KATOWICE – DZIECIOM” staje się rzeczywiście „światowy”. Poza polskimi swoje
spektakle zaprezentowały teatry z Chorwacji, Czech, Niemiec, Rosji, Słowacji
oraz Ukrainy. Także jury, w którym już po raz drugi miałem zaszczyt
zasiadać, się „umiędzynarodowiło”. Jego przewodniczącym był Karel Brożek,
reżyser, aktor, współtwórca legendarnego teatru „Laterna Magika” w Pradze,
do niedawna dyrektor Divadla „Lampion” w Kladnie, świetny fachman, znany też
bardzo dobrze ze swoich realizacji w Polsce (za inscenizację Króla Jelenia w
„Ateneum” dostał „Złotą Maskę”). Był w jury także Słowak, Ivan Sogel, aktor
i kierownik artystyczny „Babkoveho Divadla” w Koszycach. Polska
reprezentowana była w tym gronie przez Lilianę Bardijewską – autorkę sztuk
dla dzieci i krytyka teatralnego, Irenę Józefiak – aktorkę, reżyserkę i
wieloletnią dyrektorkę Teatru Lalek „Rabcio” z Rabki, Marka Dindorfa –
aktora a zarazem przedstawiciela gospodarzy Festiwalu, no i mnie –
„oglądacza” spektakli lalkowych od ponad pół wieku (a przy okazji też
reprezentanta redakcji Śląska, jednego z patronów medialnych imprezy).
1 VI. Dzieci z pociągu
O godzinie 9.00 jury spotyka się w gabinecie dyrektora „Ateneum”, Jarosława
Czypczara, od którego dowiadujemy się m.in., że tym razem nie możemy sobie
pozwolić na żadne „figle” ze statuetkami (w roku poprzednim była zapasowa,
co pozwoliło jurorom na przyznanie dwóch nagród za rolę męską). Tym razem
możemy tylko nagrodzić najlepszy spektakl, najlepszą aktorkę i najlepszego
aktora. Pijąc kawę w towarzystwie miłego gospodarza nie przeczuwaliśmy, co
nas w związku z tym czeka w niedalekiej przyszłości.
9.45 – wiceprezydent Katowic, Józef Kocurek w towarzystwie dyrektora
„Ateneum” uchyla drzwi „machiny do otwierania festiwalu”. I tak zaczyna się
międzynarodowa impreza adresowana do katowickich dzieci. Theater „Kranevit”
z Berlina, który wygrał poprzedni festiwal, występuje poza konkursem.
Pokazuje spektakl Wokół laski i kamienia, w którym nie ma nic o lasce ani
kamieniu (być może jest to jakiś zwrot przysłowiowy), niewiele też zostało z
braci Grimm, których utwór był podstawą do napisania scenariusza. Tekst
literacki jest tu nieważny, liczy się plastyka, muzyka „na żywo”, animacja i
fenomenalne aktorstwo Mo Bunte, starszej pani, której sprawności fizycznej
mógłby pozazdrościć niejeden trzydziestolatek. W programie napisano, że to
utwór dla dzieci od lat sześciu. Obawiałem się, że spektakl ten nie trafi
nawet do nieco starszych, tymczasem najmłodsi widzowie bawili się na tym
przedstawieniu świetnie, bo razem z Mo Bunte odgrywali ruchy pasażerów
wywołane jazdą pociągu po torach. Podobało im się też budowanie lalek i
scenografii z „niczego” – jakichś śmieci, kartonowych pudeł, patyków,
zeschłych liści zalegających scenę.
O 15.00 oglądam pierwszy spektakl konkursowy. Teatr im. H. Ch. Andersena z
Lublina występuje z przedstawieniem Idziemy po skarb Janoscha. Być może
właśnie osoba pochodzącego z Zabrza autora zadecydowała, że komisja
kwalifikacyjna wybrała spektakl do konkursu. Taki śląski akcent. Ale
zabrakło w nim lalek, odnieść też można było wrażenie, że scenograf, autor
muzyki i reżyser nigdy się ze sobą nie spotkali. Szkoda mi było niezłych
aktorów, którzy musieli to grać.
O 19.00 pozakonkursowy popis Wiktora Antonowa z Petersburga, wirtuoza
marionetek, który pokazał w Galerii „Ateneum” Cyrk na nitkach. Była to
prezentacja naprawdę żonglerskiej zręczności w animacji marionetek
przedstawiających cyrkowych artystów. Oglądałem to z przyjemnością, bo w
teatrze lalkowym coraz rzadziej można spotkać klasyczne lalki – jawajki,
pacynki i właśnie marionetki.
2 VI. Kudlenka nabożna
O 9.30 drugi spektakl konkursowy. Koza-dereza Mykoły Łysenki w wykonaniu
Rówieńskiego Wojewódzkiego Teatru Lalek z Ukrainy. Żal aktorów. Musieli to
pokazać, w dodatku ich możliwości |
|
Międzynarodowy Festiwal Teatrów
Lalkowych „KATOWICE – DZIECIOM”
5
dni z życia jurora
taneczne
ograniczała wielkość (a raczej małość) katowickiej sceny. Muzyka
disco-ukraino, scenografia „bogata”, żeby nie powiedzieć – odpustowa. Ma to
być recepta na współczesne przekazywanie prostych historyjek
folklorystycznych.
O 19.30 znów w Galerii „Ateneum” (ten lokal ma chyba przed sobą wielką
przyszłość) impreza towarzysząca dla dorosłych – wyreżyserowana przez
naszego przewodniczącego, Karela Brożka, adaptacja Makbeta (w opracowaniu
szekspirowskiego tekstu współuczestniczyła Nina Malikowa). Przedstawienie pt.
Makbet albo zlot czarownic wykonane zostało przez „Stare Divadlo” z Nitry
(Słowacja). To było – jak mówią bracia Czesi – „velmi dobre”. Przez chwilę
dwóch aktorów-mężczyzn w mundurach biega po scenie z bronią. Potem pojawia
się kilka kobiet, które mają dość męskich „gier wojennych” i w zdewastowanym
przez wojnę teatrze chcą prześmiewczo zrealizować Makbeta. Zaczyna się
spektakl wymierzony przeciwko – że się tak wyrażę – etosowi macho. Ale kiedy
już widz poczuje się pewnie i czeka na kolejny cios wymierzony w
„szowinistyczne, męskie świnie”, sytuacja się komplikuje. Każda z aktorek
staje się na chwilę lady Makbet. I wtedy okazuje się, że agresja, nienawiść,
żądza władzy nie są tylko cechami „płci brzydszej”. Mądre, piękne
przedstawienie. Kiedy rozmawialiśmy z Karelem po spektaklu, użyłem słowa
„modliszka”. Dowiedziałem się wtedy, że po czesku to „kudlenka nabożna”, co
też uznaję za korzyść wyniesioną z tego widowiska.
3 VI. Znowu ten rycerz!
O 16.00 kolejny spektakl konkursowy. Baśń o rycerzu bez konia Marty
Guśniowskiej, zrealizowany przez Teatr Lalek „Banialuka” z Bielska-Białej. W
roku poprzednim daliśmy Teatrowi Animacji z Poznania aż dwie nagrody za role
męskie w tym właśnie przedstawieniu. Jedną z nich otrzymał Janusz
Ryl-Krystianowski, który teraz bielskie przedstawienie wyreżyserował.
Poznański Rycerz był liryczny, bielski – komediowy. Dowcipy słowne trafiały
do dorosłych, dzieci bawiły się sytuacjami i fabułą. Po tym przedstawieniu
jury przestało się martwić – świetny spektakl, brawurowe aktorstwo, będzie
co nagradzać.
4 VI. Najdłuższy dzień
O 9.00 Państwowy Teatr Lalki „Tęcza” ze Słupska pokazuje Metamorfozy według
scenariusza i w inscenizacji Krzysztofa Raua. To właściwie bardziej zbiór
etiud niż jakaś bajka, czy historia. Czwórka ubranych na czarno aktorów
(„czarny teatr” da nam jeszcze w kość) animuje w rytm muzyki mniejsze i
większe kawałki białego materiału, które zmieniają się w ptaki, instrumenty
muzyczne, tancerzy, byka i toreadora. Dzieci cieszą się z odczytywania tych
metamorfoz, co znaczy, że spektakl jakoś tam do nich trafia. Przedstawienie
było poprawne. To straszny osąd. Zdumiewające, jak szybko starzeje się
awangarda.
O 12.00 w Miejskim Domu Kultury w Giszowcu O królestwie drzew i traw
Andrzeja Szymańskiego w wykonaniu Opolskiego Teatru Lalki i Aktora im. A.
Smolki. To właściwie monodram rozpisany na głosy, wyreżyserowany przez Petra
Nosalka, zagrany przez Barbarę Lach. Prolog w plenerze, esencja w sali domu
kultury. Spektakl przepadł przez to, że było zbyt wiele dzieci. Barbara Lach
ma niewątpliwie jakąś charyzmę, która pozwoliła jej jakoś zapanować nad
nazbyt liczną widownią, jednak efekt jej pracy przepadł w chaosie. Karel
Brożek powiedział, trawestując słowa Cezara: „Nie zobaczyłem, nie
usłyszałem, przegrałem”.
15.30 – kolejny spektakl konkursowy. Zakarpacki Wojewódzki Teatr Lalek |
|
„Bawka” z ukraińskiego Użgorodu pokazuje Głuptasa z Wertepa
Dmytro Keszela. Uczestniczę w spektaklu urzekającym plastyką, grą aktorską,
muzyką, ale też pokazaną historią. Użgorod to miejsce, w którym żyją
Ukraińcy, Czesi, Słowacy, Węgrzy, Polacy, Romowie i Żydzi. W bajkowej wiosce
Wertep jest podobnie. Nazwa wsi nam kojarzy się bardziej z polskimi drogami,
tymczasem u sąsiadów ze Wschodu to po prostu „szopka”, „betlejka”
(przetłumaczono ją, moim zdaniem nietrafnie, na „jasełka”). Akcja rozpoczyna
się w Wielkanoc, co jest pretekstem do pokazania miejscowych obyczajów,
kończy podobnie – w Boże Narodzenie. A „po drodze” mamy jeszcze wesele,
ceremonię „kupowania” panny młodej przez wujków i stryjków różnych
narodowości, wyznań i kultur. Ale to tylko tło, nota bene wspaniale
promujące ten region, bo fabułę stanowi szkolna przygoda Mytryka – chłopca
sieroty, który podczas lekcji o teorii Darwina zapytał, czy komunistyczni
przywódcy też pochodzą od małpy. Za to ma zdawać egzamin przed wizytatorem.
Ten jest Węgrem, nauczyciel – Ukraińcem, porozumieć się mogą jedynie przy
samogonie (nie ma w tym przedstawieniu „poprawności politycznej” i m.in. na
tym polega jego uroda). Mytryk wygłasza więc swoje rozumienie Darwina
pieskowi. Nie mogę się oprzeć streszczeniu. Oto Bóg stworzył Adama i Ewę,
ale ponieważ oni bardzo grzeszyli, zamienił ich w małpy. We śnie przychodzi
do Mytryka umarła matka. Jej odpowiedź na wątpliwości syna jest prosta:
„pochodzisz ode mnie, bo ja cię urodziłam. Mnie urodziła moja mama, twoja
babcia. I Pan Jezus też miał swoją mamę.”
O 19.00 w Galerii „Ateneum” Białostocki Teatr Lalek pokazuje spektakl „dla
dorosłych” – Niech żyje Punch, według scenariusza i w reżyserii Włodzimierza
Felenczaka. Zero „poprawności politycznej”. Przemoc, seks i znowu przemoc –
jakby widz przerzucał kanały na „kablówce”. I jakoś to dawniejszym dzieciom,
które przygody Puncha oglądały na jarmarkach, nie szkodziło. Przedstawienie
porównywalne z tym, co widziałem w „ojczyźnie” tytułowego bohatera, w Covent
Garden. Brawo dla kreatora spektaklu, brawo dla świetnie realizujących swoje
zadania aktorów oraz „orkiestry”, która w tym widowisku też odgrywa swoją
rolę.
5 VI. „Czarny dzień”
9.00 – Oglądamy Gradske kazaliszte lutaka ze Splitu, które prezentuje
Wachlarz młodości Jasena Boko. Nieporozumienie, bo dorośli przyprowadzili za
małe dzieci, za mała też jest scena, za to tekstu za dużo.
12.00 – W MDK w Giszowcu czeskie Divadlo Loutek z Ostrawy pokazuje Krasku a
zvirze, czyli Piękną i bestię Frantiszka Hrubina. Przedstawienie dla dzieci
z klas I i II oglądają rozgadane przedszkolaki. Wpadka miejscowego domu
kultury. Ale też klęska teatru. Czarny teatr ze scenografią multimedialną,
wzorowaną na grafice gier komputerowych, zamiast czarnego tła, zawiódł.
Te dwa przedstawienia nic nie dały jury, które znalazło się w matni
zbudowanej przez regulamin konkursu. Zabrakło jednego zdania: „jury ma prawo
innego podziału nagród”. Bo w tej sytuacji nasza dyskusja nie dotyczyła
tego, co wybrać, tylko kogo skrzywdzić, skoro do dyspozycji mamy tylko trzy
regulaminowe nagrody. Rycerz bez konia w wykonaniu bielskiej „Banialuki” był
przedstawieniem perfekcyjnym. Zasłużył na nagrodę za spektakl oraz nagrody
za niemal równorzędne aktorstwo. Ale nagrody mogliśmy przyznać tylko trzy,
więc musieliśmy skrzywdzić dwóch spośród trzech kandydatów do wyróżnienia za
rolę męską. W dodatku większości spodobało się całe przedstawienie z
Użgorodu, zwłaszcza gra Natalii Oresznikowej. Trudno było ten spektakl
zignorować. Daliśmy więc Grand Prix Bielsku, a potem skrzywdziliśmy
Katarzynę Koziarę z tego teatru (była w mojej ocenie naprawdę świetna), żeby
uhonorować także Ukrainę. Potem przystąpiliśmy do wyrządzania krzywdy trójce
aktorów z Bielska. Wszyscy byli dobrzy, mogliśmy dać nagrodę tylko jednemu.
W „drugiej turze” zwyciężył Piotr Tomaszewski, ale niewielką przewagą
głosów.
Jak zwykle poza konkursem na zakończenie festiwalu zaprezentowali się
gospodarze. Teatr „Ateneum” wystąpił z prapremierą Tezeusza i Ariadny
Andrzeja Żaka w inscenizacji Karela Brożka. |